Tag: dom

Nawiedzony dom w Wieliczce


Chodzą słuchy, że Stonawski znów coś kombinuje. Słuchy mają rację, bo Stonawski zawsze coś kombinuje. Ostatnio parę cosiów… ale do rzeczy. Choć w zasadzie wiele nie będzie, bo obowiązuje mnie tajemnica, którą sam sobie narzuciłem.
Dość powiedzieć, że jest fajnie, a będzie jeszcze fajniej. A wynikiem ostatniej fajności jest (między innymi) – film nakręcony przez mojego partnera w konspiracji, Krzyśka Bilińskiego.

Myślę, że podobne filmy pojawiać się będą częściej. A o co chodzi? Informacje pojawią się… kiedyś. Póki co, co pewien czas będę Cię maltretował niezapowiedzianymi fragmentami czegoś na temat czegoś o profilu mocno paranormalnym.

A oto i zapowiadany filmik z mojej wizyty w strasznym miejscu :)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xVzuC10ABEs&feature=plcp[/youtube]

Tajemnica pewnej piwnicy

Każdy z nas zna takie miejsce, gdzie czają się duchy, pająki  i powietrze ma zapach kurzu. Zwykle, będąc dziećmi bawiliśmy się tam w chowanego, szukaliśmy skarbów, z starych skrzyń wygrzebywaliśmy dziwnie wyglądające przedmioty z czasów młodości naszych dziadków…
Takie miejsca są magiczne. Czar starych rzeczy, wspomnień i kurzu jest nie do zniesienia. To wystarczy, by w każdym z nas obudziła się dusza odkrywcy.
Te pomieszczenia z reguły są strychami. Z reguły, ale nie zawsze…

W ten weekend wybrałem się do Żywca. Właściwie powinienem powiedzieć; wybraliśmy się, bo pojechałem razem z Viearem.
W wielkim domu dziadków jest wiele pomieszczeń. Duchy przeszłości wołają z zacienionych kątów. I właśnie w ten weekend zakrzyknęły na tyle głośno, że usłyszałem ich wołanie.
Mieliśmy się wybrać na bokkeny.  Ja i Franek. Trochę ruchu zrobi dobrze każdemu, a jeśli połączymy z tym ćwiczenia w posługiwaniu się mieczem – szykuje się naprawdę niezła zabawa. Niestety, pogoda była przeciwnego zdania. Jak rano było ładnie, tak po obiedzie lunęło potokami deszczu. A że walenie się kijami w błocie niezbyt nas pasjonowało, zaczęliśmy się zastanawiać nad czymś innym (co chwila spoglądając w okno z nadzieją, rzecz jasna).

Jestem chory. Myślę, że już o tym wspominałem, nie zaszkodzi jednak zrobić to raz jeszcze. Chory. Choć osobiście nie uważam tego za chorobę, a błogosławieństwo. Niemniej – to uzależnienie wpływa poważnie na moje życie. Obawiam się, że jest to jedyna rzecz, bez której nie poradziłbym sobie w rzeczywistości. Jestem, co tu dużo mówić, totalnym bibliofilem.
Nie dziwota więc, że moje myśli spełzły właśnie na te rejony.

Czy mówiłem już kiedyś o tym, że mój tata był(jest?) fantastą? Swego czasu, w czasie kiedy Sf rozwijało się najprężniej (w Polsce – czas słodkiej komuny), kolekcjonował co się dało i jak się dało. Skutkiem czego, wiele lat później pewien mały Michałek mógł odkryć czym jest fantastyka, złapać bakcyla i oszaleć, trzymając w rękach najlepsze dzieła takich pisarzy jak Philip K. Dick , Ursula K. Le Guin , Strugaccy, Oramus, Zajdel, Lem, Parowski… i wiele (och, jak wiele!) innych. Jednym słowem – zostałem zarażony.
Najpierw była jedna książka. Potem mój rodziciel zaprowadził mnie do piwnicy i dał wielką paczkę książek. Niektóre z nich ( ,,Gwiazda” A. C. Clark’a , ,,Pielgrzymka na Ziemię” Roberta Sheckleya czy też zbiory ,,Don Wollheim proponuje”) przeczytałem jednym tchem, dziesiątki razy. Sam wygrzebałem ich jeszcze trochę, z wielkiego pudła pełnego literatury.
Więc, gdy przyszedł czas, wiedziałem, co należy zrobić. Moje rozumowanie było proste – tata dał (pożyczył?) mi wtedy tak wiele świetnych książek. A może…? A może znajdę coś jeszcze? Jakąś jedną, małą, zapomnianą książunię, która dostarczy mi następnych chwil radości? Nie mając innych perspektyw, razem z Viearem udaliśmy się schodami w dół.

Piwnica do ciekawe miejsce. Jest tam wiele pomieszczeń, niektóre duże, inne małe (jak na przykład norka pod garażem). W jednym z nich znajduje się rupieciarnia. Wszystko to, co znalazłoby się na strychu, gdyby ten nie był z mały, i jeszcze więcej. Worki, skrzynie, pudła, kartony. I dużo, dużo kurzu. Tam skierowaliśmy nasze kroki.
Po odwaleniu paru większych i mniejszych pudeł, dobraliśmy się do jednego z paru kartonów i koszów z książkami. Osobiście jestem oburzony, że muszą tak leżeć. Miejsce książek jest na regałach. Nawet, jeśli są to pozycje komunistyczne.

W trakcie poszukiwań (przerywanych co jakiś czas, by sztachnąć się zapachem starej książki [polecam!]) zatracaliśmy stopniowo poczucie czasu. Co jakiś czas aż podskakując, kiedy trafialiśmy na coś ciekawego. Były więc legendy, bajki, stara – jeszcze z oryginalnymi rysunkami – ,,Chatka Puchatka”, cały cykl o Ani z zielonego wzgórza, a nawet… bajki komunistyczne. O pracy i jej wartościach, oraz czemu dorośli rozmawiają przez telefon. Wreszcie dokopaliśmy się do konstytucji PRL. Tu się dopiero zaczęło.
Pod okładką z orzełkiem bez korony ukryta jest tak nieprawdopodobna ilość bełkotu, że czytając można tylko się śmiać. Wiesz, coś o bohaterskim ludu pracującym, walce z wstrętnym, kapitalistycznym wrogiem i tym podobne rzeczy. Od razu przypomina się człowiekowi Orwell i jego ,,Rok 1984″. Dokładnie to.
Nie przeczytaliśmy, rzecz jasna, całej konstytucji. Aczkolwiek ja chętnie do niej wrócę. Trzeba liznąć kawałek historii…

Jednak to, co się stało później sprawiło, że szybko zapomniałem o wszystkich wcześniejszych książkach i znaleziskach. Posuwając się wolno do przodu, otumanieni kurzem, znarkotyzowani zapachem książek, rozdarliśmy jedną z szczelnie zawiniętych paczek ukrytych gdzieś, w rogu piwnicy. Daleko od światła dziennego, tak, że czuliśmy się trochę jak speleolodzy.
Kąt piwnicy to dziwne miejsce. Zupełnie inne środowisko. Inny klimat. Jedyne formy życia to rzadkie pajęczaki, być może świecące w ciemnościach. Na ścianach rosną mchy, w powietrzu jest mniej tlenu, więcej kurzu. Jest znacznie ciemniej, a wokół ciebie zamykają się dziwne ściany ze skrzyń. To miejsce, zdawałoby się, nietknięte stopą ludzką. Jest w tym… prawdziwa magia.
Nasza dwuosobowa wyprawa poruszała się w tym mroku, badając i katalogując. Kiedy więc brązowy papier paczki rozdarł się i, przez powstałą szparę, wyleciała Antologia młodych z 80-go roku, zaległa cisza. Można było usłyszeć mocne uderzenia serca. Naliczyłem dwa, zanim rzuciliśmy się przed siebie wrzeszcząc dziko.

Wyobraź sobie skarb. Grobowiec Kleopatry, mityczną Atlantydę, czy skarbiec króla Salomona. A teraz pomyśl sobie, że dokonałeś odkrycia, przy którym blakną one, jak zachodzące słońce. To właśnie to uczucie. Dzika radość, wyzwolenie z okowów człowieczeństwa. Dwóch bibliofilów, którzy znaleźli swój obiekt podniecenia.
I zaczęło się; krzyki, wrzaski, śmiechy i drżące ręce, wyjmujące delikatnie jedno dzieło po drugim. W połowie pracy zorientowałem się, że jestem cały spocony, dyszę ciężko i mam poszarpane włosy. I wiesz co? Miałem to gdzieś.
Zamiast jednej, czy dwóch książek, znaleźliśmy całą ich skrzynię. Niewyobrażalny skarb. Około 80 pozycji, których już dawno nie uświadczysz ani w księgarniach, ani w bibliotekach. A wielu z nich, nawet w antykwariatach.

Jest więc Lem (DUŻO Lema!) jest Oramus, , jest Wollheim, są Strugaccy, inne wielkie nazwiska. Są młodzieńcze opowiadania Grzędowicza, Dębskiego, Ziemiańskiego, Zimniaka i innych. Są…są, są, są. Prawie 80 książek spadło mi… nie, inaczej. Prawie 80 książek wykopałem z dna świata. Pozycje, które czekały na mnie ponad dwadzieścia lat, a nawet więcej.

Przez ponad dwie godziny drżały nam obu ręce.
A mój sen, o tym, by cały pokój ,,wytapetować” książkami, od dołu do góry, nabiera powoli sensu.
O bogowie. Musiałem to z siebie wyrzucić.

Życie – czyli bazgrołów trochę.

W powrotach jest coś magicznego. Kiedy, po długiej podróży, rozpoznaje znajomy detal; odrapany płot, kawałek wiszącego tu od wieków sznurka, czy też specyficzny zapach – wiem, że wróciłem. I cieszy mnie to, nawet, jeśli w sercu pozostaje żal za przygodą.
Pocieszam się tym, że ta się jeszcze nie skończyła, a powrót jest tylko chwilowy – ot, by poczuć woń domu, nie zapomnieć, gdzie moje miejsce.

Będąc w nostalgicznym nastroju zacząłem przeglądać stare teksty. Czasem się śmiałem, czasem tylko patrzyłem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Aż wreszcie dotarłem do tych, które już jako-tako da się czytać. I naszła mnie myśl, że mam taki jeden, którego nie wykorzystam już jako szczebel do drabiny. A przecież nie pisałem go po to, by leżał gdzieś, na dnie szuflady!
Tak więc – ląduje tutaj. Małe opowiadanie, takie o. Krótki tekst nastrojowy.
Niech żyje, w końcu powstało.

***

ŻYCIE


Był ciepły, jasny dzień. Wiosna. Jasnozielone liście dopiero co pojawiły się na drzewach, a ptaki odśpiewywały swoje serenady.
Jan szedł szybkim krokiem jedną z krakowskich uliczek. Co jakiś czas potykał się na bruku, lecz natychmiast prostował się i jeszcze bardziej przyspieszał kroku. Na jego twarzy zagościł serdeczny, niezmącony troskami, uśmiech.
To był jeden z tych dni, kiedy wszystko może się udać. Ciepły, lecz nie gorący, słoneczny, lecz nie za jasny i pachnący świeżością poranka, mimo, że było już południe. A w dodatku sobota, co znaczyło, że ma przed sobą całkowicie wolny dzień także i jutro.
Doprawdy, nie było chyba szczęśliwszego niż on człowieka na tym świecie.

***

Wstając rano, nie przypuszczał, że za niecała godzinę do jego skrzynki wpadnie list z informacją o wygranej w konkursie fotograficznym jednego z czołowych pism na rynku. Zaraz później dostał też dwa maile z propozycjami współpracy z branżowymi pismami.
Kiedy zadzwonił do Ani i przekazał jej tę radosną wiadomość, od razu zaproponowała spotkanie. Najpierw obiad, potem kino, a następnie kolacja i – kto wie? – być może także i śniadanie?
W taki dzień, jak dziś nie miał wątpliwości, że tak będzie.
Szedł teraz na umówione miejsce spotkania, uśmiechnięty, z idealnie ułożonymi, długimi włosami, w co dopiero kupionej skórzanej kurtce, czując na twarzy orzeźwiający, chłodny wiatr.
Zdawało mu się, że przechodnie uśmiechają się do niego uprzejmie, gdy ich mijał. Jeden starszy pan nawet mu się ukłonił!
Sam też się uśmiechał. Idąc przez miasto spotkał już dwóch dobrych znajomych ze studiów, z którymi powymieniał się najnowszymi plotkami. Pogratulowali mu serdecznie, mimo, że nie chwalił się sukcesem. Widocznie Ania zdążyła już rozpuścić swoje plotkarskie wici.

***

Gdy dojrzał rynek starego miasta, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Umówili się z Anią pod ratuszem i-mimo, że do godziny spotkania zostało jeszcze jakieś dziesięć minut – wiedział, że ona już tam jest i czeka na niego. Po prostu uwielbiała przychodzić przed czasem, stać i obserwować ludzi, czekając na tego, z kim się akurat umówiła. Czy to była jej najbliższa przyjaciółka, czy też właśnie sam Jan.
Oczyma wyobraźni widział już jej ciemnobrązowe oczy, rozświetlone iskierkami radości. Chciał już przy niej być, wziąć ją w ramiona, pocałować i powiedzieć, jak bardzo ją kocha.
Pogwizdując wesoło, ruszył przed siebie jeszcze szybciej, prawie biegiem.
W chwili, kiedy wchodził na płytę rynku, zwalił się nagle na kolana. Przez jego twarz przeleciał nagły grymas bólu i niedowierzania.
Sekundę później był już martwy, a z jego nosa ciekła krew.
Mały, niepozorny i niezauważony skrzep krwi przepłynął jego żyłami prosto do mózgu, gdzie zablokował równie niepozorną tętnicę.
Jan nie miał szans. Skonał w przeciągu paru sekund.
Niecałe trzysta metrów od kobiety, którą kochał.

Kraków,
7 Stycznia 2010

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén