Tag: zdjęcia

Po trochu

Ach, straszne jest życie studenta!
Naprawdę. Nie dość, że głodno, to jeszcze pieniądze tak jakoś szybko znikają z kieszeni, a ponarzekać nie można, bo nie dość, że kierunek fajny i ludzie świetni, to jeszcze znikanie pieniędzy to tylko i wyłącznie twoja wina… co za świat.
Ale, ale. Ja przecież nie o tym miałem. Czas by jaki felietonik skrobnąć, hm? Mam wielką MASĘ tematów. I nie dość czasu. A jak mam czas, to pracuję. A jak nie pracuję, to czytam. A jak nie czytam, to śpię. A jak nie robię żadnej z powyższych rzeczy, to piszę. I gdzie tu czas na większe wpisy?
Ale dobrze, postaram się wkrótce coś tu popisać tematycznie. Roznosi mnie.

Tymczasem pojawiło się parę nowych rzeczy do umówienia, które – taką mam nadzieję – Cię trochę zainteresują. Przynajmniej niektóre.

Na początek sprawa najważniejsza – chciałbym Cię serdecznie zaprosić na tegoroczny Falkon, który odbywać się będzie od 11 do 14 Listopada w Lublinie. Powód? 13 Listopada. Premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znalazło się moje opowiadanie. Sam zbiorek będzie pewnie można kupić w całym kraju, ale… cóż, premiera to premiera, prawda?
Będę tam obecny, prawdopodobnie będą też podpisy, jakieś niby-przemówienia… wiecie, jak to jest. Wino, kobiety i śpiew.
A prócz tego, standardowo – prelekcje, LARPy i inne. Oraz Gala tegorocznych ,,Horyzontów”, to na niej będzie premiera. Kto może, niech przybywa – będę zaszczycony.

A oto i zapowiedź, z serwisu fantasybook:

Oddajemy do rąk czytelników antologię fantastyczno-kryminalną, na którą złożyły się opowiadania laureatów ogólnopolskiego konkursu literackiego „Horyzonty Wyobraźni 2009” oraz najlepsze teksty opublikowane na łamach periodyku Qfant w roku 2009.
Niniejszy tom rozpoczyna cykl „Horyzonty Wyobraźni”, będący spełnieniem obietnicy złożonej przy powoływaniu do życia kwartalnika Qfant. Przyrzekliśmy wspierać twórców literatury, ułatwiać drogę do pierwszego papierowego debiutu, a tych, którzy pierwsze sukcesy mają już za sobą, dopingować i pomagać im w kontynuacji wędrówki po literackich ścieżkach. Oczywiście, wspierając twórców pamiętamy, że najważniejszy w tym wszystkim jest czytelnik, a konkretnie to, by otrzymał smakowitą literaturę, przykuwającą uwagę i pozwalającą oderwać się od codzienności.
Zapraszamy na czternaście wędrówek po krainie imaginacji. Część z nich wiedzie przez świat zbrodniczych występków, inne – w otoczeniu fantastycznych, lecz niekoniecznie przyjaznych wytworów wyobraźni ich autorów – przeniosą Was daleko poza horyzonty wyobraźni…

Redakcja kwartalnika Qfant

Primus inter pares. Świat leży u moich stóp, czekając, bym go złupił, zwyobracał, „łydupcył”, podporządkował. Wygrana w konkursie to skok w górę: od zera do bohatera. A potem? Drugie opowiadanie, piąte, osiemnaste. Pierwsza książka, jedenasta, dwudziesta ósma…

Ze wstępu Andrzeja Pilipiuka

Pierwsza edycja konkursu „Horyzonty Wyobraźni” pozwala z optymizmem spojrzeć na przyszłość polskiej literatury fantastycznej i kryminalnej. Wiele walczących o laur pierwszeństwa opowiadań zostało napisanych wprawnie, niesztampowo, efektownie i z wyraźnie dostrzegalną pomiędzy wersami pasją. Jurorzy mieli twardy orzech do zgryzienia, lecz w końcu, spośród ponad pięciuset prac, udało się wyłonić sześć najlepszych, opublikowanych w zbiorze, który trzymacie w rękach.
Rusnak, Stonawski, Musialik, Maksymow i Mikołajczyk ruszają właśnie na podbój literackiego świata. Przyjrzyjcie się bliżej ich pierwszym krokom, a od razu będzie jasne, że nie jest to nieporadne drobienie żółtodziobów. To śmiały, miarowy marsz, o którym z pewnością jeszcze wielokrotnie usłyszymy.

Stefan Darda, pisarz
nominowany w 2009 roku do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A.Zajdla

A teraz parę recenzji:

Nie próżnuję. Piszę, pracuję, studiuję i uczęszczam na studia (tak, to są dwie różne rzeczy). Skutkiem mojej nie-próżności są trzy recenzje opublikowane na portalu QFANT.PL .
Zapraszam:

Są takie historie, które na długo zapadają w pamięć.

W trakcie poznawania wnikają coraz głębiej w umysł, aż w końcu nie można już o nich zapomnieć,po czy jak innych, odłożyć na półkę. Stają się częścią życia. Cytaty wchodzą do języka, bohaterowie przeistaczają się w idoli, a poszczególne sceny stają się tematem do ciągłego omawiania w grupie znajomych.

Kiedy będąc jeszcze w gimnazjum, sięgałem po pierwszy tom ,,Mrocznej Wieży” Stephena Kinga, nie spodziewałem się, że ten siedmiotomowy cykl stanie się dla mnie czymś więcej, niż tylko dobrą lekturą. Szybko się przekonałem, że autor wiedział, co mówi, kiedy nazwał siedmioksiąg swoim magnum opus.

,,Mroczna Wieża” oczarowała mnie i zniewoliła do tego stopnia, że wkrótce nie mogłem myśleć o niczym innym, jak tylko o następnej stronie. Prawdopodobnie, gdyby cykl był większy, skończyłbym na kozetce u jakiegoś psychiatry. Oczywiście z książką w ręce.

Podobnych do mnie musiało być więcej, bo w 2007 roku twórcy ze stajni Marvela wydali w Ameryce pierwszy zeszyt legendy o rewolwerowcu, nawiązujący do czwartego tomu cyklu „Czarnoksiężnik i kryształ”, będącego (prawie w całości) retrospekcją młodzieńczych czasów głównego bohatera powieści – Rolanda.

Było tylko kwestią czasu, że komiks zostanie wydany także i w Polsce. Zaistniał tylko jeden kłopot – komiksy nie mają dużego powodzenia na rodzimym rynku. Dlatego też pytanie nie brzmiało ,,Kiedy?”, ale ,,Kto?”.

Wyzwanie podjęło wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz. I w końcu, po wielu latach oczekiwań, polscy fani ,,Mrocznej Wieży” mogą nacieszyć oczy komiksem.
Dalszy ciąg T U T A J

„Myślicie, że czytanie książek Stephena Kinga może budzić lęk? Spróbujcie je pisać” – tak swój list do fanów zaczyna Peter David, scenarzysta komiksów z serii „Mroczna Wieża” Ma rację. Lub też inaczej – nie zapomniał oblicza swojego ojca.

Po tragicznej śmierci największej miłości Rolanda, Susan Delgado, główny bohater historii jest zrozpaczony. Niosąc ciało ukochanej, Rewolwerowiec z wolna przestaje przypominać siebie; stąpa po ziemi sztywno, a w jego oczach nie ma życia. Zupełnie, jakby zamienił się w nakręcaną kukłę. Jedyny przejaw emocji następuje, gdy strzela w Grejpfrut Merlina – tajemniczą kulę, która swą mocą udaremniła misję Ka-tet. Na swoje nieszczęście, Roland nigdy nie chybia, także tym razem. Z worka, w którym trzej przyjaciele nieśli dziwny przedmiot, wyskakuje wielka gałka oczna, która przysysa się do czoła strzelca, a gdy pozostałym dwóm członkom zespołu udaje się ją oderwać, powrotem zamienia się w magiczną kulę. Tymczasem Roland staje się tym, na co wyglądał chwilę wcześniej – lalką bez życia…

Minął niemal miesiąc od premiery pierwszego tomu komiksu z serii ,,Mroczna Wieża” wydanego przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, noszącego tytuł ,,Narodziny rewolwerowca”, a na półki księgarń wchodzi właśnie drugi – „Narodziny rewolwerowca”.
Kiedy dostałem komiks do rąk byłem lekko podenerwowany. Trudno uwierzyć, ale powodem mojego zaniepokojenia był bardzo dobrze wydany zeszyt pierwszy; często się bowiem zdarza, że po spektakularnym początku następuje kryzys.

Sądząc po okładce, nic na to nie wskazywało, co jeszcze bardziej wyczuliło moje zmysły. Z pewną dozą ostrożności otworzyłem więc okładkę i pogrążyłem w lekturze.
Specjaliści z Marvella stanęli przed trudnym zadaniem; w pierwszym tomie właściwie tylko ilustrowali treść książki. Tutaj zaś musieli wykazać się kreatywnością, by pokazać część historii, która w literackim oryginale ujęta nie została. Świetnie zdawał sobie z tego sprawę Peter David, pisząc: „ Jadę teraz na rowerze Mrocznej Wieży bez pomocniczego trzeciego i czwartego koła. To odwaga granicząca z zuchwalstwem”. Czy twórca scenariusza i jego koledzy z zespołu podołali zadaniu?

Dalszy ciąg T U T A J

Czego boimy się najbardziej? Czy ciemności, głębokiej jak bezdenna studnia, zdającej się dusić każdego, kto stanie jej na drodze? Czy pająków, machającymi pokrytymi włoskami, lepkimi odnóżami? A może… innych ludzi?

Co by było, gdyby pewnego dnia zadzwonił telefon, a po podniesieniu słuchawki usłyszelibyśmy krzyk najbliższej nam osoby, urwany nagle jak gdyby był tylko złym snem? Czy nie ogarnąłby nas… najczarniejszy strach?
Harlan Coben jest na rynku literatury kryminalnej autorem dosyć znanym. Jego powieści wielokrotnie lądowały na listach światowych bestsellerów, a niewątpliwy talent został uhonorowany przyznaniem mu, jako jedynemu współczesnemu autorowi, trzech najbardziej prestiżowych nagród w dziedzinie literatury kryminalnej – Shamus Award, Anthony Award i najważniejszą – Edgar Poe Award.

Nie jest więc wielkim zaskoczeniem że, kiedy dostałem w swoje ręce „Najczarniejszy strach”, wydaną w 2007 roku przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz powieść z cyklu opowiadającym o Myronie Bolitarze, nie mogłem opanować ciekawości. Jednak coś powstrzymywało mnie przed natychmiastowym otwarciem książki. Była to obawa, że mogę się zawieść, że moje oczekiwania okażą się zbyt duże, a sama książka – jak to się często zdarza – przereklamowana. Zabrałem się więc do czytania ostrożnie, jak gdybym przechadzał się niepewną ścieżką po bagnach.

Myron Bolitar jest agentem sportowym pracującym w agencji RepSport MB. Myliłby się jednak ten, kto wziąłby go za przeciętnego amerykańskiego pracownika, wracającego po pracy do domu, jedzącego obiad i zasiadającego przed telewizorem, by pooglądać Jerry’ego Springera. Myron jest inny – ma skłonność do przyciągania kłopotów i nie dałby sobie rady, gdyby nie świetna kondycja wypracowana poprzez trening koszykówki, oraz nieprzeciętna inteligencja połączona z doświadczeniem w rozwiązywaniu zagadek. Jednak, jako że w kosmosie musi panować równowaga, im większe kłopoty, tym bardziej zapalczywy jest Myron.

Dalszy ciąg T U T A J

Tak na zakończenie, wątek humorystyczny; niedawno mieliśmy Halloween. Razem z grupą przyjaciół straszyliśmy przez pół nocy na krakowskim rynku (trzeba uważnie śledzić Facebook i YouTube). A ponieważ wielu z Was jeszcze się nie bało… to teraz nadszedł czas. Postraszę z przyjemnością:

Bu!

I tym mrocznym akcentem kończymy na dziś.

Prywatnie tak (3)

Przychodzi taki czas, że coś się musi skończyć, aby inne musiało się zacząć. Tak jest i teraz. Powiem Ci, że to jest bardzo niezwykłe uczucie, graniczące trochę z niepokojem i niedowierzaniem, dziwne, bo szalona radość, która miała się pojawić jakoś nie daje o sobie znać. A powód jego jest bardzo banalny (a przecież to banały są tak naprawdę najbardziej oddziałujące), bowiem po ponad piętnastu latach edukacji, prawie całym moim życiu, udało mi się wydostać spod ,,opiekuńczych” skrzydeł Ministerstwa Edukacji Narodowej, kończąc maturę i tym samym zaczynając 4-miesięczne wakacje.
Powiem Ci, że sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy nie. A może inaczej – wiedziałem, ale jakoś… nie mogłem. Spłynęło na mnie tylko rozluźnienie i błogość, jakie mogli odczuwać żołnierze po długiej i wycieńczającej bitwie.

Szkoła nauczyła mnie wielu rzeczy; panowania nad nerwami, patrzenia niebezpieczeństwu prosto w oczy, czy też pomysłowego radzenia sobie z problemami. Ale sza, bo stąd już blisko do stwierdzenia, że szkoła nauczyła mnie myśleć, co byłoby istnym zaprzeczeniem rzeczywistości.
Uczęszczając do szkoły nauczyłem się wiele o ludziach, o złych emocjach, o tym, że jeśli umiem liczyć, muszę liczyć tylko na siebie, czy też, że zawsze znajdą się osoby, które zrobią wszystko, by było ci jak najgorzej. I że często są nimi nauczyciele.
Było to dla mnie, jako przyszłego (mam nadzieję) studenta psychologii bardzo ciekawe doświadczenie – obserwowałem zachowania stadne w całej krasie, masową panikę, agresję, czy hipokryzję. Istny plac zabaw dla człowieka zainteresowaną psychiką ludzką!
Dzięki szkole też, poznałem prawdziwy gniew, zimną furię, bym powiedział i nauczyłem się ją kontrolować. To ciekawa rzecz – uśmiechać się, kiedy w środku aż cię rozsadza.
Chciałbym więc szkole teraz bardzo podziękować, za tak bogate doświadczenia, dzięki którym zrozumiałem parę rzeczy. To mi bardzo pomogło.
Myślę, że teraz warto zacząć się uczyć. Nadchodzą studia, tam już edukacji nie ma.
Szczęśliwy, macham MENowi na pożegnanie.

Wspominam dzisiejszy dzień, kiedy, siedząc w kuchni z Viearem i pijąc Earlgrey’a, rozluźniony i wygodnie oparty na krześle zrozumiałem, że w poniedziałek wcale nie muszę już iść do szkoły. Że matury też już pozostały za mną. To wielka ulga. Wiesz co, cholernie się cieszę. Czując w ustach przyjemne ciepło tego napoju bogów i żartując z przyjaciółmi wiem, że sobie na to zasłużyłem.

Ale odejdźmy już od tego. Chciałbym Cię poinformować o trzech rzeczach; jedną z nich jest to, że od 1-go wyjeżdżam i nie ma mnie na dwa tygodnie. Dosłownie – nie ma. Odcinam się od świata za klasztornymi murami, nawet komórkę będę miał włączoną może przez godzinę na trzy dni. A zaraz później (i to już druga sprawa), od 25-go czerwca we Wrocławiu organizowane są Dni Fantastyki. Serdecznie zapraszam. Będę tam ja, będzie pewnie cała (lub prawie cała) redakcja Enklawy Magii, będzie Viear, Alak, Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas, a także Milena Wójtowicz, Jakub Ćwiek, i… i jeszcze wielu, wielu ciekawych, wartych poznania ludzi. I będzie się działo. Wystarczy wspomnieć o operze fantasy (dobrze czytasz), wyświetleniu ,,Head to love” – genialnego filmu na podstawie prozy Łukasza Śmigla i Kazka Kyrcza, że nie wspominając o licznych LARPach, grach RPG, konkursach, prelekcjach… naprawdę – polecam.


I następna sprawa; jutro (w niedzielę 30 maja), o godzinie 15 Joorg organizuje Broadcast z Morrowinda. Jako, że jestem wielkim fanem tejże gry, poprosił mnie o gościnę, tak więc nie tylko on będzie komentował to, co będzie widać na ekranie, ale także i ja. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie, nie jestem dobry w komentowaniu na żywo, ale mam już parę pomysłów…
Zapraszam i wstawiam link do zapowiedzi, którą udało się nam przygotować z Joorgiem w środę:

http://www.xfire.com/video/2c0109/

Wiesz, w czasie swojego życia poznałem różne osoby. Niektóre fajniejsze, inne mniej, niektóre dziwne, inne niepokojąco normalne, jeszcze inne – uzdolnione jak diabli.
Taką uzdolnioną osobą jest pewna moja przyjaciółka. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego, jak ona. Artystka.
Wyobraź sobie, że jesteś znudzony. Tak bardzo, że samo życie Ci obrzydło. Straszne, prawda?
A teraz pomyśl o osobie, która potrafi się nudzić twórczo. Niezwykłe. Zwłaszcza, jeśli robi to dla kogoś.

W sumie mogłem się pochwalić już dawno. Bo to jest tego warte. Mnie osobiście zapiera dech w piersiach. Wyobraź sobie, że właśnie ta moja przyjaciółka postanowiła, nudząc się, oprawić ,,Pętle” moje pierwsze, nadające się jako-tako do czytania, opowiadanie.
I wyszło z tego takie oto cudo (wszystko robione jest ręcznie):

Nie jest to może ,,poważna” publikacja, ale miło mieć coś takiego na półce, zwłaszcza, jeśli jest robione specjalnie dla ciebie. Niesamowite.

Cóż, i na koniec sprawa aktualizacji – na ostatnim spotkaniu autorskim Robert Cichowlas zwrócił mi uwagę, że ten ja  w zakładce ,,o mnie” na tym blogu to nie ja. A przynajmniej nie ja teraz. Też tak pomyślałem i, dzięki Viearowi i jego fachowemu, graficznemu oku, zaktualizowałem zdjęcie. Teraz ja jestem już mną.

I mi z tym dobrze, ot co.

Mokro w Krakowie

Od paru dni w mediach trwa burza, razem z gradobiciem, piorunami i solidnymi opadami, jak gdyby tego komuś brakowało. Raz, że sprawa wypadku prezydenckiego samolotu nie cichnie, dwa, że niedługo wybory, a trzy – Polskę nawiedziła powódź.
I o ile tam zawierucha nie cichnie, to w rzeczywistym świecie słychać tylko jakieś pomruki. Powódź nie okazała się, jak na razie, tak katastrofalna w skutkach, jak ta z 97 roku. Oczywiście, są ofiary, straty i wiele miast, wsi i miasteczek ucierpiało w ten, czy inny sposób, ale cóż to by była za powódź, gdyby tak się nie działo?
Byłem dziś nad Wisłą. Na własne oczy chciałem się przekonać jak się sytuacja przedstawia. Co zadziwiające, mimo całej medialnej zawieruchy, nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od rzeki, życie toczy się tak, jak toczyło się przed powodzią. Tramwaje jeżdżą, ludzie przechadzają się chodnikami. Aby ujrzeć jakieś znamiona katastrofy, trzeba się uważnie rozglądnąć.
Dostęp do samej rzeki jest zabroniony. Wejść pilnuje policja i straż miejska, od ulicy przeciągnięto taśmy, poustawiano zapory. Wszystko jednak przebiega spokojnie, nie ma tłumów. W paru miejscach stoją małe grupki osób – przeważnie obcokrajowców, żywo rozprawiających o tym co widzą i robiących zdjęcia. Małe sklepiki po obstawiano workami, lecz niezbyt dokładnie. Chyba nikt nie wierzy, by Wisła mogła przelać się poza wały. Nastawienie ludzi jest bardziej podobne do szkoły ,,przezorny, zawsze ubezpieczony”.
Cała ta sytuacja świetnie ilustruje różnice między światem mediów, a tym prawdziwym.     Tam – trwa panika. Tu – spokój. Wysoki stan wody traktowany jest bardziej jako ciekawostka.
To prawda – w paru miejscach sytuacja nie wygląda zbyt kolorowo. Zalało osiedle Podwawelskie, niektóre miejsca w Nowej Hucie zostały podtopione, jednak do rekordu jeszcze wiele brakuje.

***

Straszy zamknięty most Dębnicki. Choć to, że nie można go w tej chwili dopuścić do użytku jest raczej logiczne – ma najniższy prześwit miedzy lustrem wody, a spodem konstrukcji mostu.  Nikt nie będzie ryzykował i pozwalał przejeżdżać po nim samochodom…

Kraków trwa. Nad rozlanymi wodami króluje wielki zamek Wawelski, dając mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa. Tak jak przed wiekami, w trakcie gorszych jeszcze powodzi, tak i teraz, na toczące się wody Wisły patrzą niewzruszone i mocarne mury twierdzy królów Polski.
Pudełka krzyczą bezskutecznie. Panika nie wtargnęła do serc Krakowian.

Bo przecież wszyscy wiedzą, że…

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała!

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén