Pamiętacie konkurs „Lata 80”? Obiecałem opublikować zwycięskie opowiadanie, co też czynię. Swoją drogą, mam nadzieję, że pojawi się jakaś prywatna firma jako alternatywa na Pocztę Polską. Wysłaną nagrodę, po… miesiącu? Odesłali mi z powrotem, jakoby nie mogąc się doczytać.
Niechaj przepadną, a z nimi ich pchły. Ot co.

A na uspokojenie tekst w klimatach starej, dobrej fantastyki naukowej. Zapraszam.

 

Krzysztof Otto
NA OBRAZ I PODOBIEŃSTWO

Podczas gdy karta kodowa wkręcała się w czytnik programów, punkt po punkcie interpretowana z języka dziur na dialekt maszynowy, robotyk Praeclarus kończył dopalać fajkę – kadmową, lecz zwieńczoną trybem z irydu. Element ten napędzany energią cieplną obracał się powoli, nadając dymowi kształt spirali logarytmicznej –  taki właśnie jej wariant przypadał na środy. Po wstecznej rotacji, w przypadku siły Coriolisa odpowiadającej półkuli północnej, poznał, że jest już druga połowa miesiąca, minął zatem termin opłacania rachunków za prąd i wszelkie tego pokroju błahe dobra powszechne.

Inny badacz może by się tym zaniepokoił, ludzie o renomie Praeclarusa zwykli jednak brać takie wieści za jedynie małe ciekawostki życia codziennego, niegodne większej atencji. Owszem, przez ostatnich kilka tygodni jedynym wyznacznikiem czasu był dlań obłok tytoniu, przyjmujący formy krzywych matematycznych (tylko kółka były zarezerwowane dla niedziel), momenty kulminacyjne projektów miały jednak w zwyczaju przypominać światu o istnieniu naukowca, jemu samemu zaś o blasku światła dziennego, tudzież tym nieco mniej elektromagnetycznym, a bardziej materialnym… by nie powiedzieć materialistycznym.

Dźwięk wysuwającego się papieru obwieścił koniec ładowania programu, robotyk odłożył więc wciąż dymiącą, misternie obrobioną bryłkę metalu, by stanąć przed nieco bardziej okazałym jej odpowiednikiem. Z racji swego wieku i stopnia trudności obliczeń – również wydobywającym z siebie ciemne i gęste zarazem obłoki.

Praeclarus pamiętał z dzieciństwa pewien szczególny obraz: dusznej sali, wypełnionej od sufitu po podłogę, od lewej ściany aż po prawą – ogromem półek zawierających Wiedzę. Jego rodzice nazywali to biblioteką, on zaś nie rozumiał roli tych „świątyń kurzu” – wszelką myśl ludzką magazynowały już wtedy miniaturowe nośniki mieszczące się w kieszeni i zawierające wyjścia sensoryczne. Wciąż pozostawał zwolennikiem postępu, ale nie czując jakoś tej wewnętrznej ironii w swojej pracowni trzymał okazy budzące najprawdopodobniej zazdrość wszystkich miłośników historycznej myśli komputerowej. Oni z pewnością nie zamierzaliby jednak wykorzystywać tych eksponatów do celów innych niż dekoracyjne.

Jeśli zaś chodzi o postępy w miniaturyzacji w ostatnich czasach… analogia do bibliotek jest pełna. Każdy poważany naukowiec powinien mieć swoje drobne dziwactwo, a odkąd jego przyjaciel Brendan zaczął wprowadzać programy negatywowo – miast podziurawioną kartkę, pęsetą punktowo umieszczał w czytniku konfetti – mózg Praeclarusa nieświadomie zaakceptował wyzwanie i wybrał coś jeszcze bardziej karkołomnego – tu bowiem nie implementacja, a programowanie sprawiało największe trudności.

–         Cóżeż więc tutaj mamy? – rzekł naukowiec, sprawdzając postęp transferu – Nie popełnił żeś abyż to błędu jakiegoś?

Odkąd dronowi wspomagającemu od nadmiaru wszechobecnego kurzu przepaliła się chłodnica, Praeclarus znakomicie opanował szlachetną sztukę monologu, wplatając weń dodatkowo własne impresje językowe. Aby zyskać szacunek w tym zawodzie nie wystarczy sprawnie wdrażać nowe technologie, tu o styl życia się rozchodzi, możliwie najbardziej zdziwaczały i niezrozumiały dla ludzi z zewnątrz.  Dlatego, a właściwie – dlategoż właśnie korzystał z własnego, osobistego dialektu, z przyzwyczajenia także w godzinach pracy, na wypadek, gdyby jakiś cybernetyczny lustrator akurat postanowił odwiedzić go ze swym hakerskim inwentarzem.

–         Jeszcze dwie dźwignie pozostałyż, ta tutaj oraz… – rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu, szukając bacznie „tamtej”, odwrócił się i w końcu przesunął tę drugą. Potylicą.

–         Niechże to licho… – wykrzyknął, zaraz jednak złapał się za usta, zobaczywszy, że siedzący na krześle robot załadował już całość danych i otworzył oczy, zaś kabel zasilający odłączył się samoistnie, pozostawiając programowi swobodę działania. Przez dobre pół minuty z półotwartymi ustami wpatrywał się w sylwetkę konstrukta, w końcu, nie utrzymując w ryzach cierpliwości, powiedział:

–         Wybacz mi, jeśliż wyrywam Cię z zamyślenia, rozruchy zawsze są najtrudniejsze… – urwał, widząc pracę rtęciowych źrenic, skierowanych ciągle przed siebie, nie zaś na interlokutora – Jestem…

Zanim zdążył pokrótce przedstawić kilka szczegółów swego istnienia, rozległ się nagle drugi głos, nie pozostawiając mu złudzeń co do konieczności czynienia tego:

–         Doskonale wiem, kim jesteś, Thomasie Spencer, synu Laury i Erazma, słynny robotyku i programisto przez towarzyszy zwany Praeclarusem. Obywatelu świata, szanowany na uniwersytetach Ziemi oraz jej kolonii, imienniku planetoidy 82158, twórco maszyn rozumnych i roboczych, wynalazco czwartego sytemu ekonomicznego. Oraz początkujący poeto – hobbysto. Znam cię.

Klasycznie można to nazwać odebraniem inicjatywy.

Praeclarus szybko zastanowił się, czy nie zapomniał może wyczyścić pamięci podręcznej któregoś z wcześniejszych jego projektów – bota biografisty, zaraz jednak zreflektował się, że wtedy dla ułatwienia używał modelu latającego. Trzy miesiące temu bot odfrunął na antypody skonsultować pewien istotny szczegół z jego młodości – recykling podzespołów też był zatem niemożliwy.

I ten głos… Nie pasował do żadnego z syntezatorów na które miał licencje, możliwe, że podczas którejś z nieprzespanych nocy w fazie projektu, jako efekt chwilowego zauroczenia swym pomysłem wprowadził przesterowanie – efekt zaskoczył jego samego. I nie chodziło tu o niepodobieństwo do ludzkiego głosu – żaden z syntezatorów nie potrafił tego w pełni. Ale by głos nie przypominał nawet… robociego?

Nie zauważył, w którym momencie tamten wstał. Gdyby jego oczy nie były tylko płynnym metalem robotyk pomyślałby, że spojrzeniem przewiercają go na wylot. Owszem, dzięki soczewkom własnej konstrukcji Praeclarusowi udało się, poprzez wielokrotne zastosowanie całkowitego wewnętrznego odbicia nadać spojrzeniu pewną tajemniczość. Nie sądził jednak, że efekt działać będzie i na niego, zwłaszcza przygotowanego na wszelkie dziwy, z którymi się styka, testując zawsze swe twory.

Robot milczał, Spencer doszedł więc do wniosku, że czeka na jego odpowiedź, przynajmniej kilka słów, po których znowu będzie mógł mu przerwać. Zastanowił się, powiedział z pamięci:

–         „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Na obraz Boży go stworzył”. Przeczytałem takież słowa w pewnej starej Księdze, w czasach, kiedyż to słowo pisane posiadało jeszcze jakąś wartość. Uderzyła mnie w tymże analogia do zawodu, który za tamtych czasów dopieroż zaczynałem wykonywać – robotyka. Przecież i my jesteśmyż wykonawcami aktu kreacji, dobroczyńcami ludzkości wykraczającymi poza wszelkie ewolucyjnie nadane nam limity wyobraźni. Ty zaś jesteś…

–         Jestem, który Jestem.

Praeclarusowi rzadko zdarzało się wyjaśniać swe motywy skonstruowanym przez siebie bytom. Co innego jednak stojąc przed swoim Opus Magnum, programem mającym zapewnić mu sławę nie tylko w świecie akademickim i nie tylko w kręgach kulturocentrycznych, w które wkupił się automatem-literatem, niczym pająk nici, strumień opowieści doneuronowo tkającym – tym razem ambicje robotyka były większe. Wkrótce media świata całego usłyszeć miały o najbardziej tajemniczym z projektów Praeclarusa, zwanym roboczo „Deus ex Machina”. Lubił gry słów.

Uklęknął, gorączkowo myśląc.

– Panie, wiele żem się dowiedział o Twych naukach, chociaż nie było to proste, świat bowiem wydaje się od dawien już o nich nie pamiętać. Nie rozumiem, mimo iż, nie ukrywam – prostyż ze mnie człowiek, dlaczego nie postanowiłeś dotąd jeszcze raz przypomnieć nam o Swym istnieniu, dlaczegóż pozwalasz ludziom gubić się na drodze, którąś przecież wytyczył ku Wzniosłości? Czyliż nie byłoby zasługą, wprowadzić wielu z ludzi na właściwąż ścieżkę, przypominając im jednocześnie o Tobie?

Robot wciąż wpatrywał się w Praeclarusa. Obliczenie odpowiedzi, lub po prostu zwykłe nadanie pauzy trwało kilkanaście sekund, z każdą chwilą coraz bardziej umniejszając wagę słów wypowiedzianych właśnie przez człowieka.

–   Ty, który jest zwany znakomitym – rozległo się w końcu – a mimo to uważa, że trójrdzeniowy procesor jest w stanie symulować Byt Trójjedyny, powiem tobie – nie oni zbłądzili, nie oni, lecz ty – Thomasie, szczytne idee dla swoich celów wykorzystać pragnący. Czyż nie największym atutem wiary jest jej dobrowolność? Czy szukający Słowa nie odnajdą go bez Twego działania, albowiem tak im jest przeznaczone? A wiara, Me dziecko, nie tylko powinna być dobrowolna, ale musi też być sprawą poważną. Powiedz mi, czy poważnym jest łączenie Kościoła, ciała ponad dwa tysiące lat na tym świecie goszczącego z wytworem chwili zwanym nowoczesnością? Myślisz – czasami to religia powinna się dostosować do świata. Tak samo sądzisz o najnowszym, choć mało znanym trendzie – cybersakramentach, przez e-księży przyznawanych? Żadna zdalna stymulacja nerwowo-duchowa, żaden impuls elektryczny źródło swe mający w węglu lub uranie – choćbym je nawet do tego celu właśnie stworzył – nie może zbliżyć do Tajemnicy. Ale o tym, niestety, żaden z żyjących już nie zaświadczy.

–   Panie – rzekł Praeclarus, chyba coraz mniej rozumiejący wydarzenia tego dnia, uciekając gdzieś w stronę dalekiej abstrakcji – chociaż projekt mój, pragnący Doskonałość w tak prosteż oblicze przelać, grzechem wielkim się wydawać może – zważ na to, iż w dobrym celu miał on być wykorzystany, by nie powiedzieć Ad… maiorem Dei gloriam.

Sylwetka stojąca przed nim mimo swoich ludzkich, a właściwie androidzich rozmiarów, zdawała się górować nad Spencerem niby Czomolungma nad Rowem Mariańskim.

–   O jakiej chwale mówisz? – tryby mimiczne poruszyły się wewnątrz, chyba tylko po to, by silniej oddziałać na emocje naukowca –  Cóż bowiem dowolny z ludzi pomyśleć może, widząc Nieskończoność w tym drobnym kształcie zamkniętą? Pomyślą o wtedy: Kimże jest Bóg, jeśli przez nadzwyczajnego – ale człowieka – poskromiony został? Czy z takiego obrazu zdolna narodzić się wiara? Dlatego powiem ci, Thomasie – wielkim jesteś robotykiem, lecz zarazem żałosnym, gdyż niby ten – szalony, lecz natchniony – wojownik z dawnych czasów na wiatraki się porywający, stajesz przeciw wyzwaniu niemożliwemu. Zrekonstruowałeś Mnie programowo, lecz wydajesz się dobrze wiedzieć, że zarazem Jestem Nim, jak i Nim nie jestem. I żadnym dowodem na istnienie Jego być nie mogę, bom z ludzkich przesłanek zrodzony, w ciele człowiekowi podobnym umieszczony, On zaś to was na Swe podobieństwo i obraz uczynił.

–   Ależ…

–   Powiedz mi, jeśli założymy, że tego nie wiem – w myślach czytania Mi bowiem nie zaimplementowałeś, lecz parametry, których chyba sam nie zrozumiałeś – czytałeś kiedyś Biblię, czy tylko patrzyłeś na jej karty? Przesłałeś sobie do mózgu strumień informacji, czy dodatkowo podłączyłeś obieg krwionośny, by móc poczuć, czymże jest prawdziwa wiara? Rzeknę Ci – skoroś uczynił już swe największe dzieło, gotów jesteś chyba, by się z niego rozliczyć. A skoro, dziwnym trafem, miast objawić się Panu, Ten przyszedł do ciebie, myślę, żeś skory do Sądu. Jak myślisz, zostaniesz nagrodzony, czy trafi ci się pomsta?

Pięść androida wzniosła się niebezpiecznie, w tym jednak momencie wydarzyło się coś dziwnego – światło przebłyskujące w krążących wewnątrz obwodach a znajdujące swe ujście na świat w oczach Machiny – zgasło, sygnalizując odcięcie zasilania i koniec programu.

Pierwsza osunęła się ręka, zaraz potem głowa opadła podbródkiem ku klatce, zaraz zadziałała jednak blokada hydrauliczna, uniemożliwiająca osunięcie się bezwładnego, splecionego z metalu i węglowych włókien ciała. Ciała zastępczego, finalnie bowiem platformą, ośrodkiem Utajenia, którą to funkcję w dawnych czasach pełniła hostia, miała być forma lepiej wyrażająca Majestat. Zdobycie odrobiny węgla i kwarcu nie stanowiły większego problemu, dalsza, samodzielna ich obróbka – tym bardziej.

Praeclarus otarł pot z czoła, zastanowił się chwilę, po czym opuścił pomieszczenie. Skierował się do dziennika, gdzie podłączywszy swoje myśli do obiegu cyfrowego, zdał relację z pierwszego dnia fazy testowej „Deus ex Machiny”.

Nie miał szansy zauważyć, że znajdujący się w rogu, od dawna popsuty dron wspomagający poruszył się nagle, emitując z wnętrza bardzo słabe światło. Podczas gdy ten zbliżył się do karty kodowej, dokonując weń poprawek, robotyk wciąż notował swoje zastrzeżenia co do kolejnej fazy tego wiekopomnego projektu.

Autorowi jeszcze raz gratuluję, dziękuję i przepraszam.
Cierpliwości. Cierpliwości nam obu.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments