Tag: sf (Page 1 of 4)

Stonawski w Nowinkach – podcast już dostępny!

W piątek (30.08) miałeś okazje rano i po południu posłuchać mnie, oraz Adama Ochwata w radiu. Opowiadaliśmy o Krakonie, a ja napomknąłem coś o swojej twórczości.

Trochę terma była (co słychać, czasami mi się zabełkotało), ale i tak wyszedłem stamtąd z przeświadczeniem, że nie poszło aż tak źle :)

Zapraszam do przesłuchania.

 

 

Krakon się zbliża…!

Lato w pełni. Pisanie też. Nie spałem od… wielu godzin. Piszę. To okrutne, co człowiek potrafi robić ze swoim organizmem dla pasji.
Ale do rzeczy. Może najpierw notka zgodna z nazwą bloga?

Na głównej stronie Krakonu 2012 pojawił się news o nowych gościach. I już teraz mogę zacytować, co następuje:

Stonawski Michał – najmłodszy z naszych autorów i jednocześnie współorganizator Festiwalu Krakon, który w swoim dorobku ma publikacje w takich antologiach jak 31.10: Halloween po polsku, City 2, Horyzonty Wyobraźni 2010, czy O, choinka: Czyli jak przetrwać święta. Jest twórcą opowiadań: Wyrok, Zabawa, Lalka, Mężczyzna z teczką, Jego Wola, Magiczne Słówka, Nagroda, Najcenniejszy prezent, a także Epilog.

A jako, że organizuję w sobotę, 11 sierpnia blok horroru i sensacji, można spodziewać się z mojej strony takich gości jak:

(zaczynamy z grubej rury):

  • Ramsey Campbell
  • Dawid Kain
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Konrad Staszewski
  • Katarzyna Szewczyk
  • Jacek Skowroński
  • Robert Cichowlas
  • Krzysztof Dąbrowski
  • Michał Gacek
  • Krzysztof Maciejewski

A wieczorem, razem ze wszystkimi autorami Krakonu (podanymi zaraz pod wpisem… chyba wszystkimi? Nie, jeszcze nie :>) wielkie grillowanie. Piwo, piwo, piwo, może jakieś kiełbaski.
No, wakacje, po prostu :)
Ze swojej strony obiecuję naprawdę horrorowy dzień sobotni, kryminalny dzień sobotni i szaloną sobotnio-niedzielą zabawę.

A oto lista autorów już ujawnionych, którzy zjawią się na Krakonie:

Tomasz Bochiński, Paweł Ciećwierz, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr., Robert Cichowlas, Paweł Paliński, Ramsey Campbell, Michał Stonawski, Krzysztof Piskorski, Konrad Staszewski, Katarzyna Szewczyk, Robert Szmidt, Piotr Rogoża, Jarosław Urbaniuk, Marcin Zwierzchowski, Marcin Przybyłek, Krzysztof Dąbrowski, Dariusz Domagalski, Michał Gacek, Krzysztof Maciejewski, Jacek Skowroński, Sebastian Uznański.

Kłaniam się, piórkiem ziemię zamiatam i zapraszam serdecznie, groźnie i morderczo :>

Czerwony Mars…

… A potem „Zielony” i „Błękitny” – tak wyobraził sobie kolonizacje Marsa Kim Stanley Robinson, autor chyba jednego z ciekawszych spojrzeń na kolonizacje czerwonej planety.

Tymczasem problem zasiedlenia Marsa przestał być tylko fabułą książek science fiction, stał się rzeczywistością, najpierw w odległych planach, potem coraz śmielej przebijając się do świadomości.
Osobiście zwątpiłem w możliwość kolonizacji – jeśli zabiorą się za to organizacje państwowe takie jak NASA, która – owszem – odwala kawał dobrej roboty jeśli chodzi o obserwacje kosmosu, czy nawet zamieszkanie paru osób na orbicie, ale poważniejsze zadania, takie jak choćby lot na księżyc przerastają ją w tej chwili zupełnie.

W tym czasie zarówno w Europie, jak i wschodzie prowadzone są dosyć ambitne programy kosmiczne, mające jednak przed sobą długą drogę by technologicznie choćby dogonić amerykanów.

Na pierwszy plan w kwestii podboju kosmosu wychodzą organizacje prywatne, szukające w tym zysków, czy to turystycznych (jak w wypadku Space Ship Two) czy rozrywkowych… i o tych ostatnich właśnie sobie powiemy.

Kolonizacja Marsa jest nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Nie tylko „za naszego życia” ale już niedługo, w przeciągu następnej dekady, dwóch. A wszystko to dzięki projektowi
Mars One, który przewiduje pierwsze kosmiczne miasto już między 2023 a 2025.

Jeśli zapytałbyś mnie, jaki jest największy zysk z tego typu przedsięwzięcia, odpowiedziałbym – największy z możliwych: przetrwanie.
Wystarczy jeden kawałeczek skały, by nasza cywilizacja przestała istnieć, parę bomb atomowych, nieudany eksperyment… kosmos i my sami cały czas próbujemy się wyeliminować. To, że się to nie udaje oznacza, że mamy wręcz nieprawdopodobne szczęście. A to Jowisz wyłapie co większe okruchy, a to jedno użycie bomby atomowej w odpowiednim historycznie czasie sprawia, że wszyscy zaczynają się bać konsekwencji. I słusznie.
Ale nie łudźmy się – szczęście zawsze kiedyś się kończy. W każdej chwili może wybuchnąć park(super wulkan) Yellowstone. W zasadzie powinien niedługo, jeśli wierzyć w powtarzalność jego wybuchów. Jowisz też nie zawsze jest w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – dowodzą  tego choćby dinozaury. Nie wspominając o wielkim wymieraniu permskim, podczas którego w zasadzie prawie cała flora i fauna uległa całkowitej zagładzie.

Niestety, mądre głowy rządzące światem mają gdzieś tak wielkie ideały jak przetrwanie gatunku. Dlatego sposób finansowania projektu Mars One może wydać się trochę dziwny.
Jest to bowiem reality show podobny do Big Brothera. Poczynania astronautów będą emitowane na żywo, a przychód z tego zasili konto organizacji.
Pomysł tak samo dziwny, jak… interesujący. W tym szaleństwie jest metoda.
Zaś nagroda jest warta gry.
Tym bardziej, że pierwsza faza projektu już za rok. Oto prosty i interesujący plan Marso One:

2013 – rozpoczyna się selekcja grupy około 40 astronautów. Przejdą oni szkolenie i zostaną umieszczeni w replice marsjańskiej osady, aby tam przystosować się do funkcjonowania;
2014 – startują przygotowania pierwszych satelitów komunikacyjnych oraz zapasów, które zostaną przetransportowane na Marsa;
2016 – pierwszy statek z ładunkiem 2500 kg prowiantu zostanie wystrzelony w stronę czerwonej planety;
2018 – łazik wyląduje na powierzchni Marsa. Będzie poszukiwał idealnego miejsca na budowę pierwszej osady. Bezpośrednia transmisja z powierzchni ma być dostępna dla każdego;
2021 – wszystkie niezbędne komponenty do budowy stacji oraz drugi łazik są już na Marsie;
2022 – maszyny zapewniające dostawy wody, tlenu oraz produkujące atmosferę mają być gotowe. Na 14 września 2022 roku zaplanowano start pierwszej 4-osobowej ekipy astronautów w kierunku Marsa. Bilety oczywiście w jedną stronę;
2023 – pierwsi ludzie lądują na czerwonej planecie, rozpoczynając budowę pierwszej bazy. Dwa lata później dołączają do nich kolejni astronauci, wraz ze sprzętem oraz zaopatrzeniem, gotowi na dalszą kolonizację.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=n4tgkyUBkbY&feature=plcp[/youtube]

Ja rekrutuję się na pewno. A Ty? :)

Zobacz też:
Artykuł na Gadżetomanii
Artykuł na Spokogadzet
Strona główna projektu

 

Luźne myśli o fandomu polskiego przyszłości

 

Byłem ci ja w 2011 roku na Falkonie. Byłem też i wcześniej, lecz to prawie rok temu w Lublinie zaczyna się historia moich przemyśleń odnośnie przyszłości polskiego fandomu.

Zaczyna się ona na spotkaniu autorskim ze znanym i lubianym Jarosławem Grzędowiczem. Spotkaniu, w moim odczuciu, poprowadzonym fatalnie – tak bez znajomości tematu, jak i obycia w naszej fantastycznej rodzinie.

Oczywiście, nie zamierzam się rozwodzić nad błędami prowadzącego, bo nie dla pastwienia się piszę ten felieton. Dosyć powiedzieć, że człowiek nie wiedział, iż Maja Lidia Kossakowska jest żoną wspomnianego wyżej pisarza, a pytania były na poziomie znanych i (nie)lubianych „skąd pan czerpie inspirację”. Ale są to błędy wybaczalne i całkiem zrozumiałe, w końcu każdy jest człowiekiem i może się pomylić. Tym, co mnie zastanowiło, było nagminne używanie zwrotu „Pan”. W dodatku szybko przejęte przez znaczną część młodej widowni (czyt. młodych fantastów).

Postanowiłem na łamach Efantastyki trochę pomarudzić. O fandomie, o jego przyszłości… standardowo, jak to maruda.

I standardowo, zapraszam – o TU.

Epilog i cała reszta

 

Znowu się spotykamy.

 

Trochę mnie tu nie było, prawda? Praca zabiera dużo czasu, jednocześnie pomagając mi lepiej zorganizować dzień, a te płyną o wiele szybciej, niż bym przypuszczał, że mogą. To… dobrze. Znaczy – pracuję.

 

Tymczasem chciałbym zaprosić Cię, drogi Czytelniku, do lektury mojego opowiadania „Epilog” opublikowanego na pisarskim blogu „Gryzipiórek”, którego mam zaszczyt być współautorem.

Read More

I co teraz?

 

Jak było do przewidzenia – „nasz” rząd, nie bacząc na setki tysięcy głosów mówiących stanowczo „nie” i wczorajsze manifestacje (we wszystkich miastach było ok 100 tyś. ludzi, w samym Krakowie 15 tyś.) podpisał dzisiaj w ACTA.

Już samo to wydaje się oburzające, biorąc pod uwagę ustrój, który przypisuje się Polsce. Już wisienką na torcie staje się fakt, że wedle ustaleń, kraje członkowskie UE miały czas na podpisanie ACTA do 31 marca 2013 roku. Mało tego – nie ma wymogu podpisania tego dokumentu.
Pytanie jest więc oczywiste – dlaczego tak się pospieszyliśmy?

Szczerze? Nie rozumiem. Jaki cel miał w tym  Donald „Jeszcze Premier”  Tusk? Jaki cel miał w takim działaniu rząd? Jako zwyczajni ludzie – sami sobie zaszkodzili. Więc? Naciski ze strony USA? Obietnica ciepłej posadki po wszystkim? Wkraczamy na niebezpieczny grunt teorii spiskowych, które teraz będą się mnożyły.
Nie jestem znawcą prawa, ani tym bardziej polityki. Być może istnieje wytłumaczenie, ale ja go nie widzę. Nie, bez sięgania to teorii spiskowych.

Tymczasem przeraża mnie dezinformacja. Podczas trwania protestów ktoś ewidentnie kontrolował media. A że żyjemy w Polsce, gdzie rządzący nie przeprowadzają – nigdy nie przeprowadzali – takich akcji umiejętnie, sam fakt kontroli widać jak na dłoni. Ponoć na jednej z manifestacji doszło do zamieszek. Media mówią o rzucaniu kamieniami. Jak się okazuje, cała sprawa miała miejsce już PO manifestacji. Ot, zebrało się paru kiboli. Przy takiej rzeszy osób było to do przewidzenia. Jestem wręcz pod wrażeniem, jak spokojnie to wszystko się odegrało. Ludzie pokazali, że im zależy.

Pomijam już takie kwiatki jak usunięcie tysięcy komentarzy internautów ze strony Kancelarii Premiera na Facebooku, czy listę podmiotów, z którymi „konsultowano” ACTA.

 

Pytanie, które zadaję w tej chwili, to – co teraz?
Minie jeszcze trochę czasu, umowa musi zostać ratyfikowana. Czy potem zaczną się kłopoty? Zobaczymy. Wedle konstytucji my, ludzie, możemy przejąć władzę. To znaczy – jeśli nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele nie działają w naszym interesie.
Czy będzie nas stać na taki krok?

Tu już chyba nawet nie chodzi o ACTA. Sam dokument może być zapalnikiem odkorkowującym gaz niezadowolenia społecznego z ostatnich lat działań nie tylko tego rządu, ale całej areny politycznej.

 

Dziś widzę dwie, skrajnie od siebie różne drogi:

Jedna z nich, to wolne uspokajanie się tłumów. Miną tygodnie, a ACTA będzie tematem memów i słabych przypomnień. Ogień rewolucji ma to do siebie, że płonie jasno, ale szybko się wypala. Za dwa, trzy miesiące mało kto będzie się już tym zajmował. Kiedy dojdzie do wyborów, ktoś wspomni o całym fakcie, przypomni ACTA, ale w telewizji niczego nie podadzą. PO będzie straszyło Kaczyńskim i PIS, albo damy sie przekonać, albo nie. W każdym razie sytuacja sie powtórzy. Afery i wojna między PO a PIS – bez znaczenia kto będzie za sterami. Bo przecież inne opcje polityczne nie istnieją. Nikt nie zagłosuje na kogoś „kto i tak nie wygra, bo ma za mało poparcia”.
Potem wszystko potoczy się już samo. Będzie nam źle, będziemy wygrażać rządowi, opozycji i słuchać jak to źle na świecie się dzieje w telewizji (choć o tym, że obywatele Islandii obalili swój rząd się nie dowiemy. Te rzeczy mogłyby wzbudzać niepotrzebne niepokoje ). Szara, polska rzeczywistość. No, może poza tym, że od czasu do czasu kogoś będą zamykać za piractwo. Niekoniecznie tego, kto piracił. Ale o tym też nie musimy wiedzieć.
A poza tym? Będzie do bólu normalnie.

 

Druga droga jest krótsza – ACTA jest tylko zapalnikiem. Do świadomości ludzi docierają też nowe uprawnienia kontrolerów NIK (Najwyższej Izby Kontroli).

Dla przypomnienia, lub też informacji – projekt ustawy, który został już zaakceptowany i która wejdzie w życie w czerwcu pozwala kontrolerom NIK zbierać informacje ze wszystkich dziedzin naszego życia. Rzecz jasna, by lepiej nas chronić przed nami samymi. W tym preferencji seksualnych, pochodzenia rasowego, preferencji politycznych i wyznaniowych, nałogów, stanu zdrowia, czy – błahostka – informacji genetycznej.
A wszystko dlatego, obywatelu, że jesteś zbyt głupi. Dlatego państwo musi Cię trzymać za główkę i inwigilować na wszelkie możliwe sposoby. Byś przypadkiem głupstwa nie popełnił. Dla Twojego dobra. Idioto.
Koniec dygresji.

Płomień rewolucji nie tylko nie gaśnie, ale i jest podsycany. Ludzie mają dosyć. Wszystko zlewa się w jedno, Smoleńsk, krzyż, afery korupcyjne, ACTA, NIK, kłamstwa i machinacje. Do jednego wora. Nikt nie patrzy, czy to ma sens. Dosyć, po prostu dosyć. Anonimowi powielają ataki, wyciągają niewygodne dla rządu informacje na światło dzienne. Odtajniają najtajniejsze z akt. Ten był agentem, ten donosił, tamten manipulował, inny łapówkarz, a co do prezydenta…
W końcu zbiera się garstka zapaleńców, być może podkładają bomby, albo idą z bronią pod sejm. Oczywiście zostają szybko i krwawo spacyfikowani. Wybuchają zamieszki. Ktoś nie wytrzymuje. Pada rozkaz. Do gazu pieprzowego i armatek wodnych dołącza się ostra amunicja…
Rząd zostaje obalony. Krwawo, lub też w sposób bardziej pokojowy – podaje się do dymisji. Nowe ustawy, nowa władza, być może nowa konstytucja. Mimo ofiar – swoiste katharsis.
Ale za jaką cenę?

 

A może zupełnie inaczej? A może wymieszanie się tych dwóch wizji, swoisty złoty środek? Popadłem w skrajności specjalnie, dając upust wyobraźni. Rzeczywistość – jak zawsze – zweryfikuje. Jeśli będzie ku temu powód, jeśli ACTA zmieni naszą rzeczywistość w ten gorszy sposób, wezmę udział w protestach. Będę walczył o wolność. Jeśli nie, nie zagłosuję ani na PO ani na PIS – jak zawsze. Mam inne poglądy.
Jedno jest pewne – nie zapomnę.

A w tej chwili?

Czekam.

 

Na koniec – całkiem ciekawy kawałek. Polecam odsłuchać.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=F2fYUMWZLL0[/youtube]

Zrozumieć kosmitów

 

Posted: 27 grudzień 2048 by Michał Stonawski in The DeepWebMagazine Nr.45

 Każdy z nas wie, kiedy i jak się zjawili. Przestrzeń nigdy nie zaskoczyła nas tak bardzo. Ani, kiedy odnaleziono ślady prymitywnej cywilizacji pod lodami Europy, ani też, kiedy Mars okazał się nic nie wartym kawałkiem skały, kolejnym rozwianym mitem ludzkości.
Bunkier, w którym przebywam nie wytrzyma już długo. Kiedy go w naprędce budowano (bo Polska przecież nie mogła mieć takowych już zawczasu, jak Amerykanie – fakt, faktem, że niewiele im to pomogło – ale jak zwykle, w pośpiechu, klecić coś na parę dni przed wojną). Może to być mój ostatni artykuł do tego pisma.

Długi czas zastanawiałem się, co jest istotą problemu, który sprawił, że dwie cywilizacje toczą wojnę. Wojnę, dodam, przegraną przez nas, zanim jeszcze w zasnute statkami niebo wzleciały pierwsze pociski. Tego jedynego faktu chyba wszyscy myślący ludzie byli i są pewni. Za to dalej niepokoi mnie myśl, że tego konfliktu dałoby się uniknąć, gdyby ktoś z pozostałych przy życiu rządzących usiadł i spokojnie przeanalizował sytuację. Wpadłby zapewne na to, że cała sytuacja jest wynikiem tragicznego nieporozumienia.

Być może dostanie mi się za to, co teraz napiszę, ale myślę, że to nasza stadna panika może być dowodem na to, że oni się wcale nie mylą, że dobrze robią. Że Homo Sapiens mieszkający w miastach, mający w swym władaniu nawet atom to błąd i pomyłka Boga, natury, czy innego demona.

Z drugiej strony – czy można się dziwić panice i wzburzeniu, jakie zapanowało na świecie te pięć lat temu, kiedy przywódcy większości zjednoczonych państw zostali pożarci żywcem na oczach całego świata? Na pewno nie. Jednak, analizując Przybyszy, można zrzucić to na karby… no właśnie, czego? Niewiedzy? Przecież przechwycili nasze programy. Wiedzieli, kim jesteśmy. Czy jednak lecieli tutaj z zamiarem pożywiania się, czy też decyzje zapadły dopiero po obejrzeniu naszego poziomu cywilizacyjno-społecznego? Mimo to, myślę, że wytłumaczenie jest proste i wszystko – wtedy – dałoby się odkręcić.
Ale my, wojowniczy dzikusi, musieliśmy pokazać, że mamy atomówki. Efektem czego zostało nas – jak przeczytałem w ostatnich Tabelach Rozrodu – czternaście milionów.
Z ośmiu miliardów ludzi.

***

Mówiłem o pomyłce, nieporozumieniu. Dalej swoje stanowisko utrzymuję. Aby go jednak dowieść, musimy przyjrzeć się samym Przybyszom. Zrozumieć. Wbrew powszechnej propagandzie – nie są oni wcale okrutnymi najeźdźcami z kosmosu. Wręcz przeciwnie. Ich cywilizacja istnieje wystarczająco długo, by wyzbyli się uczuć tak niskich, jak pogarda, złość, gniew.  Środki militarne stosują do chłodnej obrony, czy „ataku” – dla nas, dla nich zaś – narzędzia.

W pierwszych dniach od wystrzelania pocisków (wciąż można było uratować sytuacje. Rakiety nie wyrządziły przecież wielkich szkód flocie!) świat obiegła oburzająca wieść, jakoby na planecie naszych najeźdźców obok siebie obcowały dwa gatunki – Oni, oraz Homo Sapiens,  którzy nie mieli szans zbudować cywilizacji. Homo Sapiens, podawanych jako wykwintne dania w restauracjach, dodajmy.

Trzeba tu zwrócić uwagę, na istotną różnicę, pomiędzy nami a nimi – nasze mózgi, zachowania nawet, niewiele zmieniły się od czasów epoki kamienia. Oni mają za sobą miliony lat ewolucji, psychicznej i fizycznej, a także równomierny wzrost techniki. Nasz gatunek doszedł do pewnych rzeczy za szybko, w dodatku rozwijamy się skokowo, coraz szybciej i szybciej, ekspansywnie. Co u Przybyszy zajęło dwa tysiąclecia, my poznaliśmy i wcieliliśmy w życie w sto czy dwieście lat.

Wyobraźmy więc sobie nasz świat z perspektywy Obcego i jego chłodnej kalkulacji. Widzi planetę, na której rozwinęła się cywilizacja zwierzyny hodowlanej. To jeszcze da się wyjaśnić, nawet zaakceptować. Ewolucja gatunków.
Później jednak nasi goście przyglądają się uważniej i widzą istoty w tym samym (a może nawet mniejszym) psychicznie stopniu rozwoju, co ich zwierzęta. Spoglądają na dzikie świnie znające techniki władania siłą atomu, syntezy, umiejące działać na poziomie genetycznym.

Trudno mówić o odczuciach Przybyszy, bo pewnie takich nawet nie mieli. Z właściwym sobie wyrachowaniem stwierdzili to, co my byśmy stwierdzili patrząc na cywilizację kurczaków, będących na właściwym tym stworzeniom poziomie umysłowym. W dodatku (jak to się później okazało) wobec klęski głodowej na rodzimej planecie.

***

Większość tych informacji była dostępna już na samym początku konfliktu. W tej chwili wyciszane są przez propagandę. Tymczasem czas bohaterów już minął. Moim zdaniem, trzeba pomyśleć o przetrwaniu gatunku. I nie mówię tu o poddaniu się, nasz gatunek nie przywykł do tego typu zachowań (dzięki czemu ewoluowaliśmy tak szybko). Organizmy naszych najeźdźców przystosowane są do pobierania składników odżywczych od białkowych form życia. Na ich planecie nie ma zbyt wielu zwierząt, jedynymi dosyć dużymi jesteśmy my.

Tymczasem planeta Ziemia obfituje w cud życia. Zamiast więc prowadzić wykańczającą wojnę, powinniśmy pokazać Obcym alternatywę. Jestem zdania, że po ukazaniu faktu, że jesteśmy zdolni przerwać waśń i wykazać się rozumem – mogą uznać nasze umysły za rokujące nadzieje.
A co potem? Jak udowodniliśmy, potrafimy rozwijać się bardzo szybko, czerpiąc z naszej woli życia, walki, przetrwania. W obliczu klęsk zawsze potrafiliśmy potroić nasze działania, zaś mając dostęp do obcej technologii z zestrzelonych statków zalegających na powierzchni… kto wie?

Mamy szansę, którą możemy wykorzystać. Jeśli tego nie zrobimy, nasze wyginięcie będzie uzasadnione. W takim wypadku nie daliśmy bowiem rady przeciwnościom ewolucyjnym.

Jednak to dzięki swojemu rozumowi Homo Sapiens zabrnął tak daleko.
Mam nadzieję, że tak będzie i tym razem.

Zapraszam do Krakowa na 28 Kulturkampf

 

Dnia 24 listopada 2011 roku w Krakowskiej Kawiarni Naukowej odbędzie się 28 już edycja Kulturkampfu. Tak się jakoś złożyło, że będę tam prezentował na żywo (czytaj – dukał coś nieskładnie do mikrofonu) swoją twórczość w formie opowiadania „Nagroda” opublikowanego też w 33 numerze Grabarza Polskiego.

Może się zdarzyć, że zamiast mnie opowiadanie przeczyta Krzysztof T. Dąbrowski (za co bardzo mu dziękuję). Sprawa taka, że jestem – niestety – chory i nagły atak (dajmy na to) gorączki może mi przeszkodzić.

Fragment, tak – dla apetytu:

Jakub westchnął i schylił się pod blat, sięgając po kartonowe pudła. Czas zwijać interes. Dochodził wieczór. Dziś nic już nie sprzeda. W ogóle dzisiaj prawie nic nie sprzedał.  Rano jakaś mała gówniara podeszła, próbując zamienić swojego lizaka na szklanego słonika.  Potem pojawiła się starsza pani ciągnięta przez wnuka. Przez chwilę tłumaczyła mu, że nie ma pieniędzy, potem, gdy to nie poskutkowało obiecywała paczkę chipsów (musiała przekupywać go w ten sposób bardzo często; dziesięcioletni, na oko, chłopak był gruby jak tucznik), w końcu – z wyraźną niechęcią – sięgnęła po portfel i kupiła gipsowego smoka.   Potem, zdecydowanie, odciągnęła wydzierającego się o jeszcze grubasa. Parę godzin później zjawili się jacyś państwo z małą, siedmioletnią dziewczynką. Ze Słowacji przyjechali. Jakub za młodu mieszkał na Słowacji u ciotki. Dogadali się bez problemu. Państwo byli albo bogaci, albo rozrzutni, a może jedno i drugie. On kupił tanią podróbę katany (po 150 złotych), a ona nic nie warte szklane świecidełka, za które zapłaciła cztery dychy. Dziewczynce kupili – niespodzianka! – smoka. Dużego. Za pięćdziesiąt złotych. Odeszli, szczerząc zęby, jak gdyby właśnie nadeszła gwiazdka.

Później już nie miał szczęścia. Raz myślał, że się obłowi, kiedy przed jego budą zatrzymała się chińska (albo japońska? Kie diabeł. Wszystko jedno) wycieczka. Coś tam zaszczebiotali, poględzili, pośmiali się, dotykając wszystkiego, co tylko mogli (w tym jego samego), zrobili paręset zdjęć, pstrykając swoimi aparacikami i odeszli, pomachawszy mu wesoło na pożegnanie. Pieprzone żółtki.

 

No i program części literackiej:

 

18-19 część literacka PROZA
konkurs na utwór literacki podejmujący motyw kawy i papierosów, tekst
podsyłać na cortazar_6@gazeta.pl, do wygrania kawa i papierosy
18.00-18.10 MARCIN ADAMOWICZ ( GUDRUN I INNE HISTORIE)
18.10-18.20 EWA BAUER ( W nadziei na lepsze jutro)
18.20-18.30 KAMIL CZEPIEL( GROZA W PROZIE)
18.30-18.40 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( ANIMAE VILIS)
18.40-18.50 DAWID KAIN ( ZA 5 REWOLTA)
18.50-19.00 KRYSTIAN KAJEWSKI ( ABCDARIA)
19.0019.10 KATARZYNA NOWAK ( KASIKA MOWKA)
19.10-19.20 MICHAŁ STONAWSKI ( GROZA W PROZIE)

Widzimy się w Krakowie! :)

Prywatnie tak [8] – BOM

 

Obiecałem kiedyś, chyba rok temu, ten wpis. Przypomniałem to sobie niedawno, kiedy w ramach jednej z akcji nagrywałem film… przedstawiający mój salon.
Nudziło mi się.
Chory niestety jestem.

W każdym razie – kogo interesuje, w jakim miejscu tworzę ja i taki jeden pad grafik (wybitnie twórcze musi to być miejsce) – zapraszam.

 

Może zaczniemy od kuchni – czyli od biurka. Za wiele tu do opisywania nie ma. Ot, laptop (dzięki pewnemu panu żyjący w tej chwili na skrawku dysku), kubek z pisadłami, głośniki.

 

Z kolei to jest chyba najważniejsze miejsce. Serce naszego domu – Boma, fotel służący tylko jednemu – dawno już chyba zapomnianej rozrywce społecznej, jaką jest czytanie. Za fotelem – plecaki, śpiwory, rzeczy do podróżowania na zimę zamknięte w oczekiwaniu na sezon.
Obok – zakładki, pisadło, karteczki do pisania. No i książki, do których łatwy dostęp.
Z kolei ciekawym artefaktem jest telewizor – nieużywany, niepodłączony do żadnej telewizji, nawet publicznej. Wkrótce zniknie, a my zyskamy dodatkowe miejsce na książki.

 

  Zaraz obok biurka – kolejne półki. A, nie powiedziałem o podziale. Widzicie, starość nie radość, albo też gorączka.
W każdym razie – Na poprzednim zdjęciu ta półka najbardziej po lewej, to książki do oddania, pożyczone. Za nimi – Trochę Pilipiuka i Mileny Wójtowicz, czekające na zwolnienie się miejsca (przecz z telewizorem!). Potem literatura popularno-naukowa (na najwyższej z półek pierwszego od lewej regału), a dalej fantastyka polska (prócz półki ostatniej, przeznaczonej na gwiezdne wojny, Serie niefortunnych zdarzeń, Lewisa…). Po prawej stronie – fantastyka zagraniczna.

Przechodząc, do zdjęcia właściwego (tego tu, po lewej) – pierwsze dwie półki to stara Sf, potem trochę horroru polskiego, fantasy, głównie zaś kryminały.

 

Jeśli jeszcze nie macie dosyć tego wylewu prywaty, zapraszam do oglądania krótkiego filmiku, jak to wygląda w wersji żywej.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xBJkXeqjUEM[/youtube]

Na obraz i podobieństwo

 

Pamiętacie konkurs „Lata 80”? Obiecałem opublikować zwycięskie opowiadanie, co też czynię. Swoją drogą, mam nadzieję, że pojawi się jakaś prywatna firma jako alternatywa na Pocztę Polską. Wysłaną nagrodę, po… miesiącu? Odesłali mi z powrotem, jakoby nie mogąc się doczytać.
Niechaj przepadną, a z nimi ich pchły. Ot co.

A na uspokojenie tekst w klimatach starej, dobrej fantastyki naukowej. Zapraszam.

 

Krzysztof Otto
NA OBRAZ I PODOBIEŃSTWO

Podczas gdy karta kodowa wkręcała się w czytnik programów, punkt po punkcie interpretowana z języka dziur na dialekt maszynowy, robotyk Praeclarus kończył dopalać fajkę – kadmową, lecz zwieńczoną trybem z irydu. Element ten napędzany energią cieplną obracał się powoli, nadając dymowi kształt spirali logarytmicznej –  taki właśnie jej wariant przypadał na środy. Po wstecznej rotacji, w przypadku siły Coriolisa odpowiadającej półkuli północnej, poznał, że jest już druga połowa miesiąca, minął zatem termin opłacania rachunków za prąd i wszelkie tego pokroju błahe dobra powszechne.

Inny badacz może by się tym zaniepokoił, ludzie o renomie Praeclarusa zwykli jednak brać takie wieści za jedynie małe ciekawostki życia codziennego, niegodne większej atencji. Owszem, przez ostatnich kilka tygodni jedynym wyznacznikiem czasu był dlań obłok tytoniu, przyjmujący formy krzywych matematycznych (tylko kółka były zarezerwowane dla niedziel), momenty kulminacyjne projektów miały jednak w zwyczaju przypominać światu o istnieniu naukowca, jemu samemu zaś o blasku światła dziennego, tudzież tym nieco mniej elektromagnetycznym, a bardziej materialnym… by nie powiedzieć materialistycznym.

Dźwięk wysuwającego się papieru obwieścił koniec ładowania programu, robotyk odłożył więc wciąż dymiącą, misternie obrobioną bryłkę metalu, by stanąć przed nieco bardziej okazałym jej odpowiednikiem. Z racji swego wieku i stopnia trudności obliczeń – również wydobywającym z siebie ciemne i gęste zarazem obłoki.

Praeclarus pamiętał z dzieciństwa pewien szczególny obraz: dusznej sali, wypełnionej od sufitu po podłogę, od lewej ściany aż po prawą – ogromem półek zawierających Wiedzę. Jego rodzice nazywali to biblioteką, on zaś nie rozumiał roli tych „świątyń kurzu” – wszelką myśl ludzką magazynowały już wtedy miniaturowe nośniki mieszczące się w kieszeni i zawierające wyjścia sensoryczne. Wciąż pozostawał zwolennikiem postępu, ale nie czując jakoś tej wewnętrznej ironii w swojej pracowni trzymał okazy budzące najprawdopodobniej zazdrość wszystkich miłośników historycznej myśli komputerowej. Oni z pewnością nie zamierzaliby jednak wykorzystywać tych eksponatów do celów innych niż dekoracyjne.

Jeśli zaś chodzi o postępy w miniaturyzacji w ostatnich czasach… analogia do bibliotek jest pełna. Każdy poważany naukowiec powinien mieć swoje drobne dziwactwo, a odkąd jego przyjaciel Brendan zaczął wprowadzać programy negatywowo – miast podziurawioną kartkę, pęsetą punktowo umieszczał w czytniku konfetti – mózg Praeclarusa nieświadomie zaakceptował wyzwanie i wybrał coś jeszcze bardziej karkołomnego – tu bowiem nie implementacja, a programowanie sprawiało największe trudności.

–         Cóżeż więc tutaj mamy? – rzekł naukowiec, sprawdzając postęp transferu – Nie popełnił żeś abyż to błędu jakiegoś?

Odkąd dronowi wspomagającemu od nadmiaru wszechobecnego kurzu przepaliła się chłodnica, Praeclarus znakomicie opanował szlachetną sztukę monologu, wplatając weń dodatkowo własne impresje językowe. Aby zyskać szacunek w tym zawodzie nie wystarczy sprawnie wdrażać nowe technologie, tu o styl życia się rozchodzi, możliwie najbardziej zdziwaczały i niezrozumiały dla ludzi z zewnątrz.  Dlatego, a właściwie – dlategoż właśnie korzystał z własnego, osobistego dialektu, z przyzwyczajenia także w godzinach pracy, na wypadek, gdyby jakiś cybernetyczny lustrator akurat postanowił odwiedzić go ze swym hakerskim inwentarzem.

–         Jeszcze dwie dźwignie pozostałyż, ta tutaj oraz… – rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu, szukając bacznie „tamtej”, odwrócił się i w końcu przesunął tę drugą. Potylicą.

–         Niechże to licho… – wykrzyknął, zaraz jednak złapał się za usta, zobaczywszy, że siedzący na krześle robot załadował już całość danych i otworzył oczy, zaś kabel zasilający odłączył się samoistnie, pozostawiając programowi swobodę działania. Przez dobre pół minuty z półotwartymi ustami wpatrywał się w sylwetkę konstrukta, w końcu, nie utrzymując w ryzach cierpliwości, powiedział:

–         Wybacz mi, jeśliż wyrywam Cię z zamyślenia, rozruchy zawsze są najtrudniejsze… – urwał, widząc pracę rtęciowych źrenic, skierowanych ciągle przed siebie, nie zaś na interlokutora – Jestem…

Zanim zdążył pokrótce przedstawić kilka szczegółów swego istnienia, rozległ się nagle drugi głos, nie pozostawiając mu złudzeń co do konieczności czynienia tego:

–         Doskonale wiem, kim jesteś, Thomasie Spencer, synu Laury i Erazma, słynny robotyku i programisto przez towarzyszy zwany Praeclarusem. Obywatelu świata, szanowany na uniwersytetach Ziemi oraz jej kolonii, imienniku planetoidy 82158, twórco maszyn rozumnych i roboczych, wynalazco czwartego sytemu ekonomicznego. Oraz początkujący poeto – hobbysto. Znam cię.

Klasycznie można to nazwać odebraniem inicjatywy.

Praeclarus szybko zastanowił się, czy nie zapomniał może wyczyścić pamięci podręcznej któregoś z wcześniejszych jego projektów – bota biografisty, zaraz jednak zreflektował się, że wtedy dla ułatwienia używał modelu latającego. Trzy miesiące temu bot odfrunął na antypody skonsultować pewien istotny szczegół z jego młodości – recykling podzespołów też był zatem niemożliwy.

I ten głos… Nie pasował do żadnego z syntezatorów na które miał licencje, możliwe, że podczas którejś z nieprzespanych nocy w fazie projektu, jako efekt chwilowego zauroczenia swym pomysłem wprowadził przesterowanie – efekt zaskoczył jego samego. I nie chodziło tu o niepodobieństwo do ludzkiego głosu – żaden z syntezatorów nie potrafił tego w pełni. Ale by głos nie przypominał nawet… robociego?

Nie zauważył, w którym momencie tamten wstał. Gdyby jego oczy nie były tylko płynnym metalem robotyk pomyślałby, że spojrzeniem przewiercają go na wylot. Owszem, dzięki soczewkom własnej konstrukcji Praeclarusowi udało się, poprzez wielokrotne zastosowanie całkowitego wewnętrznego odbicia nadać spojrzeniu pewną tajemniczość. Nie sądził jednak, że efekt działać będzie i na niego, zwłaszcza przygotowanego na wszelkie dziwy, z którymi się styka, testując zawsze swe twory.

Robot milczał, Spencer doszedł więc do wniosku, że czeka na jego odpowiedź, przynajmniej kilka słów, po których znowu będzie mógł mu przerwać. Zastanowił się, powiedział z pamięci:

–         „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Na obraz Boży go stworzył”. Przeczytałem takież słowa w pewnej starej Księdze, w czasach, kiedyż to słowo pisane posiadało jeszcze jakąś wartość. Uderzyła mnie w tymże analogia do zawodu, który za tamtych czasów dopieroż zaczynałem wykonywać – robotyka. Przecież i my jesteśmyż wykonawcami aktu kreacji, dobroczyńcami ludzkości wykraczającymi poza wszelkie ewolucyjnie nadane nam limity wyobraźni. Ty zaś jesteś…

–         Jestem, który Jestem.

Praeclarusowi rzadko zdarzało się wyjaśniać swe motywy skonstruowanym przez siebie bytom. Co innego jednak stojąc przed swoim Opus Magnum, programem mającym zapewnić mu sławę nie tylko w świecie akademickim i nie tylko w kręgach kulturocentrycznych, w które wkupił się automatem-literatem, niczym pająk nici, strumień opowieści doneuronowo tkającym – tym razem ambicje robotyka były większe. Wkrótce media świata całego usłyszeć miały o najbardziej tajemniczym z projektów Praeclarusa, zwanym roboczo „Deus ex Machina”. Lubił gry słów.

Uklęknął, gorączkowo myśląc.

– Panie, wiele żem się dowiedział o Twych naukach, chociaż nie było to proste, świat bowiem wydaje się od dawien już o nich nie pamiętać. Nie rozumiem, mimo iż, nie ukrywam – prostyż ze mnie człowiek, dlaczego nie postanowiłeś dotąd jeszcze raz przypomnieć nam o Swym istnieniu, dlaczegóż pozwalasz ludziom gubić się na drodze, którąś przecież wytyczył ku Wzniosłości? Czyliż nie byłoby zasługą, wprowadzić wielu z ludzi na właściwąż ścieżkę, przypominając im jednocześnie o Tobie?

Robot wciąż wpatrywał się w Praeclarusa. Obliczenie odpowiedzi, lub po prostu zwykłe nadanie pauzy trwało kilkanaście sekund, z każdą chwilą coraz bardziej umniejszając wagę słów wypowiedzianych właśnie przez człowieka.

–   Ty, który jest zwany znakomitym – rozległo się w końcu – a mimo to uważa, że trójrdzeniowy procesor jest w stanie symulować Byt Trójjedyny, powiem tobie – nie oni zbłądzili, nie oni, lecz ty – Thomasie, szczytne idee dla swoich celów wykorzystać pragnący. Czyż nie największym atutem wiary jest jej dobrowolność? Czy szukający Słowa nie odnajdą go bez Twego działania, albowiem tak im jest przeznaczone? A wiara, Me dziecko, nie tylko powinna być dobrowolna, ale musi też być sprawą poważną. Powiedz mi, czy poważnym jest łączenie Kościoła, ciała ponad dwa tysiące lat na tym świecie goszczącego z wytworem chwili zwanym nowoczesnością? Myślisz – czasami to religia powinna się dostosować do świata. Tak samo sądzisz o najnowszym, choć mało znanym trendzie – cybersakramentach, przez e-księży przyznawanych? Żadna zdalna stymulacja nerwowo-duchowa, żaden impuls elektryczny źródło swe mający w węglu lub uranie – choćbym je nawet do tego celu właśnie stworzył – nie może zbliżyć do Tajemnicy. Ale o tym, niestety, żaden z żyjących już nie zaświadczy.

–   Panie – rzekł Praeclarus, chyba coraz mniej rozumiejący wydarzenia tego dnia, uciekając gdzieś w stronę dalekiej abstrakcji – chociaż projekt mój, pragnący Doskonałość w tak prosteż oblicze przelać, grzechem wielkim się wydawać może – zważ na to, iż w dobrym celu miał on być wykorzystany, by nie powiedzieć Ad… maiorem Dei gloriam.

Sylwetka stojąca przed nim mimo swoich ludzkich, a właściwie androidzich rozmiarów, zdawała się górować nad Spencerem niby Czomolungma nad Rowem Mariańskim.

–   O jakiej chwale mówisz? – tryby mimiczne poruszyły się wewnątrz, chyba tylko po to, by silniej oddziałać na emocje naukowca –  Cóż bowiem dowolny z ludzi pomyśleć może, widząc Nieskończoność w tym drobnym kształcie zamkniętą? Pomyślą o wtedy: Kimże jest Bóg, jeśli przez nadzwyczajnego – ale człowieka – poskromiony został? Czy z takiego obrazu zdolna narodzić się wiara? Dlatego powiem ci, Thomasie – wielkim jesteś robotykiem, lecz zarazem żałosnym, gdyż niby ten – szalony, lecz natchniony – wojownik z dawnych czasów na wiatraki się porywający, stajesz przeciw wyzwaniu niemożliwemu. Zrekonstruowałeś Mnie programowo, lecz wydajesz się dobrze wiedzieć, że zarazem Jestem Nim, jak i Nim nie jestem. I żadnym dowodem na istnienie Jego być nie mogę, bom z ludzkich przesłanek zrodzony, w ciele człowiekowi podobnym umieszczony, On zaś to was na Swe podobieństwo i obraz uczynił.

–   Ależ…

–   Powiedz mi, jeśli założymy, że tego nie wiem – w myślach czytania Mi bowiem nie zaimplementowałeś, lecz parametry, których chyba sam nie zrozumiałeś – czytałeś kiedyś Biblię, czy tylko patrzyłeś na jej karty? Przesłałeś sobie do mózgu strumień informacji, czy dodatkowo podłączyłeś obieg krwionośny, by móc poczuć, czymże jest prawdziwa wiara? Rzeknę Ci – skoroś uczynił już swe największe dzieło, gotów jesteś chyba, by się z niego rozliczyć. A skoro, dziwnym trafem, miast objawić się Panu, Ten przyszedł do ciebie, myślę, żeś skory do Sądu. Jak myślisz, zostaniesz nagrodzony, czy trafi ci się pomsta?

Pięść androida wzniosła się niebezpiecznie, w tym jednak momencie wydarzyło się coś dziwnego – światło przebłyskujące w krążących wewnątrz obwodach a znajdujące swe ujście na świat w oczach Machiny – zgasło, sygnalizując odcięcie zasilania i koniec programu.

Pierwsza osunęła się ręka, zaraz potem głowa opadła podbródkiem ku klatce, zaraz zadziałała jednak blokada hydrauliczna, uniemożliwiająca osunięcie się bezwładnego, splecionego z metalu i węglowych włókien ciała. Ciała zastępczego, finalnie bowiem platformą, ośrodkiem Utajenia, którą to funkcję w dawnych czasach pełniła hostia, miała być forma lepiej wyrażająca Majestat. Zdobycie odrobiny węgla i kwarcu nie stanowiły większego problemu, dalsza, samodzielna ich obróbka – tym bardziej.

Praeclarus otarł pot z czoła, zastanowił się chwilę, po czym opuścił pomieszczenie. Skierował się do dziennika, gdzie podłączywszy swoje myśli do obiegu cyfrowego, zdał relację z pierwszego dnia fazy testowej „Deus ex Machiny”.

Nie miał szansy zauważyć, że znajdujący się w rogu, od dawna popsuty dron wspomagający poruszył się nagle, emitując z wnętrza bardzo słabe światło. Podczas gdy ten zbliżył się do karty kodowej, dokonując weń poprawek, robotyk wciąż notował swoje zastrzeżenia co do kolejnej fazy tego wiekopomnego projektu.

Autorowi jeszcze raz gratuluję, dziękuję i przepraszam.
Cierpliwości. Cierpliwości nam obu.

Leniwy dzień

 

Nie. Dziś nie robię nic. Chociaż ponad trzydzieści tekstów do przeczytania, chociaż trza by poprawić jedną recenzję… nie, dziś nie. Raz, że po Falkonie zmęczonym, dwa, że psychicznie jestem jałowy. Są też i takie dni, kiedy trzeba wziąć dobrą książkę i zaszyć się w łóżku. To ten dzień.

Przez dobrą książkę rozumiem na przykład „Ślepowidzenie” Petera Wattsa, zwłaszcza, jeśli egzemplarz podpisany przez autora. Zwłaszcza, jeśli napisał tak:

 

Trudno się z nim nie zgodzić, prawda? Ale jestem dumny, bo teraz wie, jak pisać „Ł”.
A tak w ogóle – świetny gość. Pisarze anglojęzyczni ogólnie mają dosyć… specyficzny humor.

 
Jeśli nie macie jeszcze „Ślepowidzenia”, polecam (przynajmniej po lekturze połowy), tak samo jak trzy pozycje, po których przeczytaniu napisałem recenzje.

Teksty dostępne po kliknięciu w okładkę:

        

 

A ja wracam do czytania.

Lata 80: Liq o Science-fiction

 

Prezentuję pierwszy z dwóch materiałów publikowanych w ramach konkursu ,,Lata 80″.  Oto parę słów o Sf dawnych lat.
Zapraszam.

 

Sci-fi jako gatunek mam za ciekawy, myślę, że śmiało może być uznawany za najmądrzejszą i najbogatszą w przekaz gałąź fantastyki, jest to jednak gatunek-rzeka, mało przeze mnie znany. W Polsce – Lem wydaje mi się najwybitniejszy i to niby truizm, ale słyszałem też opinie za Zajdlem, tego książki dopiero od niedawna zaczęły na mnie czekać na półce, dlatego samodzielnie tego jeszcze nie rozstrzygnę. A jeśli chodzi o rynek światowy…

Są w sci-fi space opery, strzelające fazery i roboty – jest to popularne, wręcz popkulturowe (Star Wars itp.), ja jednak inny nurt/podgatunek za najciekawszy uznaję – science fiction socjologiczno-polityczne, czyli wszelkie utopie i ich antyodpowiedniki (ten pierwszy pojawia się zazwyczaj po to, by w zwrocie akcji okazać drugim). Za najprostszy szablon tworzenia antyutopii uznaję: wziąć sferę życia, która wydaje się nam całkowicie naturalna, po czym się jej pozbyć. Z braku wolności (alias – komunizm) narodził się Rok 1984, z kwestiami genetyczno-rodzicielskimi rozprawił się Nowy wspaniały świat, z emocji ludzkich zrezygnowano w Equilibrium, pewnego rodzaju pozbawienie wolnej woli – Mechaniczna pomarańcza. Czy to, że bohaterami są zawsze ci nieliczni, wyłamujący się z tego schematu, czasami po pewnym czasie, jest sztampą? Oczywiście, że nie – z drugiej strony ciekawym byłoby zobaczyć świat z perspektywy jakiejś Delty czy Omegi, przeciętniaka jednak z tego surowca nie tworzy się powieści, zwłaszcza wybitnych.

Zarówno dzieło Orwella, jak i Huxleya były dla mnie naprawdę głębokim przeżyciem, zwłaszcza początek tego drugiego – to był dosyć stanowczy najazd na moją psychikę. I właśnie tak silnie powinny oddziaływać na emocje dobre książki – dobrze jest poczuć, jakim piekłem jest świat zrodzony w wyobraźni autora. Tym bardziej, jeśli końcem nie jest jakieś katharsis w stylu wspomnianego Equilibrium – to zwieńczenie w stylu Hollywood’u, w wizjach wspomnianych pisarzy – ucieczki nie ma.

Z innych ciekawych zagranicznych – Kroniki marsjańskie Bradbury’ego, książka niezwykle zróżnicowana, lecz cały czas bardzo… poetycka i subtelna. Jej nie da się opowiedzieć – dlatego trzeba ją po prostu przeczytać. Niejednokrotnie.

Z czytanych obecnie – wypożyczone dosyć losowo Accelerando Charlesa Strossa – powieść dosyć świeża w wizji, mix cybernetyki , transhumanizmu i dosyć nietypowej wizji (nie całkiem) Obcych. Po takich książkach widać, że powstawały w trudach, latami, dlatego z samego szacunku dla autora i gatunku warto spróbować. Zagłębiłem się jeszcze niezbyt daleko, przez multum zastosowanych technologicznych wyrażeń odbiór jest trudny, treść jednak to w pełni rekompensuje.

Na koniec jeszcze – jak to z tym Lemem. Zaczęło się od Bajek robotów w podstawówce, tę ważniejszą część jego twórczości miałem okazję poznać dopiero dorósłszy doń, dopiero w liceum – i już niestety pośmiertnie względem autora. Jak dotąd: wspomniane Bajki…, Dzienniki gwiazdowe, Niezwyciężony, Cyberiada, Solaris, Kongres futurologiczny (znakomita antyutopijka) i Doskonała próżnia (pierwsze słowo można śmiało zastosować i do jakości).   Solaris mam za powieść równie genialną jak trudną w odczytaniu, podobnie jest z najważniejszą podróżą z Dzienników gwiazdowych – noszącą numer 21. Ile się o Lemie nie powie, czy napisze, może być za mało, a i tak okaże się, że sporo to te nieszczęsne truizmy, powtarzane po wielokroć. Dlatego po prostu – dla mnie za wyznawaną filozofię, erudycję i wyobraźnię pozwalającą kreować światy zadziwiające (i jakże zmienne), należy do klasyki światowo najściślejszej.

Koniec przekazu.

 

Zapraszam też na blog autora.

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén