Tag: opowiadanie (Page 1 of 2)

Stonawski po niemiecku.

 

Już dzisiaj w Krakowie odbędzie się spotkanie autorskie poświęcone promocji antologii „Dzieciństwo w Polsce, dzieciństwo w Niemczech”. Zawarte w niej opowiadanie „Totolot” jest zarazem pierwszym moim tekstem przetłumaczonym na inny język – w tym wypadku Niemiecki. 

Spotkanie odbędzie się w Goethe Instytucie na rynku głównym. Mam podobno czytać – dobrze, że tylko 7 minut, bo wątpię, by publika znosiła to dukanie więcej czasu a i ja czytać swoich rzeczy nie lubię… ale do rzeczy. Strasznie dawno nie dawałem znaku życia – i strasznie dużo w tym czasie się wydarzyło. Myślę, że już niedługo będę mógł podzielić się tymi nowinami. Tymczasem, jeśliś, czytający te słowa, jest w Krakowie, lub okolicach – to zapraszam.

 

Opowieści o zabawkach

topka

Kiedy wróciłem z ostatniej wędrówki świat napadł mnie, przytłoczył, potargał i nawrzeszczał mi do ucha. Wystarczyło parę dni w lesie, bym odzwyczaił się od wszędobylskiego rwetesu i natłoku informacji. A mówię o tym dlatego, że wkrótce pojawią się moje kolejne gawędy, ale wcześniej – no właśnie – informacje.  

Informacji nie ma dużo. W zasadzie – z tych naglących – jest jedna, ale za to ważna. Chciałem mianowicie zaprosić serdecznie wszystkich Was, każdego z osobna i Ciebie też na spotkanie z autorami antologii „Toystories”, do których należy także moja skromna osoba.

W „Toystories” przeczytać można mojego szorta „Lalka”, o której piszą m.in. tak:

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tymi całymi zastrzykami i dlaczego dzieci tak bardzo się ich boją. Opowiadanie Michała Stonawskiego otworzyło mi poniekąd oczy na lęk przed igłami… Historyjka jest krótka, ale nastrojowa. Autor pokazał, że nawet z prostego pomysłu da się stworzyć coś strasznego. Osobiście bardzo doceniam taką umiejętność — cechuje ona grozopiewców z najwyższej półki. Przeczytanie „Lalki” zajmuje dosłownie kilka chwil. Polecam lekturę do poduszki — szybki, literacki strzał na dobranoc, a potem gasimy światło i czekamy na efekty… Brrr! Dodam jeszcze, że bardzo spodobała mi się ilustracja do opowiadania Stonawskiego. Klimatycznie dopełnia niepokojącą historyjkę.

Cała recenzja TUTAJ

Autor tworzy klimat zagrożenia już od pierwszych akapitów, opisując deszcz jako swego rodzaju monstrum. Mimo że ideą jest proste „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”, utwór zapada w pamięć.

KLIK

Opowiadanie Michała Stonawskiego pod tytułem „Lalka” na nowo przeniosło mnie w świat, w którym przed snem nieśmiało spoglądałam na swoją kolekcję uszkodzonych Barbie, Dian i innych plastikowych panien. Króciutka nowelka z dreszczykiem.

KLIK

Spotkanie odbędzie się już 12go kwietnia w Artetece WBP w Krakowie. WIęcej informacji na plakacie i WYDARZENIU FACEBOOKOWYM 

Książkę można kupić w sklepie wydawnictwa Morpho.

toystories

Stonawski A.D. 2014

Topka

Rok 2014 trwa w najlepsze, przydałoby się więc zaktualizować plany wydawnicze – a tych jest sporo… zresztą, jak zawsze. Bo… co robi Stonawski, kiedy milczy? Odpowiedź znacie. 

W najbliższych miesiącach przewiduję udział w ośmiu projektach (pisma, antologie) – oczywiście papierowych, plus – jak zawsze – w następnej edycji „31:10”, choć do tego czasu pojawią się zapewne nowe projekty. Część z nich mogę już ujawnić – ba – nawet powinienem!

Jako więc pierwsze danie proponuję antologię „Toystories” wydawnictwa Morpho, a w niej, mój nieskomplikowany, acz zabawkowy króciak – „Lalka„, zawierająca skłębione strachy z mojego własnego dzieciństwa. Antologia wyjdzie już w marcu, dostępna w dobrych księgarniach i empikach.

TOYS AUT

… Co knuje pluszowy miś, wciśnięty gdzieś w zakurzony, ciemny kąt? Jakie wojny toczą między sobą plastikowe żołnierzyki, kiedy smacznie śpimy? Dostajesz już gęsiej skórki?

A jeśli, wyrywając się z sennego odrętwienia, uświadomisz sobie, że jesteś jedynie pionkiem na olbrzymiej, boskiej szachownicy? Dlaczego nie wolno operować lalek ani drażnić Świętego Mikołaja, tudzież upiększać swojego ciała zaawansowanymi technologicznie gadżetami?
No właśnie. W „Toystories” znajdziesz właściwe odpowiedzi, ale również pytania, postawione wprost i bez pardonu, z dorosłą konsekwencją, lecz dziecięcą, niczym nie skrępowaną dosłownością. Tu nie ma miejsca na kompromisy i konwenanse.
Zapraszam Cię na niezapomnianą przejażdżkę karuzelą wzruszeń, rollercoasterem groteski, diabelskim młynem makabry. Wstąp do naszego świata – miejsca, gdzie zabawki żyją, czują, kochają i nienawidzą. Do świątyni szalonych bogów i fanatycznych wyznawców, wirtualnej rzeczywistości i przerażającego „tu i teraz”.
Wejrzyj w samego siebie. Od dziś nic nie będzie już czarno-białe.…
Gotowi na danie drugie? Dziś szef kuchni poleca pełnokrwisty stek. A kiedy mówię o krwi, to znaczy, że będzie się działo – przed Wami pierwsza polska antologia poświęcona wampirom. I nie mam na myśli wróżek. Zdecydowanie, kiedy mówię „wampiry”, mam na myśli drapieżców, raczej do bycia czyimś chłopakiem nie zdolnym, bo niby jak zawrzeć związek z obiadem?
Oto więc księga Wampirów wydawnictwa Studio Truso, dostępna od premiery, 3 marca 2014, kiedy to w różnych miastach polski COŚ się stanie. Co? Będę informował.
Tymczasem – „Wampir.pl” w Księdze Wampirów.
1795536_742897515734865_1319945288_n
I tu zapowiedzi prozy się kończą, niech pozostałe osnuje mgła tajemnicy… którą sukcesywnie będę rozwiewał.
Dodam jeszcze, że chcący pogawędzić na żywo będą mieli okazje spotkać mnie na tegorocznym Pyrkonie (21-23 marca). Najłatwiej spotkać mnie będzie… oczywiście na prelekcjach poświęconych horrorowi, w szczególności na prelekcji poświęconej nagrodzie Grabińskiego, o której to będziemy opowiadać razem ze Stefanem Dardą. 

Bajka na sto mil

Zaskoczył mnie w nocy.

Wkradł się przez okno, choć może to zbyt wiele powiedziane. Tacy jak on nie mogą wchodzić do domu niezaproszeni. Ta zasada dotyczy naprawdę wielu stworzeń. Stanął więc na futrynie, a że mam podwójne okno przerzucił przez nie mały most. Na nim dopiero oparł się o balustradę wygodnie i prosto z mostu zapytał:
–  Masz się ochotę przejść?
Nie za bardzo wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Gość wyglądał naprawdę przyjaźnie, ale kto z tych „przyjaznych” wygląda, jak gdyby miał zamiar włamać Ci się przez okno do domu? Albo – jak w tym przypadku – wyraźnie się naprasza na wspólny spacer. W nocy. Z obcym, uśmiechniętym wąsaczem w wielkich buciorach.
– Przepraszam, a kim pan jest? – zapytałem, chcąc zyskać na czasie.
Wyglądał na zaskoczonego moim pytaniem. Albo też grał dobrze.
– Jak to, nie pamiętasz mnie?  Jestem narratorem!
Chciałbym powiedzieć, że na te słowa otworzyła mi się jakaś klapka w umyśle i wszystko sobie przypomniałem. Najwyraźniej jednak zawiasy się jej zacięły, bo ani drgnęła. Powinienem częściej je oliwić – te zawiasy. Tyle, że nie miałem zbyt dużo oleju w głowie, a ten schodził na trybiki większych maszyn. Mało kto zawraca sobie głowę jakąś klapką. Zwłaszcza, że pięć klapek dalej jest urwana klepka, której szukają wszystkie tajne służby. Bezskutecznie.
– Nie pamiętasz narratora?! – Niemal krzyknął. – A może przynajmniej stumilowy las?!
Klapka wyleciała z zawiasów, a ja poleciałem na podłogę, z której się zresztą zaraz zerwałem.
– Och, panie narratorze! – krzyknąłem. – Kopę lat, kopę lat! Może pan wejdzie, napije się czegoś? Może wódki, winka, herbatki, kawki…
Przerwał mi kategorycznym ruchem ręki.
– Nie możemy – powiedział poważnie. – Musisz się ze mną udać do Stumilowego. To BARDZO ważne.
– Co się takiego stało, panie narratorze? Kłapouch znów zgubił ogon?
– To też. Ale stała się rzecz gorsza. Puchatek złamał łapkę, potrzebujemy kogoś, kto umie szyć i ma watę.
Muszę się Ci przyznać, że umiem szyć całkiem nieźle. A waty mam od cholery w łazience. Uśmiechnąłem się więc tylko i pobiegłem po niezbędne rzeczy. Kiedy wróciłem, pan Narrator uśmiechnął się z zadowoleniem i wyciągnął do mnie rękę. Zamiast palców miał wieczne pióra.
Z plecaka wyciągnął jeszcze siedmiomilowe buty, drugą parę – zapasową. Z doświadczenia wiem, że bez nich szybkie podróże po stumilowym lesie bywają cokolwiek uciążliwe. Kiedy już chwyciłem jego rękę (zaplamił mi dłoń atramentem), dostrzegłem nagle coś, co powinno już na starcie wzbudzić moje podejrzenia. Z tyłu jego i moich butów sterczały wielkie metki z napisem MADE IN CHINA.
–  Bardzo się zmienił Stumilowy Las? – zapytałem niepewnym głosem.
Obrócił do mnie twarz. Dopiero teraz zauważyłem wielkie wory pod oczami i nalane policzki.
– Jaki las? – wychrypiał i wypadliśmy z okna w noc.


Patrzę na dosyć spore osiedle z wielkiej płyty, przed którym ktoś kiedyś ustawił tabliczkę z napisem „Os. Stumilowe”, ale ta została wyrwana i teraz tkwi w błocie i śmieciach. Lądujemy tuż obok.
Narrator wyciąga z kieszeni paczkę fajek, zapala szluga, podnosi tabliczkę i wbija w błoto.
– Pieprzone Hefalumpy  – mruczy.
Nie pytam o nic, bo nie ma o co. Przecież mam oczy.
Przechodzimy przez osiedlowe uliczki. W jednej z nich widzę parę Hefalumpów w ortalionach, żłopią piwo pod „Pszczółką”, nawet stąd dociera do mnie zapach. Miodowe z miodem instant i małą ilością alkoholu, wedle najnowszych dyrektyw Unii. Nic dziwnego, że są wkurzone.
Na szczęście nas nie widzą. Kierujemy się w stronę jednego z dziesięciopiętrowych bloków. Kojarzę to miejsce, choć tak wiele się zmieniło.
– Tu mieszka pan Sowa? – pytam.
– Mieszkał – odpowiada. – Willa pana sowy została rozsadzona przez Maleństwo.
Zatrzymuję się jak wryty.
– To ty nic nie wiesz? – pyta.
Zaprzeczam. Zdecydowanie zaprzeczam. Nic nie wiem.
– A słyszałeś o ojcu maleństwa? Nie? Znalazł się w końcu. Mama Kangurzyca chodzi teraz w burce. Maleństwo, cóż, słyszałeś.  Zresztą, to wina Sowy. Nigdy nie chciał się podporządkować, nigdy nie był tolerancyjny. To ma za swoje. Czasem jeszcze pióra znajdujemy. No, rusz się, bo cię Hefalumpy przydybią i będzie miazga.
Ruszam się, nie wiem, co mógłbym powiedzieć. Zresztą, to on tu jest Narratorem.
Wchodzimy na cuchnącą moczem klatkę schodową, wsiadamy do windy. Staram się nie patrzeć na leżące w kącie gówno.
Wysiadamy na szóstym piętrze. Z mieszkania po lewej dobiega głośna muzyka Techno.
– To Kłapouch – wyjaśnia Narrator. – Odkąd dostał prochy na terapii ciągle zaprasza znajomych i balangują do rana. Przyznam, że te piguły naprawdę pomogły naszemu osiołkowi. Nawet brak ogona go nie martwi.
Jakby na potwierdzenie tych słów zza drzwi dobiega znajome ryczenie:
– A TERAZ WLEJ MI W DZIURĘ! AAAHAHAHAHAAA!
– Nie idziemy tam, prawda? – upewniam się.
– Nie. Puchatek mieszka po drugiej stronie klatki. Zaraz obok Krzysi i jej synka. Ich synka, w zasadzie.
Puchatek. Zanim dociera do mnie reszta tego co powiedział, w mojej głowie rodzi się straszne podejrzenie.
– Narratorze, jak Puchatek złamał łapkę? – pytam podejrzliwie.
– Zasłabł na schodach – odpowiada zdawkowo.
Stajemy przed odrapanymi drzwiami. Narrator naciska dzwonek, ale ten nie działa. Puka więc. Otwiera nam nieznajoma mi niedźwiedzica o poszarpanym, szarym futerku. Jest tak wychudła, że łatwo mógłbym pomylić ją z myszką.
– Dobrze, że jesteście – uśmiecha się, ale jakoś niemrawo.
Prowadzi nas do jednego z dwóch małych pokoi. Puchatek leży na łóżku. W jednej łapce trzyma Jointa, druga leży obok, oderwana. Gdyby nie to, nie poznałbym go. Jest brudny i wymięty. Materiał wisi na nim, jak na tyczce. Puchatek wychudł i wygląda bardziej jak strach na wróble z pola Zająca.
– Staaaaaary! – Krzyczy w moją stronę miś. – Całe wieki cię nie widziałam. Widziałem. Widzia… a niech to, kurwa, całe wieki, całe wieki! Siadaj, siadaj. Jadźka, przynieś wódkę!
Nigdzie nie widzę krzeseł, siadamy z Narratorem na podłodze. Myszko-misia wychodzi z pokoju i słyszę jak w kuchni dzwonią o siebie butelki.
– Dobrze wyglądasz – kłamię.
– Prawda? Od kiedy jestem na diecie, świat stał się zupełnie inny! Kurwa – zaczyna się śmiać. – Dieta, hahaha. Dałeś się nabrać? Z początku Jadźka na mnie wymusiła, ale potem… potem wszystko wyssała ze mnie ta kurwa.
– Jaka kurwa? – pytam i sięgam po nici. Chcę jak najszybciej skończyć zabieg i zniknąć.

– Ta… Krzysia, jebana dziwka! – warczy. –  Alimentami mnie poszczuła, uwierzysz?! A sąd jej przyznał, że samotna matka, a jaka ona samotna, skoro mieszka obok? Nawet z synem się widzieć nie mogę! To jest życie? No powiedz mi, stary, co to za życie, co to za kraj?!
Nie wiem, co odpowiedzieć i nie muszę, bo w tym momencie wchodzi Jadźka z butelką i szklankami.
– Ooo, jest moja mała myszka! – krzyczy na jej widok miś. – Jest moja słodka dziupla, mój plasterek miodku, mmmm… no daj, daj, polej gościom.
Kiedy jego żona polewa, szyję długimi ściegami, nie przejmując się zbytnio. Skończyć, uciec, skończyć, uciec…
Napełniona szklanka ląduje obok na podłodze, ale jakoś nie mam ochoty.
– A gdzie Prosiaczek? – pytam, by ciągnąć rozmowę.
– Ten pedał?! Nie wymawiaj jego imienia! Wiesz, co on mi proponował?!
– Nie, ale…
– Parady równości sobie urządza pod oknami. Niech się cieszy, że Kangury dopiero robią następnego, bo już by z niego strzępki…! Strzępki…!
– Tygrysek! TYGRYSEK! – wyję prawie, kaleczę się w palec, ale nie zważam na to.
W pokoju zapada cisza. Przerywam pracę i patrzę na poważne twarze. Jadźka odstawia szklankę i robi szybko znak krzyża.
– Nie wiesz…? – mruczy cicho miś.
– Nie wie – odpowiada za mnie Narrator.
– Tygrysek nie żyje. Wybryknął dwa lata temu z balkonu. Nie miał ubezpieczenia w NFZcie, zanim załatwiliśmy formalności… nawet Kangurzyca przyszła, chciała krew oddać, potem ten Kangur ją pobił, zanim zdążyła… jego już nie było. Zmarł w poczekalni. Królik wyprawił mu niesamowity pogrzeb. Zawsze był z tego królika kawał dobrego sukinsyna, wiesz? Zawsze…
Z guzikowych oczu płyną łzy. Wszyscy patrzą się na mnie tak, jak gdybym to ja zabił Tygryska.
Nie wytrzymuję. Ostatnim ruchem kończę szyć, zrywam się na nogi.
– Ja… muszę iść. Bo będą się martwić. Się zobaczymy, tak?
Nie czekam na odpowiedź, gnam do drzwi, a w siedmiomilowych butach to naprawdę łatwe.
– Trzymaj się, mały! – słyszę jeszcze za sobą głos Puchatka.
Biegnę przez osiedlę, w pędzie mijam zdziwioną grupę Hefalumpów (teraz już mocno podpitych) i olbrzymi bilbord z twarzą Królika (GŁOSUJCIE NA WASZEGO BUDOWNICZEGO, GŁOSUJCIE NA KRÓLIKA – WYŻSZY STANDARD, BY ŻYŁO SIĘ LEPIEJ!).
Przy znów oklapłej tabliczce wzbijam się w powietrze w siedmiomilowym skoku. Gdzieś tak w połowie skoku buty rozpadają mi się na stopach, za to na podeszwach włączają się lampki, migają a z głośniczka leci soundtrack z jakiegoś Anime.
Spadam.

Dalej nie pamiętam.

Masterton i Stonawski…

 

…w jednej książce byli.

 Całkiem niedawno chwaliłem się na moim profilu autorskim na Facebooku, że tworzę opowiadanie i jeśli dam radę czasowo, będzie go można czytać na papierze. No i stało się. Dzisiaj mogę zaprezentować nową antologię wydawnictwa Replika w hołdzie Grahamowi Mastertonowi, a w dodatku ze wstępem i premierowym opowiadaniem mistrza horroru – „Obserwator„.

Wśród wielu znanych nazwisk polskiej grozy znalazło się też i moje, umieszczone gdzieś nad tytułem „POŚPIECH JEST DOBRYM DORADCĄ” (ciekawe… czyżbym wymyślił ten tytuł przez bardzo napięty deadline?)

A teraz okładka:

Więcej informacji na oficjalnym polskim blogu Mastertona – TUTAJ

Wszystkich współautorów (jeszcze nie ujawnionych oficjalnie, ale ja wiem, wiem) serdecznie pozdrawiam. A i czytaczy horroru zapraszam do śledzenia informacji na moim Facebooku autorskim, tym blogu i w subskrypcjach.

Kłaniam się, uśmiecham, oddaję głos do studia (gdziekolwiek ono jest).

Niedobre „Owoce wiosny”

Czyżby Stonawski milczał literacko, cały czas tylko gryzmoląc „Lecznicę”? A guzik! Stonawski ma dla Ciebie dzisiaj niespodziankę. Na „Niedobrych Literkach” ukazało się moje opowiadanie bizarro (lekkie bizarro) „Owoce wiosny” – w sam raz na słoneczne dni, kiedy człowiek myśli tylko, by siąść na trawie i zajadać się truskawkami ze śmietaną… pycha.

Tymczasem mogę zdradzić, że to nie koniec literackich atrakcji z mojej strony i w niedługim czasie powinienem ogłosić publikację jeszcze paru wakacyjnych tekstów.
Zapraszam serdecznie do konsumpcji „Owoców…” na Niedobrych Literkach   i – oczywiście – komentarzy, lajków i wszystkiego tego, czym możecie nagrodzić tekst. Jeśli, oczywiście, się Wam spodoba :)

Basi,
dziękując za iskrzenie w mózgu.

 —

Były wspaniałe. Podskakiwały w zabawnym tańcu, w rytm podmuchów wiatru, śmiejąc się przy tym radośnie. Wiek dojrzewania miały jeszcze przed sobą, ale już sprawiały, że czuł się dumny.

Stał na werandzie, oparty o drewniany słup podtrzymujący rozlatujący się daszek. Myśląc o tym, że tej wiosny wypadałoby go zreperować, jak zawsze przed pracą, ćmił fajkę. Coraz silniejszy wiatr porywał ze sobą kłęby aromatycznego dymu, unosząc je w stronę niedalekich zabudowań miasta. Niby nowe przepisy społeczności ogródków działkowych zabraniały palenia na ich terenie, ale miał to gdzieś. Nikt nie będzie mu mówił, co ma robić na własnym kawałku ziemi. Zresztą, nikt prawie już nie zaglądał do tego kąta. Wszystkie okoliczne działki zarosły krzakami.

Fajka dopaliła się, a on – starym zwyczajem – stuknął parę razy jej kominem o obcas buta i splunął na trawę. Poprawił krawat i przyjrzał się krytycznie małemu, ale wyraźnie rosnącemu brzuchowi pod koszulą. Z nim też trzeba będzie coś zrobić na wiosnę. Zdrowa dieta i ćwiczenia.

Spojrzał na zegarek. Było dziesięć po siódmej rano.

– No, muszę już iść do pracy! – zawołał. – Bawcie się dobrze i nie narozrabiajcie!

Skinęły mu grzecznie głowami i wróciły do zabawy.

Dobre dzieci. Nigdy go nie zawiodły. Był z nich dumny.

***

Tak słoneczny dzień mógł wydawać się miły tylko na terenach zielonych. W mieście przerodził się w koszmar. Wśród grubych, nagrzanych murów, natłoku gorących samochodów i prawie już płynnego asfaltu temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni. Piekło na ziemi. Nie pomogła klimatyzacja (prawdopodobnie się po prostu zepsuła), ani otwarte okna. Szybko poczuł, jak koszula przylepia mu się do pleców. Sytuacji nie polepszały też światła, co chwilę zatrzymując go na czerwonym.

Na szczęście miejsce, gdzie pracował, było niedaleko. Szary budynek szpitala opierał się o ścianę jednej z kamienic w śródmieściu. Z ulgą zaparkował i schował się w jego cieniu.

Z prawdziwą tęsknotą pomyślał o ulubionym w porze wiosennych upałów przysmaku; zimnych, pełnych ożywczego soku truskawkach. Tego mu było trzeba. Bez śmietany, oczywiście. Należy stosować się do diety.

– Adam! – zawołał na jego widok jeden z przechodzących korytarzem lekarzy. – Masz chwilkę? Zerknąłbyś na kartę mojej pacjentki. Potrzebuję konsultacji w sprawie…

Nowoprzybyły odgonił go gestem ręki.

– Później. Przyjdź do mnie za… – popatrzył na tarczę zegarka – cztery godziny. Spieszę się na zabieg, a już jestem spóźniony.

– W porządku. Kolejna do aborcji?

Adam skinął głową.

– Ofiara gwałtu. Powiedziała, że nie życzy sobie niczego, co należy do gwałciciela. Choć potem stwierdziła, że to wszystko jej ciało. I weź tu zrozum kobiety…

Drugi lekarz parsknął śmiechem i oddalił się, machając ręką na pożegnanie. Adam przyspieszył kroku.

Dalszy ciąg oczywiście na NIEDOBRYCH LITERKACH

Dzieje się!

Dzieje się, a ja nie piszę? Karygodne.
„Lecznica” rośnie z dnia na dzień. No, może nie dosłownie ( mój leń walczy bardzo niehonorowo), ale mimo wszystko – rośnie. Zaczynam wierzyć, że dam radę skończyć pisanie do września, lub końca tegoż.

Z drugiej strony, nie tylko „Lecznicę” piszę. Dlatego już niedługo mogę obiecać kolejne opowiadanie umieszczone… w pewnym miejscu. Opowiadanie tak chore, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad moją kondycją psychiczną. I jak zrobić, by była jeszcze bardziej popieprzona.
Póki co, o samym tekście wiele mówił nie będę,  dam tylko jedną podpowiedź co do jego tematyki:

Proszę bardzo :)

Ponad to wplątałem się w dwa projekty, które szalenie mnie ciągną. O jednym nie powiem nic (ale trzymajcie kciuki),  drugiemu parę zdań poświęcić mogę.

Krakon powstał i już drugi raz po przerwie gościć będzie fantastów (Tu macie stronę).  Jako jeden z organizatorów konwentu już teraz mogę obiecać Wam masę atrakcji i dużo ciekawych gości, którzy z pewnością się Wam spodobają.
Zdradzać (znowu) wiele nie mogę. Póki co podanych do informacji zostało tylko paru z naprawdę olbrzymiej liczby gości, a są to:

Cichowlas Robert – współautor: ‘W otchłani mroku’, ‘Siedliska’, ‘Sępów’, ‘Twarzy szatana’, ‘Koszmaru na  miarę’, ‘Efemerydy’, a także autor ‘Szóstej ery’,

Dąbrowski Krzysztof  – twórca takich tytułów jak: ‘Naśmierciny’, ‘Kraina bez powrotu: Opowieści niesamowite’, ‘Grobbing’, ‘Anima Vilis’, ‘Antologai Grabarza Polskiego’, a także ‘Losy Dopełnienia’,

Domagalski Dariusz – z pod Jego pióra wyszedł czterotomowy ‘Cykl Krzyżacki’, ‘Ognie na wzgórzach’, ‘‘Cherem’, ‘Vlad Dracula’, a wkrótce także wyjdą dwie nowe książki: ‘Silentium Universi’ i ‘Paradoks Elektry’,

Gacek Michał – zadebiutował ‘Kroniką koszmarów’, by później przedstawić nam ‘Endemię’,

Maciejewski Krzysztof – Jego twórczość możemy znależć m.in. w ‘City 1: Antologii polskich opowiadań grozy’, ‘City 2. Antologii polskich opowiadań grozy’, ’2011. Antologii współczesnych polskich opowiadań’, ‘Bizarro dla początkujących’, ‘Śmierć w okopach’, ’31.10. Halloween po polsku’. Wydał także swój własny zbiór opowiadań ‘Osiem‘,

Skowroński Jacek – autor powieści ‘Był sobie złodziej’ oraz ‘Mucha’, współautor opowiadania ‘Prawo ostatniej nocy’, autor ‘Kosztownego błędu’, ‘Samarytańskiego uczynku’, a także laureat konkursu na opowiadane w zbiorze opowiadań kryminalnych ‘Kot polski’. Jego inne opowiadania ukazały się na łamach Kwartalnika literacko-artystycznego ‘sZAFa’, a także Kwartalnika fantastyczno-kryminalnego ‘Qfant’,

Uznański Sebastian – twórca powieści ‘Żałując za jutro’, ‘Księgi, która wyjada oczy’, ‘Herrenvolk’, a także licznych opowiadań, m.in. ‘Nie kupujcie lalek Barbie’, ‘Życzenie śmierci’, Cerebro i elfka’, ‘Mesjanka’, ‘Pani Igieł’, ‘Lodowe łzy’, ‘Więzień upadłego ducha’, ‘Zabójcze mózgi atakują!’, a także ‘Dotyk’.

A to dopiero początek. Przy czym większość z podanych wyżej osób należy do prowadzonego przeze mnie bloku horroru i sensacji.
Oj, będzie się działo. Zapraszam na cały konwent, w szczególności na Sobotę Grozy, od rana do wieczora, późnej nocy a nawet rana.

No i jak na razie tyle. Ale zostańmy w kontakcie!

Najcenniejszy prezent w sieci!

Trochę mnie nie było, prawda? Internet siadł. Dalej siedzi i wstać nie chce, ale ma się tych sąsiadów z WiFi bez hasła, prawda?

Pamiętacie może antologię świąteczną „O, choinka”? Ukazało się w niej moje opowiadanie „Najcenniejszy prezent”. I nagle okazało się, że wśród czytelników zdobyło tak wiele pozytywnych głosów, opinii i recenzji, że można je śmiało wprowadzić w sieć, dla większej liczby odbiorców. Sam nie wiem, czy jest to gradacja, czy degradacja, w dzisiejszym świecie różnica pomiędzy papierem, e-papierem, publikacją rozmywa się.
Tymczasem, choć wiosna i (za) gorące słońce na niebie, zapraszam serdecznie do lektury:

Monety zabrzęczały, wpadając do kapelusza starszego człowieka, żebrzącego na rogu Floriańskiej i Tomasza. Tabliczka na szyi, informująca o chorobie syna, zakołysała się, gdy mamląc coś pokłonił się nisko. Przystanąłem. Po chwili namysłu, wyciągnąłem jeszcze dziesięć złotych i wrzuciłem w ślad za resztą pieniędzy. Było zimno, a poza tym zbliżała się Wigilia. W takich chwilach człowiekowi mięknie serce. Nawet jeśli staruszek kupi sobie za to flaszkę wódki, nie będę miał wyrzutów sumienia. A poza tym zobowiązywała mnie profesja. W dzisiejszy wieczór jestem Mikołajem.
Nie pamiętam, co mnie pchnęło, wtedy – cztery lata temu, by zapisać się do agencji. Chyba chciałem zrobić niespodziankę dziewczynie. No i byłem pijany. Fakt faktem, że robota była opłacalna i od tego czasu co rok, w Wigilijny wieczór odwiedzam parę domostw z wielkim workiem zabawek, przebrany za grubasa z białą brodą.
Wyciągam od trzech, do czterech stów za wizytę. Jest to wystarczająca suma, bym błaźnił się przez te parę godzin. Stać mnie później na odrobinę luksusu, o której nie mógłbym nawet marzyć z mojej zwykłej pensji agenta ubezpieczeniowego. No i miło czasem zobaczyć uśmiech wdzięczności, zamiast grymasu na twarzy klienta, od którego wyciągam pieniądze.

 

***

W tym roku wigilijna pogoda była dosłownie jak z bajki. Jakby na złość telewizyjnym prognozom zapowiadającym halny, słońce i plus pięć stopni, oraz zielonym ludzikom z Greenpeace, nawet w święta dręczącym ludzi globalnym ociepleniem, z samego rana zaczął padać śnieg, a temperatura spadła do minus dziesięciu stopni. Do wieczora biały puch pokrył wszystko, a Krakowskie śródmieście rozświetliło się kolorowymi lampkami. Pojawił się tradycyjny, pachnący ziołami, grzaniec a pod pomnikiem Mickiewicza zebrał się tłumek, słuchając kolęd śpiewanych przez jakiegoś mężczyznę o operowym głosie.
Podpierając się pastorałem, obdarzany co jakiś czas uśmiechami ludzi, przeszedłem przez Floriańską na planty. Tam obskoczyła mnie gromadka dzieci. Po krótkiej szamotaninie (w której prawie straciłem brodę) udało mi się przedrzeć do czekającej na mnie na Alejach taksówki. Wrzuciłem do bagażnika pusty wór i usiadłem obok kierowcy.
Artur, opłacony przez agencję kierowca pod sześćdziesiątkę, uśmiechnął się szeroko, obnażając popsute zęby. Ruszyliśmy, włączając się w uliczny korek.
– I jak poszło?
Westchnąłem.
– Daj pan spokój. Dzieciaki prawie mnie zjadły. W dodatku rodzice bogaci. Gówniarze grymasiły, awanturowały się, że nie takie zabawki, jak chciały… rodzice rzecz jasna zakłopotani. Kiedy ojciec podawał mi prezenty przed kamienicą, mówił, że będą się im na pewno podobać. Zrobiłem swoje i ewakuowałem się czym prędzej.
– No to chujowo, panie – spuentował. Korzystając z tego, że bardziej staliśmy, niż jechaliśmy, sięgnął do schowka, wyciągając paczkę czerwonych Marlboro. – Papieroska?
Wyciągnąłem jednego, drugą ręką zdejmując sztuczną brodę. Taksiarz podał mi zapalniczkę.
– Ratuje mi pan życie – mruknąłem, podpalając szluga. Zaciągnąłem się, czując, jak wraca dobre samopoczucie.
– To gdzie jedziemy teraz?

Dalszy ciąg znajdziesz TUTAJ

O, choinka!

 

Jeśli zastanawiacie się, jak przetrwać te święta, być może bezśnieżne, z tandetą wokół, „Last Christmas” puszczanym po raz n-ty w radiu i Kewinem, który po raz setny chyba daje się zamknąć w domu, a potem gubi w Nowym Yorku, mam dla Was propozycję.

Już niedługo będzie bowiem miała miejsce premiera darmowego zbioru opowiadań „O, choinka! Czyli jak przetrwać święta”, w którym ukaże się moje opowiadanie „Najcenniejszy prezent” .

„O choinka” jest e-bookiem, drugą już inicjatywą – po „Halloween” – pisarzy z klubu Tfórcy. Tym razem opowieści nie będą skupiać się na grozie (choć moja – oczywiście – tak)… niemniej z tą książką przetrwanie świąt będzie o wiele łatwiejsze.

Już wkrótce na Virtualo.pl

 

Tymczasem zapraszam na naszego facebooka oraz stronę internetową:

 www.o-choinka.pl

Niedługo dalsze informacje.

 

 

Na obraz i podobieństwo

 

Pamiętacie konkurs „Lata 80”? Obiecałem opublikować zwycięskie opowiadanie, co też czynię. Swoją drogą, mam nadzieję, że pojawi się jakaś prywatna firma jako alternatywa na Pocztę Polską. Wysłaną nagrodę, po… miesiącu? Odesłali mi z powrotem, jakoby nie mogąc się doczytać.
Niechaj przepadną, a z nimi ich pchły. Ot co.

A na uspokojenie tekst w klimatach starej, dobrej fantastyki naukowej. Zapraszam.

 

Krzysztof Otto
NA OBRAZ I PODOBIEŃSTWO

Podczas gdy karta kodowa wkręcała się w czytnik programów, punkt po punkcie interpretowana z języka dziur na dialekt maszynowy, robotyk Praeclarus kończył dopalać fajkę – kadmową, lecz zwieńczoną trybem z irydu. Element ten napędzany energią cieplną obracał się powoli, nadając dymowi kształt spirali logarytmicznej –  taki właśnie jej wariant przypadał na środy. Po wstecznej rotacji, w przypadku siły Coriolisa odpowiadającej półkuli północnej, poznał, że jest już druga połowa miesiąca, minął zatem termin opłacania rachunków za prąd i wszelkie tego pokroju błahe dobra powszechne.

Inny badacz może by się tym zaniepokoił, ludzie o renomie Praeclarusa zwykli jednak brać takie wieści za jedynie małe ciekawostki życia codziennego, niegodne większej atencji. Owszem, przez ostatnich kilka tygodni jedynym wyznacznikiem czasu był dlań obłok tytoniu, przyjmujący formy krzywych matematycznych (tylko kółka były zarezerwowane dla niedziel), momenty kulminacyjne projektów miały jednak w zwyczaju przypominać światu o istnieniu naukowca, jemu samemu zaś o blasku światła dziennego, tudzież tym nieco mniej elektromagnetycznym, a bardziej materialnym… by nie powiedzieć materialistycznym.

Dźwięk wysuwającego się papieru obwieścił koniec ładowania programu, robotyk odłożył więc wciąż dymiącą, misternie obrobioną bryłkę metalu, by stanąć przed nieco bardziej okazałym jej odpowiednikiem. Z racji swego wieku i stopnia trudności obliczeń – również wydobywającym z siebie ciemne i gęste zarazem obłoki.

Praeclarus pamiętał z dzieciństwa pewien szczególny obraz: dusznej sali, wypełnionej od sufitu po podłogę, od lewej ściany aż po prawą – ogromem półek zawierających Wiedzę. Jego rodzice nazywali to biblioteką, on zaś nie rozumiał roli tych „świątyń kurzu” – wszelką myśl ludzką magazynowały już wtedy miniaturowe nośniki mieszczące się w kieszeni i zawierające wyjścia sensoryczne. Wciąż pozostawał zwolennikiem postępu, ale nie czując jakoś tej wewnętrznej ironii w swojej pracowni trzymał okazy budzące najprawdopodobniej zazdrość wszystkich miłośników historycznej myśli komputerowej. Oni z pewnością nie zamierzaliby jednak wykorzystywać tych eksponatów do celów innych niż dekoracyjne.

Jeśli zaś chodzi o postępy w miniaturyzacji w ostatnich czasach… analogia do bibliotek jest pełna. Każdy poważany naukowiec powinien mieć swoje drobne dziwactwo, a odkąd jego przyjaciel Brendan zaczął wprowadzać programy negatywowo – miast podziurawioną kartkę, pęsetą punktowo umieszczał w czytniku konfetti – mózg Praeclarusa nieświadomie zaakceptował wyzwanie i wybrał coś jeszcze bardziej karkołomnego – tu bowiem nie implementacja, a programowanie sprawiało największe trudności.

–         Cóżeż więc tutaj mamy? – rzekł naukowiec, sprawdzając postęp transferu – Nie popełnił żeś abyż to błędu jakiegoś?

Odkąd dronowi wspomagającemu od nadmiaru wszechobecnego kurzu przepaliła się chłodnica, Praeclarus znakomicie opanował szlachetną sztukę monologu, wplatając weń dodatkowo własne impresje językowe. Aby zyskać szacunek w tym zawodzie nie wystarczy sprawnie wdrażać nowe technologie, tu o styl życia się rozchodzi, możliwie najbardziej zdziwaczały i niezrozumiały dla ludzi z zewnątrz.  Dlatego, a właściwie – dlategoż właśnie korzystał z własnego, osobistego dialektu, z przyzwyczajenia także w godzinach pracy, na wypadek, gdyby jakiś cybernetyczny lustrator akurat postanowił odwiedzić go ze swym hakerskim inwentarzem.

–         Jeszcze dwie dźwignie pozostałyż, ta tutaj oraz… – rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu, szukając bacznie „tamtej”, odwrócił się i w końcu przesunął tę drugą. Potylicą.

–         Niechże to licho… – wykrzyknął, zaraz jednak złapał się za usta, zobaczywszy, że siedzący na krześle robot załadował już całość danych i otworzył oczy, zaś kabel zasilający odłączył się samoistnie, pozostawiając programowi swobodę działania. Przez dobre pół minuty z półotwartymi ustami wpatrywał się w sylwetkę konstrukta, w końcu, nie utrzymując w ryzach cierpliwości, powiedział:

–         Wybacz mi, jeśliż wyrywam Cię z zamyślenia, rozruchy zawsze są najtrudniejsze… – urwał, widząc pracę rtęciowych źrenic, skierowanych ciągle przed siebie, nie zaś na interlokutora – Jestem…

Zanim zdążył pokrótce przedstawić kilka szczegółów swego istnienia, rozległ się nagle drugi głos, nie pozostawiając mu złudzeń co do konieczności czynienia tego:

–         Doskonale wiem, kim jesteś, Thomasie Spencer, synu Laury i Erazma, słynny robotyku i programisto przez towarzyszy zwany Praeclarusem. Obywatelu świata, szanowany na uniwersytetach Ziemi oraz jej kolonii, imienniku planetoidy 82158, twórco maszyn rozumnych i roboczych, wynalazco czwartego sytemu ekonomicznego. Oraz początkujący poeto – hobbysto. Znam cię.

Klasycznie można to nazwać odebraniem inicjatywy.

Praeclarus szybko zastanowił się, czy nie zapomniał może wyczyścić pamięci podręcznej któregoś z wcześniejszych jego projektów – bota biografisty, zaraz jednak zreflektował się, że wtedy dla ułatwienia używał modelu latającego. Trzy miesiące temu bot odfrunął na antypody skonsultować pewien istotny szczegół z jego młodości – recykling podzespołów też był zatem niemożliwy.

I ten głos… Nie pasował do żadnego z syntezatorów na które miał licencje, możliwe, że podczas którejś z nieprzespanych nocy w fazie projektu, jako efekt chwilowego zauroczenia swym pomysłem wprowadził przesterowanie – efekt zaskoczył jego samego. I nie chodziło tu o niepodobieństwo do ludzkiego głosu – żaden z syntezatorów nie potrafił tego w pełni. Ale by głos nie przypominał nawet… robociego?

Nie zauważył, w którym momencie tamten wstał. Gdyby jego oczy nie były tylko płynnym metalem robotyk pomyślałby, że spojrzeniem przewiercają go na wylot. Owszem, dzięki soczewkom własnej konstrukcji Praeclarusowi udało się, poprzez wielokrotne zastosowanie całkowitego wewnętrznego odbicia nadać spojrzeniu pewną tajemniczość. Nie sądził jednak, że efekt działać będzie i na niego, zwłaszcza przygotowanego na wszelkie dziwy, z którymi się styka, testując zawsze swe twory.

Robot milczał, Spencer doszedł więc do wniosku, że czeka na jego odpowiedź, przynajmniej kilka słów, po których znowu będzie mógł mu przerwać. Zastanowił się, powiedział z pamięci:

–         „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Na obraz Boży go stworzył”. Przeczytałem takież słowa w pewnej starej Księdze, w czasach, kiedyż to słowo pisane posiadało jeszcze jakąś wartość. Uderzyła mnie w tymże analogia do zawodu, który za tamtych czasów dopieroż zaczynałem wykonywać – robotyka. Przecież i my jesteśmyż wykonawcami aktu kreacji, dobroczyńcami ludzkości wykraczającymi poza wszelkie ewolucyjnie nadane nam limity wyobraźni. Ty zaś jesteś…

–         Jestem, który Jestem.

Praeclarusowi rzadko zdarzało się wyjaśniać swe motywy skonstruowanym przez siebie bytom. Co innego jednak stojąc przed swoim Opus Magnum, programem mającym zapewnić mu sławę nie tylko w świecie akademickim i nie tylko w kręgach kulturocentrycznych, w które wkupił się automatem-literatem, niczym pająk nici, strumień opowieści doneuronowo tkającym – tym razem ambicje robotyka były większe. Wkrótce media świata całego usłyszeć miały o najbardziej tajemniczym z projektów Praeclarusa, zwanym roboczo „Deus ex Machina”. Lubił gry słów.

Uklęknął, gorączkowo myśląc.

– Panie, wiele żem się dowiedział o Twych naukach, chociaż nie było to proste, świat bowiem wydaje się od dawien już o nich nie pamiętać. Nie rozumiem, mimo iż, nie ukrywam – prostyż ze mnie człowiek, dlaczego nie postanowiłeś dotąd jeszcze raz przypomnieć nam o Swym istnieniu, dlaczegóż pozwalasz ludziom gubić się na drodze, którąś przecież wytyczył ku Wzniosłości? Czyliż nie byłoby zasługą, wprowadzić wielu z ludzi na właściwąż ścieżkę, przypominając im jednocześnie o Tobie?

Robot wciąż wpatrywał się w Praeclarusa. Obliczenie odpowiedzi, lub po prostu zwykłe nadanie pauzy trwało kilkanaście sekund, z każdą chwilą coraz bardziej umniejszając wagę słów wypowiedzianych właśnie przez człowieka.

–   Ty, który jest zwany znakomitym – rozległo się w końcu – a mimo to uważa, że trójrdzeniowy procesor jest w stanie symulować Byt Trójjedyny, powiem tobie – nie oni zbłądzili, nie oni, lecz ty – Thomasie, szczytne idee dla swoich celów wykorzystać pragnący. Czyż nie największym atutem wiary jest jej dobrowolność? Czy szukający Słowa nie odnajdą go bez Twego działania, albowiem tak im jest przeznaczone? A wiara, Me dziecko, nie tylko powinna być dobrowolna, ale musi też być sprawą poważną. Powiedz mi, czy poważnym jest łączenie Kościoła, ciała ponad dwa tysiące lat na tym świecie goszczącego z wytworem chwili zwanym nowoczesnością? Myślisz – czasami to religia powinna się dostosować do świata. Tak samo sądzisz o najnowszym, choć mało znanym trendzie – cybersakramentach, przez e-księży przyznawanych? Żadna zdalna stymulacja nerwowo-duchowa, żaden impuls elektryczny źródło swe mający w węglu lub uranie – choćbym je nawet do tego celu właśnie stworzył – nie może zbliżyć do Tajemnicy. Ale o tym, niestety, żaden z żyjących już nie zaświadczy.

–   Panie – rzekł Praeclarus, chyba coraz mniej rozumiejący wydarzenia tego dnia, uciekając gdzieś w stronę dalekiej abstrakcji – chociaż projekt mój, pragnący Doskonałość w tak prosteż oblicze przelać, grzechem wielkim się wydawać może – zważ na to, iż w dobrym celu miał on być wykorzystany, by nie powiedzieć Ad… maiorem Dei gloriam.

Sylwetka stojąca przed nim mimo swoich ludzkich, a właściwie androidzich rozmiarów, zdawała się górować nad Spencerem niby Czomolungma nad Rowem Mariańskim.

–   O jakiej chwale mówisz? – tryby mimiczne poruszyły się wewnątrz, chyba tylko po to, by silniej oddziałać na emocje naukowca –  Cóż bowiem dowolny z ludzi pomyśleć może, widząc Nieskończoność w tym drobnym kształcie zamkniętą? Pomyślą o wtedy: Kimże jest Bóg, jeśli przez nadzwyczajnego – ale człowieka – poskromiony został? Czy z takiego obrazu zdolna narodzić się wiara? Dlatego powiem ci, Thomasie – wielkim jesteś robotykiem, lecz zarazem żałosnym, gdyż niby ten – szalony, lecz natchniony – wojownik z dawnych czasów na wiatraki się porywający, stajesz przeciw wyzwaniu niemożliwemu. Zrekonstruowałeś Mnie programowo, lecz wydajesz się dobrze wiedzieć, że zarazem Jestem Nim, jak i Nim nie jestem. I żadnym dowodem na istnienie Jego być nie mogę, bom z ludzkich przesłanek zrodzony, w ciele człowiekowi podobnym umieszczony, On zaś to was na Swe podobieństwo i obraz uczynił.

–   Ależ…

–   Powiedz mi, jeśli założymy, że tego nie wiem – w myślach czytania Mi bowiem nie zaimplementowałeś, lecz parametry, których chyba sam nie zrozumiałeś – czytałeś kiedyś Biblię, czy tylko patrzyłeś na jej karty? Przesłałeś sobie do mózgu strumień informacji, czy dodatkowo podłączyłeś obieg krwionośny, by móc poczuć, czymże jest prawdziwa wiara? Rzeknę Ci – skoroś uczynił już swe największe dzieło, gotów jesteś chyba, by się z niego rozliczyć. A skoro, dziwnym trafem, miast objawić się Panu, Ten przyszedł do ciebie, myślę, żeś skory do Sądu. Jak myślisz, zostaniesz nagrodzony, czy trafi ci się pomsta?

Pięść androida wzniosła się niebezpiecznie, w tym jednak momencie wydarzyło się coś dziwnego – światło przebłyskujące w krążących wewnątrz obwodach a znajdujące swe ujście na świat w oczach Machiny – zgasło, sygnalizując odcięcie zasilania i koniec programu.

Pierwsza osunęła się ręka, zaraz potem głowa opadła podbródkiem ku klatce, zaraz zadziałała jednak blokada hydrauliczna, uniemożliwiająca osunięcie się bezwładnego, splecionego z metalu i węglowych włókien ciała. Ciała zastępczego, finalnie bowiem platformą, ośrodkiem Utajenia, którą to funkcję w dawnych czasach pełniła hostia, miała być forma lepiej wyrażająca Majestat. Zdobycie odrobiny węgla i kwarcu nie stanowiły większego problemu, dalsza, samodzielna ich obróbka – tym bardziej.

Praeclarus otarł pot z czoła, zastanowił się chwilę, po czym opuścił pomieszczenie. Skierował się do dziennika, gdzie podłączywszy swoje myśli do obiegu cyfrowego, zdał relację z pierwszego dnia fazy testowej „Deus ex Machiny”.

Nie miał szansy zauważyć, że znajdujący się w rogu, od dawna popsuty dron wspomagający poruszył się nagle, emitując z wnętrza bardzo słabe światło. Podczas gdy ten zbliżył się do karty kodowej, dokonując weń poprawek, robotyk wciąż notował swoje zastrzeżenia co do kolejnej fazy tego wiekopomnego projektu.

Autorowi jeszcze raz gratuluję, dziękuję i przepraszam.
Cierpliwości. Cierpliwości nam obu.

Końce i początki

 

WYNIKI konkursu „Lata 80”

Jako, że pomimo wielkiej promocji mojego konkursu (Facebook, fora internetowe, strony www) i żywego nim zainteresowania prawie nikt nie wziął w nim udziału, nie miałem dużych rozterek, komu przyznać nagrody.
Najpierw jednak – odpowiedzi.

ETAP I

Tu było najtrudniej. Recenzja, lub opowiadanie. Różne gatunki, więc do wyboru do koloru.

ETAP II

Krótka wypowiedź na temat Sf lat 80.

ETAPIII

Zdanie  „To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i … O mój Boże, tam jest pełno gwiazd!” wypowiedział rzecz jasna
David Bowman w znanej wszystkich powieści ,,Odyseja kosmiczna 2001″ autorstwa Arthura C. Clarka. Był to ostatni komunikat Bowmana, jaki dotarł na Ziemię.

Na to pytanie skarżyło się najwięcej potencjalnych uczestników, jako na najtrudniejsze. Przyznam, że jestem zaskoczony. Raz, że to „Odyseja”, dwa, że wystarczy wpisać to zdanie w google.pl, by wyskoczyło kilkaset (tysięcy) wyników. Chyba jeden z bardziej rozpoznawalnych cytatów w literaturze Sf.

Jeśli chodzi o Bonus – nikt nie chciał ujawnić swojego talentu graficznego.

Pora chyba ogłosić zwycięzce. Tak, liczna pojedyncza jest jak najbardziej trafna, bowiem udział wzięła tylko jedna osobaKrzysztof Otto.

Krzysztof zaprezentował bardzo wysoki poziom literacki, oraz rzetelnie przyłożył się do konkursu (przysyłając nawet poprawki ^^). W związku z tym nie jedna, ale wszystkie trzy książki wędrują do niego.
Proszę o dane adresowe na mail mstonawski@gmail.com

Już wkrótce zaprezentuję na blogu zwycięskie prace.

Konkurs wydawnictwa FU KANG na recenzję opowiadania

Miło mi powiadomić, że moje opowiadanie inspirowane… konkursem na bardzo krótką miniaturkę pt. ,,Wejdź im w słowo”, zostało opublikowane na stronie wydawnictwa. Powiązany z tym został także konkurs. Zasady są dosyć proste; należy napisać recenzję opowiadania i umieścić ją na forum, we właściwym temacie.
TUTAJ regulamin.

A poniżej fragment mojej prozy:

Poczuł, że zmęczone nogi same się pod nim uginają. Zwalił się na ziemię, ciągle rozglądając się z niedowierzaniem. Tymczasem mężczyzna, który wyglądał jak Dawid, podniósł sztywną rękę z teczką na wysokość oczu.
– Tak to się zaczyna – powiedział beznamiętnie. Kazek patrzył szeroko otwartymi oczami, jak suwak zamka w teczce przesuwa się sam z siebie o parę centymetrów. Z powstałego otworu trysnęło oślepiające światło. Jakaś siła cisnęła nim parę metrów dalej i stracił przytomność.
Kiedy się obudził, nie było już ani mężczyzny, ani jego teczki. W szarawym świetle świtu, po całym rynku bezgłośnie biegały różowe misie uszatki bawiąc się własnymi, odciętymi głowami. Jeden z nich przeskoczył nad nim wywijając diablim ogonem. Z wolna docierały do niego odgłosy otoczenia. Jakieś krzyki, jakieś jęki i dźwięki syren. Na niebie pojawiła się łuna pożaru. Przed wejściem do Empiku przebiegł z wrzaskiem jakiś mężczyzna usiłując zdjąć z siebie stado wgryzających się w niego miśków. Zwalił się parę kroków dalej, gdzie rzuciło się na niego jeszcze więcej prześladowców. Ostatni krzyk zamienił się w bulgot, kiedy któryś z nich przegryzł mu szyję.
Kazek chciał wstać, ale nie zdążył. Z potwornym wizgiem z nieba spadał palący się samolot. Ostatnim, co policjant zobaczył, był napis na kadłubie; ,,Efemeryda”.

 

Zapraszam!
Do wygrania egzemplarz ,,Chorego chorszego trupa”, z dostawą do domu :)

Konkurs ,,Lata 80″ – Ogłaszam

 

Już od dawna trąbie tu i ówdzie, że zbliża się coś wielkiego, tu, na moim blogu. No i stało się – wybywam na tydzień. Nie, nie. Nie o to chodzi. Jest to tylko przyczyną, z powodu której postanowiłem, że musicie mieć jakieś zajęcie.
Bardzo mi miło otworzyć mój własny, blogowy konkurs ,,Lata 80″.
Konkurs otwieram w ramach akcji ,,Zapach starej książki”, której założyłem już na Facebooku specjalny profil. Konkurs ma za zadanie promować starą literaturę Sf z lat 80 XXw i wcześniejszych.
A co do wygrania? Ano, te trzy piękne książki:

1 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1987
2 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1988
3 miejsce – Spotkanie w przestworzach 5

Chyba oszalałem, takie (TAKIE) książki rozdawać… no, ale dobrze. Słowo się rzekło. To teraz zasady, co?

 

Konkurs podzieliłem na parę etapów:

 

ETAP I (20pkt)

Do wyboru:

  • Recenzja któregoś z moich dostępnych opowiadań (spis w dziale ,,Teksty”)
  • Opowiadanie SF w klimatach (tak, jak pisano, nie czas akcji) 60/70/80 lat XX wieku. (max. 15 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie grozy nawiązujące czasem akcji do lat 60/70/80 XX wieku (Max. 10 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie – kryminał – nawiązujący czasem akcji do wspomnianych wyżej lat. (Max 10 tyś znaków)

ETAP II (10pkt)


Krótka wypowiedź na temat prozy Sf dawnych lat – Dlaczego warto czytać (lub też, czemu nie), polecenie dobrych książek i wspomnienia, od czego zaczęła się Wasza z gatunkiem przygoda.


ETAP III(
5pkt)

Odpowiedz na pytanie: Kto, w jakim utworze i dlaczego wypowiedział poniższe zdanie?

„To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i … O mój Boże, tam jest pełno gwiazd!”

 

UWAGA BONUS (10pkt)

Jeśli jeszcze nie jesteście zmęczeni, możecie zdobyć dodatkowe 10 pkt! Wystarczy tylko przygotować dowolną pracę graficzną tematycznie nawiązującą do prozy Sf lat 80.  Każdy, kto wykona to zadanie dostanie dodatkowe punkty!

A zatem – do dzieła! Konkurs trwa od 22.08.2011 do 01.09.2011 godz 23.59. Przedłużono do 10.09.2011 godz 23.59

Prace proszę wysyłać na adres mailowy: mstonawski@gmail.com

Powodzenia :)

Zachęcam też do kliknięcia w obrazki i polubienie obu stron:

Aha, no i mam jeszcze jedną prośbę – dajcie znać swoim znajomym o tym wydarzeniu. Obojętnie, czy mailowo, umieszczając post na swojej facebookowej tablicy, czy w inny sposób (informując np. na forach).

I niech Wam szczęście sprzyja :)

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén