Page 3 of 27

Cztery lata do szczęścia – „Mapa Cieni”

Ręce mi drżą. Przed chwilą musiałem się wykrzyczeć. Zaparzyłem herbaty, mogę napisać część słów, które kłębią się w głowie. Był taki pomysł, wiecie? By napisać książkę o nawiedzonych – prawdziwych – miejscach w Krakowie i okolicach. I wiecie co? Po czterech latach ciężkiej pracy udało się mi się spełnić to marzenie. Nie tylko o pierwszej książce, ale i po prostu – o wielkim i unikalnym projekcie, który udało się wprowadzić w życie. 

WSPIERAM.TO

Czemu muszę komplikować sobie życie? Nie chodziło o to, by zrobić zwykłą książkę. Nie. „Mapa Cieni” musiała być czymś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Nie z założenia, nie na siłę. Jest czymś niezwykłym, bo taka jest jej idea: aby odwiedzić 16 nawiedzonych miejsc z Krakowa i okolic, wypytać ludzi, sąsiadów, przeszukać fora, bazy danych, archiwa miasta. A potem z tego wszystkiego stworzyć 16 reportaży. Tym się zająłem.

Ale nie sam. 

Już na początku zorientowałem się, że sam nie dam rady udźwignąć tak wielkiego tematu. To było ponad cztery lata temu. Zaprosiłem więc do współpracy Krzysztofa Bilińskiego – człowieka, którego spotkałem na piwie i który pokazał mi, że jest świetnym fotografem. I miał samochód. W dodatku pasjonował się grozą, jak ja.

Ale to nie koniec. 

Mapa Cieni to nie tylko reportaże. To także opowiadania – 16 tekstów od wspaniałych polskich pisarzy. Kiedy ich zaprosiłem – bez namysłu przyjęli propozycję i wierzyli w ten projekt. Także wtedy, kiedy przyszły…

Trudności. 

To nie tak, że nie mogliśmy znaleźć wydawcy. Tematem interesowali się ludzie, telewizja i radio. Wydawcy też chcieli w to wejść – wielu nie miało pieniędzy na dobrą kampanie promocyjną. I w końcu znaleźliśmy wydawcę, który przez rok mówił o wydaniu, ale ostatecznie… tylko mówił. Nie poddałem się – poszukałem innego wydawcy. I szybko znalazłem. Było to jedno z największych wydawnictw w Polsce. Byliśmy z Krzyśkiem w Warszawie, spotkaliśmy prezesa, obmyślaliśmy marketing, podpisaliśmy umowy przedwstępne. I po pewnym czasie wydawca nas porzucił. Brak pieniędzy. W końcu natrafiliśmy na Van Der Book, małe krakowskie wydawnictwo. Zgodzili się nas przyjąć pod swoje skrzydła, chociaż tu też nie obyło się bez sporych opóźnień. W międzyczasie doszlifowywaliśmy książkę, opisaliśmy jeszcze jedno miejsce. Przeszliśmy przez kryzys wiary. Tak minęły cztery lata pracy, pracy i zwykłej upartości. Wierzyłem w „Mapę Cieni”.

I udało się. 

Właśnie teraz wystartowała akcja na wspieram.to – „Mapa Cieni” to faktycznie kosztowny i duży projekt. Coś, z czym mały wydawca bez wsparcia może mieć kłopoty. Dlatego możesz kupić książkę już teraz – w dowolnej formie. A już za trochę ponad miesiąc czeka nas upragniona premiera. Chociaż to zwieńczenie mojej (i nie tylko) wieloletniej pracy, jest to tak naprawdę początek.

I, Boże, dalej mi się łapy trzęsą.

lll

Lista autorów, którzy dołączyli do projektu, oraz miejsc, które odwiedziliśmy:

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #1

– „Cięcie” – Magdalena M. Kałużyńska

NAWIEDZONY DOM NA WOLI JUSTOWSKIEJ

– „Muzeum snów” – Dawid Kain

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #2

– „Biel” – Łukasz Radecki

NAWIEDZONY DOM W GŁOGOCZOWIE

– „Zapomniane marzenie” – Francieszek Zgliński

NAWIEDZONY HOTEL W KRAKOWIE

– „Granice synestezji” – Joanna D. Bujak

NAWIEDZONE MIESZKANIE NA STAROWIŚLNEJ

– „Porcelanowe pieski z zakurzonymi oczami” – Piotr Roemer

NAWIEDZOLNY LAS W WITKOWICACH

– „Ratunku! Trup i inne wypadki…” – Krzysztof T. Dąbrowski

NAWIEDZONY DOM W WITKOWICACH

– „Ostatnia podróż Zu” – Aleksandra Zielińska

NAWIEDZONA HALA W NOWEJ HUCIE

– „Wszyscy jesteśmy samotni” – Sylwia Błach

CZARNA DAMA Z PODGÓRZA

– „Trucizny w żyłach miasta” – Marek Grzywacz

NAWIEDZONY DOM NA KOSOCICKIEJ

– „Każdy człowiek ma swoją godzinę” – Michał Stonawski

MOST SAMOBÓJCÓW

– „Most samobójców” – Krzysztof Maciejewski

NAWIEDZONY FORT GRĘBAŁÓW

– „Jeździec” – Michał Gacek

CZŁOWIEK-PIES Z NOWEJ HUTY

– „Pies” – Rafał Christ

NAWIEDZONE OSIEDLE KALINOWE

– „Ładnym Łatwiej” – Kazimierz Kyrcz, Michał Walczak

NAWIEDZONY DOM W CHRZANOWIE

– „Galeria IX Mrocznych Obrazów” – Krzysztof Biliński

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Co zmieni fakt, że żyjesz w symulacji?

Parę tygodni temu Bank of America wysłał do swoich klientów list mówiący o tym, że prawdopodobieństwo, iż żyjemy w zaawansowanej technicznie grze komputerowej wynosi od 20 do 50 procent. Koncepcja, która jeszcze parę lat temu uznawana była za śmiałą i dosyć ciekawą hipotezę, jest teraz rozpatrywana szerzej przez tuzy świata fizyki, jak choćby znany propagator, Neil deGrasse Tyson. Mało tego – istnieją przesłanki, jakoby dwóch miliarderów (z czym jednym z nich na pewno jest Elon Musk) finansowało badania za których sprawą ludzkość ma się wyrwać z Matrixa. Prosta idea, zaledwie zagadnienie, staje się jednym z głównych problemów dzisiejszej fizyki teoretycznej. 

W świecie, w którym fizyka kwantowa otwarcie przyznaje, że pewne rzeczy dzieją się tylko dlatego, że na nie patrzymy, materia nie musi istnieć, a świat to coś zbudowane w zasadzie z niczego pomysł, że żyjemy w grze komputerowej nie jest wcale taki głupi. Więcej – wydaje się szalenie prawdopodobny. Jak to miałoby wyglądać? Cóż, albo nasz świat istnieje jako zapis informacji przechowywany we wnętrzu czarnej dziury, która jest częścią świata będącego zapisem informacji przechowywanych we wnętrzu czarnej dziury, albo… zaczyna się robić jeszcze dziwniej, bo jesteśmy symulacją przodków zbudowaną przez naszych własnych potomków za tysiące lat – tyle, że nie są to oczywiście „nasi” potomkowie.

Cała koncepcja opiera się na przypuszczeniu, które bardzo ładnie Elon Musk wyłożył w czerwcu, na jednej z konferencji:

Czterdzieści lat temu mieliśmy ponga, dwa prostokąty i kropkę. Tak wyglądały wtedy gry. Dzisiaj, czterdzieści lat później, mamy fotorealistyczne symulacje 3D, w które jednocześnie grają miliony ludzi – i stają się one z roku na rok coraz lepsze. Za chwilę będziemy mieli wirtualną i wspomaganą rzeczywistości. Niezależnie od tego, jakie tempo postępu założysz, w pewnym momencie gry staną się nieodróżnialne od rzeczywistości – i to nawet jeśli postęp zwolni tysiąckrotnie.

Teraz wyobraźmy sobie świat za 10 tysięcy lat, co przecież jest niczym w skali ewolucji. Zakładając że zmierzamy w stronę gier nieodróżnialnych od rzeczywistości, które to gry mogą być grane na dowolnym komputerze, to prawdopodobieństwo że znajdujemy się w bazowej rzeczywistości jest jak jeden do miliarda. Powiedzcie mi, co jest nie tak w tym argumencie?

Fantazja? Wszystko wyssane z brudnego małego palca lewej stopy? Możliwe – ale ileż takich fantazji stało się rzeczywistością? Historia postępu wygląda wręcz tak, jakby każda koncepcja zrodzona w formie opowieści – wymysłu pisarza sf – prędzej czy później miała doczekać się przynajmniej możliwości stania się prawdziwą. Nawet latające samochody są już możliwe (chociaż nie tak, jak byśmy chcieli). To, że nie ma ich na niebie to raczej problem reorganizacji systemu, zagrywek lobby i tego, jak działa rynek.

No, ale dobrze. Zakładam, że w pewnym momencie okaże się, że faktycznie – żyjemy w symulacji. Stawiam pytanie:

Czy to coś zmieni?

Zakładając, że za parę lat naukowcy ogłoszą, że żyjemy w symulacji musielibyśmy się liczyć z paroma wariantami:

  • Wielka histeria i załamanie ludzkości
  • Wielka histeria, załamanie ludzkości i wyłączenie systemu przez administratorów
  • To już się wydarzyło i żyjemy po restarcie
  • Świat będzie funkcjonował dalej

I… ja osobiście jestem zwolennikiem opcji ostatniej. Dlaczego? Po pierwsze – informacja zostanie zauważona tylko przez część ludzkości. Odjąć musimy wszelkie plemiona i społeczności krajów mało zinformatyzowanych, oraz takie, których doktryny religijne (patrz: Islam) wykluczają takie podejście do tematu. Po drugie, tylko część osób, które usłyszą taką informację faktycznie w nią uwierzą. Dla pozostałych twór ten będzie jeszcze dziwniejszy pojęciowo, niż fizyka kwantowa, która już dla wielu jest nie do przyswojenia (nie „zrozumienia” – ja na ten przykład w życiu bym ne powiedział, że „rozumiem” zasady działania mechaniki kwantowej, ale umiem je zaakceptować i w minimalnym stopniu pojąć, że jest tak jak jest). Ponadto naukowcom trudno to będzie udowodnić w sposób zrozumiały i przystępny dla każdego, bowiem wymagałoby to niemożliwego. W tym wypadku musielibyśmy „wyjść” z symulacji i spojrzeć na nią z zewnątrz. Co prawdopodobnie nie jest w ogóle możliwe – tak, jak nie jest możliwe, by komputerowy Geralt z Rivii przeszedł do naszego świata przez ekran. Wszelkie dowody opierać się więc będą na jakichś wyliczeniach i spostrzeżeniach – takich jak ostatnie odkrycie Dr. Jamesa Gates’a Jr., który w teorii Strun znalazł… kod programu komputerowego. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, że większość ludzi po prostu postoi chwilę z głupim wyrazem twarzy i wzruszy ramionami, bo dzieciaka trzeba nakarmić i kredyt spłacić.

Co jednak zmieni to odkrycie dla tych, którzy zrozumieją jego wagę?

Dochodzę tu do paru wniosków:

  • Po pierwsze – sam fakt takiego odkrycia nie oznacza, że nasz świat nie jest prawdziwy. Dochodzimy tu do filozoficznego paradygmatu mówiącego o tym, że świat postrzegany jest światem rzeczywistym. Dla nas rzeczywistość jest zawsze taka sama – czy jest iluzją, czy też nie. To świat który postrzegamy i rozumiemy. Świat będący od zarania dziejów naszą przestrzenią życiową. W perspektywie symulacji – jedyny świat dla którego my jesteśmy prawdziwi tak samo, jak on dla nas, mimo, że wszystko jest iluzją.
  • Po drugie – są to dobre wieści dla kreacjonistów i wszelkich wierzących. Cała wiara opiera się bowiem na tym, że jest stwórca i twór. Stwórce nazywamy bogiem, sami siebie tworem. W perspektywie symulacji możemy wreszcie namierzyć tego boga i „zaświaty” – o których, jak mówi Pismo, nawet nam się nie śniło. Co oczywiście nie spodoba się wielu wyznawcom religii – i być może dlatego właśnie jest ukryte.
  • Po trzecie ten „nasz” świat może być dla nas jedynym – w dodatku bardziej realnym, niż wszystko inne. Przecież w tym świecie „prawdziwym” wcale nie musi być tak, jak u nas. Mogą istnieć zupełnie inne prawa fizyki, tak rozwinięte, że te nasze są tylko mizernym wycinkiem „prawdziwej” rzeczywistości.
  • Po czwarte mamy prawo się poczuć oszukani. W każdej bowiem chwili możemy zostać odgórnie „wyłączeni”, w dodatku jesteśmy własnością jakichś bytów. Z ich punktu widzenia nie mamy prawa głosu. Z ich punktu widzenia nie jesteśmy prawdziwi. Co jednak – zaznaczę – nie odbiega od dzisiejszego stanu naszego świata. Wszystko powyższe jest po prostu aktualnie „niesprecyzowane”.
  • Po piąte najprawdopodobniej zostaniemy wyłączeni. Jakkolwiek cywilizacja naszych twórców nie byłaby rozwinięta, za każdym razem ilość energii i budulca jest skończona. Nie może być zatem sytuacji w której w naszej symulacji budujemy symulację, w której to symulacji nasi symulańci budują własną symulację, w której powstaje jeszcze następna symulacja w symulacji w symulacji. I tak w obie strony. Łącząc to jeszcze z perspektywą Multiwersum (teorii wieloświata, nieskończonej ilości wszechświatów w nieskończonej ilości wszechświatach) dochodzimy w pewnym momencie do poziomu krytycznego energii, którego nie da się już udźwignąć. A to kończy się ogólnym zawieszeniem wszystkich systemów. Można powiedzieć – multi errorem. Galaktycznym 404. Multiwersalnym crushem. My to wiemy i wiedzą to nasi twórcy. Wobec czego, kiedy w niedalekiej przyszłości sami zaczniemy budować symulację… zostaniemy wyłączeni. Zresetowani. Zakończeni.
  • Po szóste – może być i tak, że to my jesteśmy tymi „pierwszymi”. Choć to wysoce nieprawdopodobne. Ale wtedy musimy sami sobie odpowiedzieć, czy chcemy zapoczątkować taką spiralę kreacji i wziąć odpowiedzialność za cały ten bałagan, jaki powstanie?

I z tym pytaniem Was dziś zostawię.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

O tym, dlaczego Sapkowski ma rację

Z dedykacją dla Krzysztofa Sokołowskiego, który mi dogadał. 

Polcon 2016 minął, ale nie mijają jego echa. A w zasadzie jedno echo – „Sapkowskigate”, bo tak ochrzczona została ta sprawa. Chodzi o te parę minut, kiedy na swoim spotkaniu autorskim AS postanowił obrazić CDP RED, graczy i wyrazić zdanie, jakoby gra zrobiła mu mnóstwo smrodu i gówna. Wywołując tym samym powszechne oburzenie.

Polcon był świetnym konwentem. Wiem, bo byłem, a nawet zostałem tam imiennie zaproszony (co ciągle poczytuję sobie jako zaszczyt). Działo się tam wiele rzeczy, ale do szerszej świadomości przeszła tylko jedna. Sensacyjna, rzecz jasna. Ta, o której media mogły się rozpisywać – i robiły to, przeżuwając tego newsa do znudzenia. Tak portale plotkarskie, jak branżowe, czy nawet te „większe” media.

I tu pozwolę sobie na małą dygresję – pamiętacie jeszcze czasy, kiedy o fantastyce czy fandomie nie mówiło się zbyt dużo? Ba, temat w ogóle nie istniał. Ot, jakieś nerdy spotykały się w szkołach i gadały o nerdowskich sprawach. Wszystkie te nerdy (czyli ja też) walczyły o to, by o fantastyce się mówiło. No i teraz mamy za swoje: Korwin na Pyrkonie, szczucie cycem, afera kostkowa, Sapkowskigate. Konwenty zrobiły się wielkie, fandom gargantuiczny, powoli zjadający swoje własne, najwierniejsze dzieci, a zostawiający… konsumentów. Dygresją do dygresji będzie moja smutna myśl, że nie tylko fandom cierpi na tym, że „ugrał swoje”. Wszystkie „środowiska” mają problem z tą samą dolegliwością. W tym niestety środowisko grozy. Tak czy siak – stało się. Sieć sprawiła, że fantastyka stała się modna, konwenty stały się „targami” czy „festiwalami”, całość dobrym biznesem, a ze zwykłych kłótni zrobiły się „dramy”.

Wracamy do Sapkowskiego – nie miałem przyjemności być na jego spotkaniu. Prawdopodobnie miałem wtedy swoje panele. Dzięki dobrodziejstwu sieci prześledziłem je na YouTube. Wliczając felerne parę minut. Zastanawiałem się – jakie będą reakcje na słowa Sapka? Czy polecą pomidory? Buty? Podniosą się krzyki? Nic z tych rzeczy – część osób się zaśmiała. Bo i całe spotkanie było przeprowadzone w trochę żartobliwym stylu – tak, jak to bywa na konwentach. I tak jak to bywa na konwentach – fani znają swojego autora. Sapkowski był, jest i będzie… specyficzny w obyciu.

Czy usprawiedliwiam jego zachowanie? Nie… i tak. Bo zastanawiam się, o jakim zachowaniu mówimy.

Sapkowski rację ma

Zrobimy taki eksperyment. Wyobrażę sobie, że jestem nic nie znaczącym chłystkiem. Takim, co coś osiągnął, ale nie wielkim twórcą, nie pisarzem. Ot, człowiekiem „biznesu” jeśli można tak powiedzieć. W pewnym momencie jednak chwytam za pióro i piszę tekst, który po jakimś czasie zmieni oblicze całego gatunku literackiego w kraju. Po zostaniu odkrytym piszę dalej – i zmieniam świat. Następuje renesans fantasy. Na motywach powstaje serial, film. Zyskuję rzesze fanów. Mokry sen każdego pisarza. A Sapkowski tego dokonał – to nie jest „wydumane ego”, to są fakty. Można powiedzieć, że są w naszym kraju (i byli przed Sapkiem) świetni twórcy – i będzie to prawdą. Żaden z nich nie dokonał jednak tego, co on.

Kontynuujemy? Mija parę… no, trochę więcej… lat. Świat się zmienia. Na motywach książki powstaje gra, która podbija świat. Wszyscy chcą „Wiedźmina”. Cholera, tą markę przedstawia się jako główny eksportowy produkt kultury polskiej. Nawet prezydent – cholerny prezydent USA – dostaje do rąk „Wiedźmina”. Nie książkę – grę.

Ile osób z tej rzeszy fanów kojarzy Sapkowskiego? Ile z tych, którzy słyszeli o książkach przeczytali je? Ile z tych, którzy przeczytali myśli sobie „Sapkowski? To ten pisarzyna, co napisał książki na podstawie tej WSPANIAŁEJ, gry”. Triss pojawia się w Playboy’u – ale nie jest to Triss Sapka. Na okładkach książek pojawiają się postaci z gier, co samo w sobie może wprowadzić w błąd – poza tym, że jest oczywistym ruchem marketingowym.

Ludzie? Ludzie są leniwi. Ilu z nich będzie miało chęć, by pogrzebać i sprawdzić, jak to jest z tym „Wiedźminem”? Ilu z tych wiedzących będzie chciało w kółko i w kółko powtarzać ignorantom jak wygląda sytuacja?

Więc – jesteśmy sobie człowiekiem, który jest prawdopodobnie jednym z większych mistrzów pióra swoich czasów, wymyślił coś, co stało się „uniwersum” i urosło do takich rozmiarów, że już jego – swojego twórcy – nie potrzebuje. Sapkowski zostaje w cieniu. Każdy człowiek, który jest przekonany, że to „jakiś pisarzyna, który napisał książki na podstawie gier” jest dla ASa jak trzaśnięcie w policzek byczym penisem. Dodatkowo jest on człowiekiem starej daty, jak widać – nie rozumie gier. Nie chce zrozumieć. To nie jego świat. On coś wymyślił, on coś napisał, on zdziałał dużo. A na starość patrzy, jak „Wiedźmin” staje się „nie jego”.

Czy Sapkowski ma prawo być wkurzony? Całkowicie tak. Ale pozostaje pytanie, czy ten wkurw jest wymierzony odpowiednio…?

Rozproszona odpowiedzialność

To nie wina CDP, że zrobili niesamowitą grę. To sukces, który im się słusznie należy. To nie wina świata, że poszedł naprzód. To nie wina Sapkowskiego, że książki przestają być czytane, a gry są popularne. To wina nikogo, że popkultura dobrze się sprzedaje i ma zasięg globalny. To nie wina wydawcy, że chciał zarobić. Wszyscy mają prawo do sukcesu. Wszyscy powinni być zapamiętani według zasług – nie wszyscy będą.

Sapkowski nigdy nie patrzył się na konwenanse. Taki był i żadna gównoburza w internecie tego nie zmieni. Szczerze wątpię, by Sapkowski w ogóle się tym przejął. Tym, czym się przejął to jego scheda. Czy ma zatem rację, mówiąc, że „Gra narobiła mi mnóstwo smrodu i gówna”? Ma. Ale to nie gry ani jej twórców wina. To wina tego, jak teraz funkcjonuje świat – na czym cierpi i Sapek i sam fandom, zmieniając się i swoje produkty nie do poznania.

Gracze nie są idiotami. Autor powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa i to, jak je wypowiada – szczególnie na spotkaniu autorskim. Szczególnie wtedy, kiedy wszystko i zawsze jest nagrywane. Można się na Sapka obrażać, ale należy go uszanować – bo na szacunek zasługuje. A przede wszystkim na zrozumienie.

Jeśli interesuje Cię temat samego Sapka i jego twórczości, zachęcam do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłem z Sapkowskim dla Interia.pl

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Przestaję nadzorować pracę Nagrody im. Stefana Grabińskiego

Z dniem dzisiejszym przestaję nadzorować prace związane z Nagrodą Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Powodów szczegółowych podawać nie będę, jako, że są to wewnętrzne sprawy grupy organizatorów.

Powiem jednak parę słów: bycie jednym z ojców założycieli (oraz człowiekiem, który stał także za pomysłem) tak niezwykłej inicjatywy było i jest dla mnie niesamowitym przeżyciem. Ostatnie dwa lata, kiedy Nagroda działała (teraz, jak widzicie po fanpageu – została zawieszona) były dla mnie czymś niezwykłym. Pracowałem z dobrymi ludźmi i chciałem im serdecznie podziękować za wszystkie te chwile, kiedy działali wraz ze mną na rzecz Nagrody. Za każdym razem, kiedy jako grupa podejmowaliśmy wspólny wysiłek czułem się doceniony i „na swoim miejscu” – zwłaszcza, że w grupie tej były w szczególności osoby, które przewyższały mnie wiekiem i doświadczeniem. Pamiętam, kiedy na pierwszym KFASONie zapowiadaliśmy Nagrodę. Tłukła mi się w głowie myśl „Co ja tu robię? Taki nikt.” …

Tymczasem w trakcie mojego działania organizatorskiego udało się zorganizować dwie gale, wywalczyć wspaniałe statuetki, sprawić, że Nagroda zaistniała w mediach i zaczęła coś znaczyć. Nie bez trudności, nie bez problemów – bo kto ich nie ma – ale z werwą i siłą przebicia, dzięki której dziś – przynajmniej na facebooku – pod względem popularności ustępuje tylko Nagrodzie Zajdla. Oczywiście chodzi mi tu o nagrody związane z fantastyką.

Nie uważam, bym był idealnym „prezesem”. Wręcz przeciwnie – myślę, że wielu rzeczy dla Nagrody (jeszcze i już) nie udało mi się zrobić. Żywię nadzieję, że moi następcy poprowadzą tą Inicjatywę dalej w taki sposób, że wkrótce stanie się najlepszą nagrodą gatunkową w kraju. Głęboko w to wierzę, zwłaszcza, że patrzę na tą Inicjatywę jak na swoje dziecko. Prawdą jednak jest, że (jak to w przypadku dzieci bywa) praca nad nią zajmowała mi masę czasu, przez co podupadły niektóre kontakty, mniej też pisałem i zdecydowanie ledwo co wydawałem – co widać po bieżącym roku, z jedną tylko publikacją od stycznia. Biorąc pod uwagę na jakim etapie „kariery” jestem, nie było to rozważne posunięcie. Ale. Czego się nie robi dla gatunku.

Gatunku, którego przecież nie przestaję promować. Ale szczegóły w tym temacie już niedługo :)
Chociaż na pewno będę miał teraz więcej czasu na pisanie.

Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali dobrym słowem i tym, z którymi pracowałem. I całej Kapitule Nagrody. Dziękuję, za to, że mogłem brać udział w tej przygodzie.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Stonawski na Polconie 2016

Ku mojemu zaskoczeniu i zaszczytowi, zostałem w tym roku zaproszony na najbardziej prestiżowy konwent w naszym kraju – Polcon, w tym roku organizowany we Wrocławiu. Jako gość tego zacnego wydarzenia, będę uczestniczył w paru punktach programu. Serdecznie więc chciałbym na nie zaprosić… 

Nawiedzone miejsca i jak je znaleźć
czwartek 18:00 1h, Sala 4 (Horror i Groza)
Michał Stonawski

Polski horror na tle grozy światowej
czwartek 20:00 1h, Sala 4 (Horror i Groza)
Edward Lee Jack Ketchum Michał Stonawski

Apokalipsa zombie czyli nieumarli ponad konwencjami
piątek 15:00 1h, Sala 4 (Horror i Groza)
Łukasz Radecki, Michał Stonawski, Krzysztof Haladyn

Promotorem grozy być…
piątek 21:00 1h, Sala 4 (Horror i Groza)
Michał Stonawski, Łukasz Śmigiel, Tomasz Siwiec, Łukasz Radecki

Wampir w popkulturze – przeżytek, sztampa czy wciąż potencjał?
niedziela 12:00 1h, Sala 4 (Horror i Groza)
Sylwia Błach, Michał Stonawski, Marcin Rusnak, Witold Jabłoński

Horror w Polsce – recepcja, opinie, perspektywy
niedziela 15:00 1h, Sala 4 (Horror i Groza)
Michał Stonawski, Sylwia Błach i inni

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Kto powinien zagrać Geralta? – Typujemy aktorów do Sagi Wiedźmińskiej.

Wczoraj gruchnęła wieść o tym, że w serwisie IMDb pojawiła się obsada filmu „The Witcher”, którego reżyserem jest prawdziwa gwiazda – Tomek Bagiński. Według plotki, w postać Geralta wcielić się miał Josh Holloway, zaś Anna Rust zagrać miała Cirillę. I, mówiąc szczerze, byłem zachwycony. Son of a Bitch

josh

Holloway’a mogliśmy poznać jako Sawyera w serialu LOST, gdzie spisał się całkiem dobrze (w przeciwieństwie do mydlanego jak dla mnie Matthew Foxa). On jako Geralt? Wiedźmina powinien zagrać polak – to jasne. Całkiem nieźle zagrał go Żebrowski i gdyby dodać mu Hollywoodzkie efekty specjalne i lepszy trening wywijania mieczem, byłoby już naprawdę dobrze. I, gdyby oczywiście z filmu „Wiedźmin” nie zrobiono czegoś bardziej żałosnego, niż Jaskier bez lutni… ale do rzeczy. Niestety, Geralta z Rivii nie zagra nasz rodak. Pora więc zastanowić się, kto mógłby dać sobie radę z tym zadaniem. O tym, że aktor powinien spełniać pewne wizualne kryteria mówić nie muszę – chociaż w dobie dzisiejszego kina Wiedźmin równie dobrze mógłby okazać się ostatecznie Murzynem i na pewno znalazłoby się dużo osób, które nie miałyby z tym żadnego problemu. Wiele osób typuje do tej roli Madsa Mikkelsena, który aktorem jest dobrym, ale moim zdaniem na Geralta zupełnie nie wygląda (a i w grze aktorskiej jest trochę zbyt… wyważony. Nawet w świetnym „Polowaniu”). Geralt musi mieć pewien cynizm wypisany na twarzy. Pewną dzikość. W końcu nie jest do końca człowiekiem. Josh Holloway spełniłby się w tej roli świetnie, niestety Bagiński już obalił tę plotkę. Szkoda.

Swego czasu jednak zacząłem myśleć, którzy aktorzy (anglojęzyczni) pasowaliby do ról w sadze. I – czemu nie? – zabawmy się w typowanie.

1: EMHYR VAR EMREIS – w wersji Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów. – Bill Nighy

Bill Nighy - Emhyr Van Emreis

W drugiej wersji mógłby to być także znany z Gry o Tron Charles Dance. On jednak jest już kojarzony z pewnym Lannisterem i trudno byłoby mieszać te dwa wizerunki. Nighy? Jako cesarz Nilfgaardu byłby perfekcyjny.

2. DUNNY – Jude Law

Jude-Law- Dunny jeż

Nie mogło zabraknąć młodszej wersji naszego władcy. Jude Law jako Dunny byłby moim zdaniem najtrafniejszym wyborem. Z drugiej strony pozostaje pytanie, ile wyniosłaby jego płaca – a wszyscy wiemy, że nie zawitałby na planie na długo… :)

3. YENNEFER – Carice van Houten

carice-1 Yennefer

Kojarzycie ją w wersji rudej? Popatrzcie na zdjęcie wyżej. Yennefer była piękna, ale jednocześnie miała w oczach coś… w całej twarzy coś, co przerażało niektórych mężczyzn. Taka jest właśnie Carice van Houten. Niemal czuć zapach bzu i agrestu. Wiem, kto ciśnie Wam się na usta – Eva Green. Ale ona jest… inna. ZBYT drapieżna. Dla niej miałbym inne zadanie – czytajcie dalej.

4. PAVETTA – Ellen Page

ellen-page- Pavetta

Nie mam wiele do powiedzenia. Pavetta była dla mnie zawsze łagodniejszą wersją Ciri – a co do TEJ sceny (wiecie, której) – wyobraźcie sobie, jak Ellen Page otwiera usta i krzyczy, z wykrzywioną ze złości twarzą. Ona to potrafi.

5. CALANTHE – Maggie Smith

Maggie-Smith- Calanthe
Każdy kto widział ją w paru rolach wie – nie ma lepszej propozycji. Co prawda jej książkowy pierwowzór był chyba trochę młodszy, ale w tej kobiecie jest tyle samo wewnętrznej mocy, co pewnego starczego piękna. Wyobrażam ją sobie młodszą i jestem pewien – bez patrzenia na zdjęcia – była piękną kobietą. Jest piękną starszą panią. Kropka. Życzę każdej kobiecie, którą darzę uczuciem, by tak się zestarzała.

6. Król FOLTEST – Christopher Waltz

Waltz - Foltest

Co tu dużo mówić – Waltz wniósłby w postać Foltesta naprawdę sporo energii. A o to czy odegrałby taką rolę dobrze chyba nie ma co się martwić. Znam jeden film, w którym wypadł słabo – i jest to ostatni Bond, który w ogóle słabym filmem był.

7. LEO BONHART – Christopher Walken

Christopher Walken - Bonhart

Tylko popatrzcie w te zimne oczy i pomyślcie, że trzyma w rękach miecz. I że umie nim robić tak, że zabija Wiedźminów. I że właśnie stoi nad tym, co zostało z grupy gówniarzy, które przeszły przez Czas Pogardy. I że naprzeciw siebie ma tylko młodą, wystraszoną dziewczynę. Wiedźminkę. Podlotka. I że w tym momencie wykrzywia te wąskie usta. Zaraz wracam, muszę się na chwilkę schować pod kołdrą…

 8. BORCH TRZY KAWKI – Robert Downey Jr.

robert-downey-jr - Borch

Pomyślcie o tej scenie, kiedy razem z Geraltem jedzą raczki, a potem siedzą w balii z Zerrikankami. Tam – Geralt, cynizm na twarzy, ale i uśmiech na wargach. Tu, wyluzowany, trzymający za pośladek jednej z dziewczyn Downey Jr. ze swoim przekornym uśmieszkiem. Rozmawiają o smokach. A paniom dedykuję słowa: „On jest najpiękniejszy”.

9.RENFRI – Eva Green.

eva_green Renfri

Pamiętacie, jak mówiłem, że Eva Green jest ZBYT drapieżna dla Yennefer? No to właśnie – Renfri, ta mała księżniczka Śnieżka, ten demon, diabeł, ta tragiczna w swoim losie istota. A oto Eva Green, która doskonale by sobie z tym zadaniem poradziła.

10. LAMBERT – Mads Mikkelsen.

Mads Mikkelsen - Lambert

Geralt? Tak nie wygląda Geralt. Tak nie zachowuje się Geralt. Mikkelsen nie potrafi być drapieżny. Nawet jako Lecter grał raczej wewnętrznym gniewem. A Geralt z mieczem w ręku to burza, to wrzask i lejąca się po ścianach krew. To potwór i tak go ludzie widzą. Ale Wiedźminem Mikkelsen byłby świetnym. Lambertem byłby świetnym, mówiąc prościej.

11. ZOLTAN i YARPEN

Po co rozdzielać krasnoludów? Zoltan? Proszę bardzo:

hugh-jackman1 - Zoltan

Musiano by go tylko „pomniejszyć” efektami specjalnymi. Z długą brodą i irokezem (czy inną fryzurą), oraz toporem wyglądałby iście krasnoludzko.

Yarpen? Ben Kingsley.

Ben-Kingsley- Yarpen

Choć przyznam, że w roli krasnoludów można przebierać między aktorami, jak pokazał LOTR, czy Hobbit. Da się.

12. JASKIER – Johny Depp.

johnnydepp - Jaskier

No i nie ma innego wyjścia. Sorry. Oto Jaskier.

13. KTOKOLWIEK – Gary Oldman

Gary Oldman - Wszyscy Inni

Nie znalazłem postaci, która w Sadze byłaby podobna do Oldmana. Za to wiem, że Oldman może być podobny do każdej. Jak trzeba, zagra nawet miotłę i to tak, że należeć mu się będzie za to Oscar (i kto wie, może w końcu dostanie). Byle by był.

A czemu nie ma tu Geralta i Ciri? Bo najlepszy – moim zdaniem – aktor, został z tej roli wykopany. A Ciri? A Ciri zagrać może każda dobra, młoda aktorka. Wystarczy, że będzie miała odpowiedni wdzięk. Nie, żebym jej nie lubił, bo lubię. Tylko nie była na tyle charakterystyczna, by mieć… charakterystyczną twarz. Jeżeli wiecie, o czym mówię. Tymczasem, ponad wszelkimi sporami, najważniejsze jest to, by film się ukazał i był dobry.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Ale głupie te Star Warsy – 5 problemów TFA

 

„In J.J. we trust!” – wołał świat przed premierą najnowszych „Gwiezdnych Wojen” – miałem swoje obiekcje, gdyż Abrams nie do końca zrozumiał ideę Star Treka, czyniąc (moim zdaniem) z filmu sf typowy blockbuster fantasy – dobrze się sprzedający, ale jednak – fantasy. Z drugiej strony ten sam człowiek stał za rewelacyjnym „Lost”. Poszedłem do kina i wyszedłem z niego z uśmiechem. Im dłużej jednak się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nowe „Gwiezdne Wojny” nie są dobrym filmem. Że J.J. Abrams wcale nie dał rady – zrobiliśmy to sami, bardzo chcąc, by ten film był świetny. A wyszło… 

Czym jest dobry film? Czy tylko „widowiskiem”, jak to się teraz ładnie nazywa, po którym wychodzi się z kina rozluźnionym i wraca do swoich zajęć, czy czymś, co w nas zostaje – historią, którą przeżywamy wciąż i wciąż, rozkładając na czynniki pierwsze? Być może i tym i tym, w końcu nie górnolotnych historii oczekuje się po wytworach Marvela, a dobrego widowiska właśnie. Napięcia. Dawki emocji. Z drugiej strony są filmy, które nie powinny schodzić poniżej pewnego poziomu. Dla mnie zawsze takimi filmami były „Star Wars” – mitologia naszych czasów, zbiór wszystkiego, co już było w nowym i smacznym sosie. Moc była pewną filozofią, Jedi i Sithowie narzędziami swoich idei. W nowej trylogii Lucasa, chociaż krytykowanej, pojawiła się wspaniała intryga polityczna, która bardzo dużo wniosła do Uniwersum. To nie były pełne namysłu, filozoficzne filmy, ale też nie były jej pozbawione – szczególnie części IV-VI. Robiły to, co fantastyka zawsze robiła dobrze – przemycały pewne wyższe myśli pod maską prostej historii.

I tu dochodzę do „The Force Awakens” – zaraz po seansie byłem naprawdę wniebowzięty. W trakcie niego, w pewnych momentach miałem w oczach łzy. A potem doszło do mnie, że to po prostu nostalgia. Chciałem by film był dobry, a Abrams sprawił, by nie był aż tak zły. Jak sprytny czarodziej zaczarował mnie na czas seansu i parę chwil później. Każda iluzja jednak kiedyś się kończy – oto parę problemów, które sprawiają, że film nie umie sam siebie obronić. Od premiery minęło dużo czasu, dlatego pozwalam sobie na spoilery.

Nawiązanie

#1 PROBLEM Z ZAWIĄZANIEM AKCJI 

Każda opowieść ma początek – nawet osobne kawałki tego samego cyklu muszą trzymać się pewnej struktury tworzenia opowieści. Powód jest prosty – odbiorca nie może się pogubić. Podobnie jak w IV części, w TFA zostajemy wtrąceni w środek pewnego konfliktu, o którym w gruncie rzeczy niewiele wiemy. Abrams miał ułatwione zadanie, bo w przeciwieństwie do „Nowej Nadziei” widz wie już bardzo dobrze, czym jest i jak wygląda świat SW. A mimo to wykazał się niezgrabnością. U Lucasa w historię jesteśmy wprowadzani stopniowo. Zaczyna się od „trzęsienia ziemi”, haustu powietrza przy ogromie pokazanego nam Gwiezdnego Niszczyciela, potem zaś przenosimy się na farmę do młodego chłopaka, który spotyka mistrza. I wszystko zaczyna się powoli rozkręcać. Abrams, mam takie wrażenie, chciał widza oszołomić natarczywością i terrorem „First Order” – i trochę przesadził. Oto jakaś planeta, jakiś obóz, jakiś człowiek którego nie znamy (chwilę później umiera), tajne plany i pilot rebelii – moment i nadlatuje Imp… First Order, zaczyna się eksterminacja. Akcja gna do przodu na łeb, na szyję. Ani chwili oddechu. Wybuchy, akcja, jeszcze więcej akcji. I tak naprawdę do końca nie wiadomo, co się działo przez te trzydzieści lat, jaka jest sytuacja Republiki, czemu Ruch Oporu ciągle istnieje – czemu istnieje Imp… First Order? Tak się teraz robi filmy, wiem – szybko i widowiskowo. Ale trochę żal, bo po poczuciu dezorientacji nie następuje wyjaśnienie, a film rwie dalej, przeplatając sceny akcji, z humorystycznymi i dramatycznymi – jak w momencie, kiedy niszczona zostaje siedziba Republiki, Rey zostaje porwana, jeszcze nie przebrzmiał mi w uszach krzyk milionów istnień, a tu już Han rzuca dowcipną uwagę o włosach Lei. Jeżeli Abrams chciał swojego widza wrzucić na głęboką wodę, to już go tam pozostawił – i to bez koła ratunkowego.

Fabuła

#2 PROBLEM Z FABUŁĄ 

To, że sama akcja rwie wciąż naprzód, to nawet nie byłby taki problem, gdyby TFA miało coś do dodania swoją fabułą. Ale nie ma. Mamy dziewczynę z pustynnej planety (dla niepoznaki nazwanej Jakku), która zostaje wybrana do misji (i zostania Jedi), która spotyka pierwszego mistrza (Han), który wskazuje jej drogę, a który jeszcze w tym samym filmie zginie pokonany przez badassa nr.2 (jeżeli chodzi o rangę). Mamy postać humorystyczną (Finn), podbijającego serca robota z WAŻNYMI PLANAMI (BB8), które muszą dostać się w określone miejsce i depczące po piętach Imp… First Order. No dobrze, jest jeszcze najwyraźniej wolna Republika, ale z tym problemem Abrams radzi sobie po prostu ją wysadzając, zanim w ogóle coś więcej zostanie o niej powiedziane. Mamy małą bazę Ruchu Oporu, kilku dzielnych śmiałków, wspaniałego pilota-zawadiakę (czyli co by było, gdyby Han wstąpił do wojska), wreszcie JESZCZE WIĘKSZĄ Gwiazdę Śmierci, którą (znów dla niepoznaki) nazwano „Starkiller”. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję przynajmniej na trochę poważniejszą bitwę kosmiczną, ale nie – dzielni rebeliańci znów polecieli w paru na wielką bazę i dzięki odnalezieniu słabego punktu zmietli ją w pył. Jupii. Wielkie zwycięstwo, radość, tajemnicza scena, napisy.

„Gwiezdne Wojny” Lucasa nigdy nie były zbyt innowacyjne, bo czerpały garściami z popkultury, baśni, mitologii. „Gwiezdne Wojny” Abramsa czerpią jednak garściami z… samych siebie, w pewnym sensie zyskując trochę autoironiczny wydźwięk. To po prostu „Nowa Nadzieja” podana jeszcze raz. I jeżeli tamte rozwiązania (kilka X-Wingów vs. wielka baza wojskowa) można zrozumieć poprzez problem pieniędzmi na efekty specjalne (i w ogóle problem z efektami), to już tu cała sprawa wygląda po prostu śmiesznie. Tam to była heroiczna, samobójcza misja dzielnych Rebeliantów, tu oczekiwanie aż „znów im się uda”. Epicki wybuch był po prostu fajerwerkiem, który i tak musiał nastąpić. Nuda.

Rey

#3 PROBLEM Z REY

Sierota, pustynna planeta na peryferiach galaktyki – przeznaczenie w końcu wyciąga rękę. Rey to żeńska wersja Luke’a. Ale podczas, kiedy Luke długo (chociaż i tak bardzo krótko jak na Jedi) odkrywał, czym jest Moc, Rey już od początku filmu jest cudowna. To silna kobieta, wręcz terminator Jedi. Bez problemu pilotuje Sokoła Millennium, mimo, że wcześniej nie miała styczności z tak dużymi statkami. Ba, robi to lepiej niż Han Solo, nawet rozgryzając poszczególne podzespoły statku. Jak się okazuje później, mieczem robi lepiej od szkolonego przez samego Luke’a mordercę innych szkolonych Jedi. Zapewne dlatego, że na plecach nosi kij i na Jakku musiała go używać. Mało tego, kiedy Luke mozolnie poznawał tajniki mocy i dopiero w drugim filmie jest zdolny (przy dosyć dużym skupieniu) przyzwać swój miecz, Rey robi to parę godzin po tym, jak dowiaduje się, że coś takiego jak Moc istnieje – i to w środku walki. A jakby jeszcze było mało – pokonuje w pojedynku na Moc Kylo Rena – tak, dokładnie tego samego człowieka, który na początku filmu samą siłą woli unieruchomił w powietrzu strzał z blastera i nawet niespecjalnie się tym przejął. Rey jest idealna, potrafi wszystko i za co się nie weźmie, to zrobi doskonale. Jak widz się może z nią zidentyfikować? Otóż nie może. Bo Rey jest po prostu zbyt idealna. Kropka.

kylo

#4 PROBLEM Z KYLO 

Czego oczekiwałbym, gdybym wcześniej usłyszał, że w TFA czarnym charakterem będzie osoba, która znienawidziła rodziców, zabiła wszystkich uczniów Luke’a, sprawiła, że Luke uciekł na jakąś planetę i się ukrywa, a w dodatku jest tak silna Mocą, że robi dokładnie to, co Neo z pociskami w „Matrixie”? Na pewno nie skrzywdzonego chłopca, tupiącego nóżką, o wiecznie obrażonym obliczu, który – kiedy jest zdenerwowany – siecze mieczem… pokój w którym się znajduje w przypływie bezsilnej i histerycznej agresji. Ale taki właśnie jest Kylo „Och, Jak Bardzo Chcę Być ZUY” Ren. Na pewno czeka go metamorfoza, ale obraz który dostaliśmy na początku filmu zupełnie nie pokrywa się z tym, co dzieje się w trakcie. Myślę, że uczniowie Luke’a musieli mieć po prostu pecha i sami nabili się na swoje miecze. Albo wydrapali sobie oczy, kiedy Kylo zaczął tupać nogami i krzyczeć przez łzy, że ich nienawidzi. Pomysł, by „drugi Vader” zamiast opanowanego i mrocznego Lorda był załamanym i cierpiącym młodzikiem jest sam w sobie dobry. W końcu Vader też skrycie cierpiał. Ale Kylo Ren jest po prostu żałosnym nieudacznikiem, którego film bezskutecznie próbuje kreować na wielkiego wojownika Ciemnej Strony (tylko, że z problemami osobowościowymi).

Phasma

#5 PROBLEM Z PHASMĄ

Kiedy ogłoszono, że niezwykle utalentowana Gwendoline Christie wcieli się w Kapitan Phasmę, byłem pewien, że to będzie COŚ. Chociaż osobiście widziałem w niej potencjał na wspaniałego, mrożącego krew w żyłach Sitha. Wyobraźcie to sobie. Ale trudno się mówi. Ona na pewno będzie świetnym czarnym charakterem. Czyżby? Fanatyczka First Order bez chwili wahania pomaga Rebeliantom i… tyle ją widać. Nie wątpię, że jej postać zostanie rozwinięta w następnych filmach, ale i tak już straciła na wiarygodności. W dodatku nie została prawie w ogóle wykorzystana. Kiedy Poe Dameron pojawiał się i znikał (chociaż nie wiadomo skąd tak naprawdę), ona tylko przemknęła przez film. Wielka, wielka szkoda.

Jak lubić nowe „Star Warsy”, kiedy jako sam, pojedynczy film, nie umieją się obronić? Kiedy tak rażące błędy pojawiają się, psując całą radość? Da się – to dalej dobre widowisko. Dla każdego fana Sagi to nostalgiczna podróż, mimo wszystko dająca dużo dobrych emocji. Niestety, zmuszony jestem ocenić, że – chociaż podoba mi się kinowy odwrót od nadużywania CGI – jest to najgorsza część „Gwiezdnych Wojen”. Pełna niezłego humoru („kciuk” BB8), zwrotów akcji, a także przygody. Co z tego jednak, kiedy nie radzi sobie sama ze sobą? Kiedy twórcy nawet nie wysilili się na złudzenie oryginalności w kwestii fabuły, czy bardziej wiarygodny rozwój postaci? Kiedy Abrams, tak bardzo starający się zrobić dobrze fanom starej trylogii, pomija nową tak, jakby nie miała miejsca? „The Force Awakens” to nie jest zły film. Mimo wszystko – miałem na ustach uśmiech. Iluzja się udała, magik zrobił Show i dało mi frajdę. To było dobre widowisko. Szkoda, że tylko widowisko.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Zła strona pisania – jak działa pedofil?

 

Wczoraj w piśmie grozy „Histeria” zostało opublikowane moje opowiadanie „WDŻ”. To dobry moment, by się czymś podzielić. Chciałem powiedzieć, że pisanie nie musi być przyjemne. Nie chodzi mi o proces – ten po prostu nie musi być przyjemny i jest to normalne. Chodzi o pisanie – po prostu. Jako całość. Czasami jest to po prostu doznanie z rodzajów tych bardzo złych. Można nawet powiedzieć – okropnych. 

Dlaczego pisanie miałoby być nieprzyjemne? To twórcze zajęcie. I w większości – bardzo mi się podoba. Uczucie, które ogarnia mnie po paru godzinach klepanie w klawisze należy chyba do jednego z najwspanialszych, jakie przeżywałem i będę przeżywał w życiu. Pisanie może przestać być przyjemne, kiedy po prostu trzeba wypluć z siebie dawkę tekstu. A litery nie chcą się składać. Wena? Rozmawiając ostatnio z moim kumplem po piórze (mieszkamy po sąsiedzku), doszliśmy do wniosku, że takowej nie ma. Musze trochę sprostować to, co wcześniej powiedziałem – jest. Jest coś, co czuję, kiedy w mojej głowie pojawia się pomysł. I jest coś, co czuję, kiedy są dni w których litery same płyną. To bardzo miłe uczucie – ale do pisania nie wystarczy. Pisanie, co wie chyba każdy, to przede wszystkim ciężka i z reguły bardzo niedoceniana praca. Do tego stopnia, że nie jest nawet postrzegana jako praca – dopóki nie przynosi pieniędzy. Muszę zrozumieć i to podejście do problemu – nie jest pozbawione prawdy. Ale ta, jak wiemy, zależy często od punktu widzenia. Pisanie to jest ciężka harówka. Kropka.

Ale odchodzę od tematu – dlaczego więc pisanie mogłoby być nieprzyjemne? Myślę, że aby tak się stało, trzeba spełniać dwa warunki: pisać o rzeczach nieprzyjemnych (jak groza) i podchodzić do tego bardzo, bardzo poważnie.

Był kiedyś czas, że dostałem naprawdę gigantyczną lekcję pokory – było to na literackim forum Fahrenheita. Przydała się – jedną z mądrości, jaką udało mi się wtedy zyskać, było to, by pisać zawsze o tym, na czym się znam. Nie znaczy to, oczywiście, że aby pisać o mordercach, muszę kogoś zabić. Ale muszę poznać temat. Jak działają mordercy? Jak się dzielą? Czemu niektórzy ludzie mordują? Kim są ich ofiary? W przypadku psychopatów, są to arcyciekawe kwestie. Ale czasami docieram do tematów, które leżą gdzieś na dnie ludzkiej psychiki. I należą do tych szczególnie nieprzyjemnych. Stąd mam dwie drogi – albo uciekać, albo zanurzyć się w naprawdę paskudnym szambie.

O czym mówię? W „WDŻ”, prócz wyjściowego pomysłu z Gender, bardzo ważna była postać pedofila. Człowieka, który ma – wydawałoby się – normalny dom i żonę. Ale ma też drugie życie. Gdybym podszedł do tematu z wiedzą, którą miałem wtedy, wyszedłby mi pedofil tylko z nazwy. Wydmuszka. Ja tak nie działam – co w tym wypadku okazało się przekleństwem.

Musiałem zrozumieć, jak działa pedofil, a potem – przez chwilę – myśleć jak on. Innymi słowy, na chwilę musiałem zafascynować się tym, czym oni się fascynują. To nigdy nie jest możliwe w stu procentach, ale myślę, że poniekąd… udało mi się do tego zbliżyć. Umiem postawić się w pozycji kogoś innego. Umiałem postawić się i w jego pozycji. Musiałem się  tylko dowiedzieć, jak to działa.

Zwiedziłem parę stron. Parę forów internetowych, także w tzw. „Darknecie”. Porozmawiałem z tymi ludźmi – i wiesz co? Tak naprawdę najstraszniejsze jest to, o czym wiele osób stara się nie myśleć. Oni są tacy jak my. Nie ma różnicy w sposobie myślenia, nie ma wielkiej różnicy w emocjach, czy wychowaniu. To nie są potwory. Pedofile to całkiem normalni ludzie. Mają tylko jedno „ale” – punkt widzenia. Punkt odniesienia. Nie są nienormalni – są „przesunięci”.

Pomyśl o miłości. Miłości do matki, córki – miłości do ukochanej kobiety. A teraz spróbuj na chwilę rozważyć możliwość, że pedofil – w swoim mniemaniu – odczuwa taką samą miłość. Takie samo przyciąganie, które tak bardzo determinuje nasze życie i nasze cele. Bo przecież ostatecznym celem w życiu każdego człowieka nie okazuje się bogactwo, czy władza. To są świetne rzeczy, ale każdy na końcu pragnie po prostu miłości. Nie inaczej, jak się okazało, działają pedofile. Ci „przesunięci” ludzie. Ich seksualne i miłosne fantazje ograniczają się do najdelikatniejszych istot, jakie znają – dzieci. Tych ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli się ani zepsuć, ani zszarzeć. Nie zyskali z latami życia hipokryzji, nie uwikłali się w długi i kłamstwa – co w końcu czeka każdego. Dzieci, choć bywają okrutne, są też po prostu sobą. Pedofile z którymi udało mi się porozmawiać, szukali miłości osób, które nie mogą ich skrzywdzić. I, o ironio, sami przecież krzywdzili.

Teraz porównaj to z hasłem „miłość to miłość”, głoszonym przez niektóre środowiska. W tym brzmieniu, pedofile, geje, lesbijki i heteroseksualni ludzie są po prostu ustawieni na innych torach – ale każdy, ze swojego punktu widzenia, jedzie do tego samego celu. I każdy uznaje swój punkt widzenia za nadrzędny, normalny i dobry. Czy porównuję w tym momencie pedofilię do innych orientacji? To niebezpieczna droga – bo przecież wszystko zależy od tego, czy czynisz innemu człowiekowi krzywdę swoim postępowaniem.

Zagłębiłem się w tym wszystkim, brodziłem po uszy. Pisząc „WDŻ” odwiedziłem naprawdę nieprzyjemne zakamarki istnienia. Najciekawsze było to, jak niewiele byłoby potrzeba, by każdy z nas stał się „przesuniętym” – mordercą, psychopatą, pedofilem. Wystarczyłaby do tego tak naprawdę mała korekta w myśleniu. Trochę inne podejście do świata. I już. Żyjemy, nie zdając sobie sprawy, że cały czas ocieramy się o prawdopodobieństwo popełnienia strasznych rzeczy. Coś nas jednak przed tym chroni, prostuje – pomaga jechać po właściwych szynach… a przynajmniej z naszego punktu widzenia.

Widzisz? Robiłem research. To pisanie nie było przyjemne. Przez parę godzin musiałem BYĆ pedofilem. Myśleć, jak on. Ciągle zadawać sobie pytanie – czemu Paweł kocha tą dziewczynkę? W pewnym momencie musiałem odwiedzić łazienkę, by wyrzucić z siebie zawartość żołądka. To nie było przyjemne. Pisanie nie musi być przyjemne – ale może być drogą do zrozumienia świata i zaspokojenia tego cholernego głodu dręczącego mózg. Pozostaje jedno pytanie:

Po co mi ta wiedza? Czy w jakiś sposób mnie ubogaca? Pomogła mi w czymś?

Wiesz, co jest najgorsze?

Nie wiem.

Opowiadanie „WDŻ” można za darmo przeczytać TUTAJ.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Jak z szalonego pomysłu zrobić książkę cz.2

17 lipca 2012 roku, razem z moim przyjacielem, muzykiem i fotografem, Krzysztofem Bilińskim, zaczęliśmy pracę nad czymś, co roboczo nazywało się “Projektem domków strasznych”. Od tego czasu minęły długie trzy lata z kawałkiem – jak wiecie, a może i nie, od paru miesięcy mamy już wydawcę. Bardziej pewnego, niż poprzedni dwaj – Dobre Historie i Bellona. Jest nim krakowskie wydawnictwo Van Der Book.

Czym jest Mapa Cieni? 

Myślę dziś o dniu, kiedy wszystko się zaczęło. Dla mnie cała sprawa zaczęła się, kiedy pierwszy raz trafiłem do rzekomo nawiedzonego domu na ul. Kosocickiej w Krakowie. Coś się tam stało – to już nie ważne, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zainteresował się tematem… głębiej. Zacząłem szperać i szperałem tak długo, aż pomyślałem sobie – a może by zrobić z tego… książkę?

Szalony pomysł, przyznacie. Traf chciał, że na jednym ze spotkań literackich w Krakowie, o nazwie Kulturkampf, spotkałem człowieka, który pochwalił mi się, iż jest fotografem. Bardzo dobrym fotografem (o tym, że był także członkiem zespołu Vedymini i grał m.in na Nordconie w 96 dowiedziałem się później). Uderzyłem więc z szalonym pomysłem do niego, a ten człowiek, zamiast mnie obśmiać – zapalił się jak pochodnia.

A chwilę później byliśmy już przyjaciółmi.

W niedługi czas później powstała na facebooku specjalna, tajna grupa, w której wkrótce zagościli znani polscy autorzy grozy. Ale chwileczkę, po co? Dlaczego?

Wyobraźcie sobie książkę, której dotychczas nie było na Polskim rynku wydawniczym – połączenie fikcji literackiej i literatury faktu. Tym jest właśnie „Mapa Cieni”.

Literatura faktu:

Składa się z 15 reportaży mojego pióra. W reportażach tych zawarta jest wiedza historyczna 15 miejsc, o których mówi się, iż są nawiedzone. Są też opowieści mieszkańców, świadków, sąsiadów, których udało się nam przepytać. Są wreszcie nasze wrażenia i opis danego miejsca – czymkolwiek jest, czy hotelem, czy domem, mieszkaniem, czy wreszcie nawet… nawiedzonym lasem. Każde z tych miejsc jest całkowicie prawdziwe, do każdego można bez (większego) problemu trafić i poznać.

Praca nad tą częścią trwała od 17 lipca 2012 do 6 marca 2013.

Beletrystyka:

Do każdego z reportaży dołączone jest opowiadanie Polskiego autora grozy. Mamy na pokładzie zarówno starych wyjadaczy, młodych początkujących, jak i nawet debiut. Wszystkie opierają się na tym, co razem z Krzyśkiem znaleźliśmy w badanych lokacjach. A oto i autorzy:


Dawid Kain
Łukasz Radecki
J. D. Bujak
Piotr Roemer
Sylwia Błach
Aleksandra Zielińska
Krzysztof Maciejewski
Magdalena Kałużyńska
Krzysztof Biliński
Michał Stonawski
Marek Grzywacz
Rafał Christ
Franciszek Zgliński
Michał Gacek
Krzysztof T. Dąbrowski

Co, gdzie i kiedy? 

Tego jeszcze nie mogę powiedzieć, ale obserwujcie uważnie mój profil na facebooku, oraz stronę wydawnictwa Van Der Book otagowaną na tą właśnie książkę. Promocja rozpocznie się już za miesiąc, kiedy ruszy akcja na serwisie wspieram.to – to od Waszego zaangażowania będzie zależeć, jak książka ostatecznie będzie wyglądać i jakie bonusy dostaniecie razem z nią.

Dalsze informacje? Będę informował na bieżąco.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Stonawski w wersji audio!

 

Trudno mi oszacować, ile osób tak naprawdę miało możliwość przeczytania”Cieni” – antologia, w której się ukazało się to opowiadanie, trzecia część „Halloween po polsku” wyszła w wersji ebookowej i została ściągnięta jakąś zastraszającą liczbę razy. Ile z osób, które zassały plik go przeczytało? Nie wiem. Niektóre teksty żyją na szczęście dalej – i tak właśnie „Cienie” zostały wznowione w wersji audio przez projekt Tchnienie Grozy. Bez zbędnego paplania zapraszam więc wszystkich, którzy lubią nie tylko czytać, ale i słuchać.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Fantastyka a fantasy. O Gatunków rozróżnianiu.

– Czytam fantastykę! – pochwalił mi się kiedyś znajomy przy okazji  spotkania.
– Wspaniale – ucieszyłem się. – Jaka jest Twoja ulubiona książka Lema?
– Kogo?
– Lema. Taki pisarz science-fiction.
– Eee… ja nie czytam bajek o UFO.
– Mówiłeś, że czytasz fantastykę. To, no nie wiem, co sądzisz o ostatniej książce Kinga?
– A on nie pisze przypadkiem horrorów?
– Tak. Tak właśnie.
– Ja nie czytam horrorów.
– Mówiłeś, że czytasz fantastykę!
– Czytam. Wiesz, Tolkien. Paolini. Sapkowski. Fantastykę czytam.

FELIETON UKAZAŁ SIĘ PIERWOTNIE NA STRONIE POLSKAGROZA.PL KTÓREJ MAM ZASZCZYT BYĆ REDAKTOREM NACZELNYM.

Grozobicie felieton naczelnego

To nie była jedyna taka rozmowa, jaką odbyłem. Nie jedyna, o jakiej słyszałem i przez jaką przebrnąłem w dyskusjach forumowych. Można by pomyśleć, że im bardziej jesteś oczytany, tym więcej wiesz – tymczasem przerażająco wysoki odsetek zafascynowanego książkami społeczeństwa (także w fandomie) nie ma za bardzo pojęcia CO tak naprawdę czyta. Fantastyka staje się fantasy, science-fiction to tylko „bajki o ufo” – „Gwiezdne Wojny” to sztandarowy przykład dobrego i poważnego SF. Nie tak dawno przejrzałem ranking dziesięciu najlepszych horrorów dla dzieci, w którym wyszczególniono „Zmierzch”. Ani to horror, ani dla dzieci, ani nawet „najlepszy”.

Niewłaściwe nazewnictwo znajduję nawet tam, gdzie teoretycznie być go nie powinno – jakiś czas temu w kinach pojawił się film „MAMA” sygnowany nazwiskiem Guillermo del Toro (chociaż reżyserem był Andres Muschietti). Na plakacie napisano, iż jest to „Niesamowity Thriller”. Słowo „Horror” najwyraźniej nie przeszło komuś przez gardło, a szkoda, bo thrillerem film ten na pewno nie jest.

Zastanawiam się, skąd u pewnych osób ta wesoła ignorancja. I chyba znajduję odpowiedź – a przynajmniej jej część. Jedną z najważniejszych rzeczy dla wykształconego człowieka po maturze (a nawet przed) jest rozpoznawanie gatunków i rodzajów literackich. Powie tak każdy polonista. To absolutna podstawa, by wiedzieć, czym jest dramat, epika, liryka. Jeszcze dzisiaj mogę z pamięci zacytować definicję powieści, pamiętnika, podania, czy eposu. Ale gdzie w tym wszystkim podział gatunków literatury popularnej? O tym też się uczyłem. Częściowo. Ballada. Romans. Farsa. Parę słów o westernie, jako ciekawostka – pod koniec lekcji, kiedy każdy już patrzył na zegarek. Pamiętam też fantastykę – czy raczej fantasy. W podręczniku ze szkoły podstawowej  poświęcono ćwierć strony „Wiedźminowi”, ilustrując treść fotosem z filmu. Czym oczywiście wyrządzono temu dziełu jeszcze większą krzywdę. W szkole gimnazjalnej przeznaczono na  fantastykę  jedną(!) lekcję – ale tylko dlatego, że ładnie o to poprosiłem i sam miałem ją poprowadzić. Temat? Narzucony – Lem. Dla mnie super sprawa, dla   rówieśników temat do żartów, albo godzina na sen. Nie rozumieli Lema. Był dla nich za trudny, zbyt niejasny – zbyt głęboki. Nie uczy się przecież dziecka pływać, wrzucając go od razu na głęboką wodę, prawda? Pomijam temat pływających noworodków – one tak naprawdę nie zdążyły się jeszcze pływać oduczyć.

To, że system edukacji jest przestarzały, a jego naprawa notorycznie spychana na dalszy plan, ma uzasadnienie w obecnej (i przyszłej) kondycji narodu. W końcu, jak pisał Zamoyski „Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie” – a nawet nieuzbrojone w wiedzę o nauczaniu oko widzi, że XIX-wieczny pruski system edukacji mający kształcić żołnierzy, robotników i urzędników ma się nijak do rzeczywistości XXI wieku. Przestarzały jest system i przestarzały jest program. Młody człowiek, wychodząc z lekcji Języka Polskiego, ma wiedzę o lekturach i pisarzach przeszłych, o pisaniu ku pokrzepieniu serc i romantyzmie, literaturze powstańczej i wolnościowej. I bardzo dobrze, bo nie można deprecjonować i zapominać o przeszłości (co obecnie dzieje się na nielicznych lekcjach Historii) – tak samo jednak nie powinno się ignorować teraźniejszości. A co wychodzący ze szkoły człowiek wie o dzisiejszej literaturze? A przede wszystkim, co wie o teraźniejszych polskich pisarzach? To już zostawia się przypadkowi. Jeśli ktoś czyta i się interesuje – to zna. Jeśli ktoś jednak nie miał kontaktu z książką (prócz przymusowych lektur) – to czytać nie będzie. Szkoła się kończy, zaczynają się studia – czyli  imprezy – i w końcu praca. Nie ma już czasu, by wyrobić sobie nawyk czytania, ani tez zagłębić się w literaturę. Kolejny idealny urzędnik/żołnierz/robotnik – pracownik gotowy do służby.

Generalizacja jest zła, dlatego powiem, że znam przypadek osoby, która sięgnęła po książki już w późniejszym wieku. Dzisiaj nadrabia zaległości. Ale także i ona nie wie, co tak naprawdę czyta. Fantastykę – ale czym jest ta fantastyka?  Czy tylko tym, na czym napisano, że to fantastyka właśnie?

Szkoła to pewien ograniczony okres czasu. Aby coś dodać, trzeba coś zabrać – albo też inaczej ten czas upakować. Jestem zwolennikiem myśli, że dobre nauczanie to takie, które popycha do samodzielnego odkrywania. zahaczające o różne tematy i dające możliwość rozwijania talentów, tworząc silne i wyspecjalizowane jednostki, nie armię uśrednionych do linii idealnych pracowników. W takiej szkole uczeń z pewnością  poznałby różnicę między fantastyką a fantasy. Między thrillerem a horrorem.

No, ale dobrze. Skoro już tu jesteśmy, to wyjaśnijmy sobie raz a dobrze:

Fantastyka to pewna konwencja. W niej zawierają się gatunki takie jak fantasy, science-fiction, horror z różnymi odgałęzieniami (jak np. bizarro, cyberpunk, gore, space opera). Thriller to nie jest horror – to dreszczowiec. Za zadanie postawiono mu w zasadzie to samo, co horrorom – wzbudzanie napięcia, dreszczu emocji, pewnego strachu. Wykorzystuje on napięcie, tajemniczość, czy niepewność. Tak, jak horror. To, co od horroru thriller odróżnia, to fantastyczność właśnie. Horror to FANTASTYKA GROZY. Upiory, strachy, zjawiska nadprzyrodzone, wprowadzone po to, by wywołać strach, napięcie, niepewność, tajemniczość. Dobrym thrillerem jest „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Dobry horror to – „Dom na wyrębach” Stefana Dardy. Obie te książki należą do literatury grozy, która podobnie jak fantastyka, zawiera w sobie pewne gatunki i podgatunki. W tym rozumieniu horror to  pomost pomiędzy grozą a fantastyką właśnie.

Science-fiction to nie są „Bajki o UFO” – to w ogóle nie są bajki. Moim zdaniem – chyba najpoważniejszy gatunek z całej fantastyki. Pytamy, jak nasze obecne działania  wpłyną na przyszłość. Jak będzie ona wyglądała? Wskazujemy na zagrożenia, przestrzegamy, ale i mamimy nowymi możliwościami. Autorzy science-fiction przewidzieli sporą część wynalazków, których dzisiaj używam… i sporą, na jakie czekam (latające samochody). „Gwiezdne Wojny” nie są i nigdy nie były SF – stykają się ze space operą- prawda, ale to w zasadzie rasowe fantasy: Opowieść o świecie, w którym mamy pewną formę magii (moc) i magów-wojowników (Jedi i Sithowie) walczących między sobą, oraz wybrańcu, i przepowiedni na jego temat., Wybraniec spotyka starego mistrza, ten z kolei uczy go wszystkiego, co sam wie, po czym umiera. Albo też o wybrańcu, który dał się zwieść. To, że zamiast standardowych mieczy mamy miecze świetlne, a całość odbywa się w innej galaktyce i są tam statki kosmiczne, jest tak naprawdę marginalne. Zwykła scenografia.

Tym bardziej „Zmierzch” nie jest  horrorem. W ogóle z grozą nie ma wiele wspólnego. Czy „Zmierzch” ma przerazić? Czy jest tajemniczy, wykorzystuje napięcie i niepewność? Czy też kanwą opowieści jest po prostu… paranormalny romans? Ale… jak by to wyglądało na plakacie?

Czytajmy ze zrozumieniem. I nade wszystko, wiedzmy CO czytamy. Jeśli nie nauczy nas tego szkoła (a nie nauczy), to zainteresujmy się sami. Nie bądźmy idealnymi pracownikami z XIX wieku.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Stonawski po niemiecku.

 

Już dzisiaj w Krakowie odbędzie się spotkanie autorskie poświęcone promocji antologii „Dzieciństwo w Polsce, dzieciństwo w Niemczech”. Zawarte w niej opowiadanie „Totolot” jest zarazem pierwszym moim tekstem przetłumaczonym na inny język – w tym wypadku Niemiecki. 

Spotkanie odbędzie się w Goethe Instytucie na rynku głównym. Mam podobno czytać – dobrze, że tylko 7 minut, bo wątpię, by publika znosiła to dukanie więcej czasu a i ja czytać swoich rzeczy nie lubię… ale do rzeczy. Strasznie dawno nie dawałem znaku życia – i strasznie dużo w tym czasie się wydarzyło. Myślę, że już niedługo będę mógł podzielić się tymi nowinami. Tymczasem, jeśliś, czytający te słowa, jest w Krakowie, lub okolicach – to zapraszam.

 

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Page 3 of 27

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén