Tag: enklawa magii

Luźno w piątek

Spokój. Cisza. Miło.
Piątkowy wieczór zbliża się powoli. Z kuchni dolatuje mnie zapach przygotowywanego obiadu, z głośników słychać Kaczmarskiego. W łagodnym półmroku pokoju widać cienie książek. Za oknem szumi wiatr…

Muszę jeszcze popracować. Poprawić dwa opowiadania, odpisać na parę maili. Ale to potem. Nie teraz. Tymczasem, jak przystało w taki właśnie czas, coś luźniejszego:

Na początek; jakiś czas temu, na Enklawie Magii (która stała się Enklawą Network) ukazała się moja recenzja drugiego tomu ,,Zbieracza Burz” autorstwa M. L. Kossakowskiej. Jest to mój ostatni tekst napisany dla w/w serwisu. A co dalej, powiem. Za chwilkę.
Teraz recenzja:

Światy niematerialne od zawsze fascynowały ludzkość. Ich istnienie było poddawane w wątpliwość, negowane na różne sposoby i na tyle samo bronione. Nie ma co się dziwić, że trafiły do książek, jako odbicie nurtujących cywilizację pytań. Co jednak się stanie, jeśli wypchniemy powagę za drzwi i popatrzymy na ten problem z przymrużeniem oka? Na to, oraz na inne, pytania odpowiada Maja Lidia Kossakowska.
Kiedy udało mi się dostać w swoje ręce drugi tom „Zbieracza Burz”, nie kryłem podszytego obawami zaciekawienia. Te lęki miały swoje uzasadnienie; po oszałamiającym „Siewcy Wiatru”, pierwszy tom „Zbieracza” wydał mi się pozbawiony tak intensywnej dawki humoru, a wątki fabularne odcięte od siebie. Trzymając w dłoniach tom drugi zastanawiałem się, czy i tu spotkam się z podobnymi wadami. Oczywiście, istniała tylko jedna droga, aby się przekonać. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać.

Daimon Frey znalazł się w wybitnie kłopotliwej sytuacji. Nie dość, że dostał od Pana rozkaz zniszczenia Ziemi, to jeszcze dawni przyjaciele wszczęli za nim pościg, uznając, że postradał zmysły. W dodatku miłość jego życia, Hija, odsunęła się od niego, a jego tropem został wysłany potężny przedwieczny, demon – Apolyon, Boży Szaleniec. Tuż za nim podąża oszalały Archanioł Michał, widzący przed sobą tylko jeden cel – unicestwienie Abaddona. Na koniec należy dodać jeszcze i to, że w momencie rozpoczęcia książki Anioł Zagłady leży podziurawiony kulami i umierający, w rozpadającym się domu na Ziemi, pod opieką bezradnego opiekuna kotów – Hariela. Nie, zdecydowanie sytuacja nie należy do najlepszych. Tańczący na Zgliszczach może liczyć już tylko na cud…

Nazwisko Kossakowska już od lat jest wyznacznikiem najwyższej jakości, jeśli chodzi o fantasy z aniołami w rolach głównych. Miło mi zatem powiedzieć, że i tym razem autorka dała z siebie wszystko, a nawet więcej. W tomie drugim „Zbieracza Burz” zaskakuje spójność fabuły. O ile pierwszą część można było uznać za lekko „poszarpaną” pod tym względem, o tyle tutaj miałem do czynienia z naprawdę wieloma wątkami, zgrabnie i z wyczuciem połączonymi w jedną całość. W wielu książkach autorzy większość uwagi poświęcają tylko na wątek główny, poboczne traktując zgodnie z ich nazwą. Tu jest inaczej. Kossakowska skupiła się na całej akcji, stąd też, czytając, nie czekałem gorączkowo na następne zdania o Abaddonie, rozkoszując się historią Asmodeusza, czy też z zainteresowaniem śledząc poczynania Archaniołów.
Taki zabieg sprawia, że książkę czyta się szybko, lekko i, co najważniejsze, miło, na co z pewnością ma również wpływ występujący na jej kartach humor. I to humor wybitnie Kossakowski – delikatny, ironiczny, czasami schowany pomiędzy wersami, kiedy indziej dobitny i wyraźny, zawsze jednak z wyczuciem.

Najbardziej widoczną cechą „Zbieracza Burz„ jest akcja. Wydarzenia dzieją się szybko. Tak naprawdę nie ma zbyt wielu chwil na oddech. Lekkie pióro autorki, perfekcyjna narracja i ciekawa fabuła pociągnęły mnie do przodu niczym wierzchowiec Daimona, Piołun. Takie tempo sprzyja wzrostowi ciśnienia i, rzeczywiście, pod koniec książki czuje się wielkie napięcie. O ile wcześniej (teoretycznie) mogłem jeszcze odejść od lektury, to mniej więcej dwieście ostatnich stron sprawiło, że zostałem prawie dosłownie do niej przykuty. I musiałem wytrwać aż do nieuchronnie zbliżającego się końca.

Tym, co dodaje dodatkowych walorów tej pozycji, jest styl autorki. Kossakowska wprost uwielbia uprawiać narracje w drugiej osobie. Jeśli miałbym wskazać jakieś wady „Zbieracza Burz”, byłby to dla mnie duży problem. Przyczepić się można chyba jedynie do tego, że osoby, które wcześniej nie przeczytały „Siewcy Wiatru” mogą mieć trudność ze zrozumieniem niektórych sytuacji. Z powodu skoncentrowania się na szybkim rozwoju akcji, autorka uszczupliła opis uniwersum. Takich momentów jest jednak mało i nie przeszkadzają one w rozkoszowaniu się lekturą.

Kiedy odkładałem książkę na półkę czułem się spełniony. „Zbieracz Burz” dał mi dokładnie to, czego pragnąłem. Ani za mało, ani za dużo. Myślę, że jeszcze kiedyś powrócę do Królestwa, by przeżyć to jeszcze raz.
W moim „Rankingu Półek” tom drugi „Zbieracza Burz” ląduje na tej z napisem „Bardzo dobre”. Przekładając na język uniwersum – tuż pod Białym Tronem.

Recenzje można znaleźć TUTAJ


A teraz powrócę do przerwanego tematu. Z wielką (naprawdę!) radością informuję, że nawiązałem współpracę z kwartalnikiem fantastyczno-kryminalnym Qfant. Myślę, że będzie bardzo owocna. Ba, wiem to! Zwłaszcza po naprawdę rodzinnym powitaniu :)
I już niedługo, obiecuję, będziecie mogli przeczytać moje pierwsze teksty!
Na koniec zostawiłem trochę muzyki;

Chłopaki z zespołu Identity (któtym gorąco kibicuje) zakończyli ostatnio prace nad demem. Będzie go można niedługo ściągnąć, póki co, utworów można przesłuchać na ich stronie. Poniżej – okładka. BARDZO mi sie spodobała.
A jak Ty uważasz?


Mam nadzieję, że ten wieczór będzie dla Ciebie tak miły, jak dla mnie. Dlatego, ostatnią rzeczą jest ballada                         J. Kaczmarskiego, która mnie ostatnio obezwładniła:

Community Enklawy Magii

Będąc ciągle w klimatach wakacyjno-konwentowych, nie mogę nie napisać o tym, co dzieję się właśnie na Enklawie Magii, a właściwie… poza nią.
Od paru tygodni trwały przygotowania do wyjścia poza umowne granice serwisu. Tak się złożyło, że niżej podpisany stał się liderem działu Community i na nim właśnie spoczął obowiązek głoszenia fantastycznej nowiny w internecie. Niezwłoczne zabrałem się do roboty.
Dziś mogę ogłosić, że Community oficjalnie rozpoczyna swoją działalność. Może i nie jest to jeszcze szczyt marzeń, ale na początek wystarczy. A zaczyna się to od… YouTube, gdzie dziś w nocy (późno w nocy) miała miejsce (bardzo późno w nocy) premiera (cholernie późno w nocy…) paru filmów, które udało mi się zrobić na konwencie Dni Fantastyki 2010. Na kanale EnklawaTV można obejrzeć fragmenty z prelekcji ,,Dokąd zmierza polska groza?” z udziałem Łukasza Orbitowskiego, Roberta Cichowlasa i Dawida Kaina. Dwóch ostatnich zgodziło się pozdrowić Was na osobnych filmach.

Nasz serwis jest także dostępny na innych serwisach społecznościowych. Zapraszam!

Śmierć, dusza i cała reszta.

Żar leje się z nieba. Spoglądając na świecące mi w oczy słońce, zastanawiam się, jak to się stało, że górne warstwy atmosfery ciągle mają kolor niebieski, a gorąc nie sprawił jeszcze, że wyparowały oceany.
Takie dnie skutecznie odstraszają od myślenia, czy pisania. Człowiek chce się tylko schować w swojej norce i nie wychodzić stamtąd, aż to ,,jasne i gorące” sobie nie pójdzie.
A tu niespodzianka; życie zmusza do wyjścia, myślenia, pisania… a może to nie życie? Może to jakiś wewnętrzny przymus, nazwij to nawet nałogiem, który targa moimi wnętrznościami? Dosyć, że literki same się nie wklepią. Całe szczęście, że mój ,,dzień pisania” nadchodzi w nocy…

Wróciłem z Dni Fantastyki. Muszę Ci opowiedzieć jak było, a ciągle pamiętam jeszcze o relacji z zakonu Benedyktynów i picia ich nalewki. Wszystko to nade mną krąży i nie daje spokoju. A przecież tyle jest jeszcze do zrobienia…! Czasu zaś tak mało.
Nie, relacji dziś nie będzie. Siły zachować muszę na pisanie, oraz recenzje… a, właśnie, skoro już o tym mowa:

Na Enklawie Magii pojawiły się moje dwie recenzje. Dotyczą zbiorów opowiadań ,,Anima Vilis” Krzyśka T. Dąbrowskiego, oraz ,,Sześć razy śmierć” – antologii Adama Zalewskiego. Oczywiście, gorąco polecam przeczytać!
Fragmenty poniżej:

Anima Vilis

Mówi się, że strach ma wiele twarzy. Czasem ponurą i trupio bladą, kiedy indziej – nie widać jej wcale, za to z mroku dobiega zgrzyt brudnych i ostrych zębów. Zdarza się jednak i tak, że wykrzywione usta wędrują do góry, a trupia twarz nabiega krwią, stając się bardziej ludzka. Bliższa. A przez to – straszniejsza.

Krzysztof T. Dąbrowski nie jest na polskim rynku literatury grozy postacią szczególnie znaną. Jego opowiadania o wiele częściej ukazują się za granicą, w Ameryce, Brazylii, na Słowacji, czy też w Czechach. W 2008 roku światło dzienne ujrzała jego pierwsza antologia – „Nieśmierciny”, potem, na dwa długie lata zapadła cisza, w której słychać było tylko pomruki nadchodzącej burzy, kiedy Dąbrowski kończył którą ze swoich historii. Nic jednak nie wskazywało, by miała ona nadejść rychło. I – jak prawie każda chyba burza – zjawiła się nagle, z impetem (…)

Całość

Zachęcam także do wzięcia udziału w konkursie, w którym można wygrać egzemplarze książki!

Sześć razy śmierć

W życiu każdego człowieka przychodzi – prędzej, czy później – taki dzień, który okazuje się być ostatnim. Jest to nieuniknione, a jednak, każdy stara się istnieć, odsuwając widmo śmierci jak najdalej od siebie, ku granicom umysłu. Tylko czasem, kiedy dopada melancholijny nastrój, patrzymy na kalendarz i zastanawiamy się, ile nam jeszcze zostało. I nawet wtedy, usiłując wyliczyć czas, kiedy nie będzie nas już na tym świecie, datujemy go bardzo odlegle, nie chcąc dopuścić do głosu natrętnej, brzęczącej gdzieś w głowie myśli, że wypadki bardzo lubią chodzić po ludziach, a każdy napotkany na ulicy człowiek może być mordercą szukającym ofiary…

Adam Zalewski wszedł na polski rynek powieści grozy i thrillerów pod koniec 2008 roku ciepło przyjętą powieścią „Biała Wiedźma”. Parę miesięcy później, już w roku 2009, dołączyła do niej następna, jeszcze lepsza książka „Rowerzysta”, a po niej, nawiązujący do debiutu „Cień znad jeziora”. Potem zapadła cisza. Zapewne wielu spodziewało się, że niedługo ujrzy światło dzienne kolejna pełnokrwista powieść autora, lecz kiedy wreszcie wynik jego pracy wychynął zza tajemniczej zasłony, okazało się, że Zalewski zaserwował czytelnikom małą niespodziankę. W swojej nowej książce Adam Zalewski proponuje – niemal namacalne – spotkanie ze śmiercią. I to nie jedno, a sześć, „Sześć razy śmierć” jest bowiem zbiorem opowiadań (…)

Całość

A tak na koniec (co się tyczy tytułowej ,,całej reszty”) zapraszam również na kanał ,,EnklawaTV” na YouTube, mój mały projekcik. Na nim już niedługo pojawią się ciekawe filmy, dla wszystkich zainteresowanych fantastyką.

Koszmar na miarę – recenzja

Są matury, nie mam zbyt wiele czasu na wpisy, choć obiecuję, że wiele onych ukaże się już po maturalnym maratonie.
A tymczasem… tymczasem na Enklawie Magii ukazała się moja recenzja ,,Koszmaru na miarę” – nowej powieści, którą zaserwował nam polski duet grozy, Kazimierz Kyrcz i Robert Cichowlas. Linki do blogów obu panów znajdują się na liście po lewej.
Zanim zaczniemy, mam jeszcze jedną informację:

17 maja, o godzinie 18.00, w Krakowskim Dworku Białoprądnickim, przy ulicy Papierniczej 2, odbędzie się spotkanie autorskie Kazka i Roberta – serdecznie zapraszam, bo warto. Naprawdę.


Książka musi być, jak dobrze skrojony garnitur – dobrze się prezentować, być przyjemna w dotyku, a gdy już się w nią zagłębisz, musisz czuć się na tyle swobodnie, że nie pozbędziesz się jej nawet wtedy, kiedy znienacka nasiąknie lepką, ciepłą krwią…

Bartek Lipski pracuje w ekskluzywnym salonie odzieżowym ”Roy and Coles” mieszczącym się w poznańskim Starym Browarze. Haruje jak wół, ledwo utrzymując się na jako-takim poziomie życia. Dodatkowo czas pracy uprzykrza mu wiecznie z czegoś niezadowolony i poniżający swoich pracowników szef – Warski. Lipski, tak jak i inni ekspedienci, dzielnie go znosi. Nie ma innego wyjścia. Nawet nie spodziewa się, że dotychczasowe szare i znienawidzone życie już niedługo może wydać mu się pełnią szczęścia. A wszystko zaczyna się pewnego, równie szarego jak inne, dnia, kiedy do sklepu przychodzi klient, składając reklamacje w sprawie garnituru, który krwawi…

Polski duet grozy, w osobach Kazimierza Kyrcza Jr. i Roberta Cichowlasa, już nie raz zaskakiwał czytelników, czy to w opowiadaniach prezentowanych w ”Twarzach Szatana”, czy w zakończeniu ich pierwszej wspólnie wydanej powieści – ”Siedliska”. Tym razem autorzy postanowili zaskoczyć fanów grozy samą książką. ”Koszmar na miarę”, bo tak nazywa się ich nowa powieść, drastycznie odstaje od dotychczasowej twórczości duetu. Tak, jakby autorzy chcieli pokazać, że nawet w samym horrorze nie można ich szufladkować. ”Koszmar…” jest swoistym ukłonem w stronę powieści grozy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ta książka jest po prostu cięższa. I nie mówię tutaj o łatwości, czy właśnie ciężkości czytania, tutaj nic się nie zmieniło – książkę dalej czyta się łatwo i przyjemnie. Mówię o atmosferze, którą roztacza, bowiem groza jest tutaj aż namacalna. W złowrogiej aurze naprawdę srogiej zimy pojawia się krew, ból i ostry seks. Cichowlas i Kyrcz Jr. wyraźnie pokazują, że tym razem nie ma miejsca na sentymenty.

Fryderyk Nietzsche powiedział kiedyś: ”Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie”. W kontekście ”Koszmaru…” cytat ten jest jak najbardziej odpowiedni, z tym, że czytając książkę, miałem wrażenie, że sama otchłań jest dziwnie znajoma. W zimnym, szarym Poznaniu odnalazłem dobrze mi znaną polską rzeczywistość, pełną zapracowanych ludzi usiłujących uciułać trochę grosza, jednocześnie patrząc wilkiem na konkurentów. W tym właśnie, jakże swojskim świecie, na światło dzienne wychodzą potwory. To wszystko sprawiło, że książka stała mi się bardzo bliska, niejednokrotnie zmuszałem się, by się od niej oderwać, nie dać się do końca porwać wartkiej akcji, będącej jednym z największych plusów powieści.

Akcja w ”Koszmarze…” rozpędza się bowiem jak pociąg. Z początku wolno, dając czytelnikowi czas na wczucie się w powieść, co zresztą przychodzi bardzo łatwo. W miarę rozwoju fabuły nabiera tempa, by pod koniec książki pędzić już pełną parą prosto do finału, który tym razem nie zaskakuje. W ”Koszmarze…” bowiem liczy się o wiele bardziej droga, niż cel, co także podkreśla odmienność tej książki.

Kiedy odkładałem ”Koszmar na miarę” na półkę, milczałem. Po tak silnym uderzeniu, musiałem chwilę odetchnąć, by wreszcie pokiwać głową z myślą ”tak, to jest dobra książka”. Muszę przyznać, że duet znów mnie nie zawiódł i skroił naprawdę porządny horror. W moim ”rankingu półek” ”Koszmar na miarę” ląduje na drugiej od góry. Chętnie jeszcze kiedyś po niego sięgnę. Tymczasem w powietrzu krystalizuje się pytanie; czym autorzy zaskoczą następnym razem? Nie mogę się doczekać.

Recenzja znajduje się tu->

Samozwaniec zdobywa Moskwę! – Konkurs


Enklawa Magii, wraz z wydawnictwem Fabryka Słów,  organizuje konkurs, dla wszystkich tych, którzy chcą sprawdzić swoich sił w pisaniu recenzji.

Już w maju tego roku czeka nas kolejna odsłona Dymitriady – jednego z najbarwniejszych okresów w dziejach Polski! Historia pisana piórem największego współczesnego piewcy Rzeczpospolitej Szlachceckiej, Jacka Komudy, po raz kolejny zabierze nas w podróż przez skute lodem połacie Rusi, gdzie będziemy towarzyszyć polskim husarzom w osiągnięciu teoretycznie niemożliwego – zdobycia Moskwy i osadzenia na ruskim tronie Dymitra Samozwańca.

Z okazji premiery drugiego tomu „SamozwańcaJacka Komudy, przygotowaliśmy wraz z wydawnictwem Fabryka Słów specjalny konkurs. Aby wziąć w nim udział, należy napisać recenzję dowolnej książki Jacka Komudy i wysłać ją do 2.05.2010 na adres konkurs@enklawamagii.pl. Naturalnie, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zwiększyć swoje szanse na wygraną i ocenić kilka dzieł pisarza!

Spośród wszystkich prac redakcja Enklawy Magii wyłoni trzy najlepsze, które zostaną opublikowane na łamach naszego portalu, zaś ich autorzy zostaną nagrodzeni egzemplarzami drugiego tomu „SamozwańcaJacka Komudy oraz majowym wydaniem miesięcznika „Science Fiction, Fantasy & Horror„. Ponadto istnieje szansa, by autorzy najlepszych recenzji nawiązali współpracę z naszym portalem i na stałe zostali jego redaktorami – wszystko jest możliwe!

Pełny regulamin konkursu dostępny jest tutaj.
Zachęcam do wzięcia udziału.
Warto.

City1 – recenzja

Książki są czymś ważnym w moim życiu. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że jedną z najważniejszych rzeczy. Wykorzystując to zamiłowanie zdarza mi się, jako redaktorowi EM, czasem baźgrnąć jakąś recenzję. Staram się, by była to (zgodnie ze słowami J.Grzędowicza z któregoś numeru SFFiH) recenzja, nie recka. Czy mi to wychodzi? Nie mnie oceniać, ale myślę, że starania te są  – przynajmniej w części – spełnione.
Wczoraj, na Enklawie Magii ukazała się moja recenzja ,,City1″ – antologii polskich opowiadań grozy. Zamieszczam ją także i na tym blogu i zapraszam do lektury.

Miasto przytłacza. Szare chodniki, popękany tynk kamienic, zwaliste bryły bloków, ciemne parki, w których jedynymi oazami są dające mało światła latarnie. Miasta to molochy pełne ludzi. Tłumu. Ruchu. A pod maską codzienności czają się upiory – strach i ból, cierpienie, nocne lęki, dziwne odgłosy i poczucie, że miasto nie należy już do nas, lecz my do miasta. Zaciska się wokół nas, zgniatając powoli. Przestrzeń maleje, a wraz z nią zmniejsza się także ilość tlenu. Ludzie wokół duszą się jak szczury, zamknięte dla zabawy w słoiku, przez okrutne dzieci z lokalnej podstawówki.

O strachu pisze się dużo. Literatura grozy wkracza w Polsce w okres coraz szybszego rozwoju. Dowodem na to jest „City1” – antologia grozy, najnowsze dziecko wydawnictwa FORMA. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten zbiór jest inny. Niestandardowy w stosunku do ogólnie przyjętego: format – kwadrat – wyraźnie oddziela książkę od reszty pozycji znajdujących się na półce. W oczy rzuca się też kolorowa, surrealistyczna okładka. Skojarzyła mi się z bardzo udaną serią zbiorków opowiadań „Stało się jutro” wydawanych w 80 i 90 latach XX stulecia. Jest to dobre skojarzenie, bowiem tam, tak samo jak i tu, kładziono wyraźny nacisk na literaturę ambitną w swym gatunku.

„City1” jest antologią. A wspaniałą cechą wszystkich zbiorów opowiadań, powtarzałem to już i będę powtarzać dalej, jest to, że nie ma tu ciągłości. Mogłem więc czytać książkę tak, jak mi się podobało – od tyłu, od środka, czy też wybierając tylko niektóre teksty, choć z tej ostatniej opcji oczywiście nie skorzystałem.

Umieszczono tu dwadzieścia dwie historie grozy, jedne lepsze, inne trochę gorsze, lecz wszystkie trzymające bardzo dobry poziom. I tu wyłania się następna wspaniała cecha „City1” – różnorodność. Bo, choć większość tekstów została napisana z myślą o tym właśnie zbiorze, każdy autor dostał na tyle dużą przestrzeń, by w pełni zaprezentować siebie i swój sposób pisania. Każde opowiadanie jest odrębną, niepowiązaną, zdawałoby się, z innymi historią. Jest jednak coś, co je wszystkie łączy – to przytłaczająca, urbanistyczna groza będąca zapewnieniem wyjątkowości całego zbioru.

Różnorodność jest także i klątwą większości antologii i „City1” się jej nie ustrzegło. Niektóre opowiadania – choć dobre – mogą się wydawać słabe przy tych lepszych tekstach. Nie jest to na szczęście wielka wada, aczkolwiek może przeszkadzać w literackiej uczcie.

Wyjątkowość opowiadań polega na tym, że – w przeciwieństwie do wielkich powieści – są krótkie, gwałtowne i jasne, jak paląca się zapałka. Antologie można porównać do pudełka wypełnionego takimi zapałkami. I tylko od czytelnika zależy, czy zapali je wszystkie razem, czy każdą z osobna, czekając, aż poprzednia się wypali. Jeśli czyta się zbiór grozy, można śmiało dodać, że na zapałkach nie ma siarki, lecz czarny proch.

W „City1” teksty są, jak już wspomniałem, bardzo różnorodne. Zbiór rozpoczyna Kazimierz Kyrcz Jr. , napisaną wraz z Łukaszem Śmiglem „Głową do kochania”, która doczekała się nawet adaptacji filmowej. Ciekawostką i pewną atrakcją jest, że w tym samym zbiorze można przeczytać kontynuację opowiadania – „Casting na kata” napisaną tym razem przez samego Kyrcza. Inni autorzy także nie pozostali dłużni. Na uwagę zasługują „Zarażeni strachem” Michała Centarowskiego, czy „Spotkanie po latach” Roberta Cichowlasa, które jest chyba najbrutalniejszym opowiadaniem w całym zbiorze. Młodsi stażem też mają coś do powiedzenia. Mrozem straszy Michał Galczak w opowiadaniu „Nasza zima zła”, a uderzenie muzyki w „Pauzie generalnej” Piotra Roemera dosłownie zwala z nóg. Po rozbudzeniu zmysłów dotyku i słuchu przyszedł czas na wzrok. Tu znakomicie wywiązał się z zadania Bartosz Ryszowski, prowadząc czytelnika do swojego „Kina Wisła”. Zaś po tych wszystkich wrażeniach, w domowym zaciszu straszyła mnie Aleksandra Zielińska w opowiadaniu „Zamknij wszystkie drzwi”.

Odkładając książkę na półkę czułem jednak pewien niedosyt. Te dwadzieścia dwa opowiadania rozbudziły moją wyobraźnię i, pomimo pewnego zmęczenia, chciałem więcej. I tu przychodzi z pomocą cyfra „1” przy nazwie „City” sugerująca, że pojawić się może kontynuacja. W przypadku „City1” – bardzo pożądana. Patrząc na ciemny grzbiet książki na mojej półce mogę śmiało powiedzieć, że jest to pozycja udana. W moim „rankingu półek” ląduje ostatecznie na tej drugiej od góry.

Recenzję można znaleźć TU

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén