Tag: Komunizm

Rzeczpospolita Nienawistna

topkarzeczy

Fragment zdjęcia pochodzi od Marcin Wziontek Photography

11 listopada, jak co roku, trafił na czołówki gazet i do zagranicznych mediów jako dzień, w którym Polacy znów coś podpalili, zniszczyli i kogoś pobili. „Warszawa płonęła!” – krzyczy niemalże  w programie „Tak czy nie” Krzysztof Gawkowski z SLD, a mnie przed oczami stają zdjęcia z niemieckiego nalotu na stolicę. Warszawa płonęła – a zaraz po niej zapłonął kraj, zapłonęły dzienniki, telewizja, gazety, zapłonęli politycy, zapłonął Kreml, żądając natychmiastowych przeprosin za skandaliczny atak polski na ich ambasadę. Zapłonęła też opinia publiczna. Tłum żąda krwi. 

Tak wiele zostało powiedziane na temat samego marszu, tak wiele wymieniono Polsce ciosów, raz z lewej, raz z prawej, czasem podbródkowym, że aż przykro się na to patrzy – szczególnie w kontekście święta, jakim jest Święto Niepodległości. Dosyć ciekawie (mimo pieprzenia głupot) wypowiedział się rosyjski pisarz, German Sadułajew, w apelu do władz Rosyjskich:

Nie wolno wyrzekać się misji. Inaczej wpadniecie w nicość, tak jak Polska (…) półzdechły pies, którego depczą przechodnie, gospodynie oblewają wrzątkiem, a dzieci dla zabawy obrzucają kamieniami.

Czy polska jest takim właśnie psem, łaszącym się do wielkich braci USA, Rosji i UE? Tu można, oczywiście, spekulować. Mnie intryguje w całej sprawie zupełnie inny aspekt – bo Polska nie jest „półzdechła” z powodu ran odniesionych w walkach, lecz z powodu choroby toczącej jej układ nerwowy – media. I chyba na przykładzie wydarzeń z 11 listopada, a właściwie reakcji na nie, można bardzo dobrze fakt tej ułomności dostrzec.

Telewizja kłamie

Moją uwagę przykuł program publicystyczny „Tak czy Nie” emitowany w telewizji Polsat:

[youtube]http://youtu.be/2zfGP8O3K-Y[/youtube]

Osobami w studiu są kolejno – Krzysztof Gawkowski z SLD, Redaktor Agnieszka Gozdyra i Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego. Dwoje gości ustawiono w taki sposób, by – zgodnie z zasadą obiektywizmu – mieli skrajnie różne zdania, co niewątpliwie wywoła bardzo ognistą dysputę – i dobrze, bo także do tego są media.

Do czego media nie są pokazuje za to bardzo dobrze Agnieszka Gozdyra, od pierwszych sekund programu domagająca się przeprosin ze strony Krzysztofa Bosaka z powodu czynów karalnych, do jakich doszło w trakcie trwania Marszu w Warszawie.

Przerwę tutaj. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął grzebać za faktami – które zresztą szybko znalazłem, bo nikt się z nimi specjalnie nie kryje. A fakty są takie:

trasai punkty

Powyższa mapka pokazuje trasę, jaką szedł marsz. Wystartowano na Rondzie Dmowskiego, by potem przez ulice: Marszałkowską, Waryńskiego, Gworka, Spacerową, Belwederską oraz Al. Ujazdowskie przejść wreszcie na Agrykolę, gdzie miało się odbyć przemówienie. Kropkami zaznaczyłem oba punkty zapalne, gdzie dokonały się zamieszki – pierwsza to Pl. Zbawiciela, na którym stała tęcza, druga – Ambasada Rosji.

Żaden z tych punktów nie jest na trasie marszu. Ciekawostką jest natomiast fakt, że tęcza została wcześniej zniszczona parę razy – i za każdym razem została odbudowana, zaś jej termin „wystawienia” z ograniczonego został zmieniony na „bez ograniczeń”. Ciekawostką też jest, że ostatnia odbudowa tęczy miała miejsce zaledwie parę dni przed marszem.

Nie wietrzę tutaj żadnego spisku – co najwyżej głupotę, gdyż jeśli złożymy ze sobą fakty: „Tęcza była już niszczona” oraz „Na każdym marszu w ostatnich latach wybuchały zamieszki” wnioski nasuwają się same.

Faszyści!

Winnych nie brakuje, lecz liczebnością nie dorównują oskarżycielom. Z filmów, których na szczęście zatrzęsienie możemy znaleźć w sieci, można wywnioskować, kim byli dewastatorzy – zasłonięte twarze, szaliki klubowe… faszyści? Zwykli chuligani, którzy przyjechali wywołać awanturę. Być może część z nich istotnie była nacjonalistami i faszystami – bo czemu nie, możemy przyjąć taką teorię.

Czy należy za to winić Ruch Narodowy i wręcz żądać jego rozwiązania, tak, jak rozwiązany został marsz? Po pierwsze, bandyci działali poza jurysdykcją ochrony marszu – na pewno w przypadku tęczy. Na filmach spod ambasady widzimy małą bandę krzyczących szalikowców i morze ludzi z flagami, którzy ich obchodzą, kierując się zgodnie z trasą marszu.

Prawda jest – jak w większości przypadków – smutna. Gdzie jest większe zbiorowisko ludzi, tam zawsze znajdą się tacy, którzy swoje niezadowolenie wyrażają niszcząc, co popadnie. Tacy też przyjechali do Warszawy z okazji marszu, czy coś jednak wiąże ich z Ruchem Narodowym? To tak, jakby zapytać się, co wiążę Ciebie z Pol Potem.

Myślę nawet, że za istnienie coraz silniejszych ruchów faszystowskich/nacjonalistycznych należy pośrednio winić polityków ostatnich lat, media, komunizm, wcześniej wojny i zabory – czyli zwyczajnie Czas Historyczny w którym przyszło nam żyć, parafrazując Szarleja z Trylogii Husyckiej. Faktem jest bowiem wieloletnie wyniszczanie polskiej inteligencji, faktem jest, że komunizm nauczył polski naród patrzenia na siebie z obrzydzeniem i nienawiścią, zaś na zachód z podziwem (skutek komunizmu, nie to, czego nauczał), czego skutki odczuwamy do dziś we wszystkich dziedzinach życia – od zniszczonego rynku, po tego rynku niszczenie i emigracje. Z czym dołożyli się politycy ostatnich lat, wywodzący się z braku inteligencji, bądź jej wyniszczonych resztek, patrzący modłą komunizmu, jak  się nie narobić, a zarobić? Więcej mówić chyba nie trzeba – każda przyczyna rodzi skutek, a im większa przyczyna, tym jej następstwa są większe (tę poruszę jeszcze w następnym wpisie).

Pytam teraz siebie – skąd właściwie te złe nastroje społeczne rodzące młodych kierujących wściekłość gdzie popadnie? I czy jest to na pewno wina Ruchu Narodowego, czy może właśnie Czasu Historycznego?

I tu właśnie do głosu dochodzą media – jak esencja kraju, sącząca się do wszystkich mieszkań, tworząc zatruty napar, którym żywią się tłumy.

Ta herbata jest zatruta

Wróćmy do Bosaka i Gozdyry, pomijamy pana z SLD, który w tym sporze mógłby być kimkolwiek innym, a więc mało wyrazistego i bez większego znaczenia. Głownie dlatego, że cały program w założeniu skupiał się na Krzysztofie Bosaku, a w zasadzie na wymaganiom, które wobec jego osoby postawiła redaktor Gozdyra.

Od pierwszych minut programu jest jasne, że Agnieszka Gozdyra ma swoje własne zdanie w kwestii winy Ruchu narodowego i Krzysztofa Bosaka, od którego już od początku zażądała wyjaśnień i przeprosin za (bandytyzm) skandaliczne czyny „na marszu niepodległości”.

Witam w „Tak czy Nie” w którym pytamy o odpowiedzialność, za wczorajszą zadymę w warszawie, a chodzi proszę państwa nie tylko o odpowiedzialność finansową, 120 tysięcy piechotą nie chodzi, oczywiście ktoś te pieniądze będzie musiał wyłożyć, pytamy też o to, czy po prostu zdelegalizować Ruch Narodowy, po tym, co się wczoraj wydarzyło w Warszawie

– Rozpoczyna.

Dalej jest już tylko ciekawiej – Pani Agnieszka Gozdyra nie zostaje w dyskusji tylko moderatorem, a wręcz jej czołowym uczestnikiem, co chwilę przerywając Bosakowi, pozostając milcząca, kiedy wypowiada się Sekretarz SLD. Na tym nie koniec – nie waha się przed jawnymi oskarżeniami w kierunku Bosaka i ciągłym podkreślaniu swojej opinii w tej sprawie, demagogii i staraniach ripostowania każdej z wypowiedzi Bosaka.

Pani Gozdyra zapomniała jednak, że nie jest u siebie na blogu, na twitterze, czy facebooku – jest w studiu w programie, w którym jest tylko i aż moderatorem dyskusji, którą mają między sobą przeprowadzać przedstawiciel SLD i Ruchu Narodowego.

W tym miejscu przypomnę trzy pierwsze zasady Karty Etycznej Mediów:

Zasada prawdy – co znaczy, że dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy dokładają wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, sumiennie i bez zniekształceń relacjonują fakty w ich właściwym kontekście, a w razie rozpowszechnienia błędnej informacji niezwłocznie dokonują sprostowania

Zasada obiektywizmu – co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia.

Zasada oddzielania informacji od komentarza – co znaczy, że wypowiedź ma umożliwiać odbiorcy odróżnianie faktów od opinii i poglądów.

Trzy zasady, które od wielu już lat są notorycznie łamane w mediach, czego przykładem stała się teraz Agnieszka Gozdyra, do której sformułowanie „redaktor” niestety nie pasuje, a która mimo wielu podobnych zachowań i wypowiedzi, dalej pracuje w Polsacie, ma się świetnie i jest jedną z twarzy tej stacji.

Pogrzebałem dalej i znalazłem dwie grafiki, które pokazują różnicę, pomiędzy mediami, a prawdą – w sprawie tegorocznego marszu.

Tak wyglądał marsz w relacjach medialnych:

marsz_niepodleglosci_w_warszawie_640x0_rozmiar-niestandardowy

A tak w filmach zrobionych przez zwykłych obywateli na marszu:

Marsz_Niepodleglosci_55665161

Zwróćmy też uwagę na stroje i twarze ludzi na obu zdjęciach.

Oraz bonus: Na czym polega obiektywizm według Pani Gozdyry:

comment_5hU3B0Y5WcmPIoIFPGh1IkKHhu1bQkyr,wat

Akcja – reakcja czyli Post Scriptum

Na reakcję w sprawie wydarzeń z 11 listopada nie trzeba było długo czekać – Rosja natychmiast zażądała przeprosin i zadośćuczynienia od strony polskiej za atak na ich placówkę – tak się też stało, Bronisław Komorowski przeprosił, dodając:

Władze rosyjskie mają absolutne prawo do formułowania bardzo ostrych ocen. To jest taka przykra sytuacja, że za ekscesy łobuzerii, na końcu musimy się wszyscy wstydzić i wszyscy przepraszać, przede wszystkim państwo polskie i jego władze

Tymczasem nie tak dawno polska ambasada w Moskwie została obrzucona racami i świecami dymnymi przez członków ugrupowania „Jedna Rosja”. Co na to Rosjanie?

Ambasador Rosji stwierdził, że sprawa jest wyjaśniania, lecz to nic w porównaniu z tym co działo się w Warszawie, ani pod względem rozmiarów, ani złożoności tego, co się stało. Marcin Wojciechowski z MSZ wypowiada się o ataku na polską ambasadę dosyć enigmatycznie, uspokajając, że nic nikomu się nie stało.

Wnioski pozostawiam do rozpatrzenia.

Zostaję tylko z pytaniem, czy też lekcją, której dostarczyło mi życie:

A kto cię będzie szanował? Jeśli sam siebie nie szanujesz…?

 

I co teraz?

 

Jak było do przewidzenia – „nasz” rząd, nie bacząc na setki tysięcy głosów mówiących stanowczo „nie” i wczorajsze manifestacje (we wszystkich miastach było ok 100 tyś. ludzi, w samym Krakowie 15 tyś.) podpisał dzisiaj w ACTA.

Już samo to wydaje się oburzające, biorąc pod uwagę ustrój, który przypisuje się Polsce. Już wisienką na torcie staje się fakt, że wedle ustaleń, kraje członkowskie UE miały czas na podpisanie ACTA do 31 marca 2013 roku. Mało tego – nie ma wymogu podpisania tego dokumentu.
Pytanie jest więc oczywiste – dlaczego tak się pospieszyliśmy?

Szczerze? Nie rozumiem. Jaki cel miał w tym  Donald „Jeszcze Premier”  Tusk? Jaki cel miał w takim działaniu rząd? Jako zwyczajni ludzie – sami sobie zaszkodzili. Więc? Naciski ze strony USA? Obietnica ciepłej posadki po wszystkim? Wkraczamy na niebezpieczny grunt teorii spiskowych, które teraz będą się mnożyły.
Nie jestem znawcą prawa, ani tym bardziej polityki. Być może istnieje wytłumaczenie, ale ja go nie widzę. Nie, bez sięgania to teorii spiskowych.

Tymczasem przeraża mnie dezinformacja. Podczas trwania protestów ktoś ewidentnie kontrolował media. A że żyjemy w Polsce, gdzie rządzący nie przeprowadzają – nigdy nie przeprowadzali – takich akcji umiejętnie, sam fakt kontroli widać jak na dłoni. Ponoć na jednej z manifestacji doszło do zamieszek. Media mówią o rzucaniu kamieniami. Jak się okazuje, cała sprawa miała miejsce już PO manifestacji. Ot, zebrało się paru kiboli. Przy takiej rzeszy osób było to do przewidzenia. Jestem wręcz pod wrażeniem, jak spokojnie to wszystko się odegrało. Ludzie pokazali, że im zależy.

Pomijam już takie kwiatki jak usunięcie tysięcy komentarzy internautów ze strony Kancelarii Premiera na Facebooku, czy listę podmiotów, z którymi „konsultowano” ACTA.

 

Pytanie, które zadaję w tej chwili, to – co teraz?
Minie jeszcze trochę czasu, umowa musi zostać ratyfikowana. Czy potem zaczną się kłopoty? Zobaczymy. Wedle konstytucji my, ludzie, możemy przejąć władzę. To znaczy – jeśli nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele nie działają w naszym interesie.
Czy będzie nas stać na taki krok?

Tu już chyba nawet nie chodzi o ACTA. Sam dokument może być zapalnikiem odkorkowującym gaz niezadowolenia społecznego z ostatnich lat działań nie tylko tego rządu, ale całej areny politycznej.

 

Dziś widzę dwie, skrajnie od siebie różne drogi:

Jedna z nich, to wolne uspokajanie się tłumów. Miną tygodnie, a ACTA będzie tematem memów i słabych przypomnień. Ogień rewolucji ma to do siebie, że płonie jasno, ale szybko się wypala. Za dwa, trzy miesiące mało kto będzie się już tym zajmował. Kiedy dojdzie do wyborów, ktoś wspomni o całym fakcie, przypomni ACTA, ale w telewizji niczego nie podadzą. PO będzie straszyło Kaczyńskim i PIS, albo damy sie przekonać, albo nie. W każdym razie sytuacja sie powtórzy. Afery i wojna między PO a PIS – bez znaczenia kto będzie za sterami. Bo przecież inne opcje polityczne nie istnieją. Nikt nie zagłosuje na kogoś „kto i tak nie wygra, bo ma za mało poparcia”.
Potem wszystko potoczy się już samo. Będzie nam źle, będziemy wygrażać rządowi, opozycji i słuchać jak to źle na świecie się dzieje w telewizji (choć o tym, że obywatele Islandii obalili swój rząd się nie dowiemy. Te rzeczy mogłyby wzbudzać niepotrzebne niepokoje ). Szara, polska rzeczywistość. No, może poza tym, że od czasu do czasu kogoś będą zamykać za piractwo. Niekoniecznie tego, kto piracił. Ale o tym też nie musimy wiedzieć.
A poza tym? Będzie do bólu normalnie.

 

Druga droga jest krótsza – ACTA jest tylko zapalnikiem. Do świadomości ludzi docierają też nowe uprawnienia kontrolerów NIK (Najwyższej Izby Kontroli).

Dla przypomnienia, lub też informacji – projekt ustawy, który został już zaakceptowany i która wejdzie w życie w czerwcu pozwala kontrolerom NIK zbierać informacje ze wszystkich dziedzin naszego życia. Rzecz jasna, by lepiej nas chronić przed nami samymi. W tym preferencji seksualnych, pochodzenia rasowego, preferencji politycznych i wyznaniowych, nałogów, stanu zdrowia, czy – błahostka – informacji genetycznej.
A wszystko dlatego, obywatelu, że jesteś zbyt głupi. Dlatego państwo musi Cię trzymać za główkę i inwigilować na wszelkie możliwe sposoby. Byś przypadkiem głupstwa nie popełnił. Dla Twojego dobra. Idioto.
Koniec dygresji.

Płomień rewolucji nie tylko nie gaśnie, ale i jest podsycany. Ludzie mają dosyć. Wszystko zlewa się w jedno, Smoleńsk, krzyż, afery korupcyjne, ACTA, NIK, kłamstwa i machinacje. Do jednego wora. Nikt nie patrzy, czy to ma sens. Dosyć, po prostu dosyć. Anonimowi powielają ataki, wyciągają niewygodne dla rządu informacje na światło dzienne. Odtajniają najtajniejsze z akt. Ten był agentem, ten donosił, tamten manipulował, inny łapówkarz, a co do prezydenta…
W końcu zbiera się garstka zapaleńców, być może podkładają bomby, albo idą z bronią pod sejm. Oczywiście zostają szybko i krwawo spacyfikowani. Wybuchają zamieszki. Ktoś nie wytrzymuje. Pada rozkaz. Do gazu pieprzowego i armatek wodnych dołącza się ostra amunicja…
Rząd zostaje obalony. Krwawo, lub też w sposób bardziej pokojowy – podaje się do dymisji. Nowe ustawy, nowa władza, być może nowa konstytucja. Mimo ofiar – swoiste katharsis.
Ale za jaką cenę?

 

A może zupełnie inaczej? A może wymieszanie się tych dwóch wizji, swoisty złoty środek? Popadłem w skrajności specjalnie, dając upust wyobraźni. Rzeczywistość – jak zawsze – zweryfikuje. Jeśli będzie ku temu powód, jeśli ACTA zmieni naszą rzeczywistość w ten gorszy sposób, wezmę udział w protestach. Będę walczył o wolność. Jeśli nie, nie zagłosuję ani na PO ani na PIS – jak zawsze. Mam inne poglądy.
Jedno jest pewne – nie zapomnę.

A w tej chwili?

Czekam.

 

Na koniec – całkiem ciekawy kawałek. Polecam odsłuchać.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=F2fYUMWZLL0[/youtube]

NIE dla ACTA!

 

Prawdopodobnie to mój ostatni wpis na tym blogu. Prawdopodobnie można go będzie oglądać jeszcze tylko przez parę dni.
Prawdopodobnie.

 

 

Jeśli pewna ustawa – ACTA – wejdzie w życie, mój blog, tak jak i wiele innych miejsc w sieci zostanie całkowicie wymazanych z Internetu. Nie jestem poprawny politycznie. Dzięki ACTA wystarczy byle pretekst i… PUFF! – znikam.
Ale to nie o to tu chodzi. Już nie. Teraz chodzi o wolność Internetu, ludzi, wolność wyrażania własnego zdania. To, co się dzieje w Chinach, czy Korei Północnej może być niedługo udziałem i naszym. Jeśli do 26 stycznia 2012 roku obywatele całej polski nie powiedzą na tyle stanowczego NIE, by rząd się przeląkł.
A ma czego. Historia pokazuje, że kto jak kto, ale Polacy potrafią się zbuntować.

Można bagatelizować sprawę, że Internet to nie rzeczywistość, że to nie ma wpływu. Nie? Internet stał się rzeczywistością o wiele bardziej, niż ktokolwiek przypuszcza. Jeśli zamach na wolność słowa, jaki chce przeprowadzić nasz własny rząd wespół z UE się powiedzie, oznaczać to będzie koniec nawet tej żałosnej iluzji demokracji, którą mamy obecnie. Komunizm? Nie… ale… no właśnie, jak to nazwać? Nie, nie nazywamy. Mamy jeszcze czas.

ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) – Międzynarodowe porozumienie, które już niebawem może zmienić także Twoje życie. ACTA w założeniach ma walczyć z podrabianiem towarów i piractwem. W rzeczywistości sprowadza się do tego, że każdy Twój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę Twojego internetu oraz rząd, a ewentualne naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu, oraz karą.

Ponadto Twój dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube. To nie przypadek, że do tej pory nie słyszałeś o ACTA. Jej tworzenie jak i podpisanie odbywa się za plecami społeczeństwa.

Już w czwartek – 26 stycznia rząd Polski podpisze porozumienie ACTA.

niedlaacta.pl

 

Zaczęło się od zamknięcia Megaupload i Megavideo, a także fizycznego zamknięcia szefów tych dwóch portali przez agentów FBI. Ucierpieli – jak zwykle – niewinni. Miliony osób na całym świecie utraciło swoje konta premium, za które zapłaciło, by dzielić się plikami, nawet w legalny sposób. Oczywiście, wraz z tym zniknęła możliwość przeglądania seriali w internecie na stronach takich jak II.TV. Odpowiedź (jeszcze) wolnego Internetu była natychmiastowa.
Protesty, eventy, manifestacje. Na ten sygnał do swojej pracy przystąpili Anonimowi. W przeciągu paru godzin przeprowadzono ponad 220 zorganizowanych ataków, przez pewien czas nie działały strony m.in Departamentu Sprawiedliwości USA, czy wytwórni filmowej Universal Pictures, silnie ucierpiały też strony FBI, MPAA, RIAA…

Działania agresywne, acz pokazujące determinację, z jaką walczymy o wolność. Dodatkowym faktem jest (wracając do Polski i okolic), że Unia Europejska przyjęła dokument o ACTA za naszymi plecami, zaś wzmianki o nim można znaleźć dopiero na 43 stronie dokumentu z zebrania Rady ds. Rybactwa i Rybołówstwa.

Ciężko mi przechodzi przez gardło słowo „Spisek”, ale – do diabła! – tak to wygląda. Po cichu, za plecami, a wszelkie decyzje już zapadły, o czym większość społeczeństwa i – jak pokazują fakty z odzewu polityków – niektórzy posłowie nie mieli pojęcia.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kZOK-O15li8[/youtube]

Ktoś „na górze” zapomniał, CZYM jest Internet, że nie należy do żadnego kraju, że w nim także i przede wszystkim obowiązuje wolność słowa, że… ale to tylko teoria. Idea, nieprawdaż? Aby doświadczyć prawdziwie wolnego internetu trzeba skorzystać z przeglądarki TOR (polecam) i wskoczyć w DeepWeb. Niemniej, sama Sieć powinna dalej funkcjonować jako miejsce, gdzie nie ma cenzury narzuconej przez państwo, nikt nie monitoruje naszych działań i nie ogranicza ich.
Tymczasem do tego dąży nasz rząd. Przykro nazwać ich zdrajcami wolności słowa, swoich własnych ideałów i narodu. Nie chcę ich tak nazywać…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=QKAH3Xj1bQc[/youtube]

Nie zgadzam się, aby ktokolwiek mnie monitorował, abym był poddany cenzurze, a moja wolność słowa była ograniczana. Uznaję ACTA za zamach na wolność. Zamach przeprowadzany po cichu przez UE i polski rząd. Przyłączam się do akcji „Nie dla ACTA” .
Mam cichą nadzieję, że podpisanie dokumentu 26 stycznia br. zostanie odwołane. Inaczej ten dzień przejdzie do historii, jako ostatni dzień wolnego Internetu i początek Wszech cenzury.

Nie chcę, by Koalang stał się faktem. Bym musiał – nie dla ciekawości, ale potrzeby wolności – używać DeepWeb. I nade wszystko, chcę śpiewać  „Mury” Jacka Kaczmarskiego jako przypomnienie o dawnych, złych, czasach – a nie pieśń otuchy w kolejnych.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=-YGS9vhmFS0[/youtube]

 

http://niedlaacta.pl/
http://www.anonyops.ssl2.pl/
http://kwejk.pl/obrazek/854923
http://www.facebook.com/nieACTA

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=h1fJYlQ9iJY[/youtube]

Tajemnica pewnej piwnicy

Każdy z nas zna takie miejsce, gdzie czają się duchy, pająki  i powietrze ma zapach kurzu. Zwykle, będąc dziećmi bawiliśmy się tam w chowanego, szukaliśmy skarbów, z starych skrzyń wygrzebywaliśmy dziwnie wyglądające przedmioty z czasów młodości naszych dziadków…
Takie miejsca są magiczne. Czar starych rzeczy, wspomnień i kurzu jest nie do zniesienia. To wystarczy, by w każdym z nas obudziła się dusza odkrywcy.
Te pomieszczenia z reguły są strychami. Z reguły, ale nie zawsze…

W ten weekend wybrałem się do Żywca. Właściwie powinienem powiedzieć; wybraliśmy się, bo pojechałem razem z Viearem.
W wielkim domu dziadków jest wiele pomieszczeń. Duchy przeszłości wołają z zacienionych kątów. I właśnie w ten weekend zakrzyknęły na tyle głośno, że usłyszałem ich wołanie.
Mieliśmy się wybrać na bokkeny.  Ja i Franek. Trochę ruchu zrobi dobrze każdemu, a jeśli połączymy z tym ćwiczenia w posługiwaniu się mieczem – szykuje się naprawdę niezła zabawa. Niestety, pogoda była przeciwnego zdania. Jak rano było ładnie, tak po obiedzie lunęło potokami deszczu. A że walenie się kijami w błocie niezbyt nas pasjonowało, zaczęliśmy się zastanawiać nad czymś innym (co chwila spoglądając w okno z nadzieją, rzecz jasna).

Jestem chory. Myślę, że już o tym wspominałem, nie zaszkodzi jednak zrobić to raz jeszcze. Chory. Choć osobiście nie uważam tego za chorobę, a błogosławieństwo. Niemniej – to uzależnienie wpływa poważnie na moje życie. Obawiam się, że jest to jedyna rzecz, bez której nie poradziłbym sobie w rzeczywistości. Jestem, co tu dużo mówić, totalnym bibliofilem.
Nie dziwota więc, że moje myśli spełzły właśnie na te rejony.

Czy mówiłem już kiedyś o tym, że mój tata był(jest?) fantastą? Swego czasu, w czasie kiedy Sf rozwijało się najprężniej (w Polsce – czas słodkiej komuny), kolekcjonował co się dało i jak się dało. Skutkiem czego, wiele lat później pewien mały Michałek mógł odkryć czym jest fantastyka, złapać bakcyla i oszaleć, trzymając w rękach najlepsze dzieła takich pisarzy jak Philip K. Dick , Ursula K. Le Guin , Strugaccy, Oramus, Zajdel, Lem, Parowski… i wiele (och, jak wiele!) innych. Jednym słowem – zostałem zarażony.
Najpierw była jedna książka. Potem mój rodziciel zaprowadził mnie do piwnicy i dał wielką paczkę książek. Niektóre z nich ( ,,Gwiazda” A. C. Clark’a , ,,Pielgrzymka na Ziemię” Roberta Sheckleya czy też zbiory ,,Don Wollheim proponuje”) przeczytałem jednym tchem, dziesiątki razy. Sam wygrzebałem ich jeszcze trochę, z wielkiego pudła pełnego literatury.
Więc, gdy przyszedł czas, wiedziałem, co należy zrobić. Moje rozumowanie było proste – tata dał (pożyczył?) mi wtedy tak wiele świetnych książek. A może…? A może znajdę coś jeszcze? Jakąś jedną, małą, zapomnianą książunię, która dostarczy mi następnych chwil radości? Nie mając innych perspektyw, razem z Viearem udaliśmy się schodami w dół.

Piwnica do ciekawe miejsce. Jest tam wiele pomieszczeń, niektóre duże, inne małe (jak na przykład norka pod garażem). W jednym z nich znajduje się rupieciarnia. Wszystko to, co znalazłoby się na strychu, gdyby ten nie był z mały, i jeszcze więcej. Worki, skrzynie, pudła, kartony. I dużo, dużo kurzu. Tam skierowaliśmy nasze kroki.
Po odwaleniu paru większych i mniejszych pudeł, dobraliśmy się do jednego z paru kartonów i koszów z książkami. Osobiście jestem oburzony, że muszą tak leżeć. Miejsce książek jest na regałach. Nawet, jeśli są to pozycje komunistyczne.

W trakcie poszukiwań (przerywanych co jakiś czas, by sztachnąć się zapachem starej książki [polecam!]) zatracaliśmy stopniowo poczucie czasu. Co jakiś czas aż podskakując, kiedy trafialiśmy na coś ciekawego. Były więc legendy, bajki, stara – jeszcze z oryginalnymi rysunkami – ,,Chatka Puchatka”, cały cykl o Ani z zielonego wzgórza, a nawet… bajki komunistyczne. O pracy i jej wartościach, oraz czemu dorośli rozmawiają przez telefon. Wreszcie dokopaliśmy się do konstytucji PRL. Tu się dopiero zaczęło.
Pod okładką z orzełkiem bez korony ukryta jest tak nieprawdopodobna ilość bełkotu, że czytając można tylko się śmiać. Wiesz, coś o bohaterskim ludu pracującym, walce z wstrętnym, kapitalistycznym wrogiem i tym podobne rzeczy. Od razu przypomina się człowiekowi Orwell i jego ,,Rok 1984″. Dokładnie to.
Nie przeczytaliśmy, rzecz jasna, całej konstytucji. Aczkolwiek ja chętnie do niej wrócę. Trzeba liznąć kawałek historii…

Jednak to, co się stało później sprawiło, że szybko zapomniałem o wszystkich wcześniejszych książkach i znaleziskach. Posuwając się wolno do przodu, otumanieni kurzem, znarkotyzowani zapachem książek, rozdarliśmy jedną z szczelnie zawiniętych paczek ukrytych gdzieś, w rogu piwnicy. Daleko od światła dziennego, tak, że czuliśmy się trochę jak speleolodzy.
Kąt piwnicy to dziwne miejsce. Zupełnie inne środowisko. Inny klimat. Jedyne formy życia to rzadkie pajęczaki, być może świecące w ciemnościach. Na ścianach rosną mchy, w powietrzu jest mniej tlenu, więcej kurzu. Jest znacznie ciemniej, a wokół ciebie zamykają się dziwne ściany ze skrzyń. To miejsce, zdawałoby się, nietknięte stopą ludzką. Jest w tym… prawdziwa magia.
Nasza dwuosobowa wyprawa poruszała się w tym mroku, badając i katalogując. Kiedy więc brązowy papier paczki rozdarł się i, przez powstałą szparę, wyleciała Antologia młodych z 80-go roku, zaległa cisza. Można było usłyszeć mocne uderzenia serca. Naliczyłem dwa, zanim rzuciliśmy się przed siebie wrzeszcząc dziko.

Wyobraź sobie skarb. Grobowiec Kleopatry, mityczną Atlantydę, czy skarbiec króla Salomona. A teraz pomyśl sobie, że dokonałeś odkrycia, przy którym blakną one, jak zachodzące słońce. To właśnie to uczucie. Dzika radość, wyzwolenie z okowów człowieczeństwa. Dwóch bibliofilów, którzy znaleźli swój obiekt podniecenia.
I zaczęło się; krzyki, wrzaski, śmiechy i drżące ręce, wyjmujące delikatnie jedno dzieło po drugim. W połowie pracy zorientowałem się, że jestem cały spocony, dyszę ciężko i mam poszarpane włosy. I wiesz co? Miałem to gdzieś.
Zamiast jednej, czy dwóch książek, znaleźliśmy całą ich skrzynię. Niewyobrażalny skarb. Około 80 pozycji, których już dawno nie uświadczysz ani w księgarniach, ani w bibliotekach. A wielu z nich, nawet w antykwariatach.

Jest więc Lem (DUŻO Lema!) jest Oramus, , jest Wollheim, są Strugaccy, inne wielkie nazwiska. Są młodzieńcze opowiadania Grzędowicza, Dębskiego, Ziemiańskiego, Zimniaka i innych. Są…są, są, są. Prawie 80 książek spadło mi… nie, inaczej. Prawie 80 książek wykopałem z dna świata. Pozycje, które czekały na mnie ponad dwadzieścia lat, a nawet więcej.

Przez ponad dwie godziny drżały nam obu ręce.
A mój sen, o tym, by cały pokój ,,wytapetować” książkami, od dołu do góry, nabiera powoli sensu.
O bogowie. Musiałem to z siebie wyrzucić.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén