Tag: literatura

Groza w Polskich szkołach

groza - topka

Polska wyzwoleńcza, Polska pod zaborami, dzielni i odważni rycerze, wojna, holokaust, obozy śmierci i getta – tak przedstawia się obecnie tematyka tego, co uczniowie muszą czytać w szkołach. Było tak zawsze – czytamy o umęczonym kraju, wiecznie wojującym i ciemiężonym. Na podstawie Mickiewicza, Słowackiego, czy Orzeszkowej uczymy się o polskiej literaturze. To o Sienkiewiczu się mówi, o Barańczaku wspomina, z Gombrowicza przepytuje. A gdzie w tym wszystkim bardziej współczesna beletrystyka? 

Tekst został napisany pod wpływem pewnej akcji, o której mowa na jego końcu. 

 

Nie chcę w żadnej mierze nawoływać do usunięcia wyżej wymienionych autorów z kanonu lektur. Przynajmniej nie wszystkich – zbyt wyjątkowa to literatura. Mrożek, czy Gombrowicz to jedni z najważniejszych pisarzy w polskiej literaturze, obdarzeni wartkim stylem i mający dużo do powiedzenia – nawet nam, w XXI wieku. Ile jednak można wracać do „Lalki”, czy przedzierać się przez chaszcze opisów Orzeszkowej w Nad Niemnem?

Żeby było jasne – tej literatury też nie chcę piętnować. Każda ma prawo dowodzić swoich racji i wielkości. Warto by jednak pomyśleć, że świat poszedł naprzód, a Polscy uczniowie mogą chcieć czegoś więcej od literatury. I że interpretacje i analizy lektur, które mówią o rzeczach zupełnie już nie związanych z rzeczywistością – i owszem – powinno się przeprowadzać, ale w zupełnie innym niż dziś kontekście. Uwzględniając, iż nie jest to jedyna i słuszna literatura.

Choroba…

Wydaję mi się, że Język Polski w szkołach zatracił swój sens i kierunek. Został w tyle, kiedy świat ruszył do przodu. Zamiast zajmować się literaturą, wszedł na wody z góry ustalonych interpretacji ciągle tych samych dzieł. Bo tak łatwiej, bo nie trzeba się starać – nie trzeba być na bieżąco. Można korzystać ze starych, utartych schematów, gdyż Słowacki wielkim poetą był.

Przypominam sobie, jak to było – jeszcze niedawno – z czytaniem lektur u mnie w szkole. Jednym z najbardziej renomowanych polskich liceów, było nie było. Otóż lektur nikt nie czytał. Bez uogólnień – mało komu się chciało. Było ich, oczywiście, bardzo dużo w klasie o rozszerzonym profilu humanistycznym. I zwyczajnie nie opłacało się ich czytać, gdyż wszelkie próby samodzielnej interpretacji kończyły się zwykle marną tróją, jeśli nie gorzej. Nauczyciel w końcu ma zawsze rację, a nawet jeśli nie – to rację ma program. A w programie napisane jest jak należy dane dzieło interpretować – i trzeba tak zrobić, jeśli chce się zdać maturę.

Czytając bryk byłeś o krok dalej niż ci, którzy „męczyli się” z książką ostatni tydzień.

Gdzie tutaj jest miejsce na ćwiczenie wyciągania wniosków? Myślenia? Gdzie tu jest miejsce na zaszczepienie w młodzieży miłości do czytania? Wreszcie – w jaki sposób lekcje „Języka Polskiego” mają pokazać, iż Polska literatura jest warta czytania… i że w ogóle jakaś jest?

Czemu więc się dziwimy, że młodzież nie czyta, albo, że na półkach tych księgarń, które jeszcze nie zostały zamknięte, stoją zagraniczne dzieła pokroju „Zmierzchu”, czy „40 twarzy Greya”, a pytając Polaków o ich własnych autorów, napotyka się zwykle brak odpowiedzi, albo chęć wyśmiania?

… i lekarstwo

Polski system edukacji potrzebuje naprawy. Najlepiej byłoby zbudować go od nowa, rezygnując z kluczy i ciasnych programów, ale póki co, może warto byłoby przynajmniej spróbować wyciągnąć rękę po lek?

Można by było zacząć od odświeżenia kanonu lektur. Nie, by wyeliminować dobrych i ważnych autorów, a by pokazać, iż istnieje ciągle coś takiego, jak Polska książka. Pokazać uczniom, że poza nowelami pozytywistycznymi, poza literaturą wyzwoleńczą, istnieje coś jeszcze.

Nawet Orzeszkowa pisała przecież o pracy u podstaw – zróbmy więc coś więcej, niż analiza jej słów, i rzeczywiście u tych podstaw popracujmy. Analizujmy polskie dramaty, kryminały, fantastykę. Analizujmy polską grozę. Wywołajmy burzę na lekcjach Języka Polskiego, dyskutując o tym, co w swoich książkach mówi Miłoszewski. Co przekazuje Grochola, jaki obraz Polskiej wsi maluje Darda, jakie motywy przywołuje Sapkowski. Dyskutujmy o grozie miejskiej w prozie Kyrcza i o grotesce w powieściach Kaina.

Polska literatura jest piękna i bogata, rozbudowana na wszystkie możliwe gatunki.

Tyle i aż tyle.

Zanim pozwolimy umrzeć kulturze słowa, pytając się co poeta miał na myśli i oczekując odpowiedzi z kartki.

Duch zmiany

Parę dni temu wystartowała akcja, promująca „Pradawne zło” Łukasza Radeckiego i Roberta Cichowlasa do rangi lektury szkolnej. Wystarczy kliknąć ten L I N K.

Może to będzie dobry początek?

pz lekturą

Stonawski A.D. 2014

Topka

Rok 2014 trwa w najlepsze, przydałoby się więc zaktualizować plany wydawnicze – a tych jest sporo… zresztą, jak zawsze. Bo… co robi Stonawski, kiedy milczy? Odpowiedź znacie. 

W najbliższych miesiącach przewiduję udział w ośmiu projektach (pisma, antologie) – oczywiście papierowych, plus – jak zawsze – w następnej edycji „31:10”, choć do tego czasu pojawią się zapewne nowe projekty. Część z nich mogę już ujawnić – ba – nawet powinienem!

Jako więc pierwsze danie proponuję antologię „Toystories” wydawnictwa Morpho, a w niej, mój nieskomplikowany, acz zabawkowy króciak – „Lalka„, zawierająca skłębione strachy z mojego własnego dzieciństwa. Antologia wyjdzie już w marcu, dostępna w dobrych księgarniach i empikach.

TOYS AUT

… Co knuje pluszowy miś, wciśnięty gdzieś w zakurzony, ciemny kąt? Jakie wojny toczą między sobą plastikowe żołnierzyki, kiedy smacznie śpimy? Dostajesz już gęsiej skórki?

A jeśli, wyrywając się z sennego odrętwienia, uświadomisz sobie, że jesteś jedynie pionkiem na olbrzymiej, boskiej szachownicy? Dlaczego nie wolno operować lalek ani drażnić Świętego Mikołaja, tudzież upiększać swojego ciała zaawansowanymi technologicznie gadżetami?
No właśnie. W „Toystories” znajdziesz właściwe odpowiedzi, ale również pytania, postawione wprost i bez pardonu, z dorosłą konsekwencją, lecz dziecięcą, niczym nie skrępowaną dosłownością. Tu nie ma miejsca na kompromisy i konwenanse.
Zapraszam Cię na niezapomnianą przejażdżkę karuzelą wzruszeń, rollercoasterem groteski, diabelskim młynem makabry. Wstąp do naszego świata – miejsca, gdzie zabawki żyją, czują, kochają i nienawidzą. Do świątyni szalonych bogów i fanatycznych wyznawców, wirtualnej rzeczywistości i przerażającego „tu i teraz”.
Wejrzyj w samego siebie. Od dziś nic nie będzie już czarno-białe.…
Gotowi na danie drugie? Dziś szef kuchni poleca pełnokrwisty stek. A kiedy mówię o krwi, to znaczy, że będzie się działo – przed Wami pierwsza polska antologia poświęcona wampirom. I nie mam na myśli wróżek. Zdecydowanie, kiedy mówię „wampiry”, mam na myśli drapieżców, raczej do bycia czyimś chłopakiem nie zdolnym, bo niby jak zawrzeć związek z obiadem?
Oto więc księga Wampirów wydawnictwa Studio Truso, dostępna od premiery, 3 marca 2014, kiedy to w różnych miastach polski COŚ się stanie. Co? Będę informował.
Tymczasem – „Wampir.pl” w Księdze Wampirów.
1795536_742897515734865_1319945288_n
I tu zapowiedzi prozy się kończą, niech pozostałe osnuje mgła tajemnicy… którą sukcesywnie będę rozwiewał.
Dodam jeszcze, że chcący pogawędzić na żywo będą mieli okazje spotkać mnie na tegorocznym Pyrkonie (21-23 marca). Najłatwiej spotkać mnie będzie… oczywiście na prelekcjach poświęconych horrorowi, w szczególności na prelekcji poświęconej nagrodzie Grabińskiego, o której to będziemy opowiadać razem ze Stefanem Dardą. 

I’ll be there

 

Środa, 25 stycznia i piątek, 27 będą dniami bardzo dla mnie zabieganymi.
Dlaczego? Może zacznijmy od… przyjemniejszej rzeczy.

 

Serdecznie zapraszam 27 stycznia od godz. 18 do klubu „Masada” na krakowskim Kazimierzu. Odbywać się tam będzie 32 już „Kulturkampf”, na którym – także i tym razem – będę czytać swoje wypociny.

18-21 część literacka
18.00-18.10 ALFABET LITERACKI B JAK MICHAŁ BUŁHAKOW
18.10-18.20 KRZYSZTOF BILIŃSKI ( Wolna Trybuna Poetycka)
18.20-18.30 MATEUSZ BOBEK ( Klapki Kubota)
18.30-18.40 MARCIN CICHY ( Pakiet Standardowy)
18.40-18.50 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( antologia bizarre)
18.50-19.00 BARBARA DUDEK ( poezja śląska)
19.00-19.10 JACEK DUDEK ( poezja śląska)
19.10-19.20 KRYSTIAN KAJEWSKI ( fragmenta ABCDARIA)
19.20-19.40 SŁAWOMIR MATUSZ ( Mistyka zimą)
19.40- 19.50 PIOTR MIERZWA ( poezja, Snubrat)
19.50-20.00 BARTŁOMIEJ MIŁOBĘDZKI ( poezja, proza)
20.00- 20.20 MICHAŁ PIĘTNIEWICZ ( Odpoczynek po niczym)
20.20-20.30 SEBASTIAN POST ( poezja, Trismegista)
20.30-20.40 LEA PRADZIŃSKI ( happening literacki)

20.30-20.40 PIOTR SMOLAK ( Neue Wilde)
20.40-20.50 MICHAŁ STONAWSKI ( groza w prozie)
20.50-21.00 MATEUSZ WABIK (poezja, Spisek)
od 21.15 część muzyczna
21.15-21.45 BRACIA SŁABY ( blues rock)
22.00-22.30 KROKODYL ( pastisz rock)
22.45-23.15 RAYUELA ( eksperyment literacko- muzyczny)
23.30-00.00 JAKUB ZIELINA ( ŻMIJ, folk rock)
cena biletów
tzw normalny 12PLN
tzw studencki 6 PLN

TUTAJ opis całej akcji.

Druga rzecz… cóż, trochę mniej miła. 25 stycznia 2012, dzień przed już pewnym podpisaniem przez tak zwany demokratyczny rząd RP, ACTA będzie się w Krakowie (a może nie tylko?) odbywał protest przeciwko temu dokumentowi.
Szczerze? Nie mam wielkich nadziei. Idę tam, bo nie mogę siedzieć bezczynnie, patrząc, jak walą się resztki Demokracji. I rzecz jasna wyjdę, jeśli zaczną jakieś „koktajle Mołotowa” w powietrzu latać, na burdę tam nie idę. Bić się z ZOMO będziemy innym razem.
Przepraszam, za wisielczy nastrój, ale po oglądnięciu tego…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BB52a2rnC2k[/youtube]

…coś we mnie pękło. Pomijam już fakt, że pani prezenterka nie wie nawet, jak się dana „grupa” nazywa. Bardziej istotny jest fakt, w jaki sposób sprawa została pokazana. Wątpię, by pani prezenterka nie wiedziała, co się dzieje. Wniosek jest jeden – przedstawienie całej sytuacji w telewizji jest komuś bardzo nie na rękę. I cholernie mi to przypomina propagandową półprawdę.

Dobra. Dosyć już o tym.
http://www.facebook.com/events/215317315225357/

Jeśli ktoś chce dołączyć, podaję linka.

 

Gdzie są wydawcy?

 

Takie pytanie słyszałem bardzo często w ramach ostatniej akcji. I oto odpowiedź, na stronie głównej Wyborczej:

 

Na półkach Empiku coraz trudniej znaleźć powieść fantasy „Taniec ze smokami” George’a R.R. Martina, być może zniknie bestsellerowa biografia Danuty Wałęsy. Wydawcy wstrzymują dostawy, bo sieć zalega im z zapłatami

Wydawnictwa podkreślają, że największa na rynku sieć księgarń ma preferencyjne warunki płacenia za towar. – Od momentu wystawienia przez nas faktury Empik ma aż 120 dni, żeby uregulować należności. Nieraz zdarzało się, że przekraczał ten termin o kilka miesięcy – mówi Marek Dobrowolski, dyrektor handlowy wydawnictwa Nasza Księgarnia. W tym roku Empik zwlekał z zapłatami wyjątkowo długo, wydawcy dostawali nawet tylko 10 proc. przeterminowanych wartości dostaw. Kiedy w październiku kilku wydawców zagroziło, że wstrzymają dostawy, Empik w różnej skali zapłacił. Jednak już po kilku tygodniach poinformował, że to ostatnie pieniądze, jakie otrzymali do końca roku.Efekt domina

– Początek roku był trudny, m.in. ze względu na VAT na książki, który wydawcy wzięli na siebie, bilansując Empikowi koszty jego wprowadzenia. Mieliśmy też do czynienia z dużymi zwrotami z sieci. W wakacje czytelnicy kupują mniej książek, ale od sierpnia obserwujemy już spore ożywienie. Koniec roku był zawsze momentem, kiedy wyrównywało się płatności. Również wtedy wszyscy wypuszczają najlepsze tytuły – czas przedświąteczny to żniwa dla wydawców – mówi Maciej Makowski, prezes zarządu wydawnictwa Prószyński Media. – Nikt nie wychodzi z Empiku, nie zapłaciwszy wcześniej za jakąś książkę. Jak twierdzą nasi rozmówcy, Empik jest winny wydawnictwom i dystrybutorom po kilkaset tysięcy złotych. Są jednak przypadki, że kwoty te sięgają, jak w przypadku dystrybutorów szeroko współpracujących z Empikiem, nawet kilku milionów. Jaka jest całkowita wysokość długu? – Samych karnych odsetek Nasza Księgarnia wystawiła Empikowi na łączną kwotę ponad 60 tys. zł, tylko za okres dwóch ostatnich lat. To daje pojęcie, z jakimi kwotami głównymi mamy do czynienia – mówi Marek Dobrowolski z NK. Kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach przez tak dużą sieć powodują zachwianie całego rynku księgarskiego. – Kiedy nie dostajemy pieniędzy, zagrożona jest nie tylko płynność finansowa naszej firmy, ale także wszystkich, którzy z nami współpracują. To efekt domina, bo nie możemy zapłacić drukarniom, tantiem autorskich itd. Nie jesteśmy w stanie także zaplanować przyszłego roku: podpisać umów na nowe tytuły z licencjodawcami. To bardzo destabilizuje rynek – dodaje Dobrowolski. Problemy mają także dystrybutorzy tacy jak J&K Olesiejuk czy Platon, którzy reprezentują mniejsze wydawnictwa. – W imieniu Czarnego po pieniądze dobija się do Empiku Platon. Platon nam płaci, choć terminy płatności ciągle się wydłużają, i tylko oni sami wiedzą, ile ich to kosztuje – mówi Monika Sznajderman, szefowa wydawnictwa Czarne.

TUTAJ ciąg dalszy :)


Wojna z gigantem

 

Losem dobrze się prowadzących film jest to, że wzrastają. Prawda oczywista, co je – rośnie. Czasem zdarza się jednak, że zwykłe odżywianie zmienia się w prawdziwą manię jedzenia. Firma, zupełnie jak żywy organizm, tuczy się, zapomina o rozsądku, chcąc więcej i więcej. Wkrótce zmienia się w lewiatana, machinę do robienia pieniędzy.
Taki los stał się udziałem Empiku. Zasług tej firmy nikt nie może umniejszyć. Ostatnio jednak nie dzieje się zbyt dobrze. Książki stały się – mój osobisty zarzut – towarem. Mój Boże – są nim, oczywiście. Ale sprowadzać je do poziomu kostki sera, tudzież słoika dżemu… ? Przesada.

Mógłbym rozpisać więcej… ale wiecie co? Przejdźmy się. Zapraszam na przechadzkę po dziele książkowym w Empiku. Z perspektywy zwykłego czytelnika… głębszymi rzeczami zajmiemy się później.

***

Szklane drzwi rozsuwają się przed nami. Uderza nas fala gorąca. Przechodzimy przez bramki strzeżone przez dwóch ochroniarzy.
Dział książkowy mieści się na trzecim piętrze. Winda? Wolne żarty, nie dość, ze wolna, to jeszcze wiecznie zatłoczona, nawet, gdyby jakimś cudem była akurat na parterze, zostalibyśmy zmiażdżeni w jej wnętrzu. Nie, schody będą lepsze.

Po dotarciu na trzecie piętro ma się dziwne wrażenie, że winda jechałaby dłużej. Ale dość o tym. Wchodzimy. Ściana naprzeciwko wytapetowana jest „Zmierzchem” i innymi „Top książkami”.  Na środku bestsellery po niebotycznych cenach. Jeśli wejdziemy dalej w działy, zobaczy,my te same zabiegi. Wysokie ceny, książki ustawione, jak tapety – okładkami do przodu. Często pomieszane. Horror w dziale Sf, Fantasy w dziale Horroru. Tylko parę nazwisk. Nie uświadczymy tutaj niektórych nowości, bo te są dla Empiku zbyt małe, nic nie znaczące.  Może będziemy mieli szczęście i znajdziemy jakąś pozycję z tych „mniejszych” wydawnictw wciśniętą na dolną półkę. Jeden egzemplarz.
Obsługa? Ci ludzie z reguły nie mają pojęcia, o czym do nich mówisz. Dla nich wszystkie książki są takie same. Jak nie ma, to nie ma. Znaczy, że Empik nie uznał danej książki (z reguły nowej, nie wspieranej przez jedno z największych wydawnictw które płacą wręcz, by ich książki były sprzedawane w molochu) za towar dobrze się sprzedający. I tyle.

Pozwolicie, że na chwilę odetchnę i oddam głos Pawłowi Bernackiemu, którego tekst znalazłem w sieci ostatnio:

W PRLu przeżyłem co prawda ledwo trzy lata, ale pewna drobna historia, która przydarzyła mi się ostatnio, przypomniała mi opowieści ojca i dziadków o socjalistycznej przeszłości naszego kraju. Oto rzecz niby zwyczajna – chciałem kupić w prezencie urodzinowym dla nastoletniego kuzyna książkę. Konkretnie najnowszy tom z serii Eragon, którym się zaczytuje. Prosty wydawałoby się wypad do księgarni okazał się jednak poważną eskapadą, podczas której zbiegałem pokaźną część Wrocławia.
Otóż wchodzę do pierwszego salonu z książkami, zerkam na półkę z fantastyką, wynajduję trzy wcześniejsze części serii, ale tej, która mnie interesuje, nie ma. Niezrażony wzruszam ramionami, myśląc, że popularne to, to i dobrze schodzi, po czym ruszam do kolejnej księgarenki. Tam jednak zachodzi analogiczna sytuacja. Wszystkie pozostałe powieści z cyklu są, a tego jednego, najnowszego, nie. Coraz bardziej zafrasowany ruszam do trzeciej handlującej książkami placówki, która do tej pory jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. I co? I tam też pustka. Nie wierząc przerzucam kolejne książki: Eragon jeden, Eragon drugi, Eragon trzeci… a gdzie Eragon czwarty? No gdzie? Z takim właśnie pytaniem podchodzę do sympatycznej pani pilnującej asortymentu, a ta ze smutną miną oznajmia mi, że nie ma. „Jak to nie ma?” pytam „Wyprzedany?”, na co słyszę odpowiedź „Nie, nie – Empik ma to na wyłączność w pierwszych tygodniach sprzedaży”. Mocno już poirytowany pędzę więc do rynku, wchodzę do salonu na dział z książkami i od razu rzuca mi się w oczy wielki stół z wiszącym nad nim napisem „TYLKO W EMPIKU”, a tam nie tylko mój Eragon, ale cały tabun książek, o których głośno było w mediach. No jak w sklepie GeSowskim…
Przecież kiedyś towar też niby był, ale tylko dla wybranych. Wystarczyło mieć chody, układy, sporo dolarów i kupiło się wszystko. Dziś może nie jest aż tak źle, ale sytuację mamy bądź co bądź niepokojącą. Abstrahując już od znacznie zawyżonej ceny za niespełna czterystustronicową książkę, wpadałoby zastanowić nad wolnym rynkiem. No bo gdzie on tutaj? Gdzie swoboda wyboru, skoro interesujący mnie towar mogę kupić tylko w jednej sieci, bo ta wymusiła (tak wymusiła!) to na wydawcy? A jeśli nie chcę kupować w Empku? Bo, dajmy na to, nie lubię albo nie chcę nabijać im kiesy albo najzwyczajniej w świecie wolę zaopatrzyć w osiedlowej księgarni, choćby z tak prozaicznej przyczyny, że lubię jej właściciela. Tymczasem nie mogę, bo jedna duża sieć z drugą zachciały sobie zmonopolizować rynek przez narzucanie kosmicznych marży i nakładanie na wydawców coraz drastyczniejszych obostrzeń. Ceny książek przez to rosną, a dostępność paradoksalnie spada. Do tego tracą wszyscy: czytelnicy, wydawcy, księgarze… Szczęśliwy jest tylko Empik i jemu podobne molochy, które bezczelnie wymuszają na klientach przychodzenie doń. Niby mam wolny wybór, ale jak chcę kupić, to co mnie interesuje muszę iść do Empiku. To jeszcze nie niewolnictwo, ale coraz mniej brakuje.
I cóż – kupiłem tę książkę, bo niestety do urodzin kuzyna, któremu ją obiecałem, jeszcze nie wyjdzie ona na wolność z empikowego więzienia. Nie ukrywam jednak, że zrobiłem to z niemałą irytacją oraz złością, tyleż na samego siebie, co sieć, która takich ruch na mnie wymusiła. Następnym razem zaś uniosę się dumną obojętnością i spokojnie poczekam, aż dana publikacja trafi do normalnych sklepów. Nie będzie mnie Empik na smyczy prowadzał…

Paweł Bernacki

 

Empik przedawkował pieniądze – taka moja diagnoza. Widać to chociażby po ostatnich poczynaniach Sieci, która zaczęła wykupywać mniejsze wydawnictwa (między innymi W.A.B czy Wilga). Już samo to nie nastraja pozytywnie do sieci sklepów, jest to jednak tylko wierzchołek góry lodowej.

Grzegorz Lindenberg w swoim artykule przedstawia całą sytuację:

Empik teoretycznie kupuje od wydawców książki, które od nich bierze. Teoretycznie, bo większość książek kiedyś odda. To niby-kupno oznacza, że wydawcy muszą od tej sprzedaży w ciągu miesiąca odprowadzić podatki – dochodowy, a od maja również VAT. Tymczasem Empik już w umowach daje sobie cztery i pół miesiąca na zapłacenie pieniędzy, na ogół nie płaci przez kolejne dwa-trzy miesiące, a potem część książek zwraca.

Realnie wydawcy dostają od Empiku pieniądze w niewielkiej części tego, co teoretycznie Empik kupił, i to pół roku po tym, jak od całości zakupów zapłacili podatki. Oczywiście, mogą wystąpić do urzędu skarbowego o zwrot VAT i pewnie po kilku miesiącach ten zwrot uzyskają – ale do braku pieniędzy od Empiku w wydatkach wydawnictwa dochodzi 5 procent VAT i kilkanaście procent podatku dochodowego.

W tym czasie Empik, który teoretycznie książki kupił, nie płaci VAT w ogóle, bo zakupy od wydawców zawsze są u niego większe niż sprzedaż książek w salonach. Przetrzymując pieniądze ze sprzedaży książek przez pół roku, otrzymuje od wydawców nieoprocentowany kredyt w wysokości ponad 200 milionów złotych – 10 razy większej niż jego inwestycje, którymi się chwali.

 

Czy można winić Empik za to, jak się zachowuje… pytanie najbardziej trafne, gdyż sieć wykorzystuje tylko sytuację… wydawnictwa na naszym rynku są co najmniej osłabione. Niewielu już ludzi kupuje książki u nich. Bo jak po książki – to do empiku. Szczerze, przypomina to swoistą pętle. Empik przyczynił się do osłabienia wydawnictw, na których teraz żeruje.

– Wydawcy mają coraz większy problem z odzyskaniem pieniędzy za swoje książki z dużych sieci księgarskich – podkreśla Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka bestsellerowej serii „Cukiernia pod Amorem”. – Przez to maleje liczba tytułów pojawiających się w księgarniach, przez to maleją nakłady na marketing, przez to coraz większe problemy mają redakcje pism i serwisów literackich, przez to z kolei cierpią czytelnicy, poszukujący interesującej i naprawdę dobrej lektury. I właśnie czytelnicy są największą nadzieją na ozdrowienie sytuacji. Świadomy klient, niczym świadomy obywatel, ma siłę, jakiej doświadczyli ostatnio najwięksi tyrani świata. Ponieważ wydałam w ciągu ostatniego roku ponad dwa tysiące złotych na książki w salonach sieci, niniejszym oznajmiam, że przestaję robić tam zakupy! W Waszych-naszych rękach, czytelnicy, los autorów, wydawców i książek. Kupujcie świadomie! Kupujcie w niewielkich księgarniach lub – najlepiej – przez Internet, bezpośrednio u wydawcy – nawołuje autorka.

Granice.pl

 

Jako czytelnik, nie chcę monopolizacji rynku, w której jakaś sieć będzie decydować o tym, co się sprzedaje, a co nie. Chcę sam mieć wybór, co kupuję i znaleźć takie książki, jakie lubię. Tymczasem z Empikiem za sterami muszę mieć nadzieję, że dana książka będzie gdzieś, na tej półce, upchana, być może pogięta, w jednym, jedynym egzemplarzu. Być może.
Jako autor, chciałbym, by dano mi szansę na sprzedaż. Tymczasem, jako, że nie mam nazwiska, Empik uzna mnie za niewartego ryzyka.

Nikt nie będzie mi dyktował, w żaden sposób, czego czytać.

Dlatego nie kupuję w Empiku. I dlatego popieram TĘ akcję.Dlatego kupuję w księgarniach i u ulicznych sprzedawców.

 

***

– Mam na imię Michał
– Cześć Michał…!
– Nie kupuję w Empiku już pięć miesięcy. Przerzuciłem się na mniejsze księgarnie, gdzie mam dostęp do interesujących mnie, dobrych książek.
<oklaski>

Widzisz utkwione w sobie spojrzenia. Prowadzący uśmiecha się lekko.
– A Ty? Opowiesz nam…?

Zapraszam do Krakowa na 28 Kulturkampf

 

Dnia 24 listopada 2011 roku w Krakowskiej Kawiarni Naukowej odbędzie się 28 już edycja Kulturkampfu. Tak się jakoś złożyło, że będę tam prezentował na żywo (czytaj – dukał coś nieskładnie do mikrofonu) swoją twórczość w formie opowiadania „Nagroda” opublikowanego też w 33 numerze Grabarza Polskiego.

Może się zdarzyć, że zamiast mnie opowiadanie przeczyta Krzysztof T. Dąbrowski (za co bardzo mu dziękuję). Sprawa taka, że jestem – niestety – chory i nagły atak (dajmy na to) gorączki może mi przeszkodzić.

Fragment, tak – dla apetytu:

Jakub westchnął i schylił się pod blat, sięgając po kartonowe pudła. Czas zwijać interes. Dochodził wieczór. Dziś nic już nie sprzeda. W ogóle dzisiaj prawie nic nie sprzedał.  Rano jakaś mała gówniara podeszła, próbując zamienić swojego lizaka na szklanego słonika.  Potem pojawiła się starsza pani ciągnięta przez wnuka. Przez chwilę tłumaczyła mu, że nie ma pieniędzy, potem, gdy to nie poskutkowało obiecywała paczkę chipsów (musiała przekupywać go w ten sposób bardzo często; dziesięcioletni, na oko, chłopak był gruby jak tucznik), w końcu – z wyraźną niechęcią – sięgnęła po portfel i kupiła gipsowego smoka.   Potem, zdecydowanie, odciągnęła wydzierającego się o jeszcze grubasa. Parę godzin później zjawili się jacyś państwo z małą, siedmioletnią dziewczynką. Ze Słowacji przyjechali. Jakub za młodu mieszkał na Słowacji u ciotki. Dogadali się bez problemu. Państwo byli albo bogaci, albo rozrzutni, a może jedno i drugie. On kupił tanią podróbę katany (po 150 złotych), a ona nic nie warte szklane świecidełka, za które zapłaciła cztery dychy. Dziewczynce kupili – niespodzianka! – smoka. Dużego. Za pięćdziesiąt złotych. Odeszli, szczerząc zęby, jak gdyby właśnie nadeszła gwiazdka.

Później już nie miał szczęścia. Raz myślał, że się obłowi, kiedy przed jego budą zatrzymała się chińska (albo japońska? Kie diabeł. Wszystko jedno) wycieczka. Coś tam zaszczebiotali, poględzili, pośmiali się, dotykając wszystkiego, co tylko mogli (w tym jego samego), zrobili paręset zdjęć, pstrykając swoimi aparacikami i odeszli, pomachawszy mu wesoło na pożegnanie. Pieprzone żółtki.

 

No i program części literackiej:

 

18-19 część literacka PROZA
konkurs na utwór literacki podejmujący motyw kawy i papierosów, tekst
podsyłać na cortazar_6@gazeta.pl, do wygrania kawa i papierosy
18.00-18.10 MARCIN ADAMOWICZ ( GUDRUN I INNE HISTORIE)
18.10-18.20 EWA BAUER ( W nadziei na lepsze jutro)
18.20-18.30 KAMIL CZEPIEL( GROZA W PROZIE)
18.30-18.40 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( ANIMAE VILIS)
18.40-18.50 DAWID KAIN ( ZA 5 REWOLTA)
18.50-19.00 KRYSTIAN KAJEWSKI ( ABCDARIA)
19.0019.10 KATARZYNA NOWAK ( KASIKA MOWKA)
19.10-19.20 MICHAŁ STONAWSKI ( GROZA W PROZIE)

Widzimy się w Krakowie! :)

Zaklęte informacje

Jak to się zwykle dzieje – plany wzięły w łeb. Niestety, w bory nie jadę. Cóż, przynajmniej zostaje jeszcze noc pełna grozy z najbliższymi przyjaciółmi… a to wiele znaczy.
Tymczasem na stronie kwartalnika QFANT , z którym (jak ostatnio informowałem) mam zaszczyt współpracować, pojawiła się moja pierwsza recenzja. Czy zmieniło sie wiele od czasów Enklawy? Moim zdaniem tak. Ale pewne rzeczy pozostały bez zmian… zresztą, oceń sam:

Graham Masterton – ,,Zaklęci”

Są takie miejsca, w których człowiek czuje się niepewnie. Miejsca pobudzające wyobraźnię, rodzące myśli i uczucia, o których nie mieliśmy dotąd pojęcia, a które napawają nas trudnym do zrozumienia strachem. Mogą to być cmentarze, stare bory, czy też ciemne piwnice, pełne pajęczyn i dziwnych odgłosów. Wśród nich jest jeden rodzaj, chyba najbardziej znany, brany pod lupę nie tylko przez zaciekawione nastolatki, ale i naukowców, zawzięcie chcących dowieść, że wszelkie związane z nim podania i legendy nie mogą być prawdą. Z reguły mądrale odchodzą z niczym, mamrocząc coś o halucynacjach. Tymczasem historie o starych, nawiedzonych domach rosną w siłę, tak samo jak dziwny magnetyzm tych miejsc.
Stare domy. Porzucone z nieznanych powodów przez tajemniczych właścicieli, którzy umarli całe lata temu. Martwe i jednocześnie żywe, jak zombie. Szepczące nocą, pełne niedopowiedzianych słów, historii i żalu. Czekające na kogoś, kto przyniesie do ich trupich wnętrz iskrę życia. Skrywające wspomnienia grzechów, które nie dają im usnąć. Czasem zdarza się, że te echa ożywają, by dać upust frustracji…

Brytyjczyk Graham Masterton jest postacią szeroko znaną, zarówno w świecie fanów literatury grozy, jak i złaknionych seksualnej wiedzy kochanków, dla których pisze poradniki. Jego powieści zalewają rynek już od ponad trzydziestu lat, poczynając od wspaniale przyjętego przez czytelników „Manitou”, a kończąc na planach i pomysłach, na których brak pisarz nie może narzekać. Odzwierciedleniem jego legendarnej już płodności pisarskiej jest obszerna bibliografia. Półki księgarń od lat uginają się od bestsellerów, klasyków oraz wznowień jego książek. Tych ostatnich nie zabrakło także i na polskim rynku – niedawno wznowienia doczekała się znana powieść Anglika – „Zaklęci”, emanująca tym samym rodzajem magnetyzmu, co stary dom, który jest tematem książki.

Kiedy dostałem wreszcie w swoje ręce nowe wydanie powieści, byłem pełen pytań. Czytając wcześniejsze dzieła Mastertona, zawsze znajdowałem to samo – potwory, duchy i ciężki smród krwi. Nie ma jednak w tym schemacie wady, pisarz właśnie ten rodzaj horroru wybrał na wizytówkę swojej twórczości. Byłem ciekaw, czy i ta książka zawiera to samo. Tymczasem nieodłączny niepokój (czy przypadkiem „Zaklęci” mnie nie zawiodą?) kazał mi głaskać okładkę, pozostając pełnym wątpliwości. Ponieważ był tylko jeden sposób, by to sprawdzić, zabrałem się za lekturę.

Jack Reed jest zwyczajnym przedsiębiorcą – prowadzi firmę montującą samochodowe tłumiki. Ma żonę i syna. Jego życie nie wyróżnia się niczym pośród szarej przeciętności. Wszystko zmienia się pewnego deszczowego dnia, pod wieczór, kiedy – wracając do domu samochodem – o mało nie przejeżdża czegoś, co wygląda jak wbiegające pod koła dziecko. W ostatniej chwili skręca i wjeżdża w drzewo. Zdenerwowany, wysiada z pojazdu. Szukając przyczyny wypadku, zagłębia się coraz dalej w rozciągający się po obu stronach drogi las. W trakcie tych poszukiwań natrafia na opuszczony, samotny dom w gotyckim stylu. Jego przedsiębiorczy umysł natychmiast zaczyna snuć fantazje o dochodowym klubie rekreacyjnym – „Merrimac Court Country Club” – który mógłby tu powstać. Nie ma pojęcia, że stary dom tak naprawdę nazywa się „Dęby” i był w przeszłości ośrodkiem psychiatrycznym, przeznaczonym dla najniebezpieczniejszych szaleńców.
Mawia się, że najlepszym nauczycielem jest samo życie. Być może dlatego, że nie toleruje niewiedzy, o czym Jack niedługo przekona się na własnej skórze. A razem z nim – cała okolica…

Już na początku Masterton dał pokaz swoich umiejętności. Zaczął, jak radził Alfred Hitchcock, od trzęsienia ziemi. Później zaś, wprowadzając bohatera w zupełnie odizolowany świat „Dębów”, przykuł moją uwagę do końca.
Jedną z cech literatury Grahama Mastertona jest niesamowity klimat, który autor świetnie kreuje w swoich powieściach. Opiera się on na poczuciu zagubienia, zaciekawieniu i atmosferze miejsc, w które prowadzi głównego bohatera. Idąc z Jackiem Reedem przez główny hol „Dębów”, poczułem się przez chwilę zaniepokojony, prawie tak samo jak główny bohater, a po plecach przebiegły mi ciarki. Wręcz widziałem umieszczone na fasadach rzeźby przedstawiające spokojne twarze o zamkniętych oczach, które tylko czekają na to, aż bohater obróci się do nich plecami, by wbić w niego natarczywe spojrzenie.
Ten przykład dowodzi też innej cechy książki, jaką są niezwykle realistyczne, a przy tym krótkie, opisy. Autor przedstawił świat na tyle wyraźnie, że niemalże go widziałem. Czytając, miałem wrażenie, jak gdyby od opisywanych wydarzeń dzieliła mnie naprawdę tylko cienka kartka papieru.
Do tego dołącza wartka akcja, która przyspiesza wprost proporcjonalnie do liczby przeczytanych stron. Tak jakby sam autor rozpędzał się w trakcie pisania, zaczynając od zera, dając czytelnikom czas na zapoznanie się z światem, potem ruszając coraz szybciej, osiągając w końcu stan, w którym nie można go już w żaden sposób zatrzymać. Tak samo nie mogłem zatrzymać się i ja. Po przekroczeniu pewnego progu w powieści, odkryłem, że muszę ją przeczytać do końca, czego skutkiem było zresztą spędzenie nad książką całej nocy.
Te dwie cechy – realistyczne opisy i wartka akcja – sprawiają, że ,,Zaklęci” mają w sobie to, co powinna mieć każda dobra książka – moc wciągnięcia czytelnika w opowiadaną historię.

Kiedyś przeczytałem (chyba w jakimś wywiadzie), że nie jest sztuką wciągnąć czytelnika, lecz go w tym stanie utrzymać.
„Zaklętych” czyta się dobrze. Sama wartka akcja, ciekawe dialogi czy opisy nie wystarczą jednak, by mnie do książki przyciągnąć. Potrzebne jest coś jeszcze. Tym czymś okazała się, w tym przypadku, zwykła, ludzka ciekawość i to ona (a właściwie jej rozbudzenie) jest, moim zdaniem, największym plusem „Zaklętych”. Masterton umieścił w książce zagadkę. Dotyczy ona przeszłości ,,Dębów” oraz tajemniczych, druidzkich praktyk. Poszukiwanie odpowiedzi wraz z Jackiem Reedem dostarczyło mi niezapomnianych emocji, a odkrywanie małych puzzli (niektóre zostały sprytnie ukryte między zdaniami) i łączenie ich w jedną całość – sporo satysfakcji. Nawet wątek główny, czyli walka bohatera o życie syna i ekscytujący wyścig z czasem, nie mogły się z tym równać. Nie jest to jednak błąd, bowiem świetnie ilustruje to kolejną cechę ,,Zaklętych” – każdy znajdzie w nich coś dla siebie, bowiem wśród czytelników na pewno znajdą się tacy, którzy bez niesamowitego tempa akcji się nie obejdą, lub też inni – dla których wyznacznikiem dobrego horroru są tajemnicze zjawiska i dziwne istoty wyłaniające się ze ścian. A wszystko to jest tutaj obecne.

Dalszy ciąg – TUTAJ

Życie – czyli bazgrołów trochę.

W powrotach jest coś magicznego. Kiedy, po długiej podróży, rozpoznaje znajomy detal; odrapany płot, kawałek wiszącego tu od wieków sznurka, czy też specyficzny zapach – wiem, że wróciłem. I cieszy mnie to, nawet, jeśli w sercu pozostaje żal za przygodą.
Pocieszam się tym, że ta się jeszcze nie skończyła, a powrót jest tylko chwilowy – ot, by poczuć woń domu, nie zapomnieć, gdzie moje miejsce.

Będąc w nostalgicznym nastroju zacząłem przeglądać stare teksty. Czasem się śmiałem, czasem tylko patrzyłem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Aż wreszcie dotarłem do tych, które już jako-tako da się czytać. I naszła mnie myśl, że mam taki jeden, którego nie wykorzystam już jako szczebel do drabiny. A przecież nie pisałem go po to, by leżał gdzieś, na dnie szuflady!
Tak więc – ląduje tutaj. Małe opowiadanie, takie o. Krótki tekst nastrojowy.
Niech żyje, w końcu powstało.

***

ŻYCIE


Był ciepły, jasny dzień. Wiosna. Jasnozielone liście dopiero co pojawiły się na drzewach, a ptaki odśpiewywały swoje serenady.
Jan szedł szybkim krokiem jedną z krakowskich uliczek. Co jakiś czas potykał się na bruku, lecz natychmiast prostował się i jeszcze bardziej przyspieszał kroku. Na jego twarzy zagościł serdeczny, niezmącony troskami, uśmiech.
To był jeden z tych dni, kiedy wszystko może się udać. Ciepły, lecz nie gorący, słoneczny, lecz nie za jasny i pachnący świeżością poranka, mimo, że było już południe. A w dodatku sobota, co znaczyło, że ma przed sobą całkowicie wolny dzień także i jutro.
Doprawdy, nie było chyba szczęśliwszego niż on człowieka na tym świecie.

***

Wstając rano, nie przypuszczał, że za niecała godzinę do jego skrzynki wpadnie list z informacją o wygranej w konkursie fotograficznym jednego z czołowych pism na rynku. Zaraz później dostał też dwa maile z propozycjami współpracy z branżowymi pismami.
Kiedy zadzwonił do Ani i przekazał jej tę radosną wiadomość, od razu zaproponowała spotkanie. Najpierw obiad, potem kino, a następnie kolacja i – kto wie? – być może także i śniadanie?
W taki dzień, jak dziś nie miał wątpliwości, że tak będzie.
Szedł teraz na umówione miejsce spotkania, uśmiechnięty, z idealnie ułożonymi, długimi włosami, w co dopiero kupionej skórzanej kurtce, czując na twarzy orzeźwiający, chłodny wiatr.
Zdawało mu się, że przechodnie uśmiechają się do niego uprzejmie, gdy ich mijał. Jeden starszy pan nawet mu się ukłonił!
Sam też się uśmiechał. Idąc przez miasto spotkał już dwóch dobrych znajomych ze studiów, z którymi powymieniał się najnowszymi plotkami. Pogratulowali mu serdecznie, mimo, że nie chwalił się sukcesem. Widocznie Ania zdążyła już rozpuścić swoje plotkarskie wici.

***

Gdy dojrzał rynek starego miasta, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Umówili się z Anią pod ratuszem i-mimo, że do godziny spotkania zostało jeszcze jakieś dziesięć minut – wiedział, że ona już tam jest i czeka na niego. Po prostu uwielbiała przychodzić przed czasem, stać i obserwować ludzi, czekając na tego, z kim się akurat umówiła. Czy to była jej najbliższa przyjaciółka, czy też właśnie sam Jan.
Oczyma wyobraźni widział już jej ciemnobrązowe oczy, rozświetlone iskierkami radości. Chciał już przy niej być, wziąć ją w ramiona, pocałować i powiedzieć, jak bardzo ją kocha.
Pogwizdując wesoło, ruszył przed siebie jeszcze szybciej, prawie biegiem.
W chwili, kiedy wchodził na płytę rynku, zwalił się nagle na kolana. Przez jego twarz przeleciał nagły grymas bólu i niedowierzania.
Sekundę później był już martwy, a z jego nosa ciekła krew.
Mały, niepozorny i niezauważony skrzep krwi przepłynął jego żyłami prosto do mózgu, gdzie zablokował równie niepozorną tętnicę.
Jan nie miał szans. Skonał w przeciągu paru sekund.
Niecałe trzysta metrów od kobiety, którą kochał.

Kraków,
7 Stycznia 2010

Sajans fajans – polemika niekoniecznie profesjonalna

Ranek. Dziś. Przez okno, do pokoju wpadają promienie słońca. Mi nie straszne – mieszkam w kamienicy z grubymi ścianami, słońce świeci, ale piekła mi nie robi… co innego na zewnątrz. Tam panuje skwar, aż na samą myśl pędzę w wyobraźni do wanny pełnej lodowatej wody.
Z przyzwyczajenia odczytuję najświeższe informacje z kraju i ze świata, szybko przewijam parę stron. I wtedy w oczy rzuca mi się ten nagłówek. Jak to było? ,,Sf jest przereklamowane. Jak ludzie mogą to czytać?” – jakoś tak.
Skwar, który miał zostać na zewnątrz mojej enklawy cienia nagle rozkwita wewnątrz mnie. Zdaję sobie sprawę, że to chyba krew we mnie wrze.
Z prawej strony rozlega się plastikowe ,,klik” – to mój palec naciska przycisk myszki. Po pierwszych słowach jestem już pewien – nie mogę tego tak zostawić.

Tekst pochodzi ze strony Makbet.pl, dokładny link do niego tutaj —>

Już sam tytuł (,,Sajans fajans”) pokazuje, jakie autor ma stanowisko do opisywanego przez siebie, ekhm,  ,,problemu”. Autor chce gatunek Sf zdyskredytować, rozszarpać w oczach czytelników, zaprzeczyć jego osiągnięciom i opluć. Za co? Nie mam pojęcia… może ma w tym jakiś cel, a może mu się po prostu nudzi… fakt, że felieton się pojawił i trzeba zareagować. Autor, myślę, pozwoli, że będę to robił na bieżąco.

Ja wiem, że zaraz odezwą się miłośnicy Stanisława Lema, Philipa K. Dicka i innych specjalistów od Światów Dysku i temu podobnych spraw. Wiem o tym i się nie lękam, a nie lękam się, ponieważ już dawno skończyłem z wszelkimi nałogami – z odurzaniem się nikotyną, alkoholem i kiepską literaturą.

Pierwszym, co zauważyłem była niska jakość literacka zamieszczonego artykułu. Nie wiem, ile autor czytał i co, a także kiedy zaczął pisać swoje felietony, ale pisać ,,temu podobnych spraw” zamiast ,,tym podobnych”… cóż, to mówi samo za siebie chyba.
Pierwsze zdania miały mieć chyba charakter prześmiewczy, tak przypuszczam, ale, albo mam słabe poczucie humoru, albo też bardziej zdyskredytowały autora, obnażając jego niekompetencję (mam nadzieję, że to tylko tak ,,wyszło” w tekście).
Autor przyrównuje Sf do ,,kiepskiej literatury” i nałogu. O ile z drugim mogę się zgodzić, to do pierwszego mam pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim, jakim prawem autor kwestionuje dorobek setek pisarzy z całego świata, w wielu przypadkach inteligentnych i uczonych osób, jak Arthur C.Clark na ten przykład?
Rozumiem, że jest to hipoteza. Ciekawy jestem, jak autor ją udowodni.

Jeśli ktoś chciałby wyznaczyć funkcje rozmaitym gatunkom literackim, powiedzieć po prostu, po co one są, pomijając prosty aspekt przyjemności z czytania(…)

Wszystko fajnie, ale dlaczego mamy pomijać aspekt przyjemności z czytania? Więc atakujemy, ale dopiero po odrzuceniu istotnych i wspaniałych cech? W porządku, też tak mogę.
Jak by to miało być? Może tak; ,,koty są, oczywiście pomijając tą wspaniałą sierść i niepowtarzalny charakter, zwierzętami nad wyraz brzydkimi i wrednymi… ”

– który tak naprawdę wcale prosty nie jest, bo ludzie czerpią przyjemność z tak dziwacznych rzeczy, że strach – jeśliby ktoś spróbował to zrobić, wyszłoby mu, że literatura SF to taka emocjonalna wódka albo metafora. I koniec.

Zaraz, zaraz… że co?
Po pierwsze, strach, szanowny autorze dziwną rzeczą nie jest, jeśli już się chcemy czepiać. Strach jest rzeczą naturalną, mało jest chyba rzeczy mniej dziwnych.
Po drugie – nie za bardzo rozumiem, literatura Sf to emocjonalna wódka, albo metafora? Do czego piejesz, że się tak wyrażę?

Nie mówcie mi tylko, że jakiś współczesny pisarz przewiduje w swych dziełach, co się stanie na Ziemi za 100 lat, bo takie głodne kawałki są już nie dla mnie.

Autorze drogi, nikt nic nie przewiduje! Pisarze to nie wróżki! I bynajmniej nie piszą swoich książek jako objawienia, naprawdę.
Natomiast fakty są takie (dyskutujesz z faktami, autorze?), że niektóre przewidywania zawarte w książkach Sf faktycznie okazały się później prawdą.
Kwestionując to, kwestionujesz dorobek literacki Verne’a czy też przewidywania Clarke’a odnośnie takich rzeczy, jak np. orbita geostacjonarna. Odnoszę wrażenie, że nie poznałeś prozy tych pisarzy, a szkoda, bo wtedy takie dyrdymały nigdy by spod Twojego pióra nie wyszły.

Odurzający charakter tej literatury bierze się z jej schematyczności.

Ok, więc literatura Sf jest odurzająca i schematyczna. I co ciekawe, ta schematyczność wpływa na ludzi odurzająco!
Jestem zbyt odurzony tym stwierdzeniem, by to skomentować.

Mamy ciągle tych samych bohaterów, którzy robią te same rzeczy. Ratują świat albo ukochaną kobietę z rąk wstrętnego robota lub rozwiązują piekielnie trudne zagadki z dużą liczbą niewiadomych. To jest właśnie w tym wszystkim najnudniejsze i najgorsze, ale dla ludzi, którzy lubią sobie strzelić coś głębszego, nie ma większej przyjemności.

Przytoczyłeś we wstępie Philipa K. Dicka i Stanisława Lema. Nie czytałem, przyznaję się, wszystkich tekstów obu autorów, ale jednak swoje przeczytałem. I nie mogę sobie przypomnieć, aby bohaterowie ich książek robili ciągle to samo, ba, nawet nie umiem wskazać ciągle tych samych bohaterów. A w porównaniu z resztą literatury Science fiction, już w ogóle się gubię.
Jeśli zaś chodzi o strzelanie sobie głębszego, to czasami lubię, na przykład z przyjaciółmi. Może nie jest to bardzo głębokie, ale jednak. Wracając do książek (bo zbyt się w trunki zagłębiamy), rozumiem, że Twoim, autorze, zdaniem literatura Sf jest płaska i bez polotu. Radzę jeszcze raz przeczytać coś z przytoczonego przez Ciebie Lema (wszak, rozumiem, że, skoro piszesz i krytykujesz, to temat poznałeś?). Potem znów zastanów się nad tą płytkością literatury fantastycznonaukowej.

Gromadzą więc na półkach całe rzędy książek w miękkich okładkach, na których namalowane są cycaste wojowniczki obdarzone udami zapaśników lub olbrzymie jednostki latające, które mkną od jednej mgławicy do drugiej.

Zwątpiłem.
Autorze Ty mój drogi, widziałeś może kiedykolwiek książkę Sf na oczy? Oczywiście, cycatych wojowniczek u nas ci nie brak, a i pojazdy się znajdą, miękkie okładki zaś, na przemian  z twardymi, stoją sobie na półkach, a jednak mam dziwne wrażenie, że coś pominąłeś. Jakieś parę tysięcy/milionów innych książek, na ten przykład.

Literatura SF była kiedyś obszarem, który interesował jedynie młodych ludzi, w dodatku interesował w sposób szczególny.

Kiedy? Chętnie bym poznał datę tego dziwnego zjawiska, choć oczywiście pojęcie młodości jest przecież względne, skoro nazywasz wszystkich ludzi interesujących się, w tych zamierzchłych czasach, fantastyką – młodymi, to bardzo miło z Twojej strony.

Oto im kto miał więcej pryszczy na gębie, im mocniej wstydził się pogadać z Jolką, która już w ósmej klasie nosiła miniówy i chodziła na zabawy, tym większy był z niego miłośnik prozy fantastyczno-naukowej.

 

Sam bym wolał książki, niż rozmowy z Jolką z ,,ósmej be”, która lubi nosić miniówy, nanosić na twarz centymetry środków tapetopodobnych i bawić się w doktora z każdym napotkanym chętnym.

Z czasem frustracje te rosły, ale także powszedniały i człowiek się do nich przyzwyczajał.

To rosły, czy powszedniały, bo już sam nie wiem…?

Nie minęły nigdy, ale życie potoczyło się jakoś i dziś miłośnik prozy SF dobiega czterdziechy i ma kochającą żonę oraz dwójkę dzieci. Z literatury SF nie wyleczył się jednak  i z czasem, jak dojrzewał, jak stawał się mądry, jak robił doktorat i przymierzał się do habilitacji, nadawał jej różne inne znaczenia niż to jedno pierwotne, które go przy niej trzymało na początku.

I patrz, dalej czyta. Mądry, z doktoratem, żoną i dziećmi. Nie przyszło Ci, autorze, do głowy, że taki dobiegający czterdziechy człowiek po prostu to lubi? Że sprawia mu to radość, skłania do przemyśleń a jednocześnie odpręża?
Pytanie retoryczne. Nie przyszło. Gdyby tak się stało, nie byłoby tego felietonu.

Najważniejszym zaś znaczeniem, które nasz miłośnik nadał swojej ukochanej niszy literackiej jest to, że tłumaczy ona świat za pomocą metafor.

Za wikipedią – ,,Metafora (gr. μεταφορά), inaczej przenośnia – językowy środek stylistyczny, w którym obce znaczeniowo wyrazy są ze sobą składniowo zestawione, tworząc związek frazeologiczny o innym znaczeniu niż dosłowny sens wyrazów np. „od ust sobie odejmę”, lub „podzielę się z wami wiadomością”.”

Zaraz, zaraz, więc statek kosmiczny będzie metaforą…?

I ja się właściwie z tym zgadzam, choć jak już kiedyś nadmieniałem, jestem zwolennikiem dosłowności, bo jak ktoś kochani – z przeproszeniem – pierdzi, to po prostu pierdzi, a nie puszcza wiatry.

Tak, niech żyje dosłowność.

Zgadzam się z tym, że otaczający nas świat musi być opowiadany za pomocą metafor, bo są takie sytuacje i zjawiska, których inaczej się po prostu opisać nie da. Są, wierzcie mi.

Ależ wierzę, wierzę.
Choć dalej teza, jakoby Sf była metaforą, jakoś mi nie leży. Bo oczywiście, można znaleźć odwołania do rzeczywistości (m więcej, tym lepiej, szczerze mówiąc… z zachowaniem rozsądku, oczywiście), ba, mogą być i wspomniane metafory, ale nie o to w tym przecież chodzi…
Literatura Sf ma, przede wszystkim, rozbudzać wyobraźnie. Uczulać na świat i wyzwalać myśli. I służyć za (inteligentną) rozrywkę, oczywiście!

Nie zdarzają się one jednak często i nie są to sytuacje ani zjawiska typowe. One nawet nie są nietypowe. One są po prostu zjawiskowe i tak zaskakujące, że człowiek mimo wysiłków nie może na ich widok zewrzeć szczęk, nawet pomagając sobie ręką. I wtedy właśnie przydaje się metafora. Ona przydaje się także ludziom o nieco cieńszej niż moja skórze, którzy nie chcą artykułować pewnych treści wprost, bo ich paraliżuje od środka. Są tacy ludzie – wrażliwi, delikatni, lekko przeczuleni i im także przydają się metafory.

Ileż tu barwnych metafor, w tym tekście, ileż porównań!
Ale o co chodzi… cóż, wyższa szkoła jazdy.

Nie wiem jednak, czy do tej kategorii zaliczyć można wszystkich pisarzy SF i ich czytelników. Nie jest bowiem literatura fantastyczna jedynie obszarem, na którym rozstrzygają się skomplikowane losy młodzieńców walczących ze smokami i naukowców pokonujących złośliwe stwory z planety Spectra.

Młodzieńcy walczący ze smokami…? Mówimy ciągle o literaturze SF, prawda? W tym przypadku były by to już chyba technosmoki…
Ale cieszę się, że dostrzegłeś, że jednak jest tu coś więcej. To rokuje nadzieje.

Ona dotyka także spraw głębszych i ważniejszych dla naszego życia codziennego – spraw politycznych i społecznych po prostu.

O, bogowie!
Nie są to tylko sprawy naszego życia codziennego, co prawda (aczkolwiek też, wystarczy przeczytać Orwella, albo Zajdla), ale tak, dotyka spraw głębszych.

Nie chodzi mi tutaj o jakieś wizje społeczeństw przyszłości, o jakieś przepowiednie totalitarne, o jakieś proroctwa nieszczęść straszliwych. Chodzi mi o coś zgoła innego. O to mianowicie, że od zawsze właściwie słyszałem, jakoby literatura SF, polska literatura, wypełniała misję polityczną za komuny. Tłumaczyła bowiem ona młodym ludziom to, co nie mogło być przekazane w inny sposób. Nie mogło być ponieważ panował zamordyzm, ZOMO, partia przewodnia i Albin Siwak. Jednak dzięki istnieniu nurtu w literaturze zwanego SF młodzi ludzie, fascynując się treścią i wizjami tam zawartymi odkrywali, poprzez metaforę właśnie, prawdę o świecie ich otaczającym.

Dokładnie tak. Cenzura przymykała oko na fantastykę jako taką, a pewne treści mogły być rozpowszechniane. Naprawdę, jestem pod wrażeniem.

Nic podobnego, kochani. Niczego nie odkrywali.

No i się skończyło…

Żeby odkryć, że właśnie o to chodzi, musieli przeczytać stosowną recenzję zamieszczoną w ponurym jak murzyńskie więzienie miesięczniku „Fantastyka”. Dopiero wtedy odkrywali. Takie zaś odkrycia są nic nie warte i nadają się na wkładki do butów.

Nawet takie są warte wiele.
Ale nie rozumiem, dlaczego poniżasz czytelników fantastyki. Oczywiście, niektórzy nie dostrzegali drugiego dna, a jednak wielu się znalazło takich, co wiedzieli o czym autor także napisał.
Jestem ciekawy, czy Twoje sformułowanie dotyczące miesięcznika ,,fantastyka” można nazwać obraźliwym. Jestem zdania, że tak. Radziłbym nie popełniać tego typu błędów. No, chyba, że masz dobrego prawnika.
W skrócie, w paru zdaniach obraziłeś czytelników, książki i miesięcznik.
Czekam na argumenty.

Przyjmijmy jednak, że się mylę i czepiam, że to nie tak, że prawda jest po stronie pisarzy SF, którzy muszą swe wizje przelewać na papier, bo inaczej ciśnienie w czaszeczce rozwali im łeb, a jak nie to, to przyjedzie jakiś Siwak z zomowcami i spuści im łomot i oni muszą to wszystko zapisać, zanim rozlegnie się stukanie do drzwi. Przyjmijmy, że tak jest.

Ciśnienie rozwalające łeb? Ależ, autorze, toż to fantazja jest.
Ja z kolei muszę przyjąć, że niski poziom literacki tego tekstu jest wynikiem targających Tobą emocji. Przyjmuję.

Wtedy, pomijam tych, którzy uprawiają prozę wizyjną, literatura ta powinna zaniknąć wraz z Siwakiem. No bo skoro nie ma zagrożeń, wszystko jest wyjaśnione, a na straży naszego bezpieczeństwa stoją właściwie przeszkoleni policjanci, skoro prawda, dobro i piękno zwyciężyły i tylko gdzieniegdzie prawicowy kapitalista wyzyskuje lewicowych działaczy lub na odwrót – lewicowe bojówki zagrażają wolności słowa, skoro tak jest, to po co nam tam proza?

By czytać.
A także pobudzać wyobraźnie, poszerzać horyzonty… hm, chyba już o tym mówiłem. Idźmy dalej, bo robi się późno, a ja chcę jeszcze zniszczyć sobie psychikę Orwellem.

Już nic nie trzeba wyjaśniać za pomocą metafor! Wszystko jasne.

Ależ właśnie, że nie. Bo ja dalej nie doczekałem się na argumenty. Chyba przyda mi się więc metafora do tego tekstu, prawda?

Oczywiście świat nie jest idealny, ale można przecież o tym powiedzieć wprost – bez metafor rodem z innej planety. Nie można! Naprawdę?! No, kurcze, dlaczego?!

Proszę, specjalnie dla Ciebie – Świat nie jest idealny.
Przyczepiłeś, się, autorze, do tych metafor i poza nimi świata nie widzisz. Literatura Sf ma za zadanie, prócz oczywistego (przynajmniej dla mnie) bawienia, także zachęcać do myślenia, nauczyć czegoś, poszerzyć horyzonty… (kropki celowe)
Widzę, że masz jakiś uraz do Sf. Tylko nie mogę zrozumieć, cóż Ci ta nieszczęsna literatura uczyniła?

Nie można, bo wtedy wydawnictwa żyjące z SF musiałby zostać zamknięte. Bohaterscy i walczący ze złem, a także tłumaczący młodym naszą złożoną rzeczywistość pisarze musieliby wziąć się za jakąś uczciwą robotę.

Oczywiście, bo kreacja jakiegoś świata, poprawki, ślęczenie nad tekstami parę(naście) godzin i poświęcanie na pasję praktycznie prawie całego życia, w zamian dostając jakieś grosze to jest robota nieuczciwa, ma się rozumieć.

Nie można, bo mówienie wprost, które jest oczywiście możliwe, wymaga dwóch rzeczy – odwagi i talentu.

A pisanie nie wymaga talentu, toć wszyscy o tym wiedzą, prawda? Odwagi w tym tez nie ma ani za grosz, by zaprezentować coś, co siedzi gdzieś głęboko, część siebie, opinii publicznej.
Powiem wprost, autorze – chcę argumentów. I felietonu napisanego poprawnie, skoro wystawiasz go w serwisie.

Nie ma bowiem trudniejszej rzeczy niż opisanie tego, co akurat mamy przed oczami. Bez metafor. Po prostu.

,,Mam przed oczami tekst. Jego autor wykazuje szczątkową wiedzę na temat, na który usiłuje się wypowiedzieć… ”  – to wcale nie jest takie trudne…
Jeszcze raz – Sf, ogólnie fantastyka, zajmuje się tym, co nazywamy wyobraźnią. Stymuluje ją, a jednocześnie to, co tam jest napisane także z wyobraźni pochodzi. To, jak sama nazwa wskazuje, fantazja. Rzecz nierzeczywista, może być oparta na naszym świecie, pokazywać jakieś jego mechanizmy, zostanie jednak fantazją. Ludzie naprawdę lubią to czytać, a niektórzy nawet pisać.
I tak, Sf jest mówiona wprost. Fikcja trafia wprost do czytających.

Pisarze SF wiedzą o tym doskonale i nigdy się tego nie podejmą, bo wspomnienie pryszczy na gębie i Jolki w miniówie paraliżuje ich od środka.

Masz rację, Jolka w miniówie to rzecz wyjątkowo paraliżująca jest.

Jest jeszcze sprawa Siwaka. On nadal żyje. Nie słyszeliście? Żyje i ma się dobrze, tylko w telewizji pokazują go rzadziej i w przebraniu. Ale o tym także można mówić wprost. Odwagi przyjaciele. Można mówić wprost.

To i powiem – nie doczekałem się na sensowne argumenty, czytałem tekst napisany w sposób niezbyt piśmienniczy i w dodatku przez autora z urazem do Sf. I ciągle nie rozumiem, jak jakikolwiek gatunek literacki może powodować urazy. Tak samo, jak nie rozumiem nienawiści do autorów, czytelników i całego fandomu, obrażania ludzi, którzy zajmują się swoją pasją i szanujących się pism (masz prawnika, prawda?).

Aha, no i przyznaję się – bardzo lubię prozę zarówno Stanisława Lema, Philipa K. Dicka, jak i innych pisarzy Sf, którzy są dla mnie wzorami do naśladowania , zarówno w pisaniu, jak i w zdobywaniu mądrości.

A dla Ciebie, autorze, mam radę – nie czytaj i nie interesuj się fantastyką. Żyj i daj żyć innym.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén