Tag: recenzja

Co jest nie tak z „Nowym początkiem”?

„Arcydzieło!” – usłyszałem i poszedłem do kina. Film SF ostatniej dekady? Arcydzieło „twardej” fantastyki naukowej? Niesamowity film o pierwszym kontakcie z obcymi? – Takie opinie zalewały mnie od wielu dni i było kwestią czasu, aż w końcu wyląduję w kinie. A że okoliczności były sprzyjające, zrobiłem to jak najszybciej. I… nie wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany. 

Nie zrozumcie mnie źle, „Arrival” to nie jest zły film. Ba – mogę śmiało powiedzieć, że jest filmem dobrym. Gra tu niemal wszystko, co grać powinno. Ale są też i minusy, które każą mi powiedzieć jasno: według mnie w tym dziesięcioleciu – ba, w ostatnich paru latach – było parę dużo, dużo lepszych filmów science fiction. Ale o czym ja konkretnie mówię? Cóż, wypunktujmy sobie. Ale póki co:

UWAGA SPOILERY

Zacznijmy od tego, co jest dobre w „Arrival” – bo krzywdzącym dla filmu byłoby tego nie wymienić.

  • Kameralność. 

Film ma taki pomysł: zero rozwalania Nowego Jorku, zero bomb atomowych, czy pokazywania zniszczenia Białego Domu. Miła niespodzianka – tym razem kosmici nie niszczą USA, a po prostu sobie wiszą. I nie tylko nad stolicą popkultury. Twórcy nie zapomnieli, że prócz Ameryki jest też świat. Więc tajemnicze statki wyglądem przypominającym kamienie używane do masażu wiszą sobie na całym świecie w – wydawałoby się – losowych miejscach. Co jest wielkim plusem – akcja filmu rozgrywa się w zasadzie w paru pomieszczeniach. Głównie jest to wojskowa baza i statek obcych. I tyle. Czasem mamy przebłyski ze świata… ale to tyle. Baza, bohaterowie, jak i cały film są odcięci od świata i skupieni na obcych.

  • Powolna akcja

Jedno wynika z drugiego. Akcja tego filmu rozgrywa się powoli, nieśpiesznie. Widz oswaja się z obcymi tak, jak oswajają się z nimi bohaterowie. Więcej – ma czas na zastanowienie się nad zagadkami języka obcych. Nie ma szybkiej akcji, nie ma wielu jej zwrotów. Nie ma strzelanin i wybuchów.

  • „Science” w fiction

No i wreszcie to, co jest najważniejsze – chyba pierwszy raz widzę film tak bardzo skupiający się na prostej prawdzie, że spotkać się z obcymi to jedno. Ale zrozumieć – coś zupełnie innego. Nasze Heptapody to rozwinięte połączenie kałamarnicy z… hmm… no właśnie, czym? „Rączką” z rodziny Adamsów? Sam ich projekt nie jest taki głupi – po pierwsze bazuje na sporym prawdopodobieństwie, że inne białkowe życie wcale nie będzie myślało podobnie jak my. Mówiło podobnie jak my. Rozumiało podobnie jak my. Po drugie okazuje się, że niektóre ośmiornice czy kałamarnice (nie pamiętam dokładnie) są w istocie bardzo inteligentne. Ba – używają narzędzi i w jakiś sposób się ze sobą porozumiewają czymś, co w dużym uproszczeniu można uznać za język. Mają tylko jeden problem – nie uczą się od siebie. Stąd każdy osobnik startuje od zera i nie zachodzi w ich gatunku ewolucja. W „Arrival”mamy do czynienia z czymś, co ewoluowało, ale ich pojęcia i sposób wyrażania się bardzo różnią się od naszego – choćby tym, że ich język i mowa nie są ze sobą zbieżne. Dlatego zagadka jak przejść od prostego powiedzenia „część” do „dlaczego tu jesteście” jest tak pasjonująca.

111

Co poszło nie tak?

  • Nieskomplikowana fabuła

Jak na złość kameralność i powolna akcja sprawiają, że czegoś mi w tym „arcydziele” brakowało. Miałem wrażenie, że oglądam rozciągniętą do prawie dwóch godzin krótką formę. I znów – nie zrozumcie mnie źle. Nic z filmu bym nie wykasował, ale brak pewnych zwrotów akcji, czy w pewnym momencie nawet napięcia sprawił, że czułem się jakbym… hm, sprowadźmy to do książki: wyobraźcie sobie, że kupujecie książkę opartą na TYLKO jednym pomyśle i jednostajnym tempie akcji. Pomysł jest super, ale znacznie lepiej sprawdziłby się w opowiadaniu. Tutaj sytuacja jest podobna – po wyjściu z kina wiedziałem, że sam pomysł mi się podoba. Ale miałem też wrażenie, jakby przez większość filmu nie za wiele się działo. Niewątpliwie minus ten wynika z wymienionych wyżej plusów, ale wiem też, że prawdziwi wirtuozi kina potrafią zrobić film, który trzyma w napięciu a jednocześnie może być spokojny i kameralny. Wystarczy wspomnieć o „Moon” z 2009 roku, albo niedawnym „400 days” z 2015. I chociaż wspomniane filmy mają mniejszy rozmach i swoje wady, to tą jedną rzecz pokazały – w mojej opinii – lepiej.

  • Przewidywalne zakończenie 

No i to mnie chyba najbardziej ubodło. Już po połowie filmu wiedziałem – nie dociekałem a wiedziałem – jakie będzie zakończenie. Nie, nie czytałem wcześniej pierwowzoru. Nieskomplikowana fabuła i dosyć wyraźne początkowe aluzje w formie „retrospekcji” czy może bardziej „wizji” głównej bohaterki dawały zbyt mocne wskazówki co do tego, jak film się zakończy. I kiedy wreszcie się to stało, nie byłem zachwycony. Nie pomaga też dosyć SUGESTYWNE tłumaczenie „Arrival” jako „Nowy początek”. Naprawdę, drodzy tłumacze? Przecież to w zasadzie zdradza całą intrygę!

Mógłbym się jeszcze przyczepić do samego pomysłu na zakończenie. No bo jak to – przylatują kosmici, by obdarzyć ludzkość swoim językiem, który sprawia, że widzi się przyszłość, ponieważ chcą pomocy ludzkości za 3000 lat? Cóż, mnie się to wydało trochę naciągane. Ale dobrze – mogę to zaakceptować. Czemu nie. Niech będzie. Gdyby nie było to tak oczywiste i podawane widzowi niemal co drugą scenę od początku filmu!

Czy więc „Arrival” to film dekady? Arcydzieło SF? Nie, ani trochę. Większe wrażenie wzbudził we mnie „Interstellar”. Niemniej warto się z tym filmem zaznajomić. Ostatecznie – to kawałek naprawdę dobrego kina SF. 

Zresztą – przypatrzmy się hitom gatunku z ostatnich 10 lat, które warto przypomnieć a które – przynajmniej według mnie – były o wiele lepszymi filmami SF. A przynajmniej takimi, które warto polecić – nie wszystkie można porównywać.

  • Incepcja
  • Interstellar
  • Deja Vu
  • Marsjanin
  • Wyścig z czasem
  • Mr. Nobody
  • Ona
  • Niepamięć
  • Chappie
  • Trascendencja
  • Geneza planety małp
  • (nie no, jaja sobie robię – nie mogłem się powstrzymać, wybaczcie)
  • Moon
  • Władcy umysłów
  • Pandorum
  • Cloverfield Lane 10
  • Repo Men
  • Sunshine
  • Europa Report
  • O dziewczynie skaczącej przez czas

Odrodzenie Ziemi na Efantastyce

 

 

 

Kiedy czwarty tom sagi trafił w moje ręce, nie mogłem powstrzymać uśmiechu satysfakcji. Być może było to po części wynikiem nastrojowej okładki, jednak Orson Scott Card publikuje na tyle długo, by każdy czytelnik już przed otwarciem książki wiedział, na co może liczyć. Nie byłem wyjątkiem, choć – jak zawsze – tliła się we mnie obawa przed spadkiem formy jednego z bardziej znanych współczesnych pisarzy science-fiction. Jedynym sposobem, by ją uspokoić było, rzecz jasna, rozpoczęcie czytania. Tak też zrobiłem.

Zaraz po odkryciu statku, który ma umożliwić mieszkańcom Harmonii powrót na legendarną już Ziemię, rozpoczynają się wielkie przygotowania do startu. Na czas podróży, zarówno dorośli członkowie wyprawy, jak i ich dzieci, mają zapaść w sen pozwalający im przeżyć wieloletnią wędrówkę przez przestrzeń międzygwiezdną. Jedyną osobą, która pozostanie świadoma, jest dzierżący powłokę gwiezdnego sternika Nafai. Cały plan mógłby powieść się bez zbędnych komplikacji, jednak Naddusza, program w pełni skopiowany do centralnego komputera statku, zdaje się mieć inne plany. Jeszcze przed startem załoga „Basiliki” dzieli się na dwa obozy. Obie strony konfliktu o przywództwo planują wybudzić się ze snu w czasie lotu, czyniąc z dzieci pionki w rozgrywce o panowanie nad odzyskaną kolebką ludzkiej cywilizacji.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, kłaniam się i serdecznie zapraszam TUTAJ.

Się nazbierało…

 

Istotnie. Przez sesję poprawkową, pisanie i inne ciekawe rzeczy, człowiek nie ma czasem czasu, by wszystko pozbierać do kupy. Dlatego dziś trochę informacji z frontu (choć to jeszcze nie wszystkie, ale będę dawkował). Jednocześnie niedługo ogłoszenie wyników konkursu. Wszystkich, którzy się zgłosili proszę o częste sprawdzanie bloga. Nie znacie dnia, ani godziny, jak to mówią.

 

Ale,ale, do rzeczy. Pojawił się nowy film zachęcający do udziału w Horyzontach Wyobraźni. Tym razem do kamery zgodzili się przemówić Kazimierz Kyrcz Jr. i Dawid Kain.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aNrK-A5RVIs&feature=player_embedded[/youtube]
Na portalu Qfant pojawiły się także dwie moje recenzje, urywki prezentuję tutaj:
Zapraszam.

 

Kraków nie jest zwyczajnym miastem. Potrafi przytłoczyć ciężarem setek lat historii. Popękany tynk kamienic, wykrzywione w grymasie gargulce, misternie rzeźbione poręcze i drewniane wykończenia. W starych kamienicach, w samym tętniącym głucho sercu miasta słychać jeszcze cichsze od szeptu odgłosy dawnych biesiad, odbijające się od grubych murów. Po pustych korytarzach krążą nieznające spokoju duchy przeszłości, skarżąc się na swój los. Czekają, aż usłyszy je odpowiednia osoba…

Kiedy dostałem do swoich rąk nową książkę Joanny D. Bujak „Spadek”, byłem sceptyczny, acz zaciekawiony. Autorka nie jest jeszcze zbyt znana w środowisku; debiutowała w 2009 roku dobrze przyjętą powieścią „Lista”. Dopiero dwa lata później ukazała się druga pozycja pani Bujak, wydana dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Istnieje dobrze znane porzekadło, by nie oceniać książki po okładce. Mimo to, muszę zacząć właśnie od niej. Rzadko dziś bowiem zdarza się, by ta zrobiona była tak subtelnie i klimatycznie, aczkolwiek nie narzucając się przy tym czytelnikowi. Przyznam się szczerze, że stanowiła nie dość, że miłą odmianę, to jeszcze delikatną, acz stanowczą zachętę do otworzenia liczącej ponad 450 stron książki, co też niezwłocznie uczyniłem.

Główna bohaterka powieści, młoda lekarka z Gdańska – Małgorzata, zwana przez przyjaciół Megi, dostaje w swoje ręce list z wiadomością o spadku po mało znanej sobie ciotce z Krakowa. Szybko okazuje się, że spadkiem tym jest kamienica położona w samym sercu miasta, niedaleko Rynku. Oczywiście, jest też haczyk – świeżo upieczonej właścicielce nie wolno sprzedać budynku ani wynająć górnych mieszkań. Nie potrzeba wiele czasu, by Małgorzata porzuciła swoich przyjaciół, bliski kontakt z rodziną i całe dotychczasowe życie w Gdańsku, by przenieść się do świeżo wyremontowanej – dzięki pieniądzom ze sprzedaży mieszkania – kamienicy. Jeszcze nie podejrzewa jednak, jak bardzo wpłynie to na dalsze jej życie.

PEŁNA RECENZJA

 

Każdy z nas żyje w przeświadczeniu, że świat, w którym przyszło nam egzystować, oparty jest na pewnych zasadach, których nie złamie żadna siła. Takie myślenie daje nam poczucie bezpieczeństwa, zdolność istnienia w dokładnie poznanym świecie bez tajemnic.
Jednak czasem może się okazać, że nic nie wygląda tak, jak powinno i dzieją się rzeczy, które – wedle zasad – dziać się nie powinny. Dzieje się to wtedy, kiedy przenikać się zaczynają dwa światy – prawdy i fikcji…

Kiedy w moje ręce wpadła nowa książka Marcina Wolskiego „Doktor Styks” wydana dzięki Zysk i S-ka Wydawnictwo, prawie natychmiast, nie dochodząc jeszcze do domu, otworzyłem ją, zagłębiając się w lekturę.
Często zdarza się, że przed przeczytaniem książki mam obawy, czy autor mnie nie zawiedzie. Zwłaszcza, jeśli tyczy się to autorów młodych stażem, a najbardziej – zachodnich. Marcin Wolski autorem młodym ani zagranicznym bynajmniej nie jest. Na swoim koncie ma ponad dwadzieścia powieści, dziesiątki opowiadań oraz wiele odznaczeń i wyróżnień, z których najważniejsze to trzykrotna nominacja do nagrody im. Janusza A. Zajdla, Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, czy Order Odrodzenia Polski. Moje obawy zniknęły więc bez śladu, zwłaszcza, że z utworami Wolskiego mam do czynienia prawie od kołyski. Pozostało tylko zaciekawienie. Niezwłocznie zabrałem się do lektury.

Nie mija wiele czasu, od kiedy Gwidon Michałowicz – młody twórca i radiowiec – dowiaduje się o samobójczej śmierci swojego mentora, a już zostaje poproszony o kontynuowanie jego dzieła: popularnego słuchowiska o komisarzu Radwanie. Szybko wprowadza się do opuszczonego mieszkania mistrza i zabiera do pracy, usiłując ze wspomnień radiowych aktorów zbudować nowe odcinki programu. Wtedy właśnie poznaje Agnieszkę, klucz do tajemnicy większej, niż niczym nieuzasadnione samobójstwo dawnego nauczyciela.

PEŁNA RECENZJA

(Książka już niedługo ukaże się w księgarniach)

 

A jeśli już przy Qfancie jesteśmy, chciałbym serdecznie zaprosić do przeglądnięcia jego wersji WWW, którą – razem z Jarkiem Makowieckim – otwieramy wstępniakiem.
Link w okładce.

 

***

 

Przy okazji chciałbym zaprosić Was do Krakowa, gdzie 22 września br. w klubie Imbir przy ulicy Św. Tomasza o godzinie 18:00 rozpocznie się Kulturkampf, część literacka pod tytułem GROZA W PROZIE, PROZA W GROZIE. Wystąpią m.in. Kazimierz Kyrcz Jr. , Dawid Kain, Łukasz Orbitowski i Krzysztof Dąbrowski.

 

***

Zapraszam także na Chrzanowskie Dni Fantastyki, gdzie razem z Frankiem Zglińskim poprowadzimy pogadankę o horrorze. A co dokładnie…?
A to:

– Czy rzeczywistość jest straszniejsza od horroru? 

Panel dyskusyjny z udziałem Dawida Kaina, Kazimierza Kyrcza  Jr, Łukasza Radeckiego i Jarosława Urbaniuka.
prowadzący:  Michał Stonawski i Franciszek Zgliński (Qfant)   

 

Przybywajcie!

***

Kończąc, chciałbym podzielić się nowiną. Dziś przekroczona została magiczna granica 30 tyś. wizyt na tym blogu. Dziękuję za odwiedziny, jednocześnie kłaniając się wszystkim aktywnym.
Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z funkcjonowania tego mojego zakątka i miło spędzacie tu czas.

 

Konkurs ,,Lata 80″ – Ogłaszam

 

Już od dawna trąbie tu i ówdzie, że zbliża się coś wielkiego, tu, na moim blogu. No i stało się – wybywam na tydzień. Nie, nie. Nie o to chodzi. Jest to tylko przyczyną, z powodu której postanowiłem, że musicie mieć jakieś zajęcie.
Bardzo mi miło otworzyć mój własny, blogowy konkurs ,,Lata 80″.
Konkurs otwieram w ramach akcji ,,Zapach starej książki”, której założyłem już na Facebooku specjalny profil. Konkurs ma za zadanie promować starą literaturę Sf z lat 80 XXw i wcześniejszych.
A co do wygrania? Ano, te trzy piękne książki:

1 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1987
2 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1988
3 miejsce – Spotkanie w przestworzach 5

Chyba oszalałem, takie (TAKIE) książki rozdawać… no, ale dobrze. Słowo się rzekło. To teraz zasady, co?

 

Konkurs podzieliłem na parę etapów:

 

ETAP I (20pkt)

Do wyboru:

  • Recenzja któregoś z moich dostępnych opowiadań (spis w dziale ,,Teksty”)
  • Opowiadanie SF w klimatach (tak, jak pisano, nie czas akcji) 60/70/80 lat XX wieku. (max. 15 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie grozy nawiązujące czasem akcji do lat 60/70/80 XX wieku (Max. 10 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie – kryminał – nawiązujący czasem akcji do wspomnianych wyżej lat. (Max 10 tyś znaków)

ETAP II (10pkt)


Krótka wypowiedź na temat prozy Sf dawnych lat – Dlaczego warto czytać (lub też, czemu nie), polecenie dobrych książek i wspomnienia, od czego zaczęła się Wasza z gatunkiem przygoda.


ETAP III(
5pkt)

Odpowiedz na pytanie: Kto, w jakim utworze i dlaczego wypowiedział poniższe zdanie?

„To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i … O mój Boże, tam jest pełno gwiazd!”

 

UWAGA BONUS (10pkt)

Jeśli jeszcze nie jesteście zmęczeni, możecie zdobyć dodatkowe 10 pkt! Wystarczy tylko przygotować dowolną pracę graficzną tematycznie nawiązującą do prozy Sf lat 80.  Każdy, kto wykona to zadanie dostanie dodatkowe punkty!

A zatem – do dzieła! Konkurs trwa od 22.08.2011 do 01.09.2011 godz 23.59. Przedłużono do 10.09.2011 godz 23.59

Prace proszę wysyłać na adres mailowy: mstonawski@gmail.com

Powodzenia :)

Zachęcam też do kliknięcia w obrazki i polubienie obu stron:

Aha, no i mam jeszcze jedną prośbę – dajcie znać swoim znajomym o tym wydarzeniu. Obojętnie, czy mailowo, umieszczając post na swojej facebookowej tablicy, czy w inny sposób (informując np. na forach).

I niech Wam szczęście sprzyja :)

Zaklęte informacje

Jak to się zwykle dzieje – plany wzięły w łeb. Niestety, w bory nie jadę. Cóż, przynajmniej zostaje jeszcze noc pełna grozy z najbliższymi przyjaciółmi… a to wiele znaczy.
Tymczasem na stronie kwartalnika QFANT , z którym (jak ostatnio informowałem) mam zaszczyt współpracować, pojawiła się moja pierwsza recenzja. Czy zmieniło sie wiele od czasów Enklawy? Moim zdaniem tak. Ale pewne rzeczy pozostały bez zmian… zresztą, oceń sam:

Graham Masterton – ,,Zaklęci”

Są takie miejsca, w których człowiek czuje się niepewnie. Miejsca pobudzające wyobraźnię, rodzące myśli i uczucia, o których nie mieliśmy dotąd pojęcia, a które napawają nas trudnym do zrozumienia strachem. Mogą to być cmentarze, stare bory, czy też ciemne piwnice, pełne pajęczyn i dziwnych odgłosów. Wśród nich jest jeden rodzaj, chyba najbardziej znany, brany pod lupę nie tylko przez zaciekawione nastolatki, ale i naukowców, zawzięcie chcących dowieść, że wszelkie związane z nim podania i legendy nie mogą być prawdą. Z reguły mądrale odchodzą z niczym, mamrocząc coś o halucynacjach. Tymczasem historie o starych, nawiedzonych domach rosną w siłę, tak samo jak dziwny magnetyzm tych miejsc.
Stare domy. Porzucone z nieznanych powodów przez tajemniczych właścicieli, którzy umarli całe lata temu. Martwe i jednocześnie żywe, jak zombie. Szepczące nocą, pełne niedopowiedzianych słów, historii i żalu. Czekające na kogoś, kto przyniesie do ich trupich wnętrz iskrę życia. Skrywające wspomnienia grzechów, które nie dają im usnąć. Czasem zdarza się, że te echa ożywają, by dać upust frustracji…

Brytyjczyk Graham Masterton jest postacią szeroko znaną, zarówno w świecie fanów literatury grozy, jak i złaknionych seksualnej wiedzy kochanków, dla których pisze poradniki. Jego powieści zalewają rynek już od ponad trzydziestu lat, poczynając od wspaniale przyjętego przez czytelników „Manitou”, a kończąc na planach i pomysłach, na których brak pisarz nie może narzekać. Odzwierciedleniem jego legendarnej już płodności pisarskiej jest obszerna bibliografia. Półki księgarń od lat uginają się od bestsellerów, klasyków oraz wznowień jego książek. Tych ostatnich nie zabrakło także i na polskim rynku – niedawno wznowienia doczekała się znana powieść Anglika – „Zaklęci”, emanująca tym samym rodzajem magnetyzmu, co stary dom, który jest tematem książki.

Kiedy dostałem wreszcie w swoje ręce nowe wydanie powieści, byłem pełen pytań. Czytając wcześniejsze dzieła Mastertona, zawsze znajdowałem to samo – potwory, duchy i ciężki smród krwi. Nie ma jednak w tym schemacie wady, pisarz właśnie ten rodzaj horroru wybrał na wizytówkę swojej twórczości. Byłem ciekaw, czy i ta książka zawiera to samo. Tymczasem nieodłączny niepokój (czy przypadkiem „Zaklęci” mnie nie zawiodą?) kazał mi głaskać okładkę, pozostając pełnym wątpliwości. Ponieważ był tylko jeden sposób, by to sprawdzić, zabrałem się za lekturę.

Jack Reed jest zwyczajnym przedsiębiorcą – prowadzi firmę montującą samochodowe tłumiki. Ma żonę i syna. Jego życie nie wyróżnia się niczym pośród szarej przeciętności. Wszystko zmienia się pewnego deszczowego dnia, pod wieczór, kiedy – wracając do domu samochodem – o mało nie przejeżdża czegoś, co wygląda jak wbiegające pod koła dziecko. W ostatniej chwili skręca i wjeżdża w drzewo. Zdenerwowany, wysiada z pojazdu. Szukając przyczyny wypadku, zagłębia się coraz dalej w rozciągający się po obu stronach drogi las. W trakcie tych poszukiwań natrafia na opuszczony, samotny dom w gotyckim stylu. Jego przedsiębiorczy umysł natychmiast zaczyna snuć fantazje o dochodowym klubie rekreacyjnym – „Merrimac Court Country Club” – który mógłby tu powstać. Nie ma pojęcia, że stary dom tak naprawdę nazywa się „Dęby” i był w przeszłości ośrodkiem psychiatrycznym, przeznaczonym dla najniebezpieczniejszych szaleńców.
Mawia się, że najlepszym nauczycielem jest samo życie. Być może dlatego, że nie toleruje niewiedzy, o czym Jack niedługo przekona się na własnej skórze. A razem z nim – cała okolica…

Już na początku Masterton dał pokaz swoich umiejętności. Zaczął, jak radził Alfred Hitchcock, od trzęsienia ziemi. Później zaś, wprowadzając bohatera w zupełnie odizolowany świat „Dębów”, przykuł moją uwagę do końca.
Jedną z cech literatury Grahama Mastertona jest niesamowity klimat, który autor świetnie kreuje w swoich powieściach. Opiera się on na poczuciu zagubienia, zaciekawieniu i atmosferze miejsc, w które prowadzi głównego bohatera. Idąc z Jackiem Reedem przez główny hol „Dębów”, poczułem się przez chwilę zaniepokojony, prawie tak samo jak główny bohater, a po plecach przebiegły mi ciarki. Wręcz widziałem umieszczone na fasadach rzeźby przedstawiające spokojne twarze o zamkniętych oczach, które tylko czekają na to, aż bohater obróci się do nich plecami, by wbić w niego natarczywe spojrzenie.
Ten przykład dowodzi też innej cechy książki, jaką są niezwykle realistyczne, a przy tym krótkie, opisy. Autor przedstawił świat na tyle wyraźnie, że niemalże go widziałem. Czytając, miałem wrażenie, jak gdyby od opisywanych wydarzeń dzieliła mnie naprawdę tylko cienka kartka papieru.
Do tego dołącza wartka akcja, która przyspiesza wprost proporcjonalnie do liczby przeczytanych stron. Tak jakby sam autor rozpędzał się w trakcie pisania, zaczynając od zera, dając czytelnikom czas na zapoznanie się z światem, potem ruszając coraz szybciej, osiągając w końcu stan, w którym nie można go już w żaden sposób zatrzymać. Tak samo nie mogłem zatrzymać się i ja. Po przekroczeniu pewnego progu w powieści, odkryłem, że muszę ją przeczytać do końca, czego skutkiem było zresztą spędzenie nad książką całej nocy.
Te dwie cechy – realistyczne opisy i wartka akcja – sprawiają, że ,,Zaklęci” mają w sobie to, co powinna mieć każda dobra książka – moc wciągnięcia czytelnika w opowiadaną historię.

Kiedyś przeczytałem (chyba w jakimś wywiadzie), że nie jest sztuką wciągnąć czytelnika, lecz go w tym stanie utrzymać.
„Zaklętych” czyta się dobrze. Sama wartka akcja, ciekawe dialogi czy opisy nie wystarczą jednak, by mnie do książki przyciągnąć. Potrzebne jest coś jeszcze. Tym czymś okazała się, w tym przypadku, zwykła, ludzka ciekawość i to ona (a właściwie jej rozbudzenie) jest, moim zdaniem, największym plusem „Zaklętych”. Masterton umieścił w książce zagadkę. Dotyczy ona przeszłości ,,Dębów” oraz tajemniczych, druidzkich praktyk. Poszukiwanie odpowiedzi wraz z Jackiem Reedem dostarczyło mi niezapomnianych emocji, a odkrywanie małych puzzli (niektóre zostały sprytnie ukryte między zdaniami) i łączenie ich w jedną całość – sporo satysfakcji. Nawet wątek główny, czyli walka bohatera o życie syna i ekscytujący wyścig z czasem, nie mogły się z tym równać. Nie jest to jednak błąd, bowiem świetnie ilustruje to kolejną cechę ,,Zaklętych” – każdy znajdzie w nich coś dla siebie, bowiem wśród czytelników na pewno znajdą się tacy, którzy bez niesamowitego tempa akcji się nie obejdą, lub też inni – dla których wyznacznikiem dobrego horroru są tajemnicze zjawiska i dziwne istoty wyłaniające się ze ścian. A wszystko to jest tutaj obecne.

Dalszy ciąg – TUTAJ

Luźno w piątek

Spokój. Cisza. Miło.
Piątkowy wieczór zbliża się powoli. Z kuchni dolatuje mnie zapach przygotowywanego obiadu, z głośników słychać Kaczmarskiego. W łagodnym półmroku pokoju widać cienie książek. Za oknem szumi wiatr…

Muszę jeszcze popracować. Poprawić dwa opowiadania, odpisać na parę maili. Ale to potem. Nie teraz. Tymczasem, jak przystało w taki właśnie czas, coś luźniejszego:

Na początek; jakiś czas temu, na Enklawie Magii (która stała się Enklawą Network) ukazała się moja recenzja drugiego tomu ,,Zbieracza Burz” autorstwa M. L. Kossakowskiej. Jest to mój ostatni tekst napisany dla w/w serwisu. A co dalej, powiem. Za chwilkę.
Teraz recenzja:

Światy niematerialne od zawsze fascynowały ludzkość. Ich istnienie było poddawane w wątpliwość, negowane na różne sposoby i na tyle samo bronione. Nie ma co się dziwić, że trafiły do książek, jako odbicie nurtujących cywilizację pytań. Co jednak się stanie, jeśli wypchniemy powagę za drzwi i popatrzymy na ten problem z przymrużeniem oka? Na to, oraz na inne, pytania odpowiada Maja Lidia Kossakowska.
Kiedy udało mi się dostać w swoje ręce drugi tom „Zbieracza Burz”, nie kryłem podszytego obawami zaciekawienia. Te lęki miały swoje uzasadnienie; po oszałamiającym „Siewcy Wiatru”, pierwszy tom „Zbieracza” wydał mi się pozbawiony tak intensywnej dawki humoru, a wątki fabularne odcięte od siebie. Trzymając w dłoniach tom drugi zastanawiałem się, czy i tu spotkam się z podobnymi wadami. Oczywiście, istniała tylko jedna droga, aby się przekonać. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać.

Daimon Frey znalazł się w wybitnie kłopotliwej sytuacji. Nie dość, że dostał od Pana rozkaz zniszczenia Ziemi, to jeszcze dawni przyjaciele wszczęli za nim pościg, uznając, że postradał zmysły. W dodatku miłość jego życia, Hija, odsunęła się od niego, a jego tropem został wysłany potężny przedwieczny, demon – Apolyon, Boży Szaleniec. Tuż za nim podąża oszalały Archanioł Michał, widzący przed sobą tylko jeden cel – unicestwienie Abaddona. Na koniec należy dodać jeszcze i to, że w momencie rozpoczęcia książki Anioł Zagłady leży podziurawiony kulami i umierający, w rozpadającym się domu na Ziemi, pod opieką bezradnego opiekuna kotów – Hariela. Nie, zdecydowanie sytuacja nie należy do najlepszych. Tańczący na Zgliszczach może liczyć już tylko na cud…

Nazwisko Kossakowska już od lat jest wyznacznikiem najwyższej jakości, jeśli chodzi o fantasy z aniołami w rolach głównych. Miło mi zatem powiedzieć, że i tym razem autorka dała z siebie wszystko, a nawet więcej. W tomie drugim „Zbieracza Burz” zaskakuje spójność fabuły. O ile pierwszą część można było uznać za lekko „poszarpaną” pod tym względem, o tyle tutaj miałem do czynienia z naprawdę wieloma wątkami, zgrabnie i z wyczuciem połączonymi w jedną całość. W wielu książkach autorzy większość uwagi poświęcają tylko na wątek główny, poboczne traktując zgodnie z ich nazwą. Tu jest inaczej. Kossakowska skupiła się na całej akcji, stąd też, czytając, nie czekałem gorączkowo na następne zdania o Abaddonie, rozkoszując się historią Asmodeusza, czy też z zainteresowaniem śledząc poczynania Archaniołów.
Taki zabieg sprawia, że książkę czyta się szybko, lekko i, co najważniejsze, miło, na co z pewnością ma również wpływ występujący na jej kartach humor. I to humor wybitnie Kossakowski – delikatny, ironiczny, czasami schowany pomiędzy wersami, kiedy indziej dobitny i wyraźny, zawsze jednak z wyczuciem.

Najbardziej widoczną cechą „Zbieracza Burz„ jest akcja. Wydarzenia dzieją się szybko. Tak naprawdę nie ma zbyt wielu chwil na oddech. Lekkie pióro autorki, perfekcyjna narracja i ciekawa fabuła pociągnęły mnie do przodu niczym wierzchowiec Daimona, Piołun. Takie tempo sprzyja wzrostowi ciśnienia i, rzeczywiście, pod koniec książki czuje się wielkie napięcie. O ile wcześniej (teoretycznie) mogłem jeszcze odejść od lektury, to mniej więcej dwieście ostatnich stron sprawiło, że zostałem prawie dosłownie do niej przykuty. I musiałem wytrwać aż do nieuchronnie zbliżającego się końca.

Tym, co dodaje dodatkowych walorów tej pozycji, jest styl autorki. Kossakowska wprost uwielbia uprawiać narracje w drugiej osobie. Jeśli miałbym wskazać jakieś wady „Zbieracza Burz”, byłby to dla mnie duży problem. Przyczepić się można chyba jedynie do tego, że osoby, które wcześniej nie przeczytały „Siewcy Wiatru” mogą mieć trudność ze zrozumieniem niektórych sytuacji. Z powodu skoncentrowania się na szybkim rozwoju akcji, autorka uszczupliła opis uniwersum. Takich momentów jest jednak mało i nie przeszkadzają one w rozkoszowaniu się lekturą.

Kiedy odkładałem książkę na półkę czułem się spełniony. „Zbieracz Burz” dał mi dokładnie to, czego pragnąłem. Ani za mało, ani za dużo. Myślę, że jeszcze kiedyś powrócę do Królestwa, by przeżyć to jeszcze raz.
W moim „Rankingu Półek” tom drugi „Zbieracza Burz” ląduje na tej z napisem „Bardzo dobre”. Przekładając na język uniwersum – tuż pod Białym Tronem.

Recenzje można znaleźć TUTAJ


A teraz powrócę do przerwanego tematu. Z wielką (naprawdę!) radością informuję, że nawiązałem współpracę z kwartalnikiem fantastyczno-kryminalnym Qfant. Myślę, że będzie bardzo owocna. Ba, wiem to! Zwłaszcza po naprawdę rodzinnym powitaniu :)
I już niedługo, obiecuję, będziecie mogli przeczytać moje pierwsze teksty!
Na koniec zostawiłem trochę muzyki;

Chłopaki z zespołu Identity (któtym gorąco kibicuje) zakończyli ostatnio prace nad demem. Będzie go można niedługo ściągnąć, póki co, utworów można przesłuchać na ich stronie. Poniżej – okładka. BARDZO mi sie spodobała.
A jak Ty uważasz?


Mam nadzieję, że ten wieczór będzie dla Ciebie tak miły, jak dla mnie. Dlatego, ostatnią rzeczą jest ballada                         J. Kaczmarskiego, która mnie ostatnio obezwładniła:

Śmierć, dusza i cała reszta.

Żar leje się z nieba. Spoglądając na świecące mi w oczy słońce, zastanawiam się, jak to się stało, że górne warstwy atmosfery ciągle mają kolor niebieski, a gorąc nie sprawił jeszcze, że wyparowały oceany.
Takie dnie skutecznie odstraszają od myślenia, czy pisania. Człowiek chce się tylko schować w swojej norce i nie wychodzić stamtąd, aż to ,,jasne i gorące” sobie nie pójdzie.
A tu niespodzianka; życie zmusza do wyjścia, myślenia, pisania… a może to nie życie? Może to jakiś wewnętrzny przymus, nazwij to nawet nałogiem, który targa moimi wnętrznościami? Dosyć, że literki same się nie wklepią. Całe szczęście, że mój ,,dzień pisania” nadchodzi w nocy…

Wróciłem z Dni Fantastyki. Muszę Ci opowiedzieć jak było, a ciągle pamiętam jeszcze o relacji z zakonu Benedyktynów i picia ich nalewki. Wszystko to nade mną krąży i nie daje spokoju. A przecież tyle jest jeszcze do zrobienia…! Czasu zaś tak mało.
Nie, relacji dziś nie będzie. Siły zachować muszę na pisanie, oraz recenzje… a, właśnie, skoro już o tym mowa:

Na Enklawie Magii pojawiły się moje dwie recenzje. Dotyczą zbiorów opowiadań ,,Anima Vilis” Krzyśka T. Dąbrowskiego, oraz ,,Sześć razy śmierć” – antologii Adama Zalewskiego. Oczywiście, gorąco polecam przeczytać!
Fragmenty poniżej:

Anima Vilis

Mówi się, że strach ma wiele twarzy. Czasem ponurą i trupio bladą, kiedy indziej – nie widać jej wcale, za to z mroku dobiega zgrzyt brudnych i ostrych zębów. Zdarza się jednak i tak, że wykrzywione usta wędrują do góry, a trupia twarz nabiega krwią, stając się bardziej ludzka. Bliższa. A przez to – straszniejsza.

Krzysztof T. Dąbrowski nie jest na polskim rynku literatury grozy postacią szczególnie znaną. Jego opowiadania o wiele częściej ukazują się za granicą, w Ameryce, Brazylii, na Słowacji, czy też w Czechach. W 2008 roku światło dzienne ujrzała jego pierwsza antologia – „Nieśmierciny”, potem, na dwa długie lata zapadła cisza, w której słychać było tylko pomruki nadchodzącej burzy, kiedy Dąbrowski kończył którą ze swoich historii. Nic jednak nie wskazywało, by miała ona nadejść rychło. I – jak prawie każda chyba burza – zjawiła się nagle, z impetem (…)

Całość

Zachęcam także do wzięcia udziału w konkursie, w którym można wygrać egzemplarze książki!

Sześć razy śmierć

W życiu każdego człowieka przychodzi – prędzej, czy później – taki dzień, który okazuje się być ostatnim. Jest to nieuniknione, a jednak, każdy stara się istnieć, odsuwając widmo śmierci jak najdalej od siebie, ku granicom umysłu. Tylko czasem, kiedy dopada melancholijny nastrój, patrzymy na kalendarz i zastanawiamy się, ile nam jeszcze zostało. I nawet wtedy, usiłując wyliczyć czas, kiedy nie będzie nas już na tym świecie, datujemy go bardzo odlegle, nie chcąc dopuścić do głosu natrętnej, brzęczącej gdzieś w głowie myśli, że wypadki bardzo lubią chodzić po ludziach, a każdy napotkany na ulicy człowiek może być mordercą szukającym ofiary…

Adam Zalewski wszedł na polski rynek powieści grozy i thrillerów pod koniec 2008 roku ciepło przyjętą powieścią „Biała Wiedźma”. Parę miesięcy później, już w roku 2009, dołączyła do niej następna, jeszcze lepsza książka „Rowerzysta”, a po niej, nawiązujący do debiutu „Cień znad jeziora”. Potem zapadła cisza. Zapewne wielu spodziewało się, że niedługo ujrzy światło dzienne kolejna pełnokrwista powieść autora, lecz kiedy wreszcie wynik jego pracy wychynął zza tajemniczej zasłony, okazało się, że Zalewski zaserwował czytelnikom małą niespodziankę. W swojej nowej książce Adam Zalewski proponuje – niemal namacalne – spotkanie ze śmiercią. I to nie jedno, a sześć, „Sześć razy śmierć” jest bowiem zbiorem opowiadań (…)

Całość

A tak na koniec (co się tyczy tytułowej ,,całej reszty”) zapraszam również na kanał ,,EnklawaTV” na YouTube, mój mały projekcik. Na nim już niedługo pojawią się ciekawe filmy, dla wszystkich zainteresowanych fantastyką.

Koszmar na miarę – recenzja

Są matury, nie mam zbyt wiele czasu na wpisy, choć obiecuję, że wiele onych ukaże się już po maturalnym maratonie.
A tymczasem… tymczasem na Enklawie Magii ukazała się moja recenzja ,,Koszmaru na miarę” – nowej powieści, którą zaserwował nam polski duet grozy, Kazimierz Kyrcz i Robert Cichowlas. Linki do blogów obu panów znajdują się na liście po lewej.
Zanim zaczniemy, mam jeszcze jedną informację:

17 maja, o godzinie 18.00, w Krakowskim Dworku Białoprądnickim, przy ulicy Papierniczej 2, odbędzie się spotkanie autorskie Kazka i Roberta – serdecznie zapraszam, bo warto. Naprawdę.


Książka musi być, jak dobrze skrojony garnitur – dobrze się prezentować, być przyjemna w dotyku, a gdy już się w nią zagłębisz, musisz czuć się na tyle swobodnie, że nie pozbędziesz się jej nawet wtedy, kiedy znienacka nasiąknie lepką, ciepłą krwią…

Bartek Lipski pracuje w ekskluzywnym salonie odzieżowym ”Roy and Coles” mieszczącym się w poznańskim Starym Browarze. Haruje jak wół, ledwo utrzymując się na jako-takim poziomie życia. Dodatkowo czas pracy uprzykrza mu wiecznie z czegoś niezadowolony i poniżający swoich pracowników szef – Warski. Lipski, tak jak i inni ekspedienci, dzielnie go znosi. Nie ma innego wyjścia. Nawet nie spodziewa się, że dotychczasowe szare i znienawidzone życie już niedługo może wydać mu się pełnią szczęścia. A wszystko zaczyna się pewnego, równie szarego jak inne, dnia, kiedy do sklepu przychodzi klient, składając reklamacje w sprawie garnituru, który krwawi…

Polski duet grozy, w osobach Kazimierza Kyrcza Jr. i Roberta Cichowlasa, już nie raz zaskakiwał czytelników, czy to w opowiadaniach prezentowanych w ”Twarzach Szatana”, czy w zakończeniu ich pierwszej wspólnie wydanej powieści – ”Siedliska”. Tym razem autorzy postanowili zaskoczyć fanów grozy samą książką. ”Koszmar na miarę”, bo tak nazywa się ich nowa powieść, drastycznie odstaje od dotychczasowej twórczości duetu. Tak, jakby autorzy chcieli pokazać, że nawet w samym horrorze nie można ich szufladkować. ”Koszmar…” jest swoistym ukłonem w stronę powieści grozy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ta książka jest po prostu cięższa. I nie mówię tutaj o łatwości, czy właśnie ciężkości czytania, tutaj nic się nie zmieniło – książkę dalej czyta się łatwo i przyjemnie. Mówię o atmosferze, którą roztacza, bowiem groza jest tutaj aż namacalna. W złowrogiej aurze naprawdę srogiej zimy pojawia się krew, ból i ostry seks. Cichowlas i Kyrcz Jr. wyraźnie pokazują, że tym razem nie ma miejsca na sentymenty.

Fryderyk Nietzsche powiedział kiedyś: ”Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie”. W kontekście ”Koszmaru…” cytat ten jest jak najbardziej odpowiedni, z tym, że czytając książkę, miałem wrażenie, że sama otchłań jest dziwnie znajoma. W zimnym, szarym Poznaniu odnalazłem dobrze mi znaną polską rzeczywistość, pełną zapracowanych ludzi usiłujących uciułać trochę grosza, jednocześnie patrząc wilkiem na konkurentów. W tym właśnie, jakże swojskim świecie, na światło dzienne wychodzą potwory. To wszystko sprawiło, że książka stała mi się bardzo bliska, niejednokrotnie zmuszałem się, by się od niej oderwać, nie dać się do końca porwać wartkiej akcji, będącej jednym z największych plusów powieści.

Akcja w ”Koszmarze…” rozpędza się bowiem jak pociąg. Z początku wolno, dając czytelnikowi czas na wczucie się w powieść, co zresztą przychodzi bardzo łatwo. W miarę rozwoju fabuły nabiera tempa, by pod koniec książki pędzić już pełną parą prosto do finału, który tym razem nie zaskakuje. W ”Koszmarze…” bowiem liczy się o wiele bardziej droga, niż cel, co także podkreśla odmienność tej książki.

Kiedy odkładałem ”Koszmar na miarę” na półkę, milczałem. Po tak silnym uderzeniu, musiałem chwilę odetchnąć, by wreszcie pokiwać głową z myślą ”tak, to jest dobra książka”. Muszę przyznać, że duet znów mnie nie zawiódł i skroił naprawdę porządny horror. W moim ”rankingu półek” ”Koszmar na miarę” ląduje na drugiej od góry. Chętnie jeszcze kiedyś po niego sięgnę. Tymczasem w powietrzu krystalizuje się pytanie; czym autorzy zaskoczą następnym razem? Nie mogę się doczekać.

Recenzja znajduje się tu->

Samozwaniec zdobywa Moskwę! – Konkurs


Enklawa Magii, wraz z wydawnictwem Fabryka Słów,  organizuje konkurs, dla wszystkich tych, którzy chcą sprawdzić swoich sił w pisaniu recenzji.

Już w maju tego roku czeka nas kolejna odsłona Dymitriady – jednego z najbarwniejszych okresów w dziejach Polski! Historia pisana piórem największego współczesnego piewcy Rzeczpospolitej Szlachceckiej, Jacka Komudy, po raz kolejny zabierze nas w podróż przez skute lodem połacie Rusi, gdzie będziemy towarzyszyć polskim husarzom w osiągnięciu teoretycznie niemożliwego – zdobycia Moskwy i osadzenia na ruskim tronie Dymitra Samozwańca.

Z okazji premiery drugiego tomu „SamozwańcaJacka Komudy, przygotowaliśmy wraz z wydawnictwem Fabryka Słów specjalny konkurs. Aby wziąć w nim udział, należy napisać recenzję dowolnej książki Jacka Komudy i wysłać ją do 2.05.2010 na adres konkurs@enklawamagii.pl. Naturalnie, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zwiększyć swoje szanse na wygraną i ocenić kilka dzieł pisarza!

Spośród wszystkich prac redakcja Enklawy Magii wyłoni trzy najlepsze, które zostaną opublikowane na łamach naszego portalu, zaś ich autorzy zostaną nagrodzeni egzemplarzami drugiego tomu „SamozwańcaJacka Komudy oraz majowym wydaniem miesięcznika „Science Fiction, Fantasy & Horror„. Ponadto istnieje szansa, by autorzy najlepszych recenzji nawiązali współpracę z naszym portalem i na stałe zostali jego redaktorami – wszystko jest możliwe!

Pełny regulamin konkursu dostępny jest tutaj.
Zachęcam do wzięcia udziału.
Warto.

City1 – recenzja

Książki są czymś ważnym w moim życiu. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że jedną z najważniejszych rzeczy. Wykorzystując to zamiłowanie zdarza mi się, jako redaktorowi EM, czasem baźgrnąć jakąś recenzję. Staram się, by była to (zgodnie ze słowami J.Grzędowicza z któregoś numeru SFFiH) recenzja, nie recka. Czy mi to wychodzi? Nie mnie oceniać, ale myślę, że starania te są  – przynajmniej w części – spełnione.
Wczoraj, na Enklawie Magii ukazała się moja recenzja ,,City1″ – antologii polskich opowiadań grozy. Zamieszczam ją także i na tym blogu i zapraszam do lektury.

Miasto przytłacza. Szare chodniki, popękany tynk kamienic, zwaliste bryły bloków, ciemne parki, w których jedynymi oazami są dające mało światła latarnie. Miasta to molochy pełne ludzi. Tłumu. Ruchu. A pod maską codzienności czają się upiory – strach i ból, cierpienie, nocne lęki, dziwne odgłosy i poczucie, że miasto nie należy już do nas, lecz my do miasta. Zaciska się wokół nas, zgniatając powoli. Przestrzeń maleje, a wraz z nią zmniejsza się także ilość tlenu. Ludzie wokół duszą się jak szczury, zamknięte dla zabawy w słoiku, przez okrutne dzieci z lokalnej podstawówki.

O strachu pisze się dużo. Literatura grozy wkracza w Polsce w okres coraz szybszego rozwoju. Dowodem na to jest „City1” – antologia grozy, najnowsze dziecko wydawnictwa FORMA. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten zbiór jest inny. Niestandardowy w stosunku do ogólnie przyjętego: format – kwadrat – wyraźnie oddziela książkę od reszty pozycji znajdujących się na półce. W oczy rzuca się też kolorowa, surrealistyczna okładka. Skojarzyła mi się z bardzo udaną serią zbiorków opowiadań „Stało się jutro” wydawanych w 80 i 90 latach XX stulecia. Jest to dobre skojarzenie, bowiem tam, tak samo jak i tu, kładziono wyraźny nacisk na literaturę ambitną w swym gatunku.

„City1” jest antologią. A wspaniałą cechą wszystkich zbiorów opowiadań, powtarzałem to już i będę powtarzać dalej, jest to, że nie ma tu ciągłości. Mogłem więc czytać książkę tak, jak mi się podobało – od tyłu, od środka, czy też wybierając tylko niektóre teksty, choć z tej ostatniej opcji oczywiście nie skorzystałem.

Umieszczono tu dwadzieścia dwie historie grozy, jedne lepsze, inne trochę gorsze, lecz wszystkie trzymające bardzo dobry poziom. I tu wyłania się następna wspaniała cecha „City1” – różnorodność. Bo, choć większość tekstów została napisana z myślą o tym właśnie zbiorze, każdy autor dostał na tyle dużą przestrzeń, by w pełni zaprezentować siebie i swój sposób pisania. Każde opowiadanie jest odrębną, niepowiązaną, zdawałoby się, z innymi historią. Jest jednak coś, co je wszystkie łączy – to przytłaczająca, urbanistyczna groza będąca zapewnieniem wyjątkowości całego zbioru.

Różnorodność jest także i klątwą większości antologii i „City1” się jej nie ustrzegło. Niektóre opowiadania – choć dobre – mogą się wydawać słabe przy tych lepszych tekstach. Nie jest to na szczęście wielka wada, aczkolwiek może przeszkadzać w literackiej uczcie.

Wyjątkowość opowiadań polega na tym, że – w przeciwieństwie do wielkich powieści – są krótkie, gwałtowne i jasne, jak paląca się zapałka. Antologie można porównać do pudełka wypełnionego takimi zapałkami. I tylko od czytelnika zależy, czy zapali je wszystkie razem, czy każdą z osobna, czekając, aż poprzednia się wypali. Jeśli czyta się zbiór grozy, można śmiało dodać, że na zapałkach nie ma siarki, lecz czarny proch.

W „City1” teksty są, jak już wspomniałem, bardzo różnorodne. Zbiór rozpoczyna Kazimierz Kyrcz Jr. , napisaną wraz z Łukaszem Śmiglem „Głową do kochania”, która doczekała się nawet adaptacji filmowej. Ciekawostką i pewną atrakcją jest, że w tym samym zbiorze można przeczytać kontynuację opowiadania – „Casting na kata” napisaną tym razem przez samego Kyrcza. Inni autorzy także nie pozostali dłużni. Na uwagę zasługują „Zarażeni strachem” Michała Centarowskiego, czy „Spotkanie po latach” Roberta Cichowlasa, które jest chyba najbrutalniejszym opowiadaniem w całym zbiorze. Młodsi stażem też mają coś do powiedzenia. Mrozem straszy Michał Galczak w opowiadaniu „Nasza zima zła”, a uderzenie muzyki w „Pauzie generalnej” Piotra Roemera dosłownie zwala z nóg. Po rozbudzeniu zmysłów dotyku i słuchu przyszedł czas na wzrok. Tu znakomicie wywiązał się z zadania Bartosz Ryszowski, prowadząc czytelnika do swojego „Kina Wisła”. Zaś po tych wszystkich wrażeniach, w domowym zaciszu straszyła mnie Aleksandra Zielińska w opowiadaniu „Zamknij wszystkie drzwi”.

Odkładając książkę na półkę czułem jednak pewien niedosyt. Te dwadzieścia dwa opowiadania rozbudziły moją wyobraźnię i, pomimo pewnego zmęczenia, chciałem więcej. I tu przychodzi z pomocą cyfra „1” przy nazwie „City” sugerująca, że pojawić się może kontynuacja. W przypadku „City1” – bardzo pożądana. Patrząc na ciemny grzbiet książki na mojej półce mogę śmiało powiedzieć, że jest to pozycja udana. W moim „rankingu półek” ląduje ostatecznie na tej drugiej od góry.

Recenzję można znaleźć TU

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén