Tag: sex

Wielka Sztuka tworzyć sztukę…

 

… za to mniejsza, tworzyć Sztukę. 

Poniższy wpis przeznaczony jest wyłącznie dla czytelników dorosłych. 

Oglądałem kiedyś taki film – łysy mężczyzna wynajął się – w imię Sztuki oczywiście – jako przedmiot. Można było na nim siedzieć, jeść, wozić cegły, uprawiać seks i deptać. Nie miał nic do powiedzenia – był przedmiotem, artystą uprawiającym performance.  Nie wiem, czy mu ktoś za to zapłacił – chyba nie. On porostu tworzył tą wielką , niezrozumiałą Sztukę przez duże S.

Fiutem w takt piosenki.

Film albo zniknął, albo nie umiem go już znaleźć. Za to powrócił do mnie we wspomnieniu, kiedy natknąłem się na nagranie przedstawiające jednego z profesorów uczelni wyższej w jednym z większych miast w Polsce. Cóż takiego robi ten człowiek?

Ano, w zasadzie nic – zmywa naczynia, śpiewając, czy też fałszując niemiłosiernie. Robi to nago, co jakiś czas machając przyrodzeniem w takt melodii (czyt. nie do rymu)

http://www.artmuseum.pl/filmoteka/?l=0&id=1267 

Tu pojawia się powracające jak bumerang pytanie – co tak naprawdę definiuję Sztukę (tą przez duże S)? Jeśli wybierzemy odpowiedź najprostszą, czyli „My” dochodzimy do rozdroża, na którym w jedną stronę idą obrazy Leonarda Da Vinci, czy symfonie Mozarta, w drugą zaś… gówno w puszce.

I obie te rzeczy są Sztuką! Wyobrażasz sobie? Mona Lisa jest taką samą sztuką, jak machający fiutem fałszujący mężczyzna przy zmywaku, czy gówno w puszce.

Powiesz – Może i my definiujemy Sztukę, ale ona także definiuje nas, opisuje rzeczywistość, wchodzi głębiej by ukazać nam pewne prawdy o nas samych. Mozart w swoich symfoniach umiał wyrazić tysiące emocji, ukazać cały ich świat, poruszyć serca…

Ale co w takim razie powiemy o

MĘŻCZYŹNIE SIKAJĄCYM NA KRZESŁO (Tak, to jest link)

 o którym pani Karolina Breguła, twórczyni strony „Biuro tłumaczeń sztuki” mówi tak:

Karolina Breguła: „Man pissing on chair” to, jak w wiele fotografii Tillmansa, wyraz buntu młodego człowieka przeciw rzeczywistości swojego pokolenia. Chłopak teatralnie sikający na krzesło reprezentuje młodych idealistów, którzy nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów, olewają walkę o stołki.

Więc i to… ten performance, da się wytłumaczyć i to tak, że pasuje do wcześniejszych definicji.
Ciekawe.

 Złoty interes

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za posikanymi krzesłami, żył sobie Włoch – Pier Manzoni. Był rok 1961. Artysta (czując najpewniej niesamowitą chęć wysrania z siebie czegoś) napełnił swoimi własnymi odchodami 90 puszek i opatrzył je etykietką „Gówno artysty” w trzech językach.

Ten gówniany pomysł okazał się wręcz na wagę złota, bowiem nasz bohater w niedługi czas potem sprzedał całe to gówno za cenę jego wagi w złocie. Inwestycja, przyznasz, jak marzenie.

Minęło parę lat. W wyniku korozji metalu część z puszek pękła, lub zwyczajnie eksplodowała, a złote gówno artysty znalazło swoje miejsce na kompoście, gdzie jego wartość doceniły drobnoustroje, wznosząc zapewne pochwalne toasty na cześć ich bogatego dobrodzieja.

Nie ma nic na ziemi lepszego dla bakterii, niż przeterminowane gówno o wartości 120 tyś. złotych.

Jeśli myślałeś, że takie rzeczy to tylko za granicą, to przypatrz się temu wspaniałemu obrazowi u góry. Mój 11-letni brat umie robić takie rzeczy na poczekaniu i z przykrością zaznaczę, że póki co nie wykazuje większych zdolności plastycznych. Tymczasem obraz budynku z wieżą jest dziełem – a jakże by inaczej – Sztuki, wybitnego malarza Jerzego Nowosielskiego, wycenionym na  marne 50 000, 00 złotych. Nie znam innych prac pana Nowosielskiego i sądzę, że większość z nich jest Sztuką, niemniej mam wielką ochotę sam coś takiego namalować i zarobić choćby 1/4 podanej wyżej ceny. Potrafię. Ale niestety nie jestem uznanym malarzem (znaczy – nie mam papierka na którym jakiś ktoś napisał, iż jestem, bo do tego się to obecnie sprowadza)

Oko w waginie 

Przykładem tej „Sztuki przez duże S” jest także niebagatelna ekspozycja pani Alicji Żebrowskiej, która nakręciła dwa (a nawet więcej) filmy, w których zaznajamia widownie bliżej z okolicami swojego odbytu i pochwy.

Tajemnica PATRZY (taak, to tez jest link)

I znów można mówić o próbie ucieleśnienia męskiego lęku przed pochwą i tajemnicą kobiecości, a jednocześnie niezwykłym pożądaniu. Można nawet pochwalić autorkę za odwagę w realizacji takiego, niewątpliwie niebagatelnego, widowiska.

Podobnie jest zresztą z filmem

GRZECH PIERWORODNY

w którym pani Alicja wsadza sobie w pochwę naprawdę różne rzeczy, a nawet zabawia się przez chwilę sztucznym penisem. Dalej pod sztandarem Sztuki, oczywiście.

Można też się zastanowić nad programem dwóch z kolei artystek, które w TVP Kultura robiły z sobą wszystko, co telewidzowie chcieli, by zrobiły, a skończyło się oczywiście na tym, że się po prostu musiały rozebrać.

LINK dla zainteresowanych.

I dochodzimy do pierwszego i ostatniego pytania

A gdzie tutaj sztuka…? 

Skoro sztuką nie jest jednoznacznie to, co opisuje nas, streszcza i ukazuje naszą rzeczywistość, bowiem każdy z nas ma dowolność interpretacji, ani też to, co zostanie nam pokazane i ktoś z góry powie : To jest sztuka! to co w takim razie nią jest i czy można jednoznacznie ją zinterpretować?

I odpowiadam, sam sobie, na to pytanie:

I tak – i nie. Po pierwsze sztuka nie jest w drzewie, ani w obrazie, ani też w gównie, czy waginie. To są tylko pewne przełączniki, które mogą podziałać, lub nie – w zależności od danego człowieka. Sztuka jest więc sama w sobie sprawą jak najbardziej osobistą.

Niemniej – skoro nie wychodzi od dzieła, ani od artysty, to także nikt nie może z góry narzucić nam czegoś jako sztuki. I na takim założeniu gówno w puszce miałoby pełne prawo działać, gdyby nie jeszcze jeden prosty fakt… a nawet dwa:

Po pierwsze sztuka musi przetrwać próbę czasu. I nie mam tu na myśli zwykłego nośnika, jak  te nieszczęsne puszki, dzięki którym parę miliardów bakterii miało obiad. Mam na myśli ideę, którą dana rzecz zdołała zaszczepić, jak chociażby dziewiąta symfonia Beethovena.

Po drugie – żadna prawdziwa sztuka nie potrzebuje tłumaczeń. To obiekt, dźwięk, czy też inny nośnik, który potrafi wywrzeć na nas, odbiorcach pewien wpływ, tak, abyśmy poczuli, iż dotykamy niezwykłej idei. To po prostu ten „przycisk”, który buduje artysta, by włączyć w nas odpowiednie brzmienie, zagrać na nas, jak na instrumentach. I to nie dzieło jest jego „dziełem”, lecz my właśnie.

Jak tutaj wypada gówno w puszce? Czy wywołało w nas tak niesamowite drgania, iż poczuliśmy dziwne uniesienie w środku – uniesienie odkrywcy, który właśnie zobaczył brzegi nowego świata, czy też zwykły – chwilowy – wstrząs, o którym zapomnimy w następnych latach, a jeśli kiedykolwiek sobie przypomnimy, będzie to bardziej ciekawostką?

I chyba na tym – jak dla mnie – polega właśnie rozróżnienie, co sztuką jest, a co nie. Możecie się oczywiście nie zgodzić, albo też przyjąć moją tezę.

Ale pamiętajcie, że sztuka nie potrzebuje się tłumaczyć. Dlatego właśnie „Biuro tłumaczeń sztuki” przestało istnieć.

Nice job, Mr. Freeman

 

Gdybym parę lat temu usłyszał hasło ,,Freeman”, skojarzyłbym je tylko z popularną serią gier Half-Life (na której część trzecią skądinąd czekam z utęsknieniem). Tymczasem jakiś… rok temu? No, może jakieś piętnaście miesięcy temu, natknąłem się w sieci na polskie tłumaczenie filmów animowanych z osobnikiem, który sam siebie nazywa właśnie Freeman.

Z głosu, akcentu i języka Freeman jest przedstawicielem dumnego narodu rosyjskiego. Niestety, tu kończy się moja (i nie tylko) wiedza o nim. Być może jest to człowiek, którego wielu kojarzy, a może zwykły odludek z łączem internetowym, umiejętnościami graficznymi i sporą ilością czasu na myślenie (co skłania moje przypuszczenia ku więźniowi, odizolowanemu od społeczeństwa. Choć z drugiej strony nie wydaje się być… odizolowany). Fakt faktem, że filmy – choć pełne absurdu – mają logiczne i pełne idealizmu przesłanie. Stop. Powiedziałem idealizmu…?

W swoich ideach Freeman stąpa twardo po ziemi, wywlekając za uszy wszelkie absurdy rzeczywistości, czyniąc je albo jeszcze bardziej absurdalnymi, wręcz groteskowymi, lub degradując je poprzez śmiech.
Dzięki tajemnicy, jaką jest owiany, Freeman wydaje się postacią atrakcyjną i jest nią w istocie. Na polski zostało przetłumaczone obecnie ok. 16 filmów, które już przyniosły sukces współczesnemu filozofowi.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=8UopNNs9Vtg[/youtube]

Tak naprawdę nie wiem, ile jest w sieci tych absurdalnych kreskówek, ale oglądam każdą, która tylko zostanie przetłumaczona przez jakiegoś domowego znawce rosyjskiego. Powód jest dosyć prosty – zgadam się z wieloma poglądami głoszonymi przez Freemana. A czy byłbym zdolny do oddania komórki, zresetowania dysku, by dowieść, że jestem wolny? To pierwsze tak, drugie… musiałbym najpierw wydrukować opowiadania.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=MJAYLXotKsE[/youtube]

Sprawa tajemniczości Freemana jest dosyć ciekawa. Niewiele osób wie, że w każdym filmie, przez zaledwie ułamek sekundy, pojawia się dziwna plansza – za każdym razem inna. Plansze tworzą jakąś układankę, choć w tej chwili zbyt mało ich ,,wyjęto”, by domyślić się, co ona przedstawia.

Tak samo jest z tajemniczym przesłaniem wspak – mantrą, którą Freeman odmówił w jednym z odcinków. Puszczona od tyłu daje dosyć ciekawy efekt.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=u3yK1A_uR38&list=PL28F1437D2E4D80D7&index=12[/youtube]

 

Oczywiście są to wszystko dodatki, których znaczenie dopiero przyjdzie nam poznać, póki co dodają tylko smaku do oryginalnych, pełnych absurdu i groteski filmów, mówiących o sprawach tak górnolotnych, jak sens istnienia, czy przyziemnych jak onanizm. A każdy wart jest oglądnięcia.

I chyba nic więcej pisać nie muszę. Zapraszam tylko do konsumpcji filmów.

 

Jacek Skowroński zaprasza na HW2011

 

Czas nie jest dla mnie łaskawy. Niestety, w ostatnich dniach nie mam go zbyt wiele, ale wpadłem na chwilę, by zaprezentować Wam fragment materiału dowodowego, jaki znalazł się w Warszawskiej prokuraturze… ekhm. To znaczy, film, który zrobił znany fanom kryminałów Jacek Skowroński.

No cóż. Ja tyle mam do powiedzenia. Jak mówiłem – czas nagli (a czemu? Dowiecie się już niebawem). Tymczasem, biorąc przykład z Rednacza, oddaję głos Jackowi:

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=f5h4m-B3Vc8&feature=player_embedded[/youtube]

 

***

Korzystając z chwili, zachęcam do przeczytania, skomentowania i ocenienia mojego konkursowego opowiadania, które ukazało się na forum NF. UWAGA SEX (+18) – tekst, zgodnie z wymogami konkursu, jest erotyczny. Trochę bardziej, niż mniej, rzekłbym. Fragment:

– Choć za mną, coś ci pokarzę – lekarz obrócił się i skierował do drzwi. Chcąc nie chcąc, mężczyzna podążył w ślad za nim.
            Przeszli przez jasno oświetlony korytarz, skręcili w jego prawą odnogę i weszli przez drzwi, które Paweł zapamiętał jako wejście do gabinetu doktora Czarnieckiego. Tu było mniej szpitalnie. Pokryta skórą kanapa, szklany stolik, naprzeciw drewniane krzesło. Pod ścianą biurko, nad nim okno za którym błyszczały gwiazdy. Chwilę później przesłoniła je jasna tarcza Ziemi.
            Czarniecki przechwycił jego spojrzenie.
            – Chcesz, bym zmienił na coś przyjemniejszego? Łąkę pełną kwiatów? Wodospad Niagara?
            – Nie, dziękuję. Lubię patrzeć na Ziemię. To mnie uspokaja.
 Tamten skinął głową.
            – Siadaj proszę – wskazał kanapę. – Herbaty?
 Paweł rozsiadł się na skrzypiącym meblu i zaprzeczył ruchem głowy.
            – Jeśli można, poprosiłbym szklankę wody.
 Doktor uniósł brwi w niemym zdumieniu, ale nie skomentował. Zabrzęczały szklanki.
            – Kiedy wracasz? – Zapytał jakby od niechcenia.
            – Na Ziemię? Kontrakt kończy mi się za trzy lata.
            – Zostawiłeś tam kogoś?
            – To znaczy?
            – Rodzinę. Kobietę.
 Pacjent wzruszył ramionami.
            – Rodzice umarli. Dziewczyna nie chciała zaczekać, wolała innego. Nie, nikogo nie zostawiłem. Czy to ma coś do rzeczy?
            Czarniecki podszedł do stolika i postawił przed nim szklankę wody. Sam usiadł naprzeciwko z filiżanką herbaty. Paweł rozpoznał charakterystyczny aromat Earl Greya. Lekarz upił łyk, patrząc w milczeniu na swojego pacjenta, którego cała sytuacja zaczynała już mocno denerwować. Widać doktor uwielbiał budować niepotrzebne napięcie.

Zapraszam TUTAJ

Wakacyjna gawęda: Meta, czyli start.

Byłem wczoraj na basenie. To odkryty zbiornik, zaraz koło ,,wielkiej wody” nieopodal góry Żar. Właściwie, to były to dwa baseny – jeden dla dzieci, drugi – większy – dla tych większych dzieci.
Późne popołudnie. Słonko przygrzewa, jak gdyby chciało przysmażyć  nas wszystkich na frytki, te zaś stoją sobie w barku, w którym wieczorem ma się odbyć koncert. Z barku śmierdzi. Ale to mi nie przeszkadza, bo basen jest zbyt daleko, by ludzie mogli zapach czuć, a w dodatku wieje lekki wietrzyk.
Siedząc na trawię i obserwując ludzi, pomyślałem sobie, że nie muszę już marzyć o innych planetach i cywilizacjach. Dlaczego? Oto, jaki obraz miałem przed oczami:
Basen. Wydrążona w ziemi dziura, zalana betonem, dostosowana do utrzymania wody i pełna tejże. W basenie, na płyciźnie (120cm) – ludzie. Głównie dzieci i opiekunowie. Troszkę dalej, za białym sznurkiem – też ludzie. Ta sama płycizna, która pogłębiać zaczyna się dopiero w połowie basenu, dochodząc do 17ocm głębokości.
I stoją sobie ci ludzie w wodzie. Patrzą się w dal i z poważnym wyrazem twarzy – podskakują na palcach. Kie diabeł? – myślę. Toć basen do pływania chyba… i faktycznie – parę osób zaczyna pływać. Łapka w górę, łapka w dół… powoli…
A ja patrzę na ten mały tłumek i pytam się – czy jest tam choć jedna osoba, która faktycznie umie pływać? A skoro nie – dlaczego? Czy tak bardzo zasiedzieliśmy się przed telewizorami, że kłopotem stało się parę razy rozprostować członki? Bez tego dostajemy tłumek hipopotamów pluskających się w wodzie, stojąc w miejscu. W tak wielkim basenie.
No i dobrze, niech będzie. Więcej miejsca dla mnie. Poszedłem na głębię.
Ale i tu nie mogłem popływać. Powód? Ludzie, a jakżeby inaczej. Jak to jest, że nikt z pływających nie patrzy się, gdzie pływa (jeśli już pływa)? Zamiast tego woli kontemplować swoje kąpielówki, pływając wzdłuż, nie w poprzek basenu, w dodatku środkiem. Efektem czego zmuszony jestem po każdych 20-tu metrach crawla zatrzymywać się i patrzeć, czy ktoś nie nadciąga kursem kolizyjnym. A i tak pod koniec, cudem udało mi się uniknąć zmiażdżenia, kiedy jakiś kretyn skakał na główkę… wprost na mnie.

Ale takie właśnie atrakcje przypomniały mi, że czas pogawędzić. I historię pociągnąć dalej.

Skończyliśmy na tym, jak cała nasza ekipa, czyli długowłosy Viear, czarny Ced, skórzany Alak, arafatkowy komandos Rafał, oraz towarzysząca nam wiedźma – Ruda, dotarliśmy, cali i zdrowi, na wrocławski peron.
Z początku, przystanęliśmy, zdezorientowani, lecz chwilę później ruszyliśmy przed siebie – w stronę podziemnego przejścia. Po paru minutach udało nam się wydostać na świeże powietrze (z czym słońce nie omieszkało nas przy tym oślepić na powitanie).
Z tłumaczeń Mroza, naszego admina nad adminy, wiedzieliśmy, że aby się dostać do Centrum Kultury Zamek w Leśnicy (to, z tego, co zrozumiałem – też Wrocław) musimy znaleźć tramwajowy przystanek. Ha, tylko gdzie?
Po mniej więcej dziesięciu minutach poszukiwań, zdecydowaliśmy się zadzwonić do szefa. Znaczy, Ruda zadzwoniła. Pokiwała głową, poprzewracała oczami, wstrząsnęła grzywą rudych włosów… i podreptaliśmy tam, gdzie nas rzeczony szef odsyłał.
Okazało się, że przystanek istotnie był, nawet niedaleko, tyle, że zupełnie z drugiej strony. Czekając na tramwaj, po raz pierwszy mieliśmy okazję przyjrzeć się miastu.
Powiadają, że Wrocław przypomina Kraków. I, faktycznie, tak jest. Niemal poczułem się jak w domu. Niemal. Bo Wrocław jest Krakowem sprzed jakiś dziesięciu, może czternastu lat. Podniszczony, pordzewiały, podziurawiony z chodnikami zrobionymi z  popękanych, wielkich płyt. Przynajmniej ta część, którą widziałem, tak wyglądała. A jednocześnie – ładny. Zdobione kamienice, normalni ludzie… tak, chyba faktycznie to mógłby być Kraków.
Tymczasem nadjechał tramwaj. Z niechęcią wtaszczyłem do rozpalonego wnętrza swój plecak, czując, że momentalnie zaczynam się smażyć. Ruszyliśmy.
Droga przez Wrocław była długa, nawet tramwajem. Mieliśmy do przejechania prawie wszystkie przystanki. A przy okazji, mogliśmy podziwiać piękną architekturę starego miasta.
Mniej więcej pięć, czy sześć przystanków przed Leśnicą, czekało mnie zaskoczenie. Otóż, w pewnym momencie Wrocław urywa się i… są już tylko pola. Tak nagle, w środku miasta. I tak, prawie do samej pętli.
Tymczasem, właśnie w okolicach tych łąk i pól, zadzwonił do mnie SJ. Wyglądało to mniej więcej tak:
– Gdzie wy, kurwa, jesteście? – przywitał się Jedi.
– W tramwaju – odparłem zgodnie z prawdą.
Odpowiedź SJ-a zagłuszyło jakieś pijackie wycie i śmiechy.
– … wa dokładnie?!
Wyjrzałem przez brudne szyby.
– Widzę jakiś zakład… – tu odczytałem trudną do zapamiętania nazwę.
– Aha. To niedaleko – stwierdził, po czym się rozłączył.
I faktycznie. Parę minut później byliśmy na miejscu. Ledwo wysiedliśmy z nagrzanego pieca, gdzieś z prawej strony gruchnęło nagle:
– SEX! MUZYKA!
– FAN-TA-STYKA! – odkrzyknęliśmy chórem.
Przy murku opierali się Inher, Mrozu i SJ, szczerząc się do nas na przywitanie. I my się wyszczerzyliśmy, na co SJ zaraz spoważniał i wstał, otrzepując spodnie.
– Gobliny z Krakowa przyjechały! Chodźcie za nami.

Zamek, w którym odbywały się Dni Fantastyki okazał się – tak, jak mówiono – naprawdę piękny. Z początku zgłosiliśmy się po akredytację. Szybko dostaliśmy do spragnionych raczek plik ulotek, smycz, kartę noclegową, identyfikator i jeszcze parę ulotek, po czym odwróciliśmy się do wyjścia. Tam musieliśmy jeszcze zaczekać, na Alaka, który jeszcze nie kupił biletu. Podczas, gdy SJ przebierał nogami w miejscu, my zajęliśmy się chłonięciem atmosfery konwentu. A było co chłonąć. Na lewo od drzwi – Vader z klocków lego, w niedalekiej odległości przechadza się szturmowiec imperialny (który raz pogroził mi bronią). Na prawdo – stoiska z grami i zabawkami dla najmłodszych. Skądś dobiega muzyka, skądinąd – śmiechy. W ogródkach piwnych pełno ludzi… słowem – dzieje się!
Tymczasem przybył Alak i trza było zbierać się do szkoły.
Poprowadzili nas, krętymi uliczkami, w stronę placówki,w której bracia i siostry fantaści rozkładali obozowiska, jak na drużyny awanturników przystało.
Szkoła, jak to szkoła, nie wyglądała zbyt okazale, ale nam jawiła się, w tym upalnym dniu, jak wybawienie. Choć okazała i tak była, w końcu zmieściło się tam prawie dwa tysiące osób! Szybko, w biegu pokazując strażnikom nasze karty noclegowe, dotarliśmy do ,,naszej” sali. Łatwo ją było poznać – na drzwiach przybita była kartka wieszcząca wszem i wobec, że tu zamieszkuje ekipa Enklawy Magii – znaczy, nie zbliżać się. Zły pies. Gryziemy. I tak dalej.
Po rozpakowaniu nie pozostawało już nic innego, jak położyć sie na chwilę i odsapnąć. Do czasu, aż ktoś, zaspanym głosem, nie zapyta:
– To jak, idziemy?
– Mhmmm… – odpowiedziała grupa zombiech.
Uliczka, uliczka, skrzyżowanie – jesteśmy znów. Zaczyna się konwent. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy więc nie gdzie indziej, jak do ogródków piwnych. A tam, z kolejki uśmiechali się już do nas dwaj groźni panowie – Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas.
Uściskaliśmy sobie ręce i stanęliśmy wszyscy w kolejce po piwo.
Tak właśnie zaczął się konwent Dni Fantastyki 2010.

Tymczasem, co na konwencie się działo (a działo się, oj działoooo!), czemu piwo było z miękkiej rurki, oraz czym Ced się podniecił – to już w następnym wpisie spod znaku niepoprawnego gawędziarstwa.
Na dziś – tyle.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén