Autor: Michał Stonawski (Page 2 of 26)

Płaska ziemia systemu edukacji

Dyskutując, lub też przyglądając się rozmowom „płaskoziemców”, czyli wyznawców poglądu, że Ziemia jest płaska, zacząłem zastanawiać się, z czego to wynika – że wykształceni, wydawałoby się, ludzie twierdzą, że planeta Ziemia ma kształt zbliżony do talerza, a słońce to jakaś żarówka. I mówią to całkiem na serio. I jest ich coraz więcej – bo „płaskoziemców” przybywa w zastraszającym tempie. 

Zadałem sobie takie pytanie – skąd większość osób bierze swoją wiedzę? Ano, ze szkoły. Część, tak jak i ja, uzupełnia ją książkami i filmami dokumentalnymi, próbując załagodzić niemożliwy do powstrzymania głód wiedzy. Jednak rozglądając się nawet w swoim bliskim otoczeniu widzę, że nie jest to duży odsetek ludzi. Większość przyjmuje to, co wpojono im w szkole.

No ale dobrze – czy w szkole uczą, że Ziemia jest płaska? Wręcz przeciwnie. Ale myślę, że dzieją się tam o wiele gorsze rzeczy: pruski system nauczania próbował zrobić ze mnie idealnego „robotnika”, człowieka, który nie dyskutuje z tym, co mu się powie – nie wychodzi przed szereg. Jest tak, ponieważ lepiej poinformowani ci mówią. Dlaczego? Bo tak mówią – i zamknij mordę. Czasy się jednak zmieniły od kiedy system pruski został wprowadzony – i chociaż podwaliny są pruskie, polski rząd próbował „dostosować” system edukacji do nowych czasów (zawsze się przy tym spóźniając w stosunku do czasów właśnie). W tym wypadku oznacza to „reformy”. Każdy kolejny rząd wprowadzał reformy – raz z jednej, raz z drugiej strony, tak jak wahało się polityczne wahadło. Efekt? Wyobraźcie sobie budynek: jego fundamenty i pierwsze piętro to sposób budowania z XIX wieku, a następne to różnorakie bohomazy – w różnych kolorach i stylach, jedne przesunięte na prawo, inne trochę na lewo… co wychodzi? Ano – system edukacji właśnie.

Znów cofam się pamięcią do czasów szkolnych. Wychodzenie przed szereg – zabronione. Posiadanie własnego zdania – także. I to ostatnie nawet przemawiałoby przeciwko argumentowi, jakoby system edukacji ponosił część odpowiedzialności, za głupotę niektórych osób. Gdyby nie jeden, mały fakt – każdy przedmiot i każdy trend był najważniejszy. Najlepszy. Niektóre wpajane tezy kłóciły się ze sobą. Każdy przedmiot to co innego – i każdy ważniejszy, niż wszystkie inne. Zrozumieć? Nie możesz – trzeba wykuć, zdać i zapomnieć. Zaprotestować? Nie możesz – nie wychodź przed szereg. W niektórych osobach taki system niszczył całkowicie asertywność.

Wykuć, zdać i zapomnieć. Nie zrozumieć i się nauczyć – bo to nie było wymagane. Trzeba to tylko zdać. I zastanawiam się, gdzie taki człowiek, który ma po prostu tego dość – i nie ma ochoty zgłębiać nauki – gdzie taki człowiek ma wyrobić sobie odporność na wciskany mu kit, kiedy sama szkoła wciska ten kit na okrągło? Kiedy okazuje się, nie nauczono go niczego o świecie, ani o dostosowaniu do niego, za to napełniono mu głowę tysiącami informacji, które i tak długo się tam nie utrzymają? Kiedy nie nauczono go – jak do informacji docierać samemu, zamiast tego każąc przyjmować bezkrytycznie wszystko, co się do niego mówi?

I to właśnie te rzeczy – bezkrytyczność, zrobienie z ludzi posłusznych „szeregowych”, przepełnienie informacjami i gonienie z jednej strony na drugą – od jednego „najlepsiejszego” przedmiotu do drugiego, kiedy trafiają na podatny grunt stają się jedną z przyczyn (może nawet największą) postępującej głupoty. Albo też braku na tą głupotę odporności.

Bo może Ziemia jest płaska? Skoro wszyscy kłamią – skoro wszędzie są spiski i afery, politykom nie można ufać, a politycy utrzymują naukowców… no to może wszystko jest tylko jakąś „narracją”, jakąś wiarą. Może faktów nie ma – a grawitacja nie istnieje. Może NASA oszukuje ludzi. Może nigdy ludzi na Księżycu nie było. No i jak to stwierdzić – byłeś kiedyś na księżycu? Ktoś z twoich znajomych był?

Nie wychylaj się. Nie dyskutuj. Mądrzejsi powiedzą ci co myśleć.

Ty musisz wybrać tylko swoją „narrację”. Swoją wiarę. Swoje przekonania.

Bo przecież możesz wierzyć w co chcesz. I być kim chcesz. Jeśli ktoś ci tego broni, to nastaje na twoją wolność. Zaściankowiec jeden.

O prezentach

Ostatnie lata, ale i miesiące zmusiły mnie do przemyślenia ponownie paru rzeczy w moim życiu. Czym jest przyjaźń na przykład. Okazało się, że nie potrafiłem jej rozpoznać – lub też właściwie ocenić. Co oznacza, że ludzie cię znają? Okazuje się, że strasznie dużo ludzi ma tendencje do całkowitej oceny drugiej osoby tylko po tym, co… widzi na jej facebooku. A to najbardziej zafałszowany obraz, jaki istnieje, bo opiera się na szczątkach prawdy i interpretacji. Domysłach. Czy wreszcie – co mówi fakt, jakie prezenty dostaniesz? 

Prezenty to zawsze był taki grząski temat dla mnie. Siedzi we mnie przekonanie… lub też wychowanie, albo spostrzeżenie, że nie wolno ich krytykować. Nie wolno ich oczekiwać. Nie wolno w zasadzie myśleć, że się należą – się nie należą. A jak już ktoś coś daje, to trzeba brać i w najgorszym wypadku udawać, że człowiek się cieszy. Bo tak nakazuje dobre wychowanie i grzeczność. Ktoś chce nam coś dać, więc nie można być niewdzięcznym.

I w zasadzie jest to prawda. Jeśli ktoś coś mi daje, to nie tylko czuję się zobligowany do wdzięczności, ale i jestem wdzięczny. Ale też i dużo taki podarunek mówi. Mianowicie to, czy osoba dająca chce faktycznie coś dać, czy czuje tylko taki obowiązek. Czy mnie zna – czy po prostu daje, bo „tak trzeba” i by dać cokolwiek.

Przez lata dostawałem różne rzeczy i z większości starałem się być wdzięczny, co nie zmienia faktu, że bardziej wdzięczny byłem, kiedy dostawałem coś, co oznaczało, że osoba dająca wie kim jestem i co kocham. Sam, jeśli daję podarek, staram się, aby zawsze był czymś niezwykłym – był dopasowany do zainteresowań osoby, której ten podarek daję. Nie musi to być nic drogiego – ale ważne, że coś oznacza. Tymczasem z wielu prezentów – i to od najbliższych – jakie dostawałem, mogę wymienić takie rzeczy, jak randomowe przedmioty ze sklepu „wszystko po 4 złote” (na przykład wazon) skarpetki, majtki, worki na śmieci, czy pieniądze z dokładną instrukcją na co mogę, lub nie mogę ich wydać. I za każdą z tych rzeczy jestem i byłem wdzięczny. Ale coraz częściej zastanawiam się, czy byłem wdzięczny dlatego, że czułem wdzięczność, czy dlatego, że mnie wdzięczności nauczono?

Przypomina mi się historia o tym, jak to się stało, że dowiedziałem się, że nie ma Mikołaja. Każdy przez to przechodzi i jest to element dorastania. Moje dorastanie z tym związane polegało na byciu szczerym – jako dziecko (mogłem mieć nie wiem, 9 lat? Może 10? Nie jestem pewien) okazałem, że prezent (to chyba były skarpetki) nie za bardzo przypadł mi do gustu. W drodze powrotnej moja mama wrzeszcząc na mnie i wyzywając od gówniarzy i niewdzięczników uświadomiła mi, że to nie Mikołaj przynosi prezenty, ale dziadkowie czy rodzice. Do dziś mi wstyd, że wtedy nie zachowałem myśli dla siebie – mogłem jeszcze dwa, trzy lata być dzieckiem i wierzyć w magię świąt, której od tego czasu już nigdy nie czułem… przynajmniej dopóki sam nie zacząłem organizować spotkań wigilijnych dla niektórych przyjaciół. Zrezygnowałem z nich, zresztą, po paru latach i gorzkich przemyśleniach.

Wracając do tematu. Niedawno osiągnąłem 26 rok życia i z tej okazji od paru przyjaciół dostałem prezenty, których – szczerze mówiąc – zupełnie się nie spodziewałem. I każdy jeden uświadomił mi, że są to osoby, które po pierwsze chcą, bym był szczęśliwy, a po drugie znają mnie doskonale. Mnie, moje gusta i zainteresowania. I nie musiały być to wielkie rzeczy – właściwie ja nigdy nie chciałem, by słowo „prezent” był synonimem do „drogi” i nigdy się tą zasadą nie kierowałem. Czasami, kiedy nie miałem pieniędzy starałem się kupować upominki, które są po prostu zabawne, ale odwołują się do tego, co wiem o osobach, którym je kupowałem.

I tu urwę. Nie ma pomysłowej puenty z twistem. Jest tylko jedna, dosyć oczywista, banalna myśl – tu zawsze chodziło i chodzi o symbol. I symbol ten wiele mówi o podejściu ludzi do nas i nas do ludzi.

Ale kiedy okazuje się, że są osoby, którym zależy na tym, bym poczuł się dobrze z jakiejś okazji – zdaję sobie sprawę, jakim szczęściarzem jestem i jak dobre mam życie.

Dziękuję.

Kolor skóry zmienia wszystko.

Myślę, że pewna część osób po przeczytaniu tytułu mogła pomyśleć sobie o autorze tego tekstu (czyli mnie) pewne niemiłe rzeczy. Te osoby zapraszam do lektury poprzedniego wpisu, która powinna coś w tej materii wyjaśnić. Do rzeczy – jakiś czas temu Youtuber, Paweł Opydo, nagrał film prezentujący pogląd, jakoby nagła zmiana wyglądu – opierająca się głównie na zmianie koloru skóry danego aktora – była poza dyskusją, ponieważ odgrywanych bohaterów nie cechuje kolor skóry.

Jestem całkowicie skory do tego, by przyjąć taką argumentację. To prawda – bohatera popkultury, ale nie tylko, przecież i nas samych – definiują cechy charakteru, uosobienie, reakcje, psychika. I to jest bardzo rozumowa argumentacja nie pozbawiona logiki wywodu i w zasadzie niemożliwa do obalenia. Pozostaje jednak tylko mały problem. To „ale”, z którego większość obrońców liberalnego stylu myślenia zawsze się wyśmiewa – zupełnie niepotrzebnie, bo samo „ale” podobnie jak „po co” i „dlaczego” jest motorem wielu rewolucyjnych odkryć w historii naszego gatunku. Dowodzi mianowicie, że osoba posługująca się tym spójnikiem (lub partykułą, to zależy) dostrzega różne odcienie i niejednoznaczności. Innymi słowy – jest istotą myślącą. To, czy myślącą moralnie – to już oczywiście inna kwestia.

Wracając do tematu – jest jeden problem, jedno „ale” z tym logicznym i pełnym racji wywodem. Jest nim czynnik ludzki.

Kiedy poznajesz jakąś osobę, nie szeregujesz jej w pamięci jako zbiór cech osobowości. Ten zbiór ma pewno imię, a to imię ma powiązany z nim obraz naszego znajomego. To, jak jest zbudowany, jak się porusza a przede wszystkim – jaką ma twarz, jakiego koloru oczy, czy też skórę. Jeśli by podążyć za logicznym wywodem fanów multikulturalizmu (który – podkreślę – sam w sobie nie jest niczym złym [chyba, że następuje czynnik ludzki]), identyfikowanie jakiejś osoby głównie po tym jak wygląda – jaki kolor ma jej skóra – lub czy jest kobietą, czy mężczyzną to rasizm i seksizm. Tu wkraczamy w sferę absurdu, bo okazuje się, że mózg ludzki jest rasistowski i seksistowski. Tak myślimy, tak zapamiętujemy – tak katalogujemy poznane osoby. Ba, nasz zaściankowy umysł (mówię tu o mężczyznach) kataloguje kobiety pod względem atrakcyjności seksualnej – chociaż to moim zdaniem nie ogranicza się tylko do cech wyglądu.

Oczywiście to co opisuję to absurd i wątpię, by ktokolwiek ze zdrowo myślących osób podążał takimi ścieżkami. Zagadnienie to jest jednak ważne przy rozpatrywaniu problemu nagłej zmiany postaci – aktora – w danym filmie, czy całej franczyzie. Przykładowo, kiedy postać Rolanda z „Mrocznej Wieży” ma odegrać (skądinąd świetny aktor) Edris Elba. Kiedy Hermionę Granger odgrywa czarnoskóra aktorka. Kiedy Juliusza Cezara ma zagrać czarnoskóry aktor – przypadki, szczególnie w dzisiejszych czasach, można mnożyć.

loool

Zadaję sobie pytanie – czy to źle, że czarnoskóry aktor ma zagrać główną (lub jedną z głównych) postać w filmie? Absolutnie nie! Czy zagra taką postać gorzej z uwagi na swój kolor skóry? Także nie. To zależy od jego umiejętności. Gdzie więc problem?

Problem leży w dysonansie poznawczym. Zjawisku doskonale znanym chyba każdej dorosłej osobie. Gdyby twój dobry znajomy nagle zmienił kolor skóry – przy spotkaniu z nim doszłoby do dysonansu poznawczego. Informacja – zapis – nie zgadzałby się z rzeczywistością. Podobne zjawisko następuje w odniesieniu do bohaterów popkultury. To nie są rzeczywiste postacie – powiecie – ale cóż z tego, jeśli ich określony obraz wyrył się już w naszej podświadomości? No to nie mamy być niewolnikami takich obrazów, bo to rasistowskie – powiedzą niektórzy i tym samym stwierdzą też, że umysł ludzki jest rasistowski… co, jak wiemy jest absurdem. Tymczasem sprawa jest skomplikowana – może i dany bohater nie istnieje w naszej rzeczywistości, ale nasze wyobrażenie o nim – podyktowane materiałem źródłowym, nasza sympatia bądź antypatia są już zupełnie rzeczywiste. Jeśli Hermiona jest opisana, jako biała dziewczyna, to ujrzenie jej jako czarnoskórej budzi mieszane uczucia. Jeśli Roland jest określany jako „Białas” i jest to nawet jeden z wątków w powieści, to ogrywanie go przez czarnoskórego Elbę będzie budzić niechęć. Zaś tłumaczenie, jakie ostatnio znalazłem, jakoby był to „inny” Roland, jest dla każdego fana „Mrocznej Wieży”, który od lat czekał na ekranizację, jak wielki środkowy palec wymierzony prosto w twarz.

Przypadek Juliusza Cezara, podobnie jak i Hermiony to przypadek teatru. Powiecie, że teatry rządzą się własnymi prawami – nawet kobiety grały mężczyzn. I znów – będzie to racja. Płeć jednak można było zatuszować, aby dysonans był mniejszy, trudno zaś ukryć kolor skóry. To niebezpieczne, co mówię, bo brzmi to „źle” w dzisiejszym świecie i może być opacznie zrozumiane, co samo w sobie uznaję za dosyć niepokojący znak czasów.

Tak samo niepokojący jest trend, aby tak wielu bohaterów było granych przez czarnoskórych aktorów. Tak samo niepokojąca była także i afera związana z Oscarami, kiedy wielu aktorów uznało, że brak nominacji dla Afroamerykanów jest podyktowany rasizmem. W podobnym tonie prowadzona była afera o „polityczność” – Sad Puppies i Hugo, czy nie tak dawna decyzja o usunięciu statuetki Lovecrafta (World Fantasy Award), z uwagi na to, że wedle dzisiejszych kryteriów jest on podejrzany o rasizm. W ostatnich latach światopoglądy zaczęły gęstnieć i wywierać coraz większy nacisk – znów pojawia się ludzki umysł i zdolność do łączenia wszystkiego we wzorce. Wzorzec w tej sytuacji nasuwa się sam. Nie można się więc dziwić dosyć gorącym dyskusjom – ludzie kierujący castingami dobrze o tym wiedzą.

Do czego zmierzam? Do tego, że kontrowersja dobrze się sprzedaje. Umieszczając czarnoskórego Edrisa Elbę w „Mrocznej Wieży” w roli Nie-Tego-Rolanda-O-Którym-Myślisz twórcy jednocześnie uspokajają pewne lobby, oraz gwarantują sobie, że o filmie usłyszy dużo więcej osób.

Dysonans poznawczy – a z nim poczucie zafałszowania danej postaci-  pozostanie – i będzie to zupełnie naturalna rzecz, nie mająca nic wspólnego z rasizmem. Być może film okaże się hitem. Być może Elba będzie świetnym rewolwerowcem.

Nigdy jednak nie będzie Rolandem Deschain, „białasem”, który podążał za Człowiekiem w Czerni.

Ponieważ zmienił to kolor skóry. Roland jest fałszywy.

Dla uzupełnienia proponuję tutaj felieton Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego Nowej Fantastyki. 

Co się psuje w Internecie

Hej, nazywam się Michał Stonawski i szanuję Korwina. Nie podoba mi się Aborcja, od lat też nie chodzę do kościoła w niedzielę. Nie podobają mi się niektóre z zachowań społeczności LGBT i szanuję Cejrowskiego. Nie podoba mi się, kiedy w filmach i popkulturze pojawiają się na siłę czarnoskórzy aktorzy. Pozwól mi zadać Ci pytanie – na jakiej podstawie mnie teraz oceniasz? 

Kiedy startował Internet byłem przekonany, że oto świat wkracza w zupełnie nową fazę rozwoju. I nie myliłem się, bo i globalna sieć istotnie popchnęła cywilizację w zupełnie nowym kierunku. Internet miał być skarbnicą ludzkiej wiedzy, prawie nieograniczoną bazą danych i wreszcie niesamowitym ułatwieniem komunikacji. I tu też można powiedzieć, że tak się stało, chociaż niepokojącym może być fakt, że Sieć dzisiaj służy głównie jako miejsce, gdzie każdą informację trzeba sprawdzać po parę razy, przestrzeń pełna wszelkiej maści pornografii i głupich zdjęć. I… daleki jestem od potępienia tego stanu rzeczy. Sieć to miejsce wolne, gdzie każdy sam wybiera, do czego chce mieć dostęp. Wszelkie próby jej ocenzurowania przez rządy na całym świecie są w mojej opinii próbami popełnienia przestępstwa przeciw własnym obywatelom, nie wspominając już o udowodnionej przez (między innymi) Snowdena inwigilacji opisywanej kiedyś jako dosyć koszmarne science-fiction, a na którą społeczność zareagowała – zdawałoby się – wzruszeniem ramion. Bo zdecydowanym sprzeciwem tego nie nazwę.

Ostatnio dochodzę jednak do przykrego wniosku, że gdzieś w tym wszystkim – mediach społecznościowych, kotach, lajkach – znika najważniejsza wartość, jaką Internet za sobą niesie – umiejętność komunikacji. I znów – nie odważyłbym się winić za to samej Sieci, a ludzi, którzy korzystając z niej dali się ogłupić.

Nieprzypadkowo zacząłem mój wywód tak, a nie inaczej – to są moje rzeczywiste przekonania, a przynajmniej ich część. Na ich skutek spora liczba osób czytających wstęp już mnie oceniła, zaszufladkowała, może nawet przestała tekst czytać, sądząc, że nie znajdzie tu treści dla siebie. Co więcej – pisząc takie rzeczy na przykład w statusie na facebooku diametralnie zwiększyłbym szansę na rychłą „gównoburzę”, podczas której uwolniłoby się strasznie dużo różnej ilości emocji – głównie złych. Powiem więcej – na skutek wyrażania swojej opinii wiele osób traci swoich znajomych. Tak samo, jak na skutek popierania „złej” partii politycznej (naprawdę – wyrzucenie kogoś ze znajomych, bo lubi inną partię polityczną?!), czy zgodzenia się z czymś ze „złą” osobą. Powiem jeszcze więcej – od dłuższego czasu spotykam się z opiniami osób, które w poglądach są podobne do mnie, a które radzą mi, bym nie wypowiadał się na żadne kontrowersyjne tematy, nie przedstawiał swoich opinii, czy myśli publicznie, ponieważ mi to zaszkodzi w karierze i życiu jako takim.

Co jest najstraszniejsze – mają rację. 

W którymś momencie Internet – czy też bardziej ludzki charakter – spowodował, że zniknęło gdzieś zrozumienie, umiejętność dialogu, czy choćby zwykłe „Domniemanie niewinności”. Ludzie zawsze dzielili się na obozy wedle swoich gustów, to normalne. To jednak, co się stało obecnie jest o wiele silniejszym zjawiskiem – bo globalnym i Internetowym. Rezonującym. Na naszych oczach dokonała się radykalizacja. Podział na skrajności. I w końcu etykietkowanie.

Jeśli szanuję Korwina – jestem kucem. Jeśli nie podoba mi się Aborcja – katolem i zaściankiem. Jeśli nie chodzę do kościoła – wykolejeńcem. Jeśli mam „ale” do społeczności LGBT – homofobem, a szanując Cejrowskiego zwykłym debilem. Na dodatek mając zdanie na temat wpychania czarnoskórych aktorów najprawdopodobniej jeszcze rasistą.

I już. Właśnie dostałem tyle etykiet i na tyle zostałem oblepiony gównem, że teraz będę się musiał tłumaczyć i udowadniać, że nie jestem złym człowiekiem. Wiele osób nie uwierzy. A reszta? Wiecie, jak jest – może to nie prawda, ale niesmak pozostał. Jak w kawale, tylko w życiu i już nieśmiesznie.

Mało komu przyjdzie do głowy scenariusz, w którym mogę szanować Korwina za pewne poglądy ekonomiczne, ale łapać się za głowę, kiedy pieprzy głupoty, że może mi się nie podobać Aborcja moralnie, ale mogę równocześnie widzieć pewne racje jej zwolenników, że jeśli nie chodzę mam problem z Kościołem, to nie koniecznie z Bogiem, że może mi się nie podobać część zachowań ludzi z LGBT, ale jednocześnie w części poglądów mogę stać za nimi murem, że Cejrowski jest dla mnie świetnym podróżnikiem i opowiadaczem i nie koniecznie zdanie na temat czarnoskórych aktorów podzielam przy wszystkich omawianych pod tym kątem filmach i że – uwaga – mogę je mieć, jednocześnie nie będąc zwolennikiem wrzucenia wszystkich czarnoskórych do gazu.

Powiecie – bo to musisz wytłumaczyć. Problem w tym, że nikt już nie chce słuchać. Nikt już nie ma czasu słuchać. Nawet jeśli znajdziesz osobę, której będziesz próbować coś wytłumaczyć, są spore szanse, że ona już cię oceniła – już zadecydowała, kim jesteś. Homofobem, katolibanem, rasistą, lewacką kurwą. I jasne, że znajdą się osoby, z którymi da się porozmawiać – problem w tym, że takich w Sieci, szczególnie na Facebooku jest coraz mniej. Bo i po co, jest cały wall do obskoczenia, serwis ze śmiesznymi obrazkami do obejrzenia, jeszcze jakieś newsy ze świata i filmiki na YouTube. O, kogoś gnoją? Rasista? Lewak? No to emotka „Wrr”. Albo dosadny komentarz. Nie ma potrzeby zagłębiać się w szczegóły, nie ma czasu. Na pewno jest winny. Wszyscy dzisiaj są lewakami-kurwami albo rasistami.

Domniemanie niewinności? Dyskusja? Empatia, albo zrozumienie? Zwykła ludzka dociekliwość? Te rzeczy zwyczajnie znikają. Jeśli komuś nakleisz nalepkę, to on się musi tłumaczyć i wykręcać, nieważne, co powiedział i dlaczego. I jasne, świat jest pełen homofobii, rasizmu, przemocy – to tak samo ludzkie, jak miłość, z tym, że fajnie byłoby z tymi złymi emocjami walczyć. Nie jestem tylko przekonany, czy walka z nietolerancją, poprzez nietolerancję i ostracyzm ma sens. Bo ci, którzy naprawdę są winni się w ten sposób nie zmienią – a jak zwykle odłamkami dostają niewinni.

Ale co ja tam wiem.

Jestem przecież tylko… <tu wstaw etykietkę>

Czy polski horror nie ma szans?

Napisał Łukasz Orbitowski na swoim blogu słów parę – zdanie, od którego można zaczynać opowieść, bo Orbitowski lubi na blogu pisać i jego wpisy są co najmniej tak samo wciągające, jak książki byłego już króla polskiej grozy. Dlaczego „byłego”? Bo sam autor wielokrotnie zaznaczał, że horrorem już się nie para. Mówił też, że głównie dlatego, iż nie ma już na horror pomysłu, niemniej gatunek ten nadal go fascynuje. Widać to choćby i po omawianym wpisie, w którym wygłasza opinię, jakoby polska groza nie miała szans na zaistnienie. Czy jest tak naprawdę? Chyba tylko czas może pokazać, ale słów pisarza miary Orbitowskiego nie sposób pominąć milczeniem. 

Polski horror jest jak polska piłka nożna, polskie kino widowiskowe, polski transport publiczny, polskie elektrownie atomowe i wiele innych rzeczy – to znaczy nie udał się i nigdy się nie uda. Grabiński przymierał głodem. Gdyby Stephen King urodził się w Polsce, miałby bloga, pracowałby na kasie w Lidlu, a w najlepszym razie pisał linie dialogowe do „Prawa Agaty” czy czegoś podobnego.

– pisze Orbitowski

Pomijając to, że polska piłka nożna radzi sobie ostatnio jakby lepiej, a i nie sposób zapomnieć jej wcześniejszych sukcesów, polskie kino widowiskowe też ostatnio ma nowe pomysły i coś zdaje się zmieniać, a transport publiczny to już nie te same rozklekotane pojazdy co dwadzieścia lat temu (może poza pociągami, te zawsze zdają się być wręcz stworzone dla klimatów grozy), łatwo można pojąć, o co Orbitowskiemu chodzi – Polska nie wydaje się być krajem w którym horror dobrze się sprzedaje. Co zresztą sam autor zaznacza:

W Polsce, gdzie fatamorganę marzeń wyznacza średnia krajowa (niecałe tysiąc euro), gdzie wydostanie się z prowincji przypomina pielgrzymkę do Medjugorie, a samotna matka zamiast pomocy dostaje centralny wpierdol, nie potrzeba żadnych horrorów.

I nie potrafię się z Orbitowskim nie zgodzić. W myśl zasady, że trwa jest zawsze bardziej zielona na przeciwległym brzegu rzeki, także i czytelnicze upodobania skłaniając się ku temu, czego w otoczeniu się nie znajdzie. W latach 80 i wcześniej była to literatura science-fiction, pozwalająca oderwać się od ziemi, jej problemów i dosyć ponurego ustroju. Przypomnę, że SF docierała dodatkowo z Zachodu – mitycznej krainy, gdzie „musi być jakaś cywilizacja”. Później przyszło (i utrzymuje się nadal) zafascynowanie fantasy. A horror? Jeśli wierzyć Orbitowskiemu, w naszym kraju mamy go za dużo, by ktoś chciał sobie jeszcze dokładać.

I tak można by to zostawić – wszystko zdaje się układać w miarę logicznie i spójnie. Tyle, że – o ile się z Łukaszem zgadzam – nie mogę być zgodny w pełni. Czy Polska to kraj, gdzie ludzie krzywo się na grozę patrzą? Jak najbardziej. Część osób z powodów podanych wyżej, część, bo „potwory i strachy” jakoś nie współgrają z obrazem dobrego chrześcijanina (choć i tu uogólniać nie można). Jednak w jednym się Łukasz Orbitowski myli – ludzie, którzy myślą w taki sposób to w większości nie jest target twórców grozy. Ba, nie sądzę nawet, by był to target twórców fantastyki. Targetem obecnej literatury są bowiem ludzie żyjący w sieci – czy może powiem dosadniej – w „globalnej wiosce”. Odbiorca grozy to człowiek, który wie co to Netflix, Amazon, Allegro, czy Ebay. Czasami chodzi do kina na filmy o superbohaterach, czasami ogląda seriale w domu, na pewno spotkał się z fenomenem „The Walking Dead” czy „Westworld”. Mówiąc krócej – to człowiek, dla którego świat nie jest ogrodzony przez granice naszego kraju, a żyje popkulturą.

No to czemu w takim razie ten polski horror nie hula już po księgarniach – spytacie. Poniekąd… także z powodów, o których Orbit wspominał. Polska to nie jest kraj łatwy dla tego rodzaju twórczości – ilustruje to choćby przypadek filmu „Córki dancingu”, reklamowanego jako musical i komedia, a zawierającego sceny gore i wątki grozy – i w ten sposób reklamowanego dopiero w USA, gdzie właśnie wchodzi na reklamy. Horror jest bowiem ryzykowny – trudno przepchnąć coś „nowego”, jeśli panuje przekonanie, że Polacy lubią łatwo, szybko i najlepiej żeby nie było angażujące umysłowo. Śmiem jednak twierdzić, że Polacy są takimi samymi ludźmi, jak i obywatele reszty świata, lub też nawet bardziej wymagającymi. Podpieram się tu ocenami tworzonych na jedno kopyto komedii romantycznych, oraz liczbami czytelników w grupach zainteresowań poświęconych na przykład Stephenowi Kingowi.

Nisza polskiej grozy

Problem moim zdaniem leży gdzie indziej – otóż odbiorcy nie wiedzą o produkcie. I tyczy się to tak książek jak i filmów.

Już kiedyś o tym wspominałem – to takie błędne koło. Wydawcy nie inwestują w polski horror, bo to ryzykowne i brak czytelników -> więc czytelnicy nie wiedzą że polski horror istnieje -> więc wydawcy nie inwestują w polski horror, bo to ryzykowne i brak czytelników. Dołóżmy do tego kryzys czytelnictwa, dołóżmy wielkie sieciówki, które nie płacą wydawcom, dołóżmy brak pieniędzy wydawców, dołóżmy omawiany wyżej fakt, który zauważył Orbitowski i którego zanegować też nie można… i mamy przepis na brak sukcesu.

Dodatkowo polska literatura grozy jest obecnie promowana… głównie wśród czytelników literatury grozy – jest bardzo mało osób, które pojawiają się „z zewnątrz”. A i tego „zewnątrz” nie da się tak łatwo zdefiniować – wyobraźcie sobie okrąg, w którego środku będzie polska groza wpisany w naprawdę OLBRZYMI okrąg gdzie są fani Stephena Kinga nie wiedzący zbyt dużo o polskim horrorze. Cała reszta osób jest poza tym dziwnym tworem. Smutna prawda jest taka, że mimo ostatnich lat starań i naprawdę sporego ruchu, tworzenia się środowiska i inicjatyw dalej jesteśmy po prostu małą niszą. 

Horrory i ludzie

Czego polski horror potrzebuje? Myślę, że przede wszystkim wyjścia do ludzi. Istnieją odbiorcy i jest dosyć spory target – być może nie jest on olbrzymi, ale z pewnością zaspokoiłby zapotrzebowania gatunku. Lub (cichutko marzę) rozpędziłby go na skalę światową. Wracając na Ziemię, jest jeszcze jedna rzecz, o której wspomniał pisarz Marcin Rusnak w dyskusji na facebooku – właściwe książki.

Nie umniejszając twórcom horroru ekstremalnego, gore czy bizarro i wszelkich innych odmian grozy, czytelnik, który pierwszy raz styka się z horrorem powinien wziąć do ręki „grozę dla każdego” – coś, co zaowocowało u Kinga i dzięki czemu pisarz ten zrobił tak wielką furorę. Mocne obyczajowo, ciekawe z punktu widzenia książki grozy niekoniecznie ukazujące niuanse obcowania płciowego z trupem. Zrozumiał to choćby Stefan Darda – najpierw pisząc takie książki, potem po prostu wychodząc z nimi do ludzi, jeżdżąc nie tylko po konwentach, ale i bibliotekach w całym kraju. Wyniki sprzedaży tego autora mówią chyba same za siebie, mimo, iż nie jest to „groza dla zaawansowanych” – ale i do tej wielu jego czytelników dochodzi, najpierw chłonąc specyficzną stylistykę i klimat literackiej grozy.

Czy polski horror nie ma szans?

Łukasz Orbitowski, jak mi się wydaję, skreślił horror. I trudno zaprzeczyć jego racji – nie jest to jednak racja w pełni słuszna i jedyna. Na dzień dzisiejszy polska groza balansuje nad przepaścią – co poczytuję jako poprawę, w porównaniu z sytuacją sprzed paru lat, kiedy jedną nogą byliśmy już „po tamtej stronie”. Nie jest jednak moim zadaniem, by krzyczeć, że Orbitowski racji nie ma i horror da radę.

Myślę, że w obecnej sytuacji i moim i każdego twórcy i działacza grozy zadaniem jest udowodnić Orbitowskiemu, że racji nie miał.

To da się zrobić.

To był dziwny rok.

Wydałem chyba najmniej rzeczy w dotychczasowej historii – jednocześnie, najwięcej na tym polu zdziałałem. Do wielkich sukcesów należy publikacja w Nowa Fantastyka, na której nie mam zamiaru się zatrzymywać i na pewno będę walczył o więcej. Tekst został też porównany (trochę) do opowiadania Jacka Dukaja, co mnie niesamowicie zaskoczyło. Z dwóch powodów – po pierwsze poczułem się zaszczycony. Po drugie proza Dukaja jest jedyną mi znaną, do jakiej nie dorosłem – a przynajmniej wiem to po mojej ostatniej próbie czytania „Lodu” trzy lata temu. Jednocześnie w Magazyn Histeria ukazało się moje opowiadanie WDŻ gorsząc przy tym bardzo wiele osób, które przy okazji zarzuciły mi też kłamstwo – mimo, że to co napisałem było fikcją opartą o scenariusze nauczania Gender – co do słowa.

Niewątpliwym sukcesem była też akcja crowdfundfingowa na Wspieram.to, na której udało się na wydanie #Mapacieni uzbierać prawie 9 000 zł – z zakładanych 8.500. Przyznacie, że jak na debiutanta jest to całkiem dobra liczba. Jednocześnie musiałem odpierać prawdziwą burzę ataków i osądów, że mój sposób prowadzenia akcji i marketingu się nie powiedzie. Jak widać – powiódł się. Teraz czekam na Van Der Book i wydanie książki. Z tych pieniędzy nie sądzę, bym zyskał cokolwiek, prócz satysfakcji.

W tym roku przestałem także nadzorować pracę Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego, która jednocześnie została zawieszona przez teraźniejszych organizatorów… i o samej Nagrodzie nastała cisza. Mam nadzieję i ufam, że projekt będzie kontynuowany przez osoby bardziej kompetentne i znające się na rządzeniu ludźmi twardą ręką. Jednocześnie kontynuowałem pracę jako naczelny polskagroza.pl, dopóki strona nie została wyłączona przez osoby do których należała domena. Jako naczelny, razem z Marta Sobiecka i osobami zamieszanymi w prace redakcji: Brunon Hawryluk czy Piotr Borowiec stworzyliśmy i kontynuowaliśmy konkurs „Jakie czasy taki diabeł” (także na fanpage Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego – która jest z tego, co w tym momencie widzę bardziej fanpage strony, niż Nagrody per se) w którym jurorami zgodzili się być:
Maciej Parowski
Michał Gacek
Marek Zychla
Marek Żelkowski
Wiktor Żwikiewicz

Co mnie miło zaskoczyło i dało niesamowitego kopa. A wszystko dzięki wspaniałemu zaangażowaniu w sprawę Marty, która naprawdę jest jakimś demonem produktywności. Z tego samego konkursu pokłosiem będzie antologia, którą w pocie czoła przygotowujemy a do której zgodziło się dołączyć paru świetnych autorów.

Co jeszcze? W wakacje udało mi się trochę pouczyć kreatywnego pisania młodzież na obozie survivalowym – i było, że się tak wyrażę, „w dechę” – niesamowici ludzie, do których coraz więcej szacunku nabieram. Zarówno współkadra, jak i „wychowankowie” rzecz jasna :)
Później razem z Fundacja Horyzont Zdarzeń – Akademia Aktywności i Rozwoju przeprowadziliśmy wodowanie galara, którym później udało się trochę popływać po Wiśle i wreszcie zostawić go na zimę w ustronnym miejscu. Jednocześnie dokonałem cudu bilokacji, będąc w tym samym miejscu i czasie w dwóch różnych lokacjach – w Krakowie i wodowaniu, oraz będąc gościem Polcon 2016 Wrocław. Nie mam pojęcia jakim cudem mi się to udało, ale się udało. Byłem też gościem paru innych konwentów, jak choćby Imladris – Krakowskie Weekendy z Fantastyką – od których zaproszenia zdobią moją ścianę, bo dają mi niezmiennego kopa do motywacji. Ogólnie rok konwentowo udał mi się… bardzo. Jak chyba każdy od paru lat. I chociaż mogę marudzić, to całym swoim fantastycznym serduszkiem kocham ten nasz polski Fandom.

Dowiedziałem się też w tym roku czym jest prawdziwa przyjaźń – wydarzenia i dużo złych emocji od niektórych osób odcisnęły piętno na bliskich i – jak mawia porzekadło – prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie. Los pokazał, że mogę liczyć na przyjaciół, szczególnie na jednego z którym znamy się już ponad 20 lat. Jednocześnie rok 2016 zabolał zniknięciem innego „przyjaciela” z mojego życia, co pewnie będę odczuwał jeszcze przez dłuższy czas, bo 10 lat to nie w kij dmuchał. Doczekałem się też różnych granicznych emocji wśród znajomych – kiedy jedni stoją murem, inni nie potrafią ukryć niechęci. Nie powiem, bym nie miał z tym różnych przemyśleń związanych, ale jedno wiem na pewno – jestem „zimny albo gorący”. Mam swoje myśli i przekonania, których się nie wstydzę, chociaż często są przeinaczane.

I wreszcie… to, czym powinienem zacząć by ustosunkować się do zeszłorocznego podsumowania i podsumowania sprzed dwóch lat: Witajcie, mam 25 lat, czuję się trochę młodziej, ale czasami ciągle myślę o śmierci.

Ale kiedy o niej myślę wiem, że na dzień dzisiejszy gdybym miał kończyć swoje życie powiedziałbym, że było ono trudne, ale dobre i że jestem z niego zadowolony.
I takie mam postanowienie na całe życie – być zadowolonym. Często niestety wbrew przyjętym kanonom, ale jednak – być szczęśliwym człowiekiem w gronie szczęśliwych osób mi bliskich.

I tego i Wam życzę na ten nadchodzący rok.

Mapa Cieni – Wątpliwości przed wydaniem

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wpis ten – z wizerunkowego punktu widzenia – jest bardzo ryzykowny. Bo albo odbiorca zrozumie, co mam do przekazania, albo pomyśli – autor nie jest pewien swojej książki? A kto ma być, jak nie on? Nie kupuję. Nie czytam. To pewnie szajs. I o ile to ostatnie zostaje oczywiście do oceny po premierze, to w żadnym wypadku nie mam zamiaru zniechęcić przyszłych czytelników. Problem polega na tym, że nie chcę ich też zawieść. 

Czy myślę, że „Mapa Cieni” może okazać się złą książką? Nie. Czytałem złe książki i widziałem, jak wyglądają. Jednego jestem pewien – grafomanii w niej nie znajdziecie. Choćby dlatego, że tak wielu w tej książce jest wspaniałych autorów grozy. Problem jest gdzie indziej – „Mapa Cieni”, a przynajmniej moja „lwia część” tej książki to teksty napisane już jakiś czas temu. Ostatnio coraz więcej wiadomości kierowanych i do mnie i gdzieś w przestrzeń – zapytań czytelniczych – mówi o „Mapie”. Kiedy będzie? Za ile czasu Van Der Book wreszcie wrzuci książkę do sprzedaży? Ile jeszcze trzeba czekać? Naczelny OLS i Okiem Na Horror, Seba Sokołowski wrzucił „Mapę Cieni” do „rozczarowań roku 2016” – nie dlatego, że wie co znajduje się między okładkami, a dlatego, że jeszcze nie wyszła. Tylko i aż tyle. Mnie pozostaje zrozumieć te pytania, żale i wątpliwości.

W rzeczy samej, „Mapa” zapowiadana jest od długiego czasu. Boję się, żeby ten długi okres oczekiwania nie okazał się dla niej zgubny. Bo apetyt nie rośnie tylko w miarę jedzenia, ale i przed nim. Okoliczności, na które wpływu nie miałem kazały czekać wszystkim cierpliwym (i niecierpliwym) na tę książkę długo. Bardzo długo, od kiedy w ogóle zaczęto o niej mówić. To wzbudza też i nadzieje – a te mogą okazać się zabójcze. Tak, jak zabójcze nadzieje okazały się dla gry „No men sky”, ostatecznie grzebiąc ją i wywołując wściekłość na twórców – wściekłość w pewien sposób zasadną, ale też i nie do końca sprawiedliwą, bo wiele ze złożonych obietnic (jak się okazało bez pokrycia) było dziełem wydawcy. Ja obietnic bez pokrycia składać nie chcę – nie mówię, że „Mapa” będzie najdoskonalszym (czy choćby „dobrym”), co ludzkość przeczyta. Czas oczekiwania robi jednak swoje. I w kwestii oczekiwań i tego, że książka zwyczajnie – starzeje się.

Popatrzmy na daty. Na pomysł, by taką książkę napisać wpadłem gdzieś w okolicach 2011 roku. Blisko połowę 2012 i początek 2013 roku zajęła gigantyczna praca, jaką był research, odwiedziny w każdym z miejsc, wypytywanie mieszkańców i wreszcie spisywanie ich zeznań. Oraz pisanie reportaży i pierwsze opowiadania. Kropkę postawiłem późną wiosną 2013 roku i od tego czasu szukaliśmy wydawców. I znajdywaliśmy – po czym po pewnym upływie czasu byliśmy przez nich porzucani, chodziło o pieniądze. Z Van Der Book związaliśmy się oficjalnie w sierpniu 2015 roku. Książka zaś wyjdzie z początkiem roku 2017.

Osoby, które czytają moje opowiadania zwracają często uwagę na to, jak zmienia się mój styl – chociaż (podobno) da się powiedzieć, że ja coś pisałem (nie wiem jak, nie znam się), to teksty z początku i końca roku znacząco się od siebie różnią. Moim zdaniem – jakością. Tutaj zaś mamy przepaść ponad czterech lat…! To dużo jak na książkę. Prawdę mówiąc, ostatnia akcja na wspieram.to i umowa z VDB to była ostatnia szansa, by ją wydać. Gdybym musiał szukać wydawcy raz jeszcze – nie zrobiłbym tego, bo oznaczałoby to kolejne dwa lata (razem z szukaniem wydawcy) do premiery. Książka zwyczajnie byłaby już stara i nieaktualna jak na wydanie. Poniósłbym klęskę – zarówno w oczach moich, jak i zapewne kolegów po piórze i Was – to czytających.

Tymczasem przerwa czasowa sprawia, że nie mogę powiedzieć, by „Mapa Cieni” była najlepszą książka, jaką w tej chwili mogę napisać. Na pewno jest najlepszą książką, jaką mogłem napisać w 2013 roku. Jeśli to nie wystarczy, pozostaje mi wiara w zaproszonych autorach, którzy dodali do niej swoje opowiadania – wiem, że te nazwiska znaczą dużo i ci ludzie piszą dobrze. Przynajmniej połowa książki jest więc naprawdę dobra – tym się nie martwię. Chciałbym jednak – zwyczajnie, po ludzku – by to, co ja zaprezentowałem nie okazało się dla czytelnika rozczarowaniem. Jestem za to odpowiedzialny i dobitnie czuję ten ciężar na swoich barkach. Cała droga jaką przeszedłem, by ta książka zaistniała dodaje teraz temu wszystkiemu wagi.

A może powinieneś książkę napisać od nowa? – zapyta ktoś. To jednak mijałoby się z celem. Moje wspomnienia o nawiedzonych miejscach nie są już tak ostre, żadne zdjęcia czy filmy tego nie naprawią. Wiązałoby się to też z opóźnieniem, na które pozwolić sobie nie mogę ani ja, ani wydawca. Nie. To wyjdzie tak, jak zostało napisane. Nie ma już czasu na „second thoughts„. Ten wpis to też nie są do końca wątpliwości – ja wierzę, że to co zaprezentuję będzie dobre. Jednocześnie nie mogę jednak ignorować faktów – gdybym robił „Mapę Cieni” teraz, cztery lata później – zrobiłbym ją pewnie jeszcze lepiej. A może nie. Kto wie? Być może postęp będzie widoczny przy części drugiej…?

Jedno jest jednak pewne – jestem za ten twór odpowiedzialny. I mogłem się starać, mogli zawinić wydawcy, sytuacja nie ta, zawirowania na rynku wydawniczym – wszystko prawda. Ale odbiorca ma gdzieś starania, czy winę osób trzecich. Liczy się tylko autor – twarz inicjatywy. To dosyć gorzka (i oczywista) lekcja, której nauczyłem się na przykładzie organizowania Nagrody Grabińskiego.

Mam też pewną potrzebę – chciałbym sprawić, by moi czytelnicy (aż się poprawić muszę) czytelnicy mojej literatury (w większości) byli zadowoleni. Taka jest moja odpowiedzialność jako twórcy. Czy tak się stanie – czas pokaże. Ale jednego jestem pewien – dałem z siebie wszystko. Teraz tylko wyrzucam myśli kłębiące się w mojej głowie.

Nie takie złe „Prequele” jak je malują – w obronie Star Wars

Grudzień i premiera „Łotra 1” to dobry czas, by przypomnieć sobie sagę Gwiezdnych Wojen. I niezmiennie, jeśli mówimy o „Sadze”, to zatrważająca liczba fanów powie; „ale dla mnie prequele nie istnieją”, lub też będzie miała do nich spore zastrzeżenia. Uważam też, że nielubienie trylogii prequeli stało się swego rodzaju modą, wyznacznikiem „prawdziwego fana Star Wars”. Jeszcze lepiej, jeśli do tego nienawidzi się Lucasa – twórce tego całego zamieszania. Doprowadziło to nawet do sytuacji,w której J.J. Abrams robiąc TFA jakoś tak dziwnie „pominął” istnienie Starej Republiki. Można lubić TFA, lub nie, ale jedno trzeba przyznać – Abrams i spółka zrobili film, który musiał być bezpieczny. Nie dodający zbyt wiele nowego. Jadący na schematach części IV. Aby tylko nie zadrzeć z fanami, nie stać się nowym Lucasem. 

I w ten właśnie sposób „The Force Awaknes” okazało się filmem, który dobrze się ogląda, ale nie wnosi zbyt wiele nowego i sprowadza to, co działo się w przedziale czasowym trzydziestu lat, do paru sekund, kiedy „większa gwiazda śmierci” właściwie wymazuje całą Nową Republikę, a z nią wszelkie niewygodne pytania, politykę i wszystko to, co mogłoby w uniwersum „niepotrzebnie namieszać”. Mimo trzydziestu lat wydaje się, że świat został takim, jakim go zostawiono w „Powrocie Jedi”, a nawet cofnął się do „Nowej Nadziei”. No, ale dzięki temu wierni fani dostali wielką dawkę nostalgii… i nic poza tym.

Lucas, zabierając się za „Trylogię Prequeli” miał chyba większe ambicje. Ambicje, które ostatecznie doprowadziły do tego, że stał się chyba najbardziej znienawidzonym twórcą w historii popkultury. Czy słusznie? Czy części I-III są naprawdę takie złe? Osobiście jestem zdania, że nie. Ale na pewno są inne, niż pierwsza trylogia. Z paru powodów – większej ilości pieniędzy, lepszych warunków technicznych i… odwagi, by dodać coś nowego.

Zadałem na facebooku paru osobom pytanie, co takiego złego jest w częściach I-III? Postaram się teraz odpowiedzieć na te opinie z cichą nadzieją, że może uda mi się kogoś przekonać.

1-jar-jar

1.Jar-Jar

To, czy wprowadzenie Jar-Jara było dobrym pomysłem jest chyba najbardziej omawianą sprawą jeśli chodzi o gwiezdnowojenne uniwersum. I szczerze – nie dziwię się. Głupi Gunganin przerósł nawet najsłynniejsze miśki w galaktyce, czyli Ewoki. I jedyną rzeczą, która ratuje tę decyzję jest teoria, jakoby Binks miał być wykorzystany jako późniejszy lord sithów. Zgadzałoby się to z tym, jak Lucas ciągnął swoje opowieści i wizerunkiem Yody przedstawionego z początku jako dosyć… niestabilnego emocjonalnie. Jar-Jar miałby kryć się za wszystkim… i jeśli faktycznie tak było, pokazuje to, jak bardzo Lucas został znienawidzony przez fanów, bowiem po protestach po części pierwszej Binks coraz bardziej schodzi na dalszy plan, a jego istnienie w Sadze wydaje się tym bardziej bezsensowne. Ale analizujemy dzieła za to, jakie są, a nie jakie miałyby być – wobec czego owszem: Jar-Jar jest najbardziej bezsensowną postacią w Uniwersum Star Wars. Czy jest aż tak denerwujący, by rzutować na cały film, lub też całą trylogię? Zdecydowanie nie.

2-cgi

2. CGI

Argument, że CGI niszczy „Gwiezdne Wojny” stał się na tyle mocny, że TFA zostało zrobione hybrydowo. I o ile nie jest to zła decyzja, nie uważam, by CGI niszczyło Trylogię Prequeli. To prawda – z biegiem czasu filmy wyraźnie się postarzały. Ale to samo można powiedzieć o Starej Trylogii, o czym zdają się niektórzy zapominać. Bądźmy szczerzy – nic nie jest wieczne i sztuczność wylewa się z obu trylogii. Z tym, że tylko jedna z nich jest „pierwsza” i „kultowa”. Pamiętać też należy, że Star Wars zawsze czerpało garściami z tego, jak w danym okresie robi się filmy i samo nadawało kierunek temu, jak się je robi. W latach, kiedy powstawały części I-III CGI było wszędzie. Lucas zaś czerpał garściami z dobrodziejstw techniki. I czy wyszło tak źle? Przypominam sobie widok Coruscant, Naboo, wspaniałą bitwę kosmiczną w części III. Yodę, który w „Ataku klonów” bił się z Dooku tak, jak to należałoby wymagać po Wielkim Mistrzu zakonu. Jako fani zawdzięczamy CGI naprawdę wielu wspaniałych widoków i wrażeń – i o ile można się zgodzić w tym, że w ówczesnym okresie kina było go zbyt wiele – to nie można uznać tej konwencji za błąd, a za udogodnienie, które sprawiło, że Star Warsy wyglądały… cóż – realniej, niż parę X-Fighterów rzucających się na Gwiazdę Śmierci.

3-fabula

3. Nudna fabuła

I to jest argument z którym trudno mi się spierać – bo zależy od gustu. Ale nie mogę powiedzieć, bym się z nim zgadzał. Porównajmy fabuły obu trylogii:

Części IV-VI: Sierota, którego dom zostaje zniszczony podąża ze starym mistrzem na pomoc królewnie w trakcie której stary mistrz ginie zabity przez swojego pierwszego ucznia, a królewna zostaje uratowana. Następnie siły zła kontratakują, zmuszony do ucieczki sierota odnajduje następnego nauczyciela i mierzy się z dawnym uczniem pierwszego mistrza, który okazuje się ojcem sieroty. Następnie dochodzi do ostatecznej konfrontacji, wielkiej bitwy podczas której drużyna bohaterów walczy ramię w ramię z żołnierzami wroga, a sierota ze swoim ojcem i wielkim mistrzem zła, przegrywa, ale wtedy ojciec buntuje się i zabija wielkiego mistrza. Koniec, wszyscy się cieszą, impreza.

Części I-III: Na pustynnej planecie dwóch rycerzy odnajduje małego chłopca, który nigdy nie miał ojca i zdaje się dzieckiem z przepowiedni. Kiedy jeden z rycerzy ginie w epickim pojedynku, drugi postanawia szkolić chłopca na rycerza. Następnie jesteśmy świadkami odkrycia spisku mającego wywołać wojnę i jej przeciwdziałać poprzez zbudowanie armii. Dowiadujemy się też, że wielki mistrz zła knuje w samym sercu republiki. Na skutek jego działań wkrótce wojna wybucha a szlachetni rycerze – mimo woli – zostają pionkami w intrydze zła. To zacieśnia się wokół nich i ostatecznie prowadzi do zagłady całego zakonu. Ujawniony zostaje wielki mistrz zła, który przekształca republikę w imperium zła i tym samym armia mająca uratować dobro staje się armią zła. Główny wybraniec chcąc przeciwdziałać klątwie śmierci wskutek swoich uczuć i zakazanej miłości wyrzeka się dobra i ostatecznie doprowadza do śmierci swojej ukochanej. Dobro i zło ścierają się w ostatnich pojedynkach, dobro przegrywa, lecz pojawia się też i nadzieja…

Oczywiście – pominąłem wiele wątków pobocznych. Mimo jednak dobrych chęci z góry wiadomo, która fabuła jest bardziej skomplikowana i pełna zwrotów akcji. Przede wszystkim fabuła pierwszej trylogii jest bardziej oklepana – to typowa opowieść fantasy. W częściach I-III pojawiają się intrygi, polityka, różne odcienie szarości, w przeciwieństwie do z góry zdefiniowanego podziału „dobro-zło” w trylogii pierwszej. I daleki jestem od piętnowania oryginału, ale powiedzenie, że fabuła prequeli jest nudna… cóż, delikatnie mówiąc mija się z prawdą. Ostatecznie jednak przyznać trzeba, że „Gwiezdne Wojny” nie słyną w ogóle ze skomplikowanych rozwiązań fabularnych.

4-jedi

4. Superbohaterowie Jedi

To jeden z tych argumentów na które czekałem. Insynuuje on, że walki w trylogii prequeli są przesadzone. I nie mogę się z tym zgodzić ani trochę. Okres Starej Republiki to czas, kiedy zakon Jedi był w jeszcze „w formie”, chociaż chylił się ku upadkowi (znów – ciekawa fabuła). Zauważyć należy, że fabuła skupia się na opowieści o „Wybrańcu mocy”, człowiekowi niesamowicie wręcz potężnemu. Prócz niego mamy też jednego z największych mistrzów Jedi – Obi-Wana, Yodę, wielkich mistrzów zła jak Dooku (którego minimalistyczny styl walki jest fenomenalny), lub takich „wymiataczy” jak jedyny w swoim rodzaju mistrz Windu, używający techniki łączenia ciemnej i jasnej strony. A jacy są „zwykli” Jedi? Widać to chociażby w bitwie na Geonosis. Gdyby wszyscy oni byli „superbohaterami” nie daliby się tak szybko spacyfikować. Tuż zanim przybywają klony, Jedi zostaje garstka. Wcześniej możemy podziwiać ich walkę – i jest ona mniej więcej na poziomie Luke’a w „Powrocie Jedi”. Jeśli zaś patrzeć na choreografię walk najlepszych szermierzy Zakonu Jedi – jest ona epicka, bardzo emocjonalna i popisowa. Dokładnie taka, jak czasy w których przyszło Jedi walczyć. Należy pamiętać też o jednym z najlepszych pojedynków w historii – Qui-Gon Jinn i Obi-Wan vs. Darth Maul. Jedi są tylko (i aż) Jedi, a Maul i jego choreografia jak najbardziej pasuje do tego, kim Maul jest – siepaczem Sithów.

(Oczywiście, ten argument także nie uciekł uwadze Abramsa, wobec czego pojedynek Rey i Kylo w TFA jest ukazany w formie walenia kijem w kij, co – biorąc pod uwagę to, że Kylo ukazywany jest jako ten, który wybił innych uczniów Luke’a, badass potrafiący dzięki mocy zrobić to, co Neo w Matrixie robił z nabojami – cholernie się nie klei)

5-watek-milosny

5. Straszny wątek miłosny

I to jest coś, z czym zgadzałem się przez ostatnie lata, dopóki nie przemyślałem sobie paru rzeczy – mamy sobie chłopca wychowanego przez matkę, a potem mistrza Jedi. Chłopiec ten nigdy nie miał większych kontaktów z kobietami. Przez lata buduje i idealizuje sobie wizerunek jedynej dziewczyny, która mu się strasznie spodobała i zakochuje się w niej tym pierwszym uczuciem tak zwanej „Wielkiej Miłości”. W Zakonie Jedi miłość do innej płci jest zakazana, Jedi żyją w celibacie. To pewne Taboo, a mistrz Obi-Wan nie jest raczej osobą, z którą można o takich rzeczach pogadać. I kiedy dochodzi co do czego wykwita romans – absolutnie nie kinowy. Nieporadny. Jakiś taki zbyt doniosły i czysty. Cóż, czego można wymagać po bądź co bądź nastolatku po raz pierwszy dotykającym kobiety? Ale hej – jak wyglądała Wasza pierwsza miłość?

Z czym się zgodzić mogę, to to, że w świecie, gdzie wszystko jest epickie, taki wątek kłóci się z konwencją. Na pewno nie tego oczekują ludzie po kinowej miłości. To po prostu nie pasuje – nie do fabuły, ale do konwencji.

midichloriany

6. Midichloriany

Ufff. No dobra. Stało się. Midichloriany zostały wspomniane raz, w pierwszej części filmu, ale są tak ważne, że nie sposób ich pominąć. No, to powtórzmy sobie wypowiedzi o mocy mistrza Qui-Gonna oraz Yody:

Qui-Gon, do Anakina po audiencji u Rady Jedi:

„Midichloriany to mikroskopijne formy życia obecne w żywych komórkach. Żyjemy z nimi w symbiozie. Bez Midichlorianów nie byłoby życia i nie znalibyśmy Mocy. To one nam mówią, czego pragnie Moc. Wycisz umysł a usłyszysz je.”

Yoda do Luke’a:

„Moim sprzymierzeńcem jest Moc, a to potężny sprzymierzeniec jest. Życie ona tworzy. I sprawia że wzrasta. Jej energia… otacza nas. I łączy. Świetlistymi istotami jesteśmy, nie tą surową materią. Musisz poczuć moc wokół ciebie. Tutaj, między tobą, a mną, drzewem, skałą. Wszędzie. Tak! Nawet między ziemią a statkiem.”

Zastanawiam się – czy te dwie wizje aż tak się od siebie różnią? To prawda – to, co mówi Yoda jest bardziej mistyczne. W trylogii prequeli Lucas obdziera Moc trochę z mistycyzmu, sacrum zmienia się w profanum… tak się przynajmniej wydaje. Myślę, że argument z Midichlorianami jest nietrafiony, bo zwyczajnie sprowadza się do tego, że według niektórych Midichloriany są Mocą i tak wielu fanów je rozumie, co jest błędem. Qui-Gon mówi, że Midichloriany są symbiontami, które żyją w organizmach żywych istot i to dzięki nim – dokładnie dzięki ich ilości – są one podatne na Moc. Nie oznacza to jednak, że symbionty te SĄ Mocą! Oznaczają za to pewien potencjał danej istoty – i nigdzie nie jest powiedziane, że ten potencjał jest trwały. Całościowa wizja Mocy przedstawia się więc w ten sposób:

Moc to mistyczna energia, która otacza wszystko i wszystkich. Spaja świat, na którym żyją istoty zdolne na nią reagować i jej używać – dzieje się tak z uwagi na symbionty w nich żyjące, które współżyją z Mocą. Ich ilość oznacza potencjał danej istoty. Anakin Skywalker swoim potencjałem wręcz przerażał. Czy był przez to potężniejszy od Yody? Nawet jako Vader nawet nie zbliżył się do poziomu Wielkiego Mistrza.

Dla mnie cały argument i wina Lucasa związana z wprowadzeniem Midichlorianów są objawem – wybaczcie – zbiorowej histerii, ponieważ żadna z wizji nie wyklucza drugiej. Midichloriany NIE SĄ Mocą. Kropka.

heyden

7. Hayden Christensen

I tu znów ciężko polemizować – z uwagi na zwyczajny gust. Jest to jednak jeden z częściej pojawiających się zarzutów. Trudno mi powiedzieć, czy to przez ten nieszczęsny wątek miłosny i dialogi o gryzącym i miękkim piasku… ale taka jest moja teoria. I tutaj też chciałbym zaapelować o dystans – bo czy Christensen naprawdę tak źle zagrał Anakina? W części drugiej jest idealistycznym i kierującym się emocjami nastolatkiem, co może wkurzać, ale w żadnym wypadku nie odmawia mu aktorstwa. W części trzeciej… cóż, jeśli moment, w którym ostatecznie przechodzi na ciemną stronę i to, jaki jest w tym krótkim czasie jako Vader bez zbroi nazwiecie „złym aktorstwem”… to chyba nie ma o czym gadać, bo zamyka się to już w gustach. Jak dla mnie umiejętność pokazania pewnych emocji, pokazania rozterki czy zagubienia to umiejętności dobrego aktora. Nie „wspaniałego”, bo gdyby postawić Christensena obok Anthonego Hopkinsa, to byłoby to obrazą dla tego drugiego, ale po prostu – dobrego.

vader_yelloweyes

8. Przejście Anakina na Ciemną Stronę

I tu znów – moim zdaniem – wielu fanów rzuca pretensjami nie zastanawiając się na tym, co mówią. Zarzut jest taki: Jest sobie Anakkin-Jedi i – WTEM! – Palpatine przeciąga go na Ciemną Stronę. Tymczasem Anakin przechodził na Ciemną stronę w długim procesie trwającym dobre kilka lat. Zacznijmy od części drugiej, gdzie nie dość, że zawiera zakazany związek, zaczyna żyć w kłamstwie i prowadzi podwójne życie (co nie jest ani trochę ścieżką Jedi), to jeszcze jedzie do obozu Tuskenów i tam… wymordowuje całą wioskę. Mężczyzn. Kobiety. Dzieci. Jeśli to nie jest Ciemna Strona, to co nią jest ja się pytam. Od części drugiej do trzeciej mija parę lat wojny. Anakin – Rycerz Jedi dalej jest Jedi, ale – jak sam mówi – „nie jestem Jedi którym powinienem być”. Wojna go niszczy. Miłość (ach, ta nudna, nieskomplikowana fabuła!) go niszczy. W końcu przychodzą wizje śmierci Padme, do której sam w końcu (ach, ta nudna, nieskomplikowana fabuła…!) doprowadza. Przez ten cały czas widzimy, jak Palpatin staje się jego mentorem i przyjacielem – mimo, że mentorem i przyjacielem jest też Obi-Wan. Ten konflikt też nie jest Jasną Stroną. Na początku części trzeciej Anakin morduje Dooku – zupełnie nie jak Jedi. W końcu, w trosce o swoją miłość – Amidalę – przechodzi na Ciemną Stronę aby użyć jej – oczywiście – w dobrych celach. To nie jest moment. To proces, który trwa lata. „Moment” to jest szybkość z jaką Rey w TFA nauczyła się władać Mocą na poziomie wykwalifikowanego Jedi.

Myślę nad rozwinięciem tego wpisu o część drugą. Ale to już kiedy indziej – zwyczajnie zrobiłoby się za długo.

Wywiadowo

W ostatnich dniach zostałem przepytany – i to podwójnie. Na stronie Lovekrakow.pl, oraz w Radio Oświęcim – tu z Krzyśkiem Bilińskim. Obie rozmowy dotyczyły oczywiście „Mapy Cieni”. Dodam jeszcze, że rozmowy w radiu będzie można jeszcze posłuchać we wtorek! 

Czy według Pana istnieją niewytłumaczalne zjawiska? Czy tłumaczymy sobie racjonalnie coś, czego nie rozumiemy?

Myślę, że istnieją zjawiska, których nie umiemy jeszcze wytłumaczyć. Prędzej czy później to się zmieni, nauka odkryje kolejne karty. Dokonają się przełomowe odkrycia. Ale póki co nie można negować istnienia pewnych rzeczy bez uprzedniego ich całkowitego zbadania i pewnych doświadczeń. Żyjemy w dosyć ciekawych czasach, kiedy to, co wcześniej było fikcją odnajduje wytłumaczenie. Telepatia to w pewnym sensie stan splątania kwantowego. Teoria wymiarów równoległych jest dziś postrzegana jako bardzo prawdopodobna, a nawet mówi się o istnieniu świadomości po śmierci – w sensie naukowym. Jeszcze paręnaście lat temu takie rzeczy byłyby postrzegane jako bełkot. Nigdy nie szukałem duchów, ani nie próbowałem udowodnić, że są są prawdziwe. Ale dopuszczam taką możliwość. A na pewno są zjawiska, których na naszym stopniu zaawansowania jeszcze nie rozumiemy. Część osób neguje taki obraz „niepewnego świata”. Ja myślę, że dosyć butnie byłoby twierdzić, że świat jest dokładnie taki jakim go widzimy w momencie, kiedy nawet kolory to w pewnym sensie iluzja.

 

kulturalna-jazda

A tu link do Radio Oświęcim :)

Co jest nie tak z „Nowym początkiem”?

„Arcydzieło!” – usłyszałem i poszedłem do kina. Film SF ostatniej dekady? Arcydzieło „twardej” fantastyki naukowej? Niesamowity film o pierwszym kontakcie z obcymi? – Takie opinie zalewały mnie od wielu dni i było kwestią czasu, aż w końcu wyląduję w kinie. A że okoliczności były sprzyjające, zrobiłem to jak najszybciej. I… nie wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany. 

Nie zrozumcie mnie źle, „Arrival” to nie jest zły film. Ba – mogę śmiało powiedzieć, że jest filmem dobrym. Gra tu niemal wszystko, co grać powinno. Ale są też i minusy, które każą mi powiedzieć jasno: według mnie w tym dziesięcioleciu – ba, w ostatnich paru latach – było parę dużo, dużo lepszych filmów science fiction. Ale o czym ja konkretnie mówię? Cóż, wypunktujmy sobie. Ale póki co:

UWAGA SPOILERY

Zacznijmy od tego, co jest dobre w „Arrival” – bo krzywdzącym dla filmu byłoby tego nie wymienić.

  • Kameralność. 

Film ma taki pomysł: zero rozwalania Nowego Jorku, zero bomb atomowych, czy pokazywania zniszczenia Białego Domu. Miła niespodzianka – tym razem kosmici nie niszczą USA, a po prostu sobie wiszą. I nie tylko nad stolicą popkultury. Twórcy nie zapomnieli, że prócz Ameryki jest też świat. Więc tajemnicze statki wyglądem przypominającym kamienie używane do masażu wiszą sobie na całym świecie w – wydawałoby się – losowych miejscach. Co jest wielkim plusem – akcja filmu rozgrywa się w zasadzie w paru pomieszczeniach. Głównie jest to wojskowa baza i statek obcych. I tyle. Czasem mamy przebłyski ze świata… ale to tyle. Baza, bohaterowie, jak i cały film są odcięci od świata i skupieni na obcych.

  • Powolna akcja

Jedno wynika z drugiego. Akcja tego filmu rozgrywa się powoli, nieśpiesznie. Widz oswaja się z obcymi tak, jak oswajają się z nimi bohaterowie. Więcej – ma czas na zastanowienie się nad zagadkami języka obcych. Nie ma szybkiej akcji, nie ma wielu jej zwrotów. Nie ma strzelanin i wybuchów.

  • „Science” w fiction

No i wreszcie to, co jest najważniejsze – chyba pierwszy raz widzę film tak bardzo skupiający się na prostej prawdzie, że spotkać się z obcymi to jedno. Ale zrozumieć – coś zupełnie innego. Nasze Heptapody to rozwinięte połączenie kałamarnicy z… hmm… no właśnie, czym? „Rączką” z rodziny Adamsów? Sam ich projekt nie jest taki głupi – po pierwsze bazuje na sporym prawdopodobieństwie, że inne białkowe życie wcale nie będzie myślało podobnie jak my. Mówiło podobnie jak my. Rozumiało podobnie jak my. Po drugie okazuje się, że niektóre ośmiornice czy kałamarnice (nie pamiętam dokładnie) są w istocie bardzo inteligentne. Ba – używają narzędzi i w jakiś sposób się ze sobą porozumiewają czymś, co w dużym uproszczeniu można uznać za język. Mają tylko jeden problem – nie uczą się od siebie. Stąd każdy osobnik startuje od zera i nie zachodzi w ich gatunku ewolucja. W „Arrival”mamy do czynienia z czymś, co ewoluowało, ale ich pojęcia i sposób wyrażania się bardzo różnią się od naszego – choćby tym, że ich język i mowa nie są ze sobą zbieżne. Dlatego zagadka jak przejść od prostego powiedzenia „część” do „dlaczego tu jesteście” jest tak pasjonująca.

111

Co poszło nie tak?

  • Nieskomplikowana fabuła

Jak na złość kameralność i powolna akcja sprawiają, że czegoś mi w tym „arcydziele” brakowało. Miałem wrażenie, że oglądam rozciągniętą do prawie dwóch godzin krótką formę. I znów – nie zrozumcie mnie źle. Nic z filmu bym nie wykasował, ale brak pewnych zwrotów akcji, czy w pewnym momencie nawet napięcia sprawił, że czułem się jakbym… hm, sprowadźmy to do książki: wyobraźcie sobie, że kupujecie książkę opartą na TYLKO jednym pomyśle i jednostajnym tempie akcji. Pomysł jest super, ale znacznie lepiej sprawdziłby się w opowiadaniu. Tutaj sytuacja jest podobna – po wyjściu z kina wiedziałem, że sam pomysł mi się podoba. Ale miałem też wrażenie, jakby przez większość filmu nie za wiele się działo. Niewątpliwie minus ten wynika z wymienionych wyżej plusów, ale wiem też, że prawdziwi wirtuozi kina potrafią zrobić film, który trzyma w napięciu a jednocześnie może być spokojny i kameralny. Wystarczy wspomnieć o „Moon” z 2009 roku, albo niedawnym „400 days” z 2015. I chociaż wspomniane filmy mają mniejszy rozmach i swoje wady, to tą jedną rzecz pokazały – w mojej opinii – lepiej.

  • Przewidywalne zakończenie 

No i to mnie chyba najbardziej ubodło. Już po połowie filmu wiedziałem – nie dociekałem a wiedziałem – jakie będzie zakończenie. Nie, nie czytałem wcześniej pierwowzoru. Nieskomplikowana fabuła i dosyć wyraźne początkowe aluzje w formie „retrospekcji” czy może bardziej „wizji” głównej bohaterki dawały zbyt mocne wskazówki co do tego, jak film się zakończy. I kiedy wreszcie się to stało, nie byłem zachwycony. Nie pomaga też dosyć SUGESTYWNE tłumaczenie „Arrival” jako „Nowy początek”. Naprawdę, drodzy tłumacze? Przecież to w zasadzie zdradza całą intrygę!

Mógłbym się jeszcze przyczepić do samego pomysłu na zakończenie. No bo jak to – przylatują kosmici, by obdarzyć ludzkość swoim językiem, który sprawia, że widzi się przyszłość, ponieważ chcą pomocy ludzkości za 3000 lat? Cóż, mnie się to wydało trochę naciągane. Ale dobrze – mogę to zaakceptować. Czemu nie. Niech będzie. Gdyby nie było to tak oczywiste i podawane widzowi niemal co drugą scenę od początku filmu!

Czy więc „Arrival” to film dekady? Arcydzieło SF? Nie, ani trochę. Większe wrażenie wzbudził we mnie „Interstellar”. Niemniej warto się z tym filmem zaznajomić. Ostatecznie – to kawałek naprawdę dobrego kina SF. 

Zresztą – przypatrzmy się hitom gatunku z ostatnich 10 lat, które warto przypomnieć a które – przynajmniej według mnie – były o wiele lepszymi filmami SF. A przynajmniej takimi, które warto polecić – nie wszystkie można porównywać.

  • Incepcja
  • Interstellar
  • Deja Vu
  • Marsjanin
  • Wyścig z czasem
  • Mr. Nobody
  • Ona
  • Niepamięć
  • Chappie
  • Trascendencja
  • Geneza planety małp
  • (nie no, jaja sobie robię – nie mogłem się powstrzymać, wybaczcie)
  • Moon
  • Władcy umysłów
  • Pandorum
  • Cloverfield Lane 10
  • Repo Men
  • Sunshine
  • Europa Report
  • O dziewczynie skaczącej przez czas

Cztery lata do szczęścia – „Mapa Cieni”

Ręce mi drżą. Przed chwilą musiałem się wykrzyczeć. Zaparzyłem herbaty, mogę napisać część słów, które kłębią się w głowie. Był taki pomysł, wiecie? By napisać książkę o nawiedzonych – prawdziwych – miejscach w Krakowie i okolicach. I wiecie co? Po czterech latach ciężkiej pracy udało się mi się spełnić to marzenie. Nie tylko o pierwszej książce, ale i po prostu – o wielkim i unikalnym projekcie, który udało się wprowadzić w życie. 

WSPIERAM.TO

Czemu muszę komplikować sobie życie? Nie chodziło o to, by zrobić zwykłą książkę. Nie. „Mapa Cieni” musiała być czymś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Nie z założenia, nie na siłę. Jest czymś niezwykłym, bo taka jest jej idea: aby odwiedzić 16 nawiedzonych miejsc z Krakowa i okolic, wypytać ludzi, sąsiadów, przeszukać fora, bazy danych, archiwa miasta. A potem z tego wszystkiego stworzyć 16 reportaży. Tym się zająłem.

Ale nie sam. 

Już na początku zorientowałem się, że sam nie dam rady udźwignąć tak wielkiego tematu. To było ponad cztery lata temu. Zaprosiłem więc do współpracy Krzysztofa Bilińskiego – człowieka, którego spotkałem na piwie i który pokazał mi, że jest świetnym fotografem. I miał samochód. W dodatku pasjonował się grozą, jak ja.

Ale to nie koniec. 

Mapa Cieni to nie tylko reportaże. To także opowiadania – 16 tekstów od wspaniałych polskich pisarzy. Kiedy ich zaprosiłem – bez namysłu przyjęli propozycję i wierzyli w ten projekt. Także wtedy, kiedy przyszły…

Trudności. 

To nie tak, że nie mogliśmy znaleźć wydawcy. Tematem interesowali się ludzie, telewizja i radio. Wydawcy też chcieli w to wejść – wielu nie miało pieniędzy na dobrą kampanie promocyjną. I w końcu znaleźliśmy wydawcę, który przez rok mówił o wydaniu, ale ostatecznie… tylko mówił. Nie poddałem się – poszukałem innego wydawcy. I szybko znalazłem. Było to jedno z największych wydawnictw w Polsce. Byliśmy z Krzyśkiem w Warszawie, spotkaliśmy prezesa, obmyślaliśmy marketing, podpisaliśmy umowy przedwstępne. I po pewnym czasie wydawca nas porzucił. Brak pieniędzy. W końcu natrafiliśmy na Van Der Book, małe krakowskie wydawnictwo. Zgodzili się nas przyjąć pod swoje skrzydła, chociaż tu też nie obyło się bez sporych opóźnień. W międzyczasie doszlifowywaliśmy książkę, opisaliśmy jeszcze jedno miejsce. Przeszliśmy przez kryzys wiary. Tak minęły cztery lata pracy, pracy i zwykłej upartości. Wierzyłem w „Mapę Cieni”.

I udało się. 

Właśnie teraz wystartowała akcja na wspieram.to – „Mapa Cieni” to faktycznie kosztowny i duży projekt. Coś, z czym mały wydawca bez wsparcia może mieć kłopoty. Dlatego możesz kupić książkę już teraz – w dowolnej formie. A już za trochę ponad miesiąc czeka nas upragniona premiera. Chociaż to zwieńczenie mojej (i nie tylko) wieloletniej pracy, jest to tak naprawdę początek.

I, Boże, dalej mi się łapy trzęsą.

lll

Lista autorów, którzy dołączyli do projektu, oraz miejsc, które odwiedziliśmy:

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #1

– „Cięcie” – Magdalena M. Kałużyńska

NAWIEDZONY DOM NA WOLI JUSTOWSKIEJ

– „Muzeum snów” – Dawid Kain

NAWIEDZONY DOM W WIELICZCE #2

– „Biel” – Łukasz Radecki

NAWIEDZONY DOM W GŁOGOCZOWIE

– „Zapomniane marzenie” – Francieszek Zgliński

NAWIEDZONY HOTEL W KRAKOWIE

– „Granice synestezji” – Joanna D. Bujak

NAWIEDZONE MIESZKANIE NA STAROWIŚLNEJ

– „Porcelanowe pieski z zakurzonymi oczami” – Piotr Roemer

NAWIEDZOLNY LAS W WITKOWICACH

– „Ratunku! Trup i inne wypadki…” – Krzysztof T. Dąbrowski

NAWIEDZONY DOM W WITKOWICACH

– „Ostatnia podróż Zu” – Aleksandra Zielińska

NAWIEDZONA HALA W NOWEJ HUCIE

– „Wszyscy jesteśmy samotni” – Sylwia Błach

CZARNA DAMA Z PODGÓRZA

– „Trucizny w żyłach miasta” – Marek Grzywacz

NAWIEDZONY DOM NA KOSOCICKIEJ

– „Każdy człowiek ma swoją godzinę” – Michał Stonawski

MOST SAMOBÓJCÓW

– „Most samobójców” – Krzysztof Maciejewski

NAWIEDZONY FORT GRĘBAŁÓW

– „Jeździec” – Michał Gacek

CZŁOWIEK-PIES Z NOWEJ HUTY

– „Pies” – Rafał Christ

NAWIEDZONE OSIEDLE KALINOWE

– „Ładnym Łatwiej” – Kazimierz Kyrcz, Michał Walczak

NAWIEDZONY DOM W CHRZANOWIE

– „Galeria IX Mrocznych Obrazów” – Krzysztof Biliński

Co zmieni fakt, że żyjesz w symulacji?

Parę tygodni temu Bank of America wysłał do swoich klientów list mówiący o tym, że prawdopodobieństwo, iż żyjemy w zaawansowanej technicznie grze komputerowej wynosi od 20 do 50 procent. Koncepcja, która jeszcze parę lat temu uznawana była za śmiałą i dosyć ciekawą hipotezę, jest teraz rozpatrywana szerzej przez tuzy świata fizyki, jak choćby znany propagator, Neil deGrasse Tyson. Mało tego – istnieją przesłanki, jakoby dwóch miliarderów (z czym jednym z nich na pewno jest Elon Musk) finansowało badania za których sprawą ludzkość ma się wyrwać z Matrixa. Prosta idea, zaledwie zagadnienie, staje się jednym z głównych problemów dzisiejszej fizyki teoretycznej. 

W świecie, w którym fizyka kwantowa otwarcie przyznaje, że pewne rzeczy dzieją się tylko dlatego, że na nie patrzymy, materia nie musi istnieć, a świat to coś zbudowane w zasadzie z niczego pomysł, że żyjemy w grze komputerowej nie jest wcale taki głupi. Więcej – wydaje się szalenie prawdopodobny. Jak to miałoby wyglądać? Cóż, albo nasz świat istnieje jako zapis informacji przechowywany we wnętrzu czarnej dziury, która jest częścią świata będącego zapisem informacji przechowywanych we wnętrzu czarnej dziury, albo… zaczyna się robić jeszcze dziwniej, bo jesteśmy symulacją przodków zbudowaną przez naszych własnych potomków za tysiące lat – tyle, że nie są to oczywiście „nasi” potomkowie.

Cała koncepcja opiera się na przypuszczeniu, które bardzo ładnie Elon Musk wyłożył w czerwcu, na jednej z konferencji:

Czterdzieści lat temu mieliśmy ponga, dwa prostokąty i kropkę. Tak wyglądały wtedy gry. Dzisiaj, czterdzieści lat później, mamy fotorealistyczne symulacje 3D, w które jednocześnie grają miliony ludzi – i stają się one z roku na rok coraz lepsze. Za chwilę będziemy mieli wirtualną i wspomaganą rzeczywistości. Niezależnie od tego, jakie tempo postępu założysz, w pewnym momencie gry staną się nieodróżnialne od rzeczywistości – i to nawet jeśli postęp zwolni tysiąckrotnie.

Teraz wyobraźmy sobie świat za 10 tysięcy lat, co przecież jest niczym w skali ewolucji. Zakładając że zmierzamy w stronę gier nieodróżnialnych od rzeczywistości, które to gry mogą być grane na dowolnym komputerze, to prawdopodobieństwo że znajdujemy się w bazowej rzeczywistości jest jak jeden do miliarda. Powiedzcie mi, co jest nie tak w tym argumencie?

Fantazja? Wszystko wyssane z brudnego małego palca lewej stopy? Możliwe – ale ileż takich fantazji stało się rzeczywistością? Historia postępu wygląda wręcz tak, jakby każda koncepcja zrodzona w formie opowieści – wymysłu pisarza sf – prędzej czy później miała doczekać się przynajmniej możliwości stania się prawdziwą. Nawet latające samochody są już możliwe (chociaż nie tak, jak byśmy chcieli). To, że nie ma ich na niebie to raczej problem reorganizacji systemu, zagrywek lobby i tego, jak działa rynek.

No, ale dobrze. Zakładam, że w pewnym momencie okaże się, że faktycznie – żyjemy w symulacji. Stawiam pytanie:

Czy to coś zmieni?

Zakładając, że za parę lat naukowcy ogłoszą, że żyjemy w symulacji musielibyśmy się liczyć z paroma wariantami:

  • Wielka histeria i załamanie ludzkości
  • Wielka histeria, załamanie ludzkości i wyłączenie systemu przez administratorów
  • To już się wydarzyło i żyjemy po restarcie
  • Świat będzie funkcjonował dalej

I… ja osobiście jestem zwolennikiem opcji ostatniej. Dlaczego? Po pierwsze – informacja zostanie zauważona tylko przez część ludzkości. Odjąć musimy wszelkie plemiona i społeczności krajów mało zinformatyzowanych, oraz takie, których doktryny religijne (patrz: Islam) wykluczają takie podejście do tematu. Po drugie, tylko część osób, które usłyszą taką informację faktycznie w nią uwierzą. Dla pozostałych twór ten będzie jeszcze dziwniejszy pojęciowo, niż fizyka kwantowa, która już dla wielu jest nie do przyswojenia (nie „zrozumienia” – ja na ten przykład w życiu bym ne powiedział, że „rozumiem” zasady działania mechaniki kwantowej, ale umiem je zaakceptować i w minimalnym stopniu pojąć, że jest tak jak jest). Ponadto naukowcom trudno to będzie udowodnić w sposób zrozumiały i przystępny dla każdego, bowiem wymagałoby to niemożliwego. W tym wypadku musielibyśmy „wyjść” z symulacji i spojrzeć na nią z zewnątrz. Co prawdopodobnie nie jest w ogóle możliwe – tak, jak nie jest możliwe, by komputerowy Geralt z Rivii przeszedł do naszego świata przez ekran. Wszelkie dowody opierać się więc będą na jakichś wyliczeniach i spostrzeżeniach – takich jak ostatnie odkrycie Dr. Jamesa Gates’a Jr., który w teorii Strun znalazł… kod programu komputerowego. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, że większość ludzi po prostu postoi chwilę z głupim wyrazem twarzy i wzruszy ramionami, bo dzieciaka trzeba nakarmić i kredyt spłacić.

Co jednak zmieni to odkrycie dla tych, którzy zrozumieją jego wagę?

Dochodzę tu do paru wniosków:

  • Po pierwsze – sam fakt takiego odkrycia nie oznacza, że nasz świat nie jest prawdziwy. Dochodzimy tu do filozoficznego paradygmatu mówiącego o tym, że świat postrzegany jest światem rzeczywistym. Dla nas rzeczywistość jest zawsze taka sama – czy jest iluzją, czy też nie. To świat który postrzegamy i rozumiemy. Świat będący od zarania dziejów naszą przestrzenią życiową. W perspektywie symulacji – jedyny świat dla którego my jesteśmy prawdziwi tak samo, jak on dla nas, mimo, że wszystko jest iluzją.
  • Po drugie – są to dobre wieści dla kreacjonistów i wszelkich wierzących. Cała wiara opiera się bowiem na tym, że jest stwórca i twór. Stwórce nazywamy bogiem, sami siebie tworem. W perspektywie symulacji możemy wreszcie namierzyć tego boga i „zaświaty” – o których, jak mówi Pismo, nawet nam się nie śniło. Co oczywiście nie spodoba się wielu wyznawcom religii – i być może dlatego właśnie jest ukryte.
  • Po trzecie ten „nasz” świat może być dla nas jedynym – w dodatku bardziej realnym, niż wszystko inne. Przecież w tym świecie „prawdziwym” wcale nie musi być tak, jak u nas. Mogą istnieć zupełnie inne prawa fizyki, tak rozwinięte, że te nasze są tylko mizernym wycinkiem „prawdziwej” rzeczywistości.
  • Po czwarte mamy prawo się poczuć oszukani. W każdej bowiem chwili możemy zostać odgórnie „wyłączeni”, w dodatku jesteśmy własnością jakichś bytów. Z ich punktu widzenia nie mamy prawa głosu. Z ich punktu widzenia nie jesteśmy prawdziwi. Co jednak – zaznaczę – nie odbiega od dzisiejszego stanu naszego świata. Wszystko powyższe jest po prostu aktualnie „niesprecyzowane”.
  • Po piąte najprawdopodobniej zostaniemy wyłączeni. Jakkolwiek cywilizacja naszych twórców nie byłaby rozwinięta, za każdym razem ilość energii i budulca jest skończona. Nie może być zatem sytuacji w której w naszej symulacji budujemy symulację, w której to symulacji nasi symulańci budują własną symulację, w której powstaje jeszcze następna symulacja w symulacji w symulacji. I tak w obie strony. Łącząc to jeszcze z perspektywą Multiwersum (teorii wieloświata, nieskończonej ilości wszechświatów w nieskończonej ilości wszechświatach) dochodzimy w pewnym momencie do poziomu krytycznego energii, którego nie da się już udźwignąć. A to kończy się ogólnym zawieszeniem wszystkich systemów. Można powiedzieć – multi errorem. Galaktycznym 404. Multiwersalnym crushem. My to wiemy i wiedzą to nasi twórcy. Wobec czego, kiedy w niedalekiej przyszłości sami zaczniemy budować symulację… zostaniemy wyłączeni. Zresetowani. Zakończeni.
  • Po szóste – może być i tak, że to my jesteśmy tymi „pierwszymi”. Choć to wysoce nieprawdopodobne. Ale wtedy musimy sami sobie odpowiedzieć, czy chcemy zapoczątkować taką spiralę kreacji i wziąć odpowiedzialność za cały ten bałagan, jaki powstanie?

I z tym pytaniem Was dziś zostawię.

Page 2 of 26

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén