Kategoria: Pisanina (Page 2 of 9)

Stonawski na Polconie

Topka

Już 4 września 2014 roku rozpocznie się najbardziej prestiżowy konwent fantastyki w Polsce – czyli Polcon. Wśród gości tego zacnego wydarzenia znalazła się także i moja, skromna, osoba. 

Mapa Cieni – kto jeszcze nie zna, powinien poznać. Ponieważ czas nie stoi, a płynie – zabieram się do promocji książki. ZabiaraMY się, w zasadzie, bo razem ze mną o „Mapie” będzie gadał Krzysztof „Korsarz” Biliński, mój dobry przyjaciel i człowiek, bez którego cała inicjatywa by się po prostu nie miała szans powieźć.

Ale to nie wszystko, więc po kolei:

Jak mówi tabela programowaStonawskiego będzie już można odwiedzić w piątek o godz. 13:00 w bloku Literackim 2. Tam Stonawski wygłosi prelekcję:  Kanibal z Rotenburga – O człowieku, który dobrze pojadł.

Mogę tylko wyrazić nadzieję, że będzie… smacznie.

Zaś w niedzielę o 13:00, rozpocznie się (ciągle w literackim 2) rzecz główna, czyli:

mapa

Mam nadzieję, widzimy się na Polconie? 

Gosc

Stonawski na Dzikiej Bandzie!

topka

Nawiedzone domy to motyw, którzy przewija się przez horror od początku tego gatunku. Mimo to wciąż kochamy opowieści o tym jak zło zagnieżdża się w domostwach i burzy spokój bogu ducha winnych rodzin… Zastanawialiście się kiedyś nad tym co naprawdę działo się w słynnych nawiedzonych domostwach? Zwłaszcza tych, które unieśmiertelniło kino? Jeśli nie to teraz możecie. Oto nasza opowieść o prawdzie kryjącej się za upiornymi domostwami.

Kto pyta, nie błądzi – mówi stare porzekadło. Inne powiedzenie dodaje jeszcze, że w każdej legendzie, czyli fikcji, jest jakieś ziarno prawdy. Na podatnym gruncie takie ziarnka często kiełkują kłamstwami – to dosyć ironiczne, szczególnie w kontekście historii o nawiedzonych miejscach, z których popkultura czerpie pełnymi garściami. Kto nie kojarzy przynajmniej jednego filmowego obrazu, albo książki o jakimś nawiedzonym domu? No właśnie. Te środki przekazu są także bardzo dobrą bazą, by zadać tak zwane „właściwe pytanie”, które każdy fan grozy powinien sobie zadać – czy to jest możliwe? Czy to mogło stać się naprawdę? A jeśli się stało, czy może przytrafić się mnie?

Niektórym do pobudzenia emocji wystarczą same pytania. Inni będą szukać odpowiedzi.

Znów uderzę w porzekadła: Kto szuka, ten znajdzie.

Horror Amityville (The Amityville Horror)

112 Ocean Avenue,
Amityville,
Long Island

Każdy, kto choćby przelotnie zetknął się z tematem nawiedzonych domów w popkulturze, przynajmniej słyszał o historii dużego, kolonialnego domu przy 112 Ocean Avenue na Long Island. Historii tak niesamowitej, że na jej motywach powstała powieść (Jay Anson „The Amityville Horror: True story” 1977), oraz nominowany do Oscara film Stuarta Rosenberga, który doczekał się wielu kontynuacji, a ostatecznie remake’u w 2005 roku. To głównie za sprawą filmu nawiedzony dom z Amityville stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych nawiedzonych miejsc na świecie. Co jednak popchnęło całe to popkulturowe domino?

13 listopada 1974 roku, około godziny 18:30 do baru w Amityville wpada zrozpaczony młody mężczyzna, wzywając pomocy.

„Musicie mi pomóc, moja matka i ojciec chyba zostali postrzeleni!” – krzyczy. Kiedy goście baru docierają na miejsce, w starym domu znajdują zwłoki sześciu osób, w tym trojga dzieci w wieku od 9 do 13 lat. Jak ustala policyjne śledztwo, wszyscy zostali zabici karabinem 336C w okolicach godziny 3:00 w nocy. Ronald DeFeo Jr., zrozpaczony mężczyzna, zostaje przewieziony na posterunek i już następnego dnia przyznaje, iż to on odpowiada za wszystkie morderstwa.

Ta straszna zbrodnia pozostałaby tylko straszną zbrodnią, gdyby nie zeznania, jakimi DeFeo i jego obrońca, Wiliam Weber, próbowali przekonać sąd w sprawie rzekomej niepoczytalności mordercy. To jakieś „głosy” miały go zmusić, by w okolicach 3:00 w nocy oddał po dwa strzały do swoich rodziców i po jednym do młodszego rodzeństwa. Te same „głosy” nakłoniły go, by później pozbył się zakrwawionego ubrania, ukrył karabin i udawał zrozpaczonego syna wzywającego pomocy.

Ciąg dalszy na portalu dzikabanda.pl 

O tym, jak z szalonego pomysłu zrobić książkę.

Mapalogo

 

Dwa lata. 17 lipca 2012 roku, razem z moim przyjacielem, muzykiem i fotografem, Krzysztofem Bilińskim, zaczęliśmy pracę nad czymś, co roboczo nazywało się „Projektem domków strasznych”. Ale historia tego przedsięwzięcia sięga o wiele głębiej w przeszłość. Zanim rozwinę, chciałbym tylko powiedzieć jedno: Przez ostatnie dwa lata ukrywałem prawdę, wspominając o „tajemniczym, nawiedzonym projekcie”. Przez ostatnie dwa lata 16 Polskich autorów grozy pracowało w pocie czoła, by mój szalony pomysł stał się czymś namacalnym, udoskonalając go i uświetniając swoją obecnością. Dwa lata czekałem na dzisiejszy dzień – bym mógł wreszcie ujawnić w czym rzecz. Od wczoraj jest to możliwe. 

Czym jest Mapa Cieni? 

Myślę dziś o dniu, kiedy wszystko się zaczęło – zanim 19 maja 2014 roku pojechaliśmy z Krzyśkiem do Warszawy, by rozmawiać z jednym z największych Polskich wydawców o wydaniu książki. Dla mnie cała sprawa zaczęła się, kiedy pierwszy raz trafiłem do rzekomo nawiedzonego domu na ul. Kosocickiej w Krakowie. Coś się tam stało – to już nie ważne, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zainteresował się tematem… głębiej. Zacząłem szperać i szperałem tak długo, aż pomyślałem sobie – a może by zrobić z tego… książkę?

Szalony pomysł, przyznacie. Traf chciał, że na jednym ze spotkań literackich w Krakowie, o nazwie Kulturkampf, spotkałem człowieka, który pochwalił mi się, iż jest fotografem. Bardzo dobrym fotografem (o tym, że był także członkiem zespołu Vedymini i grał m.in na Nordconie w 96 dowiedziałem się później). Uderzyłem więc z szalonym pomysłem do niego, a ten człowiek, zamiast mnie obśmiać – zapalił się jak pochodnia.

A chwilę później byliśmy już przyjaciółmi.

W niedługi czas później powstała na facebooku specjalna, tajna grupa, w której wkrótce zagościli znani polscy autorzy grozy. Ale chwileczkę, po co? Dlaczego?

Wyobraźcie sobie książkę, której dotychczas nie było na Polskim rynku wydawniczym – połączenie fikcji literackiej i literatury faktu.

Mapa Cieni by Krzysiek

Grafika: Krzysztof Biliński

Literatura faktu:

Składa się z 16 reportaży mojego pióra. W reportażach tych zawarta jest wiedza historyczna 16 miejsc, o których mówi się, iż są nawiedzone. Są też opowieści mieszkańców, świadków, sąsiadów, których udało się nam przepytać. Są wreszcie nasze wrażenia i opis danego miejsca – czymkolwiek jest, czy hotelem, czy domem, mieszkaniem, czy wreszcie nawet… nawiedzonym lasem. Każde z tych miejsc jest całkowicie prawdziwe, do każdego można bez problemu trafić i poznać, dzięki fenomenalnym zdjęciom Krzyska Bilińskiego.

Praca nad tą częścią trwała od 17 lipca 2012 do 6 marca 2013.

Beletrystyka:

Do każdego z reportaży dołączone jest opowiadanie Polskiego autora grozy. Mamy na pokładzie zarówno starych wyjadaczy, młodych początkujących, jak i nawet debiut. Wszystkie opierają się na tym, co razem z Krzyśkiem znaleźliśmy w badanych lokacjach. A oto i autorzy:

Kazimierz Kyrcz Jr.
Dawid Kain
Łukasz Radecki
J. D. Bujak
Piotr Roemer
Sylwia Błach
Aleksandra Zielińska
Krzysztof Maciejewski
Magdalena Kałużyńska
Krzysztof Biliński
Michał Stonawski
Marek Grzywacz
Rafał Christ
Franciszek Zgliński
Michał Gacek
Krzysztof T. Dąbrowski

 

Wydawca: 

To była tytaniczna praca – tak zgromadzonych autorów, jak i Krzyśka i moja. Wiele zrobionych kilometrów, dziesiątki spotkanych i przepytanych osób. Setki notatek. Miesiące tracenia i odzyskiwania wiary, kiedy szukaliśmy wydawcy.

Aż ten się znalazł.

I w rekordowym czasie zawezwał nas do siebie, do stolicy. Na już – szybko. Gdyż potencjał jest wielki. Tam też dowiedziałem się, dzięki radzie pani Ewy od marketingu, że mogę już napisać ten wpis.

Z dniem 19 maja 2014 wydawcą Mapy Cieni zostało wydawnictwo Bellona. Oficjalne zapowiedzi pojawią się pewnie już niedługo. I wtedy też ujawnione zostanie, kiedy książka trafi do księgarń. Póki co wiem to tylko ja i wyżej wymienione osoby – a co, niech zostanie trochę tajemnicy.

Ciekawostka: 

W trakcie prac, razem z Krzyśkiem utworzyliśmy kanał na YT, na który wrzucaliśmy filmowe ścinki z wizyt w nawiedzonych miejscach. Szybko zgłosiło się do mnie parę portali, bym napisał o swojej pracy, oraz… TVN.

https://www.youtube.com/user/HauntedProjectKrakow/videos

A kiedy ostatnio zajrzeliśmy w ten zakątek internetu, spodziewaliśmy się zobaczyć pajęczyny – miast tego, ujrzeliśmy 90 tyś wyświetleń i partnerstwo reklamowe z serwisem YouTube.com.

Jesteśmy pełni optymizmu.

A ja? A ja jestem zmęczony, ale szczęśliwy.

Stonawski na Smokonie

cropped-smokon_logo

Już 10-go Maja odbywać się będzie jednodniowy konwent organizowany przez Krakowski Klub Fantastyki „Krakowskie Smoki” – nazwany Smokonem. Będę tam i ja. 

Smokon rozgrywać się będzie w Krakowskiej Artetece, co mnie wyjątkowo cieszy. Wygląda bowiem na to, że to miejsce zaczyna być Krakowskim przyczółkiem fantastycznym. Od Kiedy Magda Szostak zorganizowała tam w zeszłym roku KFASON, a w świat poszła wieść, że tworzy się (i będzie silnie z KFASONem związana) Nagroda im. Grabińskiego (w czym mam zaszczyt mieć swój niecny udział), ciągle jesteśmy świadkami rozkwitu Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Zaraz po KFASONie zawitał tam klub fantastyki (emigrując z pobliskiego YMCA), a teraz… cóż, szykuje się kolejna atrakcja, czyli Smokon właśnie.

Wśród zaproszonych gości znalazły się takie nazwiska jak: Anna Kańtoch, Andrzej Pilipiuk, Sebastian Uznański, Nina A. Neumann, Paweł Majka, Kamil Czepiel, Marcin Rusnak, Jarek Turowski, Jarosław Urbaniuk, Juliusz Wojciechowicz, Simon Zack i Michał Stonawski. 

Smokon1

Miło mi więc zaprosić na Fanpage Smokonu,  gdzie jest już link do programu konwentu.

Z informacji innych:

Już niedługo będzie się można zgłaszać do konkursu literackiego HORROR NA DEBIUT organizowanego przez Okiem na horror. Już teraz serdecznie zapraszam do udziału.

okiemna

O tym będę jeszcze informował przez swoją stronę na FB – https://www.facebook.com/mstonawski

Opowieści o zabawkach

topka

Kiedy wróciłem z ostatniej wędrówki świat napadł mnie, przytłoczył, potargał i nawrzeszczał mi do ucha. Wystarczyło parę dni w lesie, bym odzwyczaił się od wszędobylskiego rwetesu i natłoku informacji. A mówię o tym dlatego, że wkrótce pojawią się moje kolejne gawędy, ale wcześniej – no właśnie – informacje.  

Informacji nie ma dużo. W zasadzie – z tych naglących – jest jedna, ale za to ważna. Chciałem mianowicie zaprosić serdecznie wszystkich Was, każdego z osobna i Ciebie też na spotkanie z autorami antologii „Toystories”, do których należy także moja skromna osoba.

W „Toystories” przeczytać można mojego szorta „Lalka”, o której piszą m.in. tak:

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tymi całymi zastrzykami i dlaczego dzieci tak bardzo się ich boją. Opowiadanie Michała Stonawskiego otworzyło mi poniekąd oczy na lęk przed igłami… Historyjka jest krótka, ale nastrojowa. Autor pokazał, że nawet z prostego pomysłu da się stworzyć coś strasznego. Osobiście bardzo doceniam taką umiejętność — cechuje ona grozopiewców z najwyższej półki. Przeczytanie „Lalki” zajmuje dosłownie kilka chwil. Polecam lekturę do poduszki — szybki, literacki strzał na dobranoc, a potem gasimy światło i czekamy na efekty… Brrr! Dodam jeszcze, że bardzo spodobała mi się ilustracja do opowiadania Stonawskiego. Klimatycznie dopełnia niepokojącą historyjkę.

Cała recenzja TUTAJ

Autor tworzy klimat zagrożenia już od pierwszych akapitów, opisując deszcz jako swego rodzaju monstrum. Mimo że ideą jest proste „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”, utwór zapada w pamięć.

KLIK

Opowiadanie Michała Stonawskiego pod tytułem „Lalka” na nowo przeniosło mnie w świat, w którym przed snem nieśmiało spoglądałam na swoją kolekcję uszkodzonych Barbie, Dian i innych plastikowych panien. Króciutka nowelka z dreszczykiem.

KLIK

Spotkanie odbędzie się już 12go kwietnia w Artetece WBP w Krakowie. WIęcej informacji na plakacie i WYDARZENIU FACEBOOKOWYM 

Książkę można kupić w sklepie wydawnictwa Morpho.

toystories

Po Pyrkonie

topka

Zastanawiam się, jak mam opisać fantastyczne szaleństwo w paru słowach. Jak opisać trzy dni pełne wspólnej zabawy, klimatu i – mówiąc szczerze – zajebistości? A co mi tam – spróbuję. 

Pyrkon 2014 to:

Konwentowy Dżisas!

Nie te kostki.

Czyste (!!!) łazienki! – Serio, pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, kiedy w ubikacjach panował ład, porządek, a papier zawsze był tam, gdzie miał być. Dla pań sprzątaczek ukłony aż pod ziemię.

Mangowcy w swoim bloku – czyli nawet nie wiem gdzie. Ważne, że nie trzeba było uciekać przed kocimi uszkami, a kocie uszka mogły bawić się dobrze, ba, zajebiście.

Percival! – I pogo, do którego poszedłem i z którego wróciłem wkurzony. Pogo jest fajne, ale ma swoje zasady – jedną z nich jest: NAĆPANYCH GOŚCI BOKSUJĄCYCH WSZYSTKO I WSZYSTKICH WYWALAMY NA ZBITY PYSK. Zwłaszcza, że w pogo znaleźć można było 13-latków i dziewczyny. A na wspomnianych wyżej argumenty pięściowe nie działały. Samego koncertu komentować nie trzeba, jak zawsze zespół dał radę!

Brak kolejek – bramki, nawet te psujące się, to był genialny pomysł. Przepustowość na poziomie eksperckim, a z tego, co słyszałem – przez konwent przewinęło się 24 000 ludzi. Co dobitnie było widać (i czuć) na wielkim sleepie i zapewne w konwentowej szkole.

Masa luda – tego już komentować nie muszę.

Blok literacki upchnięty w jednym budynku – dosyć ciasnym, choć w obu aulach było dużo miejsca. Niemniej, wolałbym, by Pyrkon bardziej promował literaturę, miast Cosplay’ów.

Nowa polecanka muzyczna – Miałem bowiem przyjemność poznać wokalistkę zespołu Aurora Lights, na którego stronę (i do odsłuchania kawałków) stanowczo zapraszam: http://www.mixcloud.com/auroralights/

I wreszcie:

Spotkania z ludźmi. Czyli to, co na konwentach jest najważniejsze. Zarówno poznanie nowych osób, jak i zobaczenie wreszcie tych znanych z sieci, oraz spotkanie się na piwie ze znajomymi. Wszystko to razem – długie i owocne dyskusje, oraz bitwa z własnymi myślami. Bo niektóre rozmowy dały mi tematy do rozmyślań, w efekcie zaś – małych zmian w moim pojmowaniu pisania i bycia osobą piszącą. Za co szczególnie dziękuję Romkowi Pawlakowi.

Pyrkon

Od lewej: Julek Wojciechowicz, Franciszek Zgliński, Stefan Darda, Michał Stonawski, Marcin Rusnak. Zdjęcie robił (chyba) Piotrek Sender

Zresztą, wystarczy popatrzeć na zdjęcie powyżej. To jest konwentowanie, które cenię sobie najbardziej.

I najważniejsze:

1 (5) 

Drugiego dnia konwentu została zaprezentowana statuetka Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. O koncepcji nagrody mówiliśmy Stefan Darda i ja, natomiast mój przyjaciel, Franciszek Zgliński, odpowiedzialny jest za projekt graficzny. Który powala.  Zresztą, przekonajcie się sami:

10002919_453321801465536_1072057835_n

I jeszcze film:

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=v85k-cOAyn0[/youtube]

Tak, to będzie dobry dla polskiej grozy rok. Zapraszam na Fanpage:

https://www.facebook.com/NagrodaGrabinskiego

Zabić Malanowską!

topka

 

Nie przebrzmiał jeszcze wiatr po „Pierdol się, Polsko”, na prywatnej tablicy Szczepana Twardocha, a już przez media przewala się burza po wypowiedzi pisarki Kaji Malanowskiej, która głośno (też na swojej prywatnej tablicy na FB) poskarżyła się, że nie jest w stanie wyżyć z pisania. I zrobiła to w mało literacki sposób, co w pełni oddaje jej frustrację: 

6800 złotych. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że wkurwiające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić sobie w łeb. PIERDOLĘ TO, pierdolę pisanie, pierdolę wszystko. GÓWNO< GÓWNO< GÓWNO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Malanowska wyjaśniła później, że chciałaby, by to państwo (RP) wspomagało pisarzy. Malanowska nie ma racji – Państwo nie ma pieniędzy na swoje utrzymanie, a co dopiero utrzymywanie kultury. Poza tym nie chciałbym,  by pieniędzmi dla mnie dysponował ktoś, kto najpierw ustanowił Vat na książki, a potem wpakował w rynek wydawniczy miliard złotych, argumentując, że są to pieniądze na poprawę czytelnictwa, choć biblioteki nie zobaczyły ani złotówki. I rzecz najważniejsza – to byłyby pieniądze z podatków. Co oczywiście oznaczałoby nowe podatki, nie zaś zastąpienie starych.

Media podchwyciły wypowiedź Malanowskiej, a z nimi cały internet. Ludzie, jak to ludzie, chcą krwi. Ale skoro Malanowska nie ma racji, to o co cała sprawa? Po co ja się szarpię? Ano, po pierwsze dlatego, że nie podoba mi się lincz i jak głupia ciżba (czyt. skurwysyny) atakują jedną osobę, to zaczyna mi się podnosić ciśnienie. Po drugie – może i Malanowska nie ma racji, że państwo powinno płacić pisarzom, ale że polski rynek książki jest beznadziejny – już tak.

O polskim rynku możesz przeczytać więcej tu:

banner rynek

Tym, co mnie przeraziło, kiedy przyjrzałem się bliżej całej sprawie, były komentarze. Malanowska, oczekując wynagrodzenia za swoją pracę ma całkowitą słuszność: Inwestuje swój czas i przepracowuje umysłowo wiele godzin. Jak każdy piszący.

Tymczasem okazuje się, że nie ma się prawa odezwać. Ba, za wychodzenie przed szereg może co najwyżej dostać z buta, bo z liścia za samo otworzenie jadaczki. Otóż pisanie nie jest pracą. Pisanie to hobby. Pracą jest noszenie kartofli, praca umysłowa – tylko w laboratorium. Humaniści do McDonalds! – krzyczą ludzie. Zaś kultura? Darmowa.

Siedź więc, pisarzu (czy raczej skrobopiórku) na dupie i pisz. I się ciesz, jeśli ktoś cię spiraci.

Poza tym „w Polsce pisarze nie zarabiają, rynek jest zły” – a skoro jest, to pisarz ma ten fakt zaakceptować i nie drzeć ryja (że znów mało literacko się wyrażę). Pisarz ma sobie znaleźć pracę – najlepiej jako śmieciarz, albo na budowie. Pisarz ma sobie znaleźć żonę/męża, który zarabia. Pisarz ma żyć z tego, co mu da mama. Pisarz ma nie mieć emerytury z uwagi na sprzedane książki. Pisarz wreszcie ma zgnić, tak, jak to pisarze mają w zwyczaju – szczególnie ci wielcy. W biedzie, ubóstwie i zapijaczeni. Wtedy może (może!) pisarz zyska trochę rozgłosu, a jego rodzina coś zarobi.

Taki się mniej więcej kreuje obraz pisarza, czytając komentarze. I prawdą jest to, że rynek literacki nie daje szansy zarobku. Jak ma dawać, skoro:

– 60% (albo i więcej) osób w Polsce nie tyka się książek,
– Od każdej książki za 40 zł pisarz zarobi 1-2zł. Za opowiadania nic,
– Umowy śmieciowe z wydawnictw zamykają prawa autorskie na film/inne,
– Dystrybutorzy prawie nie wykładają polskich autorów na półki,
– A jak już wykładają, to tylko dlatego, że wydawca jest na tyle bogaty, by zapłacić dystrybutorowi 16 000 zł/tydzień opłat za „półkę bestsellerów”,
– A jak już wykładają, to większość i tak idzie do magazynu, po to, by – wykorzystując lukę w prawie – dystrybutor mógł zapłacić wydawcy jego własnymi książkami?

Ile-zarabia1

No, przyznacie – nie da się. Więc skoro to fakt niepodważalny, to czemu pisarz, to nędzne ścierwo, drze japę? Powinien przecież pokornie zaakceptować fakty! Prawda? Pisarz nie ma prawa głosu, nie może walczyć o swoje. Bo – powtórzę – pisanie to nie jest praca. Pisanie to hobby dla niedorozwiniętych społecznie.

Malanowska stwierdziła, że ma prawo głosu. I, owszem, nie zgadzam się z jej głosem, ale będę pierwszą osobą, która będzie broniła jej wolności wypowiedzi i tezy (bo przecież nie faktu), że pisanie jest jednak pracą. Że autor poświęca swój czas, swoje zdrowie, nerwy i moc umysłu, by poddać się imperatywowi pisania, a kiedy to w końcu wyda – ma prawo oczekiwać, a przynajmniej walczyć o to, by dostał za to wynagrodzenie.

I ja jeszcze dodam – był traktowany jak osoba pracująca. Nie darmozjad, który ma dawać z siebie wszystko za darmo, bo tak chce tłuszcza.

Na koniec – otworzyłem dwie strony, na których toczyła się… chciałem napisać „dyskusja”… na których toczyła się piana z ust. Oto parę komentarzy:

Dlaczego kończę z pisaniem

pisanie topka

Długo nad tym myślałem – kiedyś Perfect śpiewał, że należy zejść ze sceny niepokonanym. Nie jestem niepokonany – dopiero zacząłem wyścig, więc o żadnym pokonywaniu nie może być mowy. A jednak trzeba umieć powiedzieć dość we właściwym momencie i, myślę, chyba dla mnie ten moment nadszedł. 

Kończę z pisaniem recenzji, rzecz jasna. Ale jest to dosyć trudne – krytyka literacka jest tym, co wciągnęło mnie do świata literatury i fandomu fantastyki, a potem dalej – do środowiska grozy. To dzięki byciu krytykiem poznałem wielu wspaniałych ludzi, potem moich mentorów i wreszcie kolegów, znajomych, ale także dalej wzorów do naśladowania.

Zacząłem to robić w 2008 roku – tak na serio. Z mojego ówczesnego bloga wyłowił mnie wtedy SirJedi, czyli Tomek Wojnowski, a następnie brutalnie wrzucił na głęboką wodę fandomu. I tak to się zaczęło – od tego czasu nastukałem około 50 tekstów krytycznych różnych książek, nie tylko fantastyki. Nie jest to dużo. Jest przyzwoicie. I dalej bym to robił, ale lubię być rzetelny. Czuć się rzetelny. Na tej recenzenckiej scenie móc być postrzegany jego rzetelny.

Nie znaczy to, że w moich recenzjach kłamałem. Nie. Ale to, że zdarza mi się recenzować ludzi, z którymi później idę na piwo, albo siedzę na spotkaniach autorskich, rzuca na mnie światło nierzetelnego krytyka. I myślę, że tak być nie może.

Są jeszcze inne rzeczy – powiem wprost. Czasy się zmieniły i całe to recenzowanie zaczyna wyglądać jak teatrzyk. Są książki ważne i ważniejsze – nie z powodu ich literackiej wartości, ale z powodu patronatu. Zdarza się też tak (bez nazw i nazwisk, nie we wszystkich miejscach, gdzie byłem się to zdarzało… i nie wszystkie podałem na blogu), że wydawnictwo sobie zażyczy dobrej recenzji. I nawet jeśli książka jest zła – musi zostać oceniona dobrze. W większości przypadków wydawca nie musi o to prosić – tak po prostu jest narzucone. Jeśli recenzja nie będzie dobra w 100%, nie przejdzie dalej. To nie jest rzetelne dziennikarstwo. To w ogóle nie jest dziennikarstwo. To zwykłe skurwysyństwo.

Świata nie zmienię. Takie są czasy – tak to wygląda. Jeśli ci się nie podoba, to – mówiąc krótko – tam są drzwi. Więc mi się nie podoba. Nie czuję się rzetelny, mimo, że nigdy nie skłamałem. Z tych dwóch wymienionych wyżej powodów myślę, że czas skończyć z byciem aktywnym krytykiem literackim. Swoje się nauczyłem, swoje zrozumiałem. To nie był stracony czas, zły też nie. Każdemu poleciłbym tę drogę – wiele się można nauczyć, dociekliwie obserwując dobrych i dostrzegając co złego jest w złych książkach.

Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie zostawił sobie otwartej furtki – po pierwsze muszę skończyć recenzje, które już mam zaczęte. Po drugie, chętnie coś zrecenzuję, jeśli będę miał pracodawcę. Ale i tu kłamał nie będę.

Kiedy studiowałem dziennikarstwo, na jednym z pierwszych wykładów powiedziano nam, że możemy pisać co chcemy i jak chcemy, fikcję, kłamstwa – bo to, co napisane jest w prawie prasowym to tylko bazgroły bez mocy prawnej. Taki statut, wiecie, moralny. I w czymś takim miałbym brać udział? Oczywiście to tylko moje wspomnienie, mogłem coś poknocić. Nie mam na to dowodów.

I tu chyba skończę. Nie ma sensu strzępić języka po próżnicy.

Ssanie ma branie – czyli rzecz o Wampirach.

premiera topka

Już w poniedziałek, trzeciego marca odbędzie się ogólnopolska premiera antologii „Księga Wampirów”. Spotkania odbędą się w Krakowie i Warszawie. 

Komu bliżej – temu w drogę. Serdecznie zapraszam na oba spotkania – tu link do tego Warszawskiego. Ja zaś, z oczywistych względów, będę gościł na spotkaniu Krakowskim, organizowanym w Artetece Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej – już od 17:00. W książce znajduje się moje opowiadanie pt. „Wampir.pl”, nie jest bardzo długie (jak zresztą żadne z moich opowiadań), ale mam nadzieję, że zadowoli lubujących się w wampirach czytelników, którzy lubią zadawać pytania i dostawać odpowiedzi.

Spotkanie poprowadzi mój przyjaciel, Franciszek Zgliński. Będzie to pierwszy raz, kiedy nie prowadzimy takiego eventu razem (jeśli znajdujemy się razem na scenie, zwykle tak to wygląda), jestem więc szalenie ciekaw, jak cała rzecz wypadnie. A i na samej scenie nie zabraknie znanych i lubianych autorów polskiej grozy. Zresztą… niech przemówi plakat:

1620929_10152454469844505_181364722_n

Zainteresowanych, zapraszam do kliknięcia w TEN KRAKOWSKI LINK.

Pamiętajcie: Arteteka WBP w Krakowie, ul. Rajska 12, godz. 17:00 – 3.03.2014. Później zaś – After, czyli to, co wszyscy lubią najbardziej.

Na co komu Grabiński?

up

Na co komu Grabiński?
Czyli rzecz o polskiej grozy przebudzeniu.

 

19 października 2013 roku – Kraków. Na konwencie KFASON zostaje zapowiedziana Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Idzie nowe, niosąc za sobą – jak chyba każde nowe –  nadzieję, ale też i wątpliwości.

Nawet najbardziej wątpiący nie może zaprzeczyć, że 19 października był dniem przełomowym, o którym już mówi się wiele, a z pewnością będzie się mówić więcej. Mam tu na myśli KFASON – Krakowski Festiwal Amatorów Strachu Obrzydzenia i Niepokoju. Pierwszy w historii polski konwent poświęcony wyłącznie gatunkowi Grozy. Nie tylko literackiej, ale też filmowej, komiksowej, czy też tej najstraszliwszej – życiowej, obecnej w pracy, w szkołach, w domu.

KFASON był znakiem. Oto bowiem środowisko fanów grozy, do tej pory zdawałoby się małe, nic nie znaczące i rozproszone, buduje coś razem, scala się. Chyba każdy, kto był tam obecny poczuł, że przekroczona została jakaś granica. Nowe nadeszło i teraz bezwstydnie się panoszy, a wszelkie znaki na niebie, ziemi i trupach mówią – to nie koniec, przyjacielu.

Rzeczywiście. Wraz z pierwszym konwentem grozy objawiła się bowiem dosyć szczególna inicjatywa – nagroda literacka im. Stefana Grabińskiego (pozwolisz, Czytelniku, że będę używał tej skróconej formy). Na panelu o przyszłości grozy ogłosili ją pisarze Stefan Darda, Kazimierz Kyrcz Jr., Dawid Kain, Michał Gacek, a także niżej podpisany. Powitana została – jak przystało na tak ważną inicjatywę – oklaskami, oraz burzą pytań, wyczerpujących odpowiedzi i wizji pełnych nadziei. A kiedy oklaski i ich echa przebrzmiały, pojawiły się też wspomniane wyżej wątpliwości i nowe pytania – o potrzebę i przyszłość, która, choć nadeszła, czeka jeszcze z wyłożeniem wszystkich kart na stół.

To dobrze, w końcu niepokój to jeden z filarów dobrej grozy, ale możemy chyba zerknąć przyszłości przez ramię. Kto wie, co zobaczymy?

Teraźniejszość, czyli przeszłość.

 W sytuacji, w której postawiły nas wydarzenia z 19 października, trudno jednoznacznie określić, czy to, co uznawane było do tej pory za teraźniejszość polskiej grozy dalej nią jest, czy też należy już do przeszłości. Ciągle jesteśmy w trakcie wielkiego kroku na przód – i choć znajdujemy się już bardziej „po tamtej stronie”, ciągle nie dotknęliśmy butem ziemi. A dzielą nas dosłownie milimetry.

Nie da się jednak opowiedzieć o potrzebie Nagrody im. Grabińskiego, bez wspomnienia o przeszłej (czy też teraźniejszej) sytuacji literatury grozy w Polsce. Dobra książka (encyklopedia) mówi, że horror jest częścią dziedziny kultury, jaką jest fantastyka. Trudno się z tą definicją nie zgodzić, bo istotnie posiada wątki fantastyczne. Należy jednak  zauważyć fakt, że nie każda groza to horror – co bowiem można powiedzieć o tworach, które straszą (nierzadko bardziej, niż tradycyjny horror), zaś fantastyki w nich za grosz? Dotychczas radzono sobie z tym podpinając takie dzieła pod thriller i czyniąc im tym samym krzywdę, oddzielając od celu, jakim jest wywołanie u odbiorcy niepokoju, strachu czy też fascynacji.

Ale co by było, gdyby zagarnąć te wszystkie okruchy kultury w jedno miejsce? Nadać im imię? Powiedzieć; to, proszę Państwa, te wszystkie książki, filmy, zdjęcia, gry, a nawet muzyka – to wszystko nazywa się Groza. Wspólna nazwa rzuca światło na pewną prawdę – groza ma zadziwiająco wiele obliczy. To nie jest tylko fantastyka, to coś więcej. Nawet (zwłaszcza) w dziedzinie literatury. Okazuje się bowiem, że  grozę pisał nie tyko mistrz Grabiński, ale choćby też Sztyrmer, czy inni klasycy. Grozę tworzyli Barszewski, Meissner, Irzykowski czy Chromiński. Grozą emanował Reymont w swoim „Wampirze”, Adamowicz w „W starym dworze” czy Miciński pisząc „W mroku gwiazd”. Grozą parały się z Radziwiłłów Mostowska, czy też Żmichowska w swoim „Kościeju”. Ba, w grozie także maczał swoje palce wielki poeta, Juliusz Słowacki, pisząc „Balladynę”…! A przecież to jeszcze nie wszyscy, to tylko czubek góry lodowej.

…………

Więcej przeczytasz w najnowszym (2/2013) numerze magazynu „Horror Masakra”

horrormasakra.pl

Jeszcze w 2013

topka

Stonawski cały czas przy sterach – na koniec roku ma dla was nie jedną, nie dwie, a trzy publikacje – w tym dwa opowiadania. Nigdy się nie poddawaj – mówili. Tą lekcję odebrałem. Nigdy się nie poddałem i nigdy nie poddam. Na przekór – powiedzmy bez przeszkód – chujowemu życiu. I to jedno z życzeń noworocznych dla Was – nigdy się nie poddawajcie. 

Ale to już tak pobocznie, bowiem ja o czym innym miałem – o publikacjach. Chcecie? No to macie:

2013-12-20 18.29.50

Już dziś w sklepie on-line wydawnictwa morpho ukazała się antologia „Człowiekiem jestem” – w niej moje krótkie opowiadanie, szort w zasadzie „Problem z głowy” – ten sam szort możecie także przeczytać nie na papierze, a w sieci – jego papierowa geneza jest taka, że po prostu bardzo, ale to bardzo spodobał się twórcom antologii i bardzo chcieli go mieć… a mnie się bardzo miło zrobiło. No i jest – papierowe wydanie. A oprócz mnie duużo innych, ciekawych autorów z sporą ilością innych, ciekawych opowiadań. Ciekawie?

horrormasakra2

30.12.13 (czyli jutro) ukazać ma się drugi już numer czasopisma grozy „Horror Masakra”, w którym poczytać mnie będzie można w dwóch odsłonach – beletrystycznej i… publicystycznej. W piśmie znajdzie się bowiem moje starsze już wiekiem opowiadanie „Śpij dobrze” – do tej pory trzymane jako tekst tytułowy zbioru opowiadań (uroczo, prawda?). Może zresztą nim będzie – kto wie. Od strony publicystycznej ugryzłem natomiast temat grozy w naszym Polskim kraju poprzez pryzmat Nagrody Literatury Polskiej im. Stefana Grabińskiego której mam zaszczyt być współorganizatorem.

Do kupienia tutaj

Czy warto? Myślę, że tak. Mam nadzieję, że tak.

A jak Wy myślicie?

Internet podbity. To co teraz?

busted

To miał być zupełnie inny wpis – i będzie, bo zebrało się mi tematów, a to jakieś tęczę, a to rozmowy z Universtity of California… ale nie uprzedzajmy faktów. I zajmijmy się faktami. A Fakty są takie: „Zombiefilia”( w której wyżej/niżej podpisany umieścił dwa opowiadania) w przeciągu paru dni całkowicie podbiła Internet. I mówiąc „podbiła” mam na myśli absolutny rekord jeśli chodzi o e-booki w Polsce.

To nie żart i nie fake. I chociaż od wczoraj sam przecieram oczy ze zdumienia – prawda jest jedna i potwierdzona przez tak samo zdumionego wydawcę. Jeśli myślałem, że antologie 31:10 (w których też brałem i biorę udział) rekordowo się ściągają – nie myliłem się, bo tak jest. 20 000 pobrań to bardzo duża liczba jak na rynek polski. Rekordowa. Do wczoraj.

Wczoraj bowiem internet obiegła wieść, że antologia „Zombiefilia” osiągnęła ponad 25 000 pobrań. A dzisiejszy dzień przyniósł potwierdzone (wiele razy) wieści – antologia została pobrana 40 000 razy. 

oooo

I tym samym podbiliśmy Internet. Całkowicie. Bo nikt przed nami nie osiągnął takiego wyniku. Nikt. Żodyn, jak mówią w internetach.

http://wydaje.pl/e/zombiefilia

 

Tymczasem: Studio Truso ogłosiło właśnie na Facebooku „Dzień z Michałem Stonawskim” – jest to przygotowanie do premiery pierwszej polskiej antologii o wampirach, w której niecnie także wziąłem udział.

seriosly

Zapraszam na Fanpage: https://www.facebook.com/StudioTruso

 

Trwa właśnie akcja, koleżanka po piórze – Sylwia Błach stwierdziła, że na przerobionym zdjęciu wyglądam, jak panda. Chwilę później na fanpage wydawnictwa można już zaobserwować akcję „Przytul pandę” – udostępnij zdjęcie na swoim facebooku i daj miłość autorowi. Nie omieszkałem napisać na tę okazję tekstu okolicznościowego:

Podziel się miłością. Michał jest autorem od 8 roku życia. To upośledzenie ma trwały wpływ na jego życie. Niedawno Michał zachorował na Pandowiznę pospolitą. Ta straszna choroba przekreśliła jego i tak już małe szanse na normalne życie w społeczeństwie.
Jeśli chcesz pomóc Michałkowi, wyślij sms o treści „Przytul Pandę” na facebooku wydawnictwa Studio Truso.

Nie bójmy się pomagać.

Page 2 of 9

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén