Tag: antologia (Page 1 of 2)

Stonawski A.D. 2014

Topka

Rok 2014 trwa w najlepsze, przydałoby się więc zaktualizować plany wydawnicze – a tych jest sporo… zresztą, jak zawsze. Bo… co robi Stonawski, kiedy milczy? Odpowiedź znacie. 

W najbliższych miesiącach przewiduję udział w ośmiu projektach (pisma, antologie) – oczywiście papierowych, plus – jak zawsze – w następnej edycji „31:10”, choć do tego czasu pojawią się zapewne nowe projekty. Część z nich mogę już ujawnić – ba – nawet powinienem!

Jako więc pierwsze danie proponuję antologię „Toystories” wydawnictwa Morpho, a w niej, mój nieskomplikowany, acz zabawkowy króciak – „Lalka„, zawierająca skłębione strachy z mojego własnego dzieciństwa. Antologia wyjdzie już w marcu, dostępna w dobrych księgarniach i empikach.

TOYS AUT

… Co knuje pluszowy miś, wciśnięty gdzieś w zakurzony, ciemny kąt? Jakie wojny toczą między sobą plastikowe żołnierzyki, kiedy smacznie śpimy? Dostajesz już gęsiej skórki?

A jeśli, wyrywając się z sennego odrętwienia, uświadomisz sobie, że jesteś jedynie pionkiem na olbrzymiej, boskiej szachownicy? Dlaczego nie wolno operować lalek ani drażnić Świętego Mikołaja, tudzież upiększać swojego ciała zaawansowanymi technologicznie gadżetami?
No właśnie. W „Toystories” znajdziesz właściwe odpowiedzi, ale również pytania, postawione wprost i bez pardonu, z dorosłą konsekwencją, lecz dziecięcą, niczym nie skrępowaną dosłownością. Tu nie ma miejsca na kompromisy i konwenanse.
Zapraszam Cię na niezapomnianą przejażdżkę karuzelą wzruszeń, rollercoasterem groteski, diabelskim młynem makabry. Wstąp do naszego świata – miejsca, gdzie zabawki żyją, czują, kochają i nienawidzą. Do świątyni szalonych bogów i fanatycznych wyznawców, wirtualnej rzeczywistości i przerażającego „tu i teraz”.
Wejrzyj w samego siebie. Od dziś nic nie będzie już czarno-białe.…
Gotowi na danie drugie? Dziś szef kuchni poleca pełnokrwisty stek. A kiedy mówię o krwi, to znaczy, że będzie się działo – przed Wami pierwsza polska antologia poświęcona wampirom. I nie mam na myśli wróżek. Zdecydowanie, kiedy mówię „wampiry”, mam na myśli drapieżców, raczej do bycia czyimś chłopakiem nie zdolnym, bo niby jak zawrzeć związek z obiadem?
Oto więc księga Wampirów wydawnictwa Studio Truso, dostępna od premiery, 3 marca 2014, kiedy to w różnych miastach polski COŚ się stanie. Co? Będę informował.
Tymczasem – „Wampir.pl” w Księdze Wampirów.
1795536_742897515734865_1319945288_n
I tu zapowiedzi prozy się kończą, niech pozostałe osnuje mgła tajemnicy… którą sukcesywnie będę rozwiewał.
Dodam jeszcze, że chcący pogawędzić na żywo będą mieli okazje spotkać mnie na tegorocznym Pyrkonie (21-23 marca). Najłatwiej spotkać mnie będzie… oczywiście na prelekcjach poświęconych horrorowi, w szczególności na prelekcji poświęconej nagrodzie Grabińskiego, o której to będziemy opowiadać razem ze Stefanem Dardą. 

Cienie w Księdze Cieni

halloween31-600x216

Pamiętacie ten wspaniały rok, rok pełen przełomów i ciekawych inicjatyw, rok mroczny i – wydawałoby się – zapowiadający coś… coś nadeszło – w roku 2011 ukazał się pierwszy e-book z serii „31:10” – Halloween po polsku, a w nim moje opowiadanie „Jego wola”. Wtedy nikt z nas, autorów i redaktórów, nie miał pojęcia, gdzie nas to zawiedzie… 

Projekt? Był przełomowy. Nie dość, że po raz pierwszy zebrało się tylu różnych autorów, z których tylko paru było kojarzonych z literacką grozą, to jeszcze udało im się wypuścić w sieć zbiorek. Za darmo. Dla czytelników – ot tak, z okazji Halloween. W dodatku na rynek dosyć niepewny i już tłoczny.

Czytelnicy nie zawiedli. Po premierze „31:10 Wioska przeklętych”, w której to książce także miałem swoje opowiadanie („Wioska przeklętych”) szybko okazało się, że liczba ściągnięć przekroczyła 15 000 i ciągle rosła. Po raz drugi wydawca dał nas na główną stronę, we wszystkich formatach. Ludzie pchali się drzwiami i oknami.

Było pięknie. Okazało się, że już pierwsza antologia była przełomem na rynku e-booków. Pchnęliśmy to własnymi siałam o lata świetlna naprzód. Przygoda i satysfakcja gwarantowane.

Dzisiaj, a w zasadzie wczoraj odbyła się premiera trzeciej już części – „31:10 Księga Cieni”. 

"Cienie" (2013)

„Cienie” (2013)

A w niej… moje opowiadanie „Cienie”.

Projekt zaś dopiero się rozkręca. Serdecznie zapraszam do ściągania, czytania i halloweenowej zabawy na naszym fanpage.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aXRySf77o84[/youtube]

Przydatne linki:

Strona WWW: http://3110.pl/

Fanpage na FB: https://www.facebook.com/halloween.po.polsku?fref=ts

ŚCIAGNIJ KSIĄŻKĘ: http://virtualo.pl/31_10_ksiega_cieni/i136166/?q=31.10

Epilog i cała reszta

 

Znowu się spotykamy.

 

Trochę mnie tu nie było, prawda? Praca zabiera dużo czasu, jednocześnie pomagając mi lepiej zorganizować dzień, a te płyną o wiele szybciej, niż bym przypuszczał, że mogą. To… dobrze. Znaczy – pracuję.

 

Tymczasem chciałbym zaprosić Cię, drogi Czytelniku, do lektury mojego opowiadania „Epilog” opublikowanego na pisarskim blogu „Gryzipiórek”, którego mam zaszczyt być współautorem.

Read More

Zagłosuj w walentynki (i nie tylko)

 

Najpierw – dla moich książek i wszystkich czytających walentynka ode mnie.

Więcej miłości do czytania – tego Wam życzę.

A teraz do rzeczy (nie ma, że za darmo!):

  Jeśli czytałeś, drogi Czytelniku,  „31.10”, wiesz, że jest to bardzo równa antologia. Jeśli interesowałeś się tematem – wiesz też, że osiągnęła sukces.

Jeśli zatem uważasz, że antologia na to zasługuje, zagłosuj na nią w plebiscycie na e-book roku. I powiedz o tym swoim znajomym.

Za wszystkie głosy będę bardzo, bardzo wdzięczny :)

 

 

 

 

Dla przypomnienia – filmowa zapowiedź antologii:

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=fFPjou3JudY&feature=player_embedded[/youtube]

(jeśli możecie, zalakujcie wpis, by dotarł do jak największej ilości ludzi. Pokażmy, że w polskiej literaturze drzemie straszna, nieokiełznana siła!)

Leniwy dzień

 

Nie. Dziś nie robię nic. Chociaż ponad trzydzieści tekstów do przeczytania, chociaż trza by poprawić jedną recenzję… nie, dziś nie. Raz, że po Falkonie zmęczonym, dwa, że psychicznie jestem jałowy. Są też i takie dni, kiedy trzeba wziąć dobrą książkę i zaszyć się w łóżku. To ten dzień.

Przez dobrą książkę rozumiem na przykład „Ślepowidzenie” Petera Wattsa, zwłaszcza, jeśli egzemplarz podpisany przez autora. Zwłaszcza, jeśli napisał tak:

 

Trudno się z nim nie zgodzić, prawda? Ale jestem dumny, bo teraz wie, jak pisać „Ł”.
A tak w ogóle – świetny gość. Pisarze anglojęzyczni ogólnie mają dosyć… specyficzny humor.

 
Jeśli nie macie jeszcze „Ślepowidzenia”, polecam (przynajmniej po lekturze połowy), tak samo jak trzy pozycje, po których przeczytaniu napisałem recenzje.

Teksty dostępne po kliknięciu w okładkę:

        

 

A ja wracam do czytania.

Magiczne słówka w City2

 

 

Miło mi nareszcie (a wstrzymywałem się z tym od dawna) ogłosić,  że moje krótkie opowiadanie ,,Magiczne Słówka” znajdzie się w Antologii polskich opowiadań grozy, City2, wydanej przez wydawnictwo FORMA.

 

(dla nastroju)
[youtube width=”425″ height=”40″]http://www.youtube.com/watch?v=stNuT6KDMLo[/youtube]

 

Za wydawnictwem:

Kto ma za sobą lekturę pierwszej antologii z serii CITY, ten wie, że firmuje ona teksty naprawdę brutalne, często surrealistyczne, niestroniące od czarnego humoru i wolne od ckliwych happy endów. Tak jest i tym razem. Ale City 2 nie jest kopią poprzedniego tomu. To zupełnie nowy twór, choć również wyhodowany w najmroczniejszych zaułkach miejskiego molocha. W takich, w których pleni się szaleństwo, przemoc oraz przepełniony dewiacją seks. W takich, które zamieszkują nieuchwytne bestie, mordercy i psychopaci – choćby kanibal polujący na celebrytów. Czytelnik zbioru natknie się także na budynek-zombie oraz na przerażające Dzieci Nowej Ery zamieszkujące świat zdegradowany wskutek radioaktywnego promieniowania. Autorzy opowiadań ze zbioru City 2 nie tylko mnożą makabryczne, czy bulwersujące opisy – tworząc dosadne i bezkompromisowe opowieści, bawią się językiem i opierają na świetnie skonstruowanych dialogach, krytycznie przyglądają się przy tym społeczeństwu i z niepokojem odnoszą się do naszych przyzwyczajeń, mód oraz ruchów społecznych, w tym do feminizmu. Antologia City 2 jest fantasmagoryczną podróżą w głąb naszych obsesji, lęków i najmroczniejszych tajemnic.

 

spis treści:
Kazimierz Kyrcz Jr ŚPIJ, SZALEŃSTWO
Robert Ziębiński KUCHNIA Z GWIAZDAMI
Robert Cichowlas SPECJAŁ
Mateusz Zieliński BĘDZIE ICH WIĘCEJ I WIĘCEJ…
Monika Jaworowska ROBOTA
Paweł Deptuch ZAŁOŻĘ SIĘ Z TOBĄ O DYCHĘ, TYLKO PO TO, ABY BYŁO WIĘKSZE NAPIĘCIE
Radosław Scheller JA, BESTIA
Iza Szolc SZKARŁATv Bartosz Czartoryski POŁĄCZENIE
Michał Gacek RYBY
Paweł Paliński ŻYĆ I UMRZEĆ W SZMARAGDOWYM GRODZIE
Krzysztof Wasilonek ZAGŁADNICY
Piotr Roemer KAMIENNA DAMA
Michał Gołębiowski LEW Z NEMEI
Krzysztof Gedroyć PŁASKIE TWARZE
Michał Stonawski MAGICZNE SŁÓWKA
Krzysztof Maciejewski BIBLIOTEKA RĄK
Mateusz Spychała WŁADCA PRZYPŁYWÓW
Łukasz Pytlik TO CO ROŚNIE ZA MUREM
Aleksandra Zielińska PANNY Z AWINIONU
Kazimierz Kyrcz Jr WITAJ, SKARBIE
Posłowie (Bartłomiej Paszylk)

Tu LINK do zapowiedzi.

Zostaje mi więc tylko zachęcić wszystkich czytających, i maniaków literatury grozy do lektury. Jeśli nie dla ,,Słówek”, to dla innych autorów i ich opowiadań. Jak widzicie – jest z czego wybierać :)

CITY2 ukaże się w księgarniach w całym kraju już w jesieni br.

Był sobie konwent, czyli o Falkonie słów parę

Pojawiły się głosy wzywające mnie do napisania relacji z mojego pobytu na Falkonie. Cóż, może nie będzie to relacja pełną gębą, ale parę słów by się przydało, zwłaszcza, że dla mnie nie był to wcale taki zwyczajny konwent… ale zacznijmy od początku:
Wybraliśmy się stałą ekipą – Ja, Viear i Alak. Dołączył się też długowłosy zwierz zwany kudłatym… nie bez pokrycia w rzeczywistości. Kudłaty istotnie JEST kudłaty.
Wyruszyliśmy z Krakowa w jeszcze większym składzie. Na peronie dołączył się do nas wysoki człek z mieczem, zgadując bezbłędnie, że jedziemy na Falkon, bo, jak sam powiedział; ,,Gdzie może jechać czterech gości z z plecakami i karimatami, ubranych jakby szykowali się na smoka?”. Miał rację, więc jak w jednej z tych gier RPG przyłączyliśmy go do drużyny.

Samej jazdy nie będę opisywał. Bo cóż tu mówić? Słońce, ciepło, niewygodnie i co jakiś czas dziwne spojrzenia ludzi. No i miecz wystający z plecaka.
W samym Lublinie wysiedliśmy po ponad pięciu godzinach jazdy. Idąc po peronie minęliśmy Andrzeja Pilipiuka, który jechał tym samym pociągiem i przedarliśmy się przez tłum ludzi do nas podobnych – fantastów czyli. Przez chwilę nawet widziałem fioletową wróżkę…!
A potem zjawił się Piotrek. Dla przypomnienia – rednacz Qfanta (wtedy). Po przywitaniach ruszyliśmy przed siebie, ku centrum miasta. Pierwszym przystankiem miały być ,,Ulice miasta” – restauracja, gdzie miało się odbyć spotkanie organizacyjne QFANTa w sprawie Falkonu.

I tu przerwę relację. Na chwilkę. Przerwany wątek podejmie film nakręcony właśnie w ,,Ulicach”.

I tu znów wchodzę ja. Po spotkaniu, zaprawieni trunkami i nasyceni (pierogi ruskie po całym dniu jazdy – to jest coś!) udaliśmy się na konwent. Szybka akredytacja – i do Sleeproomu. Przy okazji spotkaliśmy jeszcze koleżanki i całą watahą ruszyliśmy na poszukiwania miejsc do spania. Niestety, musieliśmy się rozdzielić. Jedna cześć wylądowała w sali lekcyjnej, druga w gimnastycznej. I tak mieliśmy szczęście, bo osoby, które przyjechały później musiały rozkładać się na korytarzach.
No i co – rozpakowani? Plecaki zdjęte? No to wracamy na konwent! Podstawionym autobusem (naprawdę dobrym autobusem. Autokarem. Brawa dla Cytadeli Syriusza!) wyruszyliśmy na Wyspę.

I co mam pisać? Konwent. Prelekcje, spotkania, gry i zabawy. Aby to zrozumieć, trzeba samemu doświadczyć. Dość powiedzieć, że było warto. Teraz przejdę do soboty, kiedy działy się rzeczy, których pominąć nie można, a mianowicie – Gala Horyzontów Wyobraźni, a tym samym… mój debiut.
Tuż przed Galą:

Tak, wiem. Obiecałem zatańczyć krakowiaka. No, ale się nie udało. Za to, jak widzicie – doglądałem pilnie, by ta druga w historii Gala była możliwie jak najbardziej reprezentacyjna. A musiała być. Popatrzcie na te książki! Sam je w pudłach nosiłem i mogę powiedzieć tyle – zwariowaliśmy. Kompletnie nam odbiło. Tyle książek rozdawać…!
Barbarzyństwo. Laureaci w tym roku naprawdę mieli niezły połów. Zresztą, po co ja opowiadam? Jest przecież film.

No i tu pierwsza z rzeczy dotycząca bezpośrednio także i mnie, mianowicie ,,zmiana warty”.  Od Falkonu kwartalnik Qfant ma nowych naczelnych. Głównego – Piotrka i dwóch zastępców; Jarka i mnie. Na filmie także oficjalne nominowanie.

Perelekcji po zakończeniu Gali nie widziałem. Mam usprawiedliwienie. Widzicie, sprzedawałem książki, a dokładnie zbiorek Horyzontów. Razem z Marcinem dzielnie podpisywaliśmy każdy. Mam nadzieję, że kupujący wybaczą nam brak wprawy w dawaniu autografów. Osobiście robiłem to po raz pierwszy. Dziwne uczucie. I jeszcze dziwniejsze, jak się podpisuje A. Pilipiukowi. To już w ogóle można się poczuć jak we śnie…
Szybko się to jednak skończyło. Niestety, prelekcja nie doczekała się końca z uwagi dziewczynę, która miała atak padaczki. Na szczęście pomoc się szybko zjawiła, więc obyło się bez większej tragedii…

Wiele wrażeń, jak na jeden dzień, prawda? Debiut, autografy, wypadek, awans. Na coś takiego najlepszym lekarstwem jest tylko zimne piwo. Wszyscy znaliśmy ten fakt, więc – tradycyjnie – po Gali poszliśmy do pubu całą fantastyczną gromadką.
Choć i tu nie ominęło mnie podpisywanie egzemplarzy…

Krótko o niedzieli – nie ma tego wiele. Konkurs Qfantowy, w którym do wygrania były (znowu!) tabuny książek, niejednokrotnie z podpisami autorów, a później powrotny rajd przez Lublin i czekanie na pociąg. Z uwagi na to, ze od blisko doby (czyli od ostatniej wizycie w pubie) nie mieliśmy dosłownie ani grosza (wspaniałe uczucie!), coraz częściej nasze myśli schodziły na temat jedzenia (mniej wspaniałe uczucie). Mogę pokusić się o stwierdzenie, że gdyby pociąg nie przyjechał wcześniej, to życie peronowych gołębi byłoby poważnie zagrożone. Zresztą, one coś o tym wiedziały, obchodząc nas z daleka i nie odpowiadając na nasze ,,taś taś taś” lub ,,Kuci, kuci, kuci, gołąbku!”. Jednak mądre stworzenia.

A powrót? Głownie spanie w zatłoczonym do granic wytrzymałości przedziale. Nocą powitały nas światła Krakowa, domowe łóżka i… pełne lodówki.

Na sam koniec chciałbym zachęcić Was do zakupu tomiku. Oczywiście, będzie także dostępny w Empikach (z tego, co wiem) ale to jeszcze trochę potrwa. Tymczasem w promocyjnej cenie 20 egzemplarzy na aukcji.
Link w obrazku.

Po trochu

Ach, straszne jest życie studenta!
Naprawdę. Nie dość, że głodno, to jeszcze pieniądze tak jakoś szybko znikają z kieszeni, a ponarzekać nie można, bo nie dość, że kierunek fajny i ludzie świetni, to jeszcze znikanie pieniędzy to tylko i wyłącznie twoja wina… co za świat.
Ale, ale. Ja przecież nie o tym miałem. Czas by jaki felietonik skrobnąć, hm? Mam wielką MASĘ tematów. I nie dość czasu. A jak mam czas, to pracuję. A jak nie pracuję, to czytam. A jak nie czytam, to śpię. A jak nie robię żadnej z powyższych rzeczy, to piszę. I gdzie tu czas na większe wpisy?
Ale dobrze, postaram się wkrótce coś tu popisać tematycznie. Roznosi mnie.

Tymczasem pojawiło się parę nowych rzeczy do umówienia, które – taką mam nadzieję – Cię trochę zainteresują. Przynajmniej niektóre.

Na początek sprawa najważniejsza – chciałbym Cię serdecznie zaprosić na tegoroczny Falkon, który odbywać się będzie od 11 do 14 Listopada w Lublinie. Powód? 13 Listopada. Premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znalazło się moje opowiadanie. Sam zbiorek będzie pewnie można kupić w całym kraju, ale… cóż, premiera to premiera, prawda?
Będę tam obecny, prawdopodobnie będą też podpisy, jakieś niby-przemówienia… wiecie, jak to jest. Wino, kobiety i śpiew.
A prócz tego, standardowo – prelekcje, LARPy i inne. Oraz Gala tegorocznych ,,Horyzontów”, to na niej będzie premiera. Kto może, niech przybywa – będę zaszczycony.

A oto i zapowiedź, z serwisu fantasybook:

Oddajemy do rąk czytelników antologię fantastyczno-kryminalną, na którą złożyły się opowiadania laureatów ogólnopolskiego konkursu literackiego „Horyzonty Wyobraźni 2009” oraz najlepsze teksty opublikowane na łamach periodyku Qfant w roku 2009.
Niniejszy tom rozpoczyna cykl „Horyzonty Wyobraźni”, będący spełnieniem obietnicy złożonej przy powoływaniu do życia kwartalnika Qfant. Przyrzekliśmy wspierać twórców literatury, ułatwiać drogę do pierwszego papierowego debiutu, a tych, którzy pierwsze sukcesy mają już za sobą, dopingować i pomagać im w kontynuacji wędrówki po literackich ścieżkach. Oczywiście, wspierając twórców pamiętamy, że najważniejszy w tym wszystkim jest czytelnik, a konkretnie to, by otrzymał smakowitą literaturę, przykuwającą uwagę i pozwalającą oderwać się od codzienności.
Zapraszamy na czternaście wędrówek po krainie imaginacji. Część z nich wiedzie przez świat zbrodniczych występków, inne – w otoczeniu fantastycznych, lecz niekoniecznie przyjaznych wytworów wyobraźni ich autorów – przeniosą Was daleko poza horyzonty wyobraźni…

Redakcja kwartalnika Qfant

Primus inter pares. Świat leży u moich stóp, czekając, bym go złupił, zwyobracał, „łydupcył”, podporządkował. Wygrana w konkursie to skok w górę: od zera do bohatera. A potem? Drugie opowiadanie, piąte, osiemnaste. Pierwsza książka, jedenasta, dwudziesta ósma…

Ze wstępu Andrzeja Pilipiuka

Pierwsza edycja konkursu „Horyzonty Wyobraźni” pozwala z optymizmem spojrzeć na przyszłość polskiej literatury fantastycznej i kryminalnej. Wiele walczących o laur pierwszeństwa opowiadań zostało napisanych wprawnie, niesztampowo, efektownie i z wyraźnie dostrzegalną pomiędzy wersami pasją. Jurorzy mieli twardy orzech do zgryzienia, lecz w końcu, spośród ponad pięciuset prac, udało się wyłonić sześć najlepszych, opublikowanych w zbiorze, który trzymacie w rękach.
Rusnak, Stonawski, Musialik, Maksymow i Mikołajczyk ruszają właśnie na podbój literackiego świata. Przyjrzyjcie się bliżej ich pierwszym krokom, a od razu będzie jasne, że nie jest to nieporadne drobienie żółtodziobów. To śmiały, miarowy marsz, o którym z pewnością jeszcze wielokrotnie usłyszymy.

Stefan Darda, pisarz
nominowany w 2009 roku do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A.Zajdla

A teraz parę recenzji:

Nie próżnuję. Piszę, pracuję, studiuję i uczęszczam na studia (tak, to są dwie różne rzeczy). Skutkiem mojej nie-próżności są trzy recenzje opublikowane na portalu QFANT.PL .
Zapraszam:

Są takie historie, które na długo zapadają w pamięć.

W trakcie poznawania wnikają coraz głębiej w umysł, aż w końcu nie można już o nich zapomnieć,po czy jak innych, odłożyć na półkę. Stają się częścią życia. Cytaty wchodzą do języka, bohaterowie przeistaczają się w idoli, a poszczególne sceny stają się tematem do ciągłego omawiania w grupie znajomych.

Kiedy będąc jeszcze w gimnazjum, sięgałem po pierwszy tom ,,Mrocznej Wieży” Stephena Kinga, nie spodziewałem się, że ten siedmiotomowy cykl stanie się dla mnie czymś więcej, niż tylko dobrą lekturą. Szybko się przekonałem, że autor wiedział, co mówi, kiedy nazwał siedmioksiąg swoim magnum opus.

,,Mroczna Wieża” oczarowała mnie i zniewoliła do tego stopnia, że wkrótce nie mogłem myśleć o niczym innym, jak tylko o następnej stronie. Prawdopodobnie, gdyby cykl był większy, skończyłbym na kozetce u jakiegoś psychiatry. Oczywiście z książką w ręce.

Podobnych do mnie musiało być więcej, bo w 2007 roku twórcy ze stajni Marvela wydali w Ameryce pierwszy zeszyt legendy o rewolwerowcu, nawiązujący do czwartego tomu cyklu „Czarnoksiężnik i kryształ”, będącego (prawie w całości) retrospekcją młodzieńczych czasów głównego bohatera powieści – Rolanda.

Było tylko kwestią czasu, że komiks zostanie wydany także i w Polsce. Zaistniał tylko jeden kłopot – komiksy nie mają dużego powodzenia na rodzimym rynku. Dlatego też pytanie nie brzmiało ,,Kiedy?”, ale ,,Kto?”.

Wyzwanie podjęło wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz. I w końcu, po wielu latach oczekiwań, polscy fani ,,Mrocznej Wieży” mogą nacieszyć oczy komiksem.
Dalszy ciąg T U T A J

„Myślicie, że czytanie książek Stephena Kinga może budzić lęk? Spróbujcie je pisać” – tak swój list do fanów zaczyna Peter David, scenarzysta komiksów z serii „Mroczna Wieża” Ma rację. Lub też inaczej – nie zapomniał oblicza swojego ojca.

Po tragicznej śmierci największej miłości Rolanda, Susan Delgado, główny bohater historii jest zrozpaczony. Niosąc ciało ukochanej, Rewolwerowiec z wolna przestaje przypominać siebie; stąpa po ziemi sztywno, a w jego oczach nie ma życia. Zupełnie, jakby zamienił się w nakręcaną kukłę. Jedyny przejaw emocji następuje, gdy strzela w Grejpfrut Merlina – tajemniczą kulę, która swą mocą udaremniła misję Ka-tet. Na swoje nieszczęście, Roland nigdy nie chybia, także tym razem. Z worka, w którym trzej przyjaciele nieśli dziwny przedmiot, wyskakuje wielka gałka oczna, która przysysa się do czoła strzelca, a gdy pozostałym dwóm członkom zespołu udaje się ją oderwać, powrotem zamienia się w magiczną kulę. Tymczasem Roland staje się tym, na co wyglądał chwilę wcześniej – lalką bez życia…

Minął niemal miesiąc od premiery pierwszego tomu komiksu z serii ,,Mroczna Wieża” wydanego przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, noszącego tytuł ,,Narodziny rewolwerowca”, a na półki księgarń wchodzi właśnie drugi – „Narodziny rewolwerowca”.
Kiedy dostałem komiks do rąk byłem lekko podenerwowany. Trudno uwierzyć, ale powodem mojego zaniepokojenia był bardzo dobrze wydany zeszyt pierwszy; często się bowiem zdarza, że po spektakularnym początku następuje kryzys.

Sądząc po okładce, nic na to nie wskazywało, co jeszcze bardziej wyczuliło moje zmysły. Z pewną dozą ostrożności otworzyłem więc okładkę i pogrążyłem w lekturze.
Specjaliści z Marvella stanęli przed trudnym zadaniem; w pierwszym tomie właściwie tylko ilustrowali treść książki. Tutaj zaś musieli wykazać się kreatywnością, by pokazać część historii, która w literackim oryginale ujęta nie została. Świetnie zdawał sobie z tego sprawę Peter David, pisząc: „ Jadę teraz na rowerze Mrocznej Wieży bez pomocniczego trzeciego i czwartego koła. To odwaga granicząca z zuchwalstwem”. Czy twórca scenariusza i jego koledzy z zespołu podołali zadaniu?

Dalszy ciąg T U T A J

Czego boimy się najbardziej? Czy ciemności, głębokiej jak bezdenna studnia, zdającej się dusić każdego, kto stanie jej na drodze? Czy pająków, machającymi pokrytymi włoskami, lepkimi odnóżami? A może… innych ludzi?

Co by było, gdyby pewnego dnia zadzwonił telefon, a po podniesieniu słuchawki usłyszelibyśmy krzyk najbliższej nam osoby, urwany nagle jak gdyby był tylko złym snem? Czy nie ogarnąłby nas… najczarniejszy strach?
Harlan Coben jest na rynku literatury kryminalnej autorem dosyć znanym. Jego powieści wielokrotnie lądowały na listach światowych bestsellerów, a niewątpliwy talent został uhonorowany przyznaniem mu, jako jedynemu współczesnemu autorowi, trzech najbardziej prestiżowych nagród w dziedzinie literatury kryminalnej – Shamus Award, Anthony Award i najważniejszą – Edgar Poe Award.

Nie jest więc wielkim zaskoczeniem że, kiedy dostałem w swoje ręce „Najczarniejszy strach”, wydaną w 2007 roku przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz powieść z cyklu opowiadającym o Myronie Bolitarze, nie mogłem opanować ciekawości. Jednak coś powstrzymywało mnie przed natychmiastowym otwarciem książki. Była to obawa, że mogę się zawieść, że moje oczekiwania okażą się zbyt duże, a sama książka – jak to się często zdarza – przereklamowana. Zabrałem się więc do czytania ostrożnie, jak gdybym przechadzał się niepewną ścieżką po bagnach.

Myron Bolitar jest agentem sportowym pracującym w agencji RepSport MB. Myliłby się jednak ten, kto wziąłby go za przeciętnego amerykańskiego pracownika, wracającego po pracy do domu, jedzącego obiad i zasiadającego przed telewizorem, by pooglądać Jerry’ego Springera. Myron jest inny – ma skłonność do przyciągania kłopotów i nie dałby sobie rady, gdyby nie świetna kondycja wypracowana poprzez trening koszykówki, oraz nieprzeciętna inteligencja połączona z doświadczeniem w rozwiązywaniu zagadek. Jednak, jako że w kosmosie musi panować równowaga, im większe kłopoty, tym bardziej zapalczywy jest Myron.

Dalszy ciąg T U T A J

Tak na zakończenie, wątek humorystyczny; niedawno mieliśmy Halloween. Razem z grupą przyjaciół straszyliśmy przez pół nocy na krakowskim rynku (trzeba uważnie śledzić Facebook i YouTube). A ponieważ wielu z Was jeszcze się nie bało… to teraz nadszedł czas. Postraszę z przyjemnością:

Bu!

I tym mrocznym akcentem kończymy na dziś.

Garść informacji

Kiedy wczoraj pisałem tekst na bloga, nie przypuszczałem, że tak szybko będę musiał robić to znów. Świat się jednak kręci i czas płynie, a okoliczności – zmieniają. W związku z czym, dziś krótko, ale na pewno ciekawie:

1. Na stronie kwartalnika QFANT pojawiła się zapowiedź siódmego numeru pisma, w którym to ma zaszczyt się znaleźć moje opowiadanie o tajemniczo brzmiącym tytule ,,Zabawa”, oto i ona:

Słówko „zabawa” kojarzy mi się z hulankami, napojami dla dorosłych i… pięknymi kobietami rzecz jasna (najlepsze dobrze zostawić na koniec). Zainteresował mnie fakt, że mające owy tytuł ostatnie z opowiadań Q7 jest gatunkowo… horrorem. Cóż za zabawy przygotował dla nas Michał Stonawski? Zapraszam do przeczytania fragmentu „Zabawy”:

Zosia spojrzała mu prosto w oczy. Małą rączką pogładziła po policzku.
– Nie musisz – powiedziała. Jej twarz była pusta, pozbawiona jakichkolwiek emocji. Mówiła zimnym, beznamiętnym głosem. – To mój przyjaciel – wskazała ręką na Maćka. – Mama mówi, że wymyślony – rączka przeniosła się na jego głowę. Pogłaskała go po włosach. – Muszę już iść. – Odwróciła się i podeszła do brata. Razem wyszli z pokoju. Trzasnęły drzwi.

Jego trzynastoletni syn siedział przy biurku pochylony nad zeszytem. Z głośników na półce wrzeszczał jakiś raper, klnąc co drugie słowo. Maciek potrząsał do taktu głową, prawie waląc nią w blat.
– Maciek, wychodzimy!
Nawet się nie odwrócił. Dalej kiwał głową. Marek podszedł do niego z tyłu i położył mu rękę na ramieniu. Młody odwrócił się zaskoczony. W uszach miał słuchawki. Wyjął jedną.
– Cześć, tato. […]
[…]

Wszystkie uśmiechy zgasły w jednym momencie. A potem dzieci zniknęły i w pustej klasie została sama Zosia, patrząca się na nią z twarzą bez wyrazu.
– Jest pani moją ulubioną nauczycielką – powiedziała beznamiętnym tonem.
Starsza kobieta patrzyła na nią bezrozumnie. Była jak sparaliżowana.
Zosia wykrzywiła twarz w beznamiętnym uśmiechu.
A potem znikąd nadciągnęła ciemność i stara kobieta przestała istnieć.
[…]

Marek wziął do ręki plastikowy klocek i obrócił go parę razy bezmyślnie w palcach.
– Kochanie, a gdzie jest Maciek? – zapytał.
– Kto? – zapytała, nie odrywając się od zabawy.
Przełknął ślinę. Coraz mniej mu się to podobało.
– Maciek, Zosiu. Twój rodzony brat.
– Tatusiu, ale ja nie mam brata. – Dalej przekładała klocki, z jednej kupki na drugą. Nie patrzyła się na niego.
[…]

Więcej już wkrótce…

LINK do zapowiedzi.

Mam nadzieję, że dacie się wciągnąć i zabawicie nieźle, czytając to, co udało mi się bazgrnąć. I nie tylko tutaj, bo od tego czasu będę Was straszył na wszelkie możliwe sposoby, w różnych miejscach…

2.  Na pocieszenie, postaram się Was także i trochę rozśmieszyć, a może nawet zaintrygować?  To już pewne – premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni” – edycja 2009 odbędzie się 13 listopada AD 2010, a w niej – miedzy innymi – moje opowiadanie ,,Wyrok”, humoreska Sf z lekką nutą absurdu.
Mam nadzieję, że się spodoba, mimo, że ma już swoje..hm, miesiące.

3. I znów QFANT! Tak na zakończenie, zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, w którym do zdobycia jest pięć zestawów drugiego tomu komiksów o rewolwerowcu Rolandzie, bohatera Mrocznej Wieży autorstwa S. Kinga.

Oto i LINK

4. A guzik. Jeszcze nie kończymy. Pomęczę Was troszkę. Muzycznie – Radio internetowe ,,Bez kitu”. Niedługo być może usłyszycie o nim trochę więcej, a teraz – polecam. Dla wszystkich, którzy mają dość chłamu pompowanego przez standardowe radia. Link w obrazku.

I teraz to już naprawdę koniec.
Ładną dziś mamy pogodę, prawda? :)

Tajemnica pewnej piwnicy

Każdy z nas zna takie miejsce, gdzie czają się duchy, pająki  i powietrze ma zapach kurzu. Zwykle, będąc dziećmi bawiliśmy się tam w chowanego, szukaliśmy skarbów, z starych skrzyń wygrzebywaliśmy dziwnie wyglądające przedmioty z czasów młodości naszych dziadków…
Takie miejsca są magiczne. Czar starych rzeczy, wspomnień i kurzu jest nie do zniesienia. To wystarczy, by w każdym z nas obudziła się dusza odkrywcy.
Te pomieszczenia z reguły są strychami. Z reguły, ale nie zawsze…

W ten weekend wybrałem się do Żywca. Właściwie powinienem powiedzieć; wybraliśmy się, bo pojechałem razem z Viearem.
W wielkim domu dziadków jest wiele pomieszczeń. Duchy przeszłości wołają z zacienionych kątów. I właśnie w ten weekend zakrzyknęły na tyle głośno, że usłyszałem ich wołanie.
Mieliśmy się wybrać na bokkeny.  Ja i Franek. Trochę ruchu zrobi dobrze każdemu, a jeśli połączymy z tym ćwiczenia w posługiwaniu się mieczem – szykuje się naprawdę niezła zabawa. Niestety, pogoda była przeciwnego zdania. Jak rano było ładnie, tak po obiedzie lunęło potokami deszczu. A że walenie się kijami w błocie niezbyt nas pasjonowało, zaczęliśmy się zastanawiać nad czymś innym (co chwila spoglądając w okno z nadzieją, rzecz jasna).

Jestem chory. Myślę, że już o tym wspominałem, nie zaszkodzi jednak zrobić to raz jeszcze. Chory. Choć osobiście nie uważam tego za chorobę, a błogosławieństwo. Niemniej – to uzależnienie wpływa poważnie na moje życie. Obawiam się, że jest to jedyna rzecz, bez której nie poradziłbym sobie w rzeczywistości. Jestem, co tu dużo mówić, totalnym bibliofilem.
Nie dziwota więc, że moje myśli spełzły właśnie na te rejony.

Czy mówiłem już kiedyś o tym, że mój tata był(jest?) fantastą? Swego czasu, w czasie kiedy Sf rozwijało się najprężniej (w Polsce – czas słodkiej komuny), kolekcjonował co się dało i jak się dało. Skutkiem czego, wiele lat później pewien mały Michałek mógł odkryć czym jest fantastyka, złapać bakcyla i oszaleć, trzymając w rękach najlepsze dzieła takich pisarzy jak Philip K. Dick , Ursula K. Le Guin , Strugaccy, Oramus, Zajdel, Lem, Parowski… i wiele (och, jak wiele!) innych. Jednym słowem – zostałem zarażony.
Najpierw była jedna książka. Potem mój rodziciel zaprowadził mnie do piwnicy i dał wielką paczkę książek. Niektóre z nich ( ,,Gwiazda” A. C. Clark’a , ,,Pielgrzymka na Ziemię” Roberta Sheckleya czy też zbiory ,,Don Wollheim proponuje”) przeczytałem jednym tchem, dziesiątki razy. Sam wygrzebałem ich jeszcze trochę, z wielkiego pudła pełnego literatury.
Więc, gdy przyszedł czas, wiedziałem, co należy zrobić. Moje rozumowanie było proste – tata dał (pożyczył?) mi wtedy tak wiele świetnych książek. A może…? A może znajdę coś jeszcze? Jakąś jedną, małą, zapomnianą książunię, która dostarczy mi następnych chwil radości? Nie mając innych perspektyw, razem z Viearem udaliśmy się schodami w dół.

Piwnica do ciekawe miejsce. Jest tam wiele pomieszczeń, niektóre duże, inne małe (jak na przykład norka pod garażem). W jednym z nich znajduje się rupieciarnia. Wszystko to, co znalazłoby się na strychu, gdyby ten nie był z mały, i jeszcze więcej. Worki, skrzynie, pudła, kartony. I dużo, dużo kurzu. Tam skierowaliśmy nasze kroki.
Po odwaleniu paru większych i mniejszych pudeł, dobraliśmy się do jednego z paru kartonów i koszów z książkami. Osobiście jestem oburzony, że muszą tak leżeć. Miejsce książek jest na regałach. Nawet, jeśli są to pozycje komunistyczne.

W trakcie poszukiwań (przerywanych co jakiś czas, by sztachnąć się zapachem starej książki [polecam!]) zatracaliśmy stopniowo poczucie czasu. Co jakiś czas aż podskakując, kiedy trafialiśmy na coś ciekawego. Były więc legendy, bajki, stara – jeszcze z oryginalnymi rysunkami – ,,Chatka Puchatka”, cały cykl o Ani z zielonego wzgórza, a nawet… bajki komunistyczne. O pracy i jej wartościach, oraz czemu dorośli rozmawiają przez telefon. Wreszcie dokopaliśmy się do konstytucji PRL. Tu się dopiero zaczęło.
Pod okładką z orzełkiem bez korony ukryta jest tak nieprawdopodobna ilość bełkotu, że czytając można tylko się śmiać. Wiesz, coś o bohaterskim ludu pracującym, walce z wstrętnym, kapitalistycznym wrogiem i tym podobne rzeczy. Od razu przypomina się człowiekowi Orwell i jego ,,Rok 1984″. Dokładnie to.
Nie przeczytaliśmy, rzecz jasna, całej konstytucji. Aczkolwiek ja chętnie do niej wrócę. Trzeba liznąć kawałek historii…

Jednak to, co się stało później sprawiło, że szybko zapomniałem o wszystkich wcześniejszych książkach i znaleziskach. Posuwając się wolno do przodu, otumanieni kurzem, znarkotyzowani zapachem książek, rozdarliśmy jedną z szczelnie zawiniętych paczek ukrytych gdzieś, w rogu piwnicy. Daleko od światła dziennego, tak, że czuliśmy się trochę jak speleolodzy.
Kąt piwnicy to dziwne miejsce. Zupełnie inne środowisko. Inny klimat. Jedyne formy życia to rzadkie pajęczaki, być może świecące w ciemnościach. Na ścianach rosną mchy, w powietrzu jest mniej tlenu, więcej kurzu. Jest znacznie ciemniej, a wokół ciebie zamykają się dziwne ściany ze skrzyń. To miejsce, zdawałoby się, nietknięte stopą ludzką. Jest w tym… prawdziwa magia.
Nasza dwuosobowa wyprawa poruszała się w tym mroku, badając i katalogując. Kiedy więc brązowy papier paczki rozdarł się i, przez powstałą szparę, wyleciała Antologia młodych z 80-go roku, zaległa cisza. Można było usłyszeć mocne uderzenia serca. Naliczyłem dwa, zanim rzuciliśmy się przed siebie wrzeszcząc dziko.

Wyobraź sobie skarb. Grobowiec Kleopatry, mityczną Atlantydę, czy skarbiec króla Salomona. A teraz pomyśl sobie, że dokonałeś odkrycia, przy którym blakną one, jak zachodzące słońce. To właśnie to uczucie. Dzika radość, wyzwolenie z okowów człowieczeństwa. Dwóch bibliofilów, którzy znaleźli swój obiekt podniecenia.
I zaczęło się; krzyki, wrzaski, śmiechy i drżące ręce, wyjmujące delikatnie jedno dzieło po drugim. W połowie pracy zorientowałem się, że jestem cały spocony, dyszę ciężko i mam poszarpane włosy. I wiesz co? Miałem to gdzieś.
Zamiast jednej, czy dwóch książek, znaleźliśmy całą ich skrzynię. Niewyobrażalny skarb. Około 80 pozycji, których już dawno nie uświadczysz ani w księgarniach, ani w bibliotekach. A wielu z nich, nawet w antykwariatach.

Jest więc Lem (DUŻO Lema!) jest Oramus, , jest Wollheim, są Strugaccy, inne wielkie nazwiska. Są młodzieńcze opowiadania Grzędowicza, Dębskiego, Ziemiańskiego, Zimniaka i innych. Są…są, są, są. Prawie 80 książek spadło mi… nie, inaczej. Prawie 80 książek wykopałem z dna świata. Pozycje, które czekały na mnie ponad dwadzieścia lat, a nawet więcej.

Przez ponad dwie godziny drżały nam obu ręce.
A mój sen, o tym, by cały pokój ,,wytapetować” książkami, od dołu do góry, nabiera powoli sensu.
O bogowie. Musiałem to z siebie wyrzucić.

Pedagogiczny Fajerwerk i cała reszta

Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.

Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.

Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.

Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.

Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:

Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła.  Temat pokrewny, ale jednak inny:

Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.


Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.


Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej  chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).

W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!

Wakacyjna gawęda: Dwie drogi.

Słońce przygrzewa, wielkie upały skończyły się, a woda cicho pluska w jeziorze. Myślę, że jest to odpowiedni moment, by podjąć wakacyjną gawędę. Zresztą, nie tylko… (stąd też tytuł) choć o tym później.

Z tego, co pamiętam, skończyłem w momencie,  kiedy czwórka fantastów (trzech gości w skórach i jeden komandos) usiadła na peronie, klnąc pod nosem i w myślach żegnając się z tortem powitalnym Dni Fantastyki 2010. Przez jakiś czas jeszcze analizowaliśmy wszystkie komunikaty poprzedzające przyjazd naszego pociągu. Nikt z nas nie słyszał, by go zapowiadano, choć każdy nasłuchiwał. Klnąc tym bardziej na polskie koleje, czekaliśmy na następny środek lokomocji, a imć Viear poszedł zapytać się szanownej pani w informacji, czy będziemy musieli kupować nowe bilety. Oczywiście, gdyby tak było, straż musiała by go wyrzucić siłą z dworca, bo V stanąłby przy kasie i dyskutowałby, żądając sprawiedliwości. Trzeba też wspomnieć, że nie byłby sam…
Tymczasem jednak, dzięki łaskawości PKP, mogliśmy jechać na tych samych biletach. Kiedy więc nasza ciuchcia doczłapała dysząc ciężko do peronu, odetchnęliśmy z ulgą i – gotowi na wszystko (w tym; bandę kiboli, nalot bombowy, pociski nuklearne i armagedon) – wsiedliśmy do metalowej dżdżownicy.
Trochę się bałem, że nie znajdziemy wolnego przedziału, jednak okazało się, że ten już na nas czeka. Mały, pachnący kotami, obity sklejką, ale (prawie) własny. Nie pozostało nam nic więcej, jak tylko załadować bagaże na odpowiednie miejsca (odprawiając nad nimi modły, by nam nie spadły na łby) i chwilę później ruszyliśmy.

Pierwsze szarpnięcie było jak start rakiety – wcisnęło mnie w fotel, potem musiałem się go mocno trzymać, by nie polecieć na siedzącego naprzeciwko Vieara (którego z kolei wparło w siedzenie), a potem coś trzasnęło, gwizdnęło, zatrzęsło pojazdem, rozległo się przeraźliwe skrzypienie nadwyrężonego, pordzewiałego metalu… i wreszcie pociąg ruszył. Wolno, ociężale, coraz szybciej, szybciej. Szybciej. Nie do wiary, ale po jakiś 100-200 metrach pędziliśmy już z przerażającą szybkością 20-stu kilometrów na godzinę! Wyraźnie widziałem usiłujące się z nami ścigać ślimaki. Przegrywały, psiekrwie.
Chwilę później słyszeliśmy już monotonne stukanie, tak dobrze znane śmiałkom podróżującym polskimi kolejami.

Mieliśmy w perspektywie wiele godzin spędzonych w jednej pozycji na czterech literach. Sięgnąłem po nieodłączną torbę, by wyjąć plan Dni Fantastyki. Przez następne czterdzieści, czy pięćdziesiąt minut zakreślaliśmy wszystkie interesujące nas prelekcje, z żalem patrząc na te, które – jak wiedzieliśmy – będziemy musieli opuścić z powodu spóźnienia.

Podróż nie dłużyła się specjalnie. Na przystanku w Katowicach dosiadła się do nas straszliwa Ruda Wiedźma, już od progu święcie przekonana, że my są diabły i szatany, czyhające tylko, by ją pogryźć. Jeden Diabeł, siedzący naprzeciwko mnie, wyglądał faktycznie na chętnego, ale – po moich zapewnieniach – że my są diaboły niegryzące Wiedźm – dał za wygraną, a (z pozoru nieśmiała) Ruda przysunęła się bliżej, zagajając coś nieśmiało.
Przyznam, że pierwsze minuty były ciężkie. Wiedźma wyglądała na lekko spłoszoną, my zaś nie mieliśmy za wiele tematów (przynajmniej z początku) do omawiania, a o duszach, czarach i urokach w biały dzień mówić jest nieelegancko.
Niedługo to trwało. Od słowa do słowa, uśmiechu, półżartu, żartu i dowcipu, do chichotu i śmiechu, dotarliśmy do porozumienia. Wkrótce Viear zajął się podziwianiem zakupionego przez Rudą czarnego bokkena, jako, ze poprzedniego, na skutek zbyt mocnej wymiany ciosów, Viearowi złamałem ja (zresztą sam chciał, nie trzeba było tak zaciekle atakować).
Alak wyciągnął ,,Politykę” i zniknął gdzieś w tym swoim dziwnym świecie, Komandos… coś tam myślał i uśmiechał się pod nosem, ja zaś, z braku pomysłu narysowałem Vieara, dodając mu habit i różaniec. Przyznam się (a Wiedźma potwierdziła to śmiechem), że rysunek mi wyszedł. V nie chciał docenić tej sztuki.
Następna praca, była zbiorowa. To znaczy, ja zacząłem, rysując mózg kobiety (to bardzo łatwe – bierzesz ołówek i robisz na kartce jak najwięcej gryzmołów w jednym miejscu), Franek pomógł mi, dorysowując do tego patrzałki.

Tak nam jakoś szybko minęła ta podróż, że – nim się obejrzeliśmy – byliśmy już we Wrocławiu. O dziwo – pociąg ciągle był w jednym kawałku.
Stanęliśmy zatem na płycie dworca, objuczeni, acz już zintegrowani. Konwent się już dawno rozpoczął, a my mieliśmy jeszcze długą drogę przed sobą – od śródmieścia, do Zamku, gdzie czekała na nas reszta redakcji Enklawy Magii.
A jak się tam dostaliśmy, oraz dlaczego Wrocław jest dziwnym miastem – to już w następnym odcinku.

Tymczasem czas jeszcze na drogę drugą, czyli teraźniejszość.

Udało mi się podpisać swoją pierwszą umowę literacką dotyczącą tomu ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, mającego ukazać się jesienią tego roku, nakładem wydawnictwa Radwan.
Okładkę antologii można zobaczyć w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki, gdzie zamieszona jest                zapowiedź-reklama tejże.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén