Słońce przygrzewa, wielkie upały skończyły się, a woda cicho pluska w jeziorze. Myślę, że jest to odpowiedni moment, by podjąć wakacyjną gawędę. Zresztą, nie tylko… (stąd też tytuł) choć o tym później.

Z tego, co pamiętam, skończyłem w momencie,  kiedy czwórka fantastów (trzech gości w skórach i jeden komandos) usiadła na peronie, klnąc pod nosem i w myślach żegnając się z tortem powitalnym Dni Fantastyki 2010. Przez jakiś czas jeszcze analizowaliśmy wszystkie komunikaty poprzedzające przyjazd naszego pociągu. Nikt z nas nie słyszał, by go zapowiadano, choć każdy nasłuchiwał. Klnąc tym bardziej na polskie koleje, czekaliśmy na następny środek lokomocji, a imć Viear poszedł zapytać się szanownej pani w informacji, czy będziemy musieli kupować nowe bilety. Oczywiście, gdyby tak było, straż musiała by go wyrzucić siłą z dworca, bo V stanąłby przy kasie i dyskutowałby, żądając sprawiedliwości. Trzeba też wspomnieć, że nie byłby sam…
Tymczasem jednak, dzięki łaskawości PKP, mogliśmy jechać na tych samych biletach. Kiedy więc nasza ciuchcia doczłapała dysząc ciężko do peronu, odetchnęliśmy z ulgą i – gotowi na wszystko (w tym; bandę kiboli, nalot bombowy, pociski nuklearne i armagedon) – wsiedliśmy do metalowej dżdżownicy.
Trochę się bałem, że nie znajdziemy wolnego przedziału, jednak okazało się, że ten już na nas czeka. Mały, pachnący kotami, obity sklejką, ale (prawie) własny. Nie pozostało nam nic więcej, jak tylko załadować bagaże na odpowiednie miejsca (odprawiając nad nimi modły, by nam nie spadły na łby) i chwilę później ruszyliśmy.

Pierwsze szarpnięcie było jak start rakiety – wcisnęło mnie w fotel, potem musiałem się go mocno trzymać, by nie polecieć na siedzącego naprzeciwko Vieara (którego z kolei wparło w siedzenie), a potem coś trzasnęło, gwizdnęło, zatrzęsło pojazdem, rozległo się przeraźliwe skrzypienie nadwyrężonego, pordzewiałego metalu… i wreszcie pociąg ruszył. Wolno, ociężale, coraz szybciej, szybciej. Szybciej. Nie do wiary, ale po jakiś 100-200 metrach pędziliśmy już z przerażającą szybkością 20-stu kilometrów na godzinę! Wyraźnie widziałem usiłujące się z nami ścigać ślimaki. Przegrywały, psiekrwie.
Chwilę później słyszeliśmy już monotonne stukanie, tak dobrze znane śmiałkom podróżującym polskimi kolejami.

Mieliśmy w perspektywie wiele godzin spędzonych w jednej pozycji na czterech literach. Sięgnąłem po nieodłączną torbę, by wyjąć plan Dni Fantastyki. Przez następne czterdzieści, czy pięćdziesiąt minut zakreślaliśmy wszystkie interesujące nas prelekcje, z żalem patrząc na te, które – jak wiedzieliśmy – będziemy musieli opuścić z powodu spóźnienia.

Podróż nie dłużyła się specjalnie. Na przystanku w Katowicach dosiadła się do nas straszliwa Ruda Wiedźma, już od progu święcie przekonana, że my są diabły i szatany, czyhające tylko, by ją pogryźć. Jeden Diabeł, siedzący naprzeciwko mnie, wyglądał faktycznie na chętnego, ale – po moich zapewnieniach – że my są diaboły niegryzące Wiedźm – dał za wygraną, a (z pozoru nieśmiała) Ruda przysunęła się bliżej, zagajając coś nieśmiało.
Przyznam, że pierwsze minuty były ciężkie. Wiedźma wyglądała na lekko spłoszoną, my zaś nie mieliśmy za wiele tematów (przynajmniej z początku) do omawiania, a o duszach, czarach i urokach w biały dzień mówić jest nieelegancko.
Niedługo to trwało. Od słowa do słowa, uśmiechu, półżartu, żartu i dowcipu, do chichotu i śmiechu, dotarliśmy do porozumienia. Wkrótce Viear zajął się podziwianiem zakupionego przez Rudą czarnego bokkena, jako, ze poprzedniego, na skutek zbyt mocnej wymiany ciosów, Viearowi złamałem ja (zresztą sam chciał, nie trzeba było tak zaciekle atakować).
Alak wyciągnął ,,Politykę” i zniknął gdzieś w tym swoim dziwnym świecie, Komandos… coś tam myślał i uśmiechał się pod nosem, ja zaś, z braku pomysłu narysowałem Vieara, dodając mu habit i różaniec. Przyznam się (a Wiedźma potwierdziła to śmiechem), że rysunek mi wyszedł. V nie chciał docenić tej sztuki.
Następna praca, była zbiorowa. To znaczy, ja zacząłem, rysując mózg kobiety (to bardzo łatwe – bierzesz ołówek i robisz na kartce jak najwięcej gryzmołów w jednym miejscu), Franek pomógł mi, dorysowując do tego patrzałki.

Tak nam jakoś szybko minęła ta podróż, że – nim się obejrzeliśmy – byliśmy już we Wrocławiu. O dziwo – pociąg ciągle był w jednym kawałku.
Stanęliśmy zatem na płycie dworca, objuczeni, acz już zintegrowani. Konwent się już dawno rozpoczął, a my mieliśmy jeszcze długą drogę przed sobą – od śródmieścia, do Zamku, gdzie czekała na nas reszta redakcji Enklawy Magii.
A jak się tam dostaliśmy, oraz dlaczego Wrocław jest dziwnym miastem – to już w następnym odcinku.

Tymczasem czas jeszcze na drogę drugą, czyli teraźniejszość.

Udało mi się podpisać swoją pierwszą umowę literacką dotyczącą tomu ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, mającego ukazać się jesienią tego roku, nakładem wydawnictwa Radwan.
Okładkę antologii można zobaczyć w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki, gdzie zamieszona jest                zapowiedź-reklama tejże.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments