Tag: wakacje

Niedobre „Owoce wiosny”

Czyżby Stonawski milczał literacko, cały czas tylko gryzmoląc „Lecznicę”? A guzik! Stonawski ma dla Ciebie dzisiaj niespodziankę. Na „Niedobrych Literkach” ukazało się moje opowiadanie bizarro (lekkie bizarro) „Owoce wiosny” – w sam raz na słoneczne dni, kiedy człowiek myśli tylko, by siąść na trawie i zajadać się truskawkami ze śmietaną… pycha.

Tymczasem mogę zdradzić, że to nie koniec literackich atrakcji z mojej strony i w niedługim czasie powinienem ogłosić publikację jeszcze paru wakacyjnych tekstów.
Zapraszam serdecznie do konsumpcji „Owoców…” na Niedobrych Literkach   i – oczywiście – komentarzy, lajków i wszystkiego tego, czym możecie nagrodzić tekst. Jeśli, oczywiście, się Wam spodoba :)

Basi,
dziękując za iskrzenie w mózgu.

 —

Były wspaniałe. Podskakiwały w zabawnym tańcu, w rytm podmuchów wiatru, śmiejąc się przy tym radośnie. Wiek dojrzewania miały jeszcze przed sobą, ale już sprawiały, że czuł się dumny.

Stał na werandzie, oparty o drewniany słup podtrzymujący rozlatujący się daszek. Myśląc o tym, że tej wiosny wypadałoby go zreperować, jak zawsze przed pracą, ćmił fajkę. Coraz silniejszy wiatr porywał ze sobą kłęby aromatycznego dymu, unosząc je w stronę niedalekich zabudowań miasta. Niby nowe przepisy społeczności ogródków działkowych zabraniały palenia na ich terenie, ale miał to gdzieś. Nikt nie będzie mu mówił, co ma robić na własnym kawałku ziemi. Zresztą, nikt prawie już nie zaglądał do tego kąta. Wszystkie okoliczne działki zarosły krzakami.

Fajka dopaliła się, a on – starym zwyczajem – stuknął parę razy jej kominem o obcas buta i splunął na trawę. Poprawił krawat i przyjrzał się krytycznie małemu, ale wyraźnie rosnącemu brzuchowi pod koszulą. Z nim też trzeba będzie coś zrobić na wiosnę. Zdrowa dieta i ćwiczenia.

Spojrzał na zegarek. Było dziesięć po siódmej rano.

– No, muszę już iść do pracy! – zawołał. – Bawcie się dobrze i nie narozrabiajcie!

Skinęły mu grzecznie głowami i wróciły do zabawy.

Dobre dzieci. Nigdy go nie zawiodły. Był z nich dumny.

***

Tak słoneczny dzień mógł wydawać się miły tylko na terenach zielonych. W mieście przerodził się w koszmar. Wśród grubych, nagrzanych murów, natłoku gorących samochodów i prawie już płynnego asfaltu temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni. Piekło na ziemi. Nie pomogła klimatyzacja (prawdopodobnie się po prostu zepsuła), ani otwarte okna. Szybko poczuł, jak koszula przylepia mu się do pleców. Sytuacji nie polepszały też światła, co chwilę zatrzymując go na czerwonym.

Na szczęście miejsce, gdzie pracował, było niedaleko. Szary budynek szpitala opierał się o ścianę jednej z kamienic w śródmieściu. Z ulgą zaparkował i schował się w jego cieniu.

Z prawdziwą tęsknotą pomyślał o ulubionym w porze wiosennych upałów przysmaku; zimnych, pełnych ożywczego soku truskawkach. Tego mu było trzeba. Bez śmietany, oczywiście. Należy stosować się do diety.

– Adam! – zawołał na jego widok jeden z przechodzących korytarzem lekarzy. – Masz chwilkę? Zerknąłbyś na kartę mojej pacjentki. Potrzebuję konsultacji w sprawie…

Nowoprzybyły odgonił go gestem ręki.

– Później. Przyjdź do mnie za… – popatrzył na tarczę zegarka – cztery godziny. Spieszę się na zabieg, a już jestem spóźniony.

– W porządku. Kolejna do aborcji?

Adam skinął głową.

– Ofiara gwałtu. Powiedziała, że nie życzy sobie niczego, co należy do gwałciciela. Choć potem stwierdziła, że to wszystko jej ciało. I weź tu zrozum kobiety…

Drugi lekarz parsknął śmiechem i oddalił się, machając ręką na pożegnanie. Adam przyspieszył kroku.

Dalszy ciąg oczywiście na NIEDOBRYCH LITERKACH

Krakon się zbliża…!

Lato w pełni. Pisanie też. Nie spałem od… wielu godzin. Piszę. To okrutne, co człowiek potrafi robić ze swoim organizmem dla pasji.
Ale do rzeczy. Może najpierw notka zgodna z nazwą bloga?

Na głównej stronie Krakonu 2012 pojawił się news o nowych gościach. I już teraz mogę zacytować, co następuje:

Stonawski Michał – najmłodszy z naszych autorów i jednocześnie współorganizator Festiwalu Krakon, który w swoim dorobku ma publikacje w takich antologiach jak 31.10: Halloween po polsku, City 2, Horyzonty Wyobraźni 2010, czy O, choinka: Czyli jak przetrwać święta. Jest twórcą opowiadań: Wyrok, Zabawa, Lalka, Mężczyzna z teczką, Jego Wola, Magiczne Słówka, Nagroda, Najcenniejszy prezent, a także Epilog.

A jako, że organizuję w sobotę, 11 sierpnia blok horroru i sensacji, można spodziewać się z mojej strony takich gości jak:

(zaczynamy z grubej rury):

  • Ramsey Campbell
  • Dawid Kain
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Konrad Staszewski
  • Katarzyna Szewczyk
  • Jacek Skowroński
  • Robert Cichowlas
  • Krzysztof Dąbrowski
  • Michał Gacek
  • Krzysztof Maciejewski

A wieczorem, razem ze wszystkimi autorami Krakonu (podanymi zaraz pod wpisem… chyba wszystkimi? Nie, jeszcze nie :>) wielkie grillowanie. Piwo, piwo, piwo, może jakieś kiełbaski.
No, wakacje, po prostu :)
Ze swojej strony obiecuję naprawdę horrorowy dzień sobotni, kryminalny dzień sobotni i szaloną sobotnio-niedzielą zabawę.

A oto lista autorów już ujawnionych, którzy zjawią się na Krakonie:

Tomasz Bochiński, Paweł Ciećwierz, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr., Robert Cichowlas, Paweł Paliński, Ramsey Campbell, Michał Stonawski, Krzysztof Piskorski, Konrad Staszewski, Katarzyna Szewczyk, Robert Szmidt, Piotr Rogoża, Jarosław Urbaniuk, Marcin Zwierzchowski, Marcin Przybyłek, Krzysztof Dąbrowski, Dariusz Domagalski, Michał Gacek, Krzysztof Maciejewski, Jacek Skowroński, Sebastian Uznański.

Kłaniam się, piórkiem ziemię zamiatam i zapraszam serdecznie, groźnie i morderczo :>

Waka-waka – cyje!

Wybywam.
Od jutra (19.09.10) – na tydzień mnie nie ma. Poza wszelkim zasięgiem, poza czasem i przestrzenią, gdzieś w puszczach i borach – pod gwieździstym niebem, nad jeziorem, przy ognisku. Tam jest moje miejsce na ten tydzień.
Wakacje się kończą – więc kończę je spektakularnie i w najlepszy możliwy sposób – z przyjaciółmi. Nie wszystkimi, niestety… ale zawsze.
Czas goni jak szalony. Zbliża się jesień, studia i wielka zima (ponoć Golfstrom coś podupadł na zdrowiu… nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą), a po niej niekoniecznie ciepłe lato (znów nasz przyjaciel prąd) i może znów zima…? A może więcej? A może wcale nic? Przekonamy się. Ja tam się nie boję, przeżyliśmy (ludzie) epokę lodową u początków dziejów  – teraz powinno się udać też. Co najwyżej nas trochę przetrzebi… (jeśli coś się w istocie zbliża).
Póki co jednak – wakacje czas kończyć. I zacząć wyjazd. Tak więc – życzę Ci wszystkiego najlepszego i… do zobaczenia wkrótce (o ile mnie wilcy nie zjedzą, hehe)!

A jak przyjadę, to pewnie niektóre machiny ruszą z kopyta, więc będzie duuużo informacji :)
Stay tuned!

Na koniec – ciepłe rytmy:

EDIT:

Jestem z Wami jeszcze do piątku!
Niech żyją komplikacje… :>

Pedagogiczny Fajerwerk i cała reszta

Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.

Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.

Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.

Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.

Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:

Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła.  Temat pokrewny, ale jednak inny:

Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.


Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.


Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej  chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).

W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!

Wakacyjna gawęda: Meta, czyli start.

Byłem wczoraj na basenie. To odkryty zbiornik, zaraz koło ,,wielkiej wody” nieopodal góry Żar. Właściwie, to były to dwa baseny – jeden dla dzieci, drugi – większy – dla tych większych dzieci.
Późne popołudnie. Słonko przygrzewa, jak gdyby chciało przysmażyć  nas wszystkich na frytki, te zaś stoją sobie w barku, w którym wieczorem ma się odbyć koncert. Z barku śmierdzi. Ale to mi nie przeszkadza, bo basen jest zbyt daleko, by ludzie mogli zapach czuć, a w dodatku wieje lekki wietrzyk.
Siedząc na trawię i obserwując ludzi, pomyślałem sobie, że nie muszę już marzyć o innych planetach i cywilizacjach. Dlaczego? Oto, jaki obraz miałem przed oczami:
Basen. Wydrążona w ziemi dziura, zalana betonem, dostosowana do utrzymania wody i pełna tejże. W basenie, na płyciźnie (120cm) – ludzie. Głównie dzieci i opiekunowie. Troszkę dalej, za białym sznurkiem – też ludzie. Ta sama płycizna, która pogłębiać zaczyna się dopiero w połowie basenu, dochodząc do 17ocm głębokości.
I stoją sobie ci ludzie w wodzie. Patrzą się w dal i z poważnym wyrazem twarzy – podskakują na palcach. Kie diabeł? – myślę. Toć basen do pływania chyba… i faktycznie – parę osób zaczyna pływać. Łapka w górę, łapka w dół… powoli…
A ja patrzę na ten mały tłumek i pytam się – czy jest tam choć jedna osoba, która faktycznie umie pływać? A skoro nie – dlaczego? Czy tak bardzo zasiedzieliśmy się przed telewizorami, że kłopotem stało się parę razy rozprostować członki? Bez tego dostajemy tłumek hipopotamów pluskających się w wodzie, stojąc w miejscu. W tak wielkim basenie.
No i dobrze, niech będzie. Więcej miejsca dla mnie. Poszedłem na głębię.
Ale i tu nie mogłem popływać. Powód? Ludzie, a jakżeby inaczej. Jak to jest, że nikt z pływających nie patrzy się, gdzie pływa (jeśli już pływa)? Zamiast tego woli kontemplować swoje kąpielówki, pływając wzdłuż, nie w poprzek basenu, w dodatku środkiem. Efektem czego zmuszony jestem po każdych 20-tu metrach crawla zatrzymywać się i patrzeć, czy ktoś nie nadciąga kursem kolizyjnym. A i tak pod koniec, cudem udało mi się uniknąć zmiażdżenia, kiedy jakiś kretyn skakał na główkę… wprost na mnie.

Ale takie właśnie atrakcje przypomniały mi, że czas pogawędzić. I historię pociągnąć dalej.

Skończyliśmy na tym, jak cała nasza ekipa, czyli długowłosy Viear, czarny Ced, skórzany Alak, arafatkowy komandos Rafał, oraz towarzysząca nam wiedźma – Ruda, dotarliśmy, cali i zdrowi, na wrocławski peron.
Z początku, przystanęliśmy, zdezorientowani, lecz chwilę później ruszyliśmy przed siebie – w stronę podziemnego przejścia. Po paru minutach udało nam się wydostać na świeże powietrze (z czym słońce nie omieszkało nas przy tym oślepić na powitanie).
Z tłumaczeń Mroza, naszego admina nad adminy, wiedzieliśmy, że aby się dostać do Centrum Kultury Zamek w Leśnicy (to, z tego, co zrozumiałem – też Wrocław) musimy znaleźć tramwajowy przystanek. Ha, tylko gdzie?
Po mniej więcej dziesięciu minutach poszukiwań, zdecydowaliśmy się zadzwonić do szefa. Znaczy, Ruda zadzwoniła. Pokiwała głową, poprzewracała oczami, wstrząsnęła grzywą rudych włosów… i podreptaliśmy tam, gdzie nas rzeczony szef odsyłał.
Okazało się, że przystanek istotnie był, nawet niedaleko, tyle, że zupełnie z drugiej strony. Czekając na tramwaj, po raz pierwszy mieliśmy okazję przyjrzeć się miastu.
Powiadają, że Wrocław przypomina Kraków. I, faktycznie, tak jest. Niemal poczułem się jak w domu. Niemal. Bo Wrocław jest Krakowem sprzed jakiś dziesięciu, może czternastu lat. Podniszczony, pordzewiały, podziurawiony z chodnikami zrobionymi z  popękanych, wielkich płyt. Przynajmniej ta część, którą widziałem, tak wyglądała. A jednocześnie – ładny. Zdobione kamienice, normalni ludzie… tak, chyba faktycznie to mógłby być Kraków.
Tymczasem nadjechał tramwaj. Z niechęcią wtaszczyłem do rozpalonego wnętrza swój plecak, czując, że momentalnie zaczynam się smażyć. Ruszyliśmy.
Droga przez Wrocław była długa, nawet tramwajem. Mieliśmy do przejechania prawie wszystkie przystanki. A przy okazji, mogliśmy podziwiać piękną architekturę starego miasta.
Mniej więcej pięć, czy sześć przystanków przed Leśnicą, czekało mnie zaskoczenie. Otóż, w pewnym momencie Wrocław urywa się i… są już tylko pola. Tak nagle, w środku miasta. I tak, prawie do samej pętli.
Tymczasem, właśnie w okolicach tych łąk i pól, zadzwonił do mnie SJ. Wyglądało to mniej więcej tak:
– Gdzie wy, kurwa, jesteście? – przywitał się Jedi.
– W tramwaju – odparłem zgodnie z prawdą.
Odpowiedź SJ-a zagłuszyło jakieś pijackie wycie i śmiechy.
– … wa dokładnie?!
Wyjrzałem przez brudne szyby.
– Widzę jakiś zakład… – tu odczytałem trudną do zapamiętania nazwę.
– Aha. To niedaleko – stwierdził, po czym się rozłączył.
I faktycznie. Parę minut później byliśmy na miejscu. Ledwo wysiedliśmy z nagrzanego pieca, gdzieś z prawej strony gruchnęło nagle:
– SEX! MUZYKA!
– FAN-TA-STYKA! – odkrzyknęliśmy chórem.
Przy murku opierali się Inher, Mrozu i SJ, szczerząc się do nas na przywitanie. I my się wyszczerzyliśmy, na co SJ zaraz spoważniał i wstał, otrzepując spodnie.
– Gobliny z Krakowa przyjechały! Chodźcie za nami.

Zamek, w którym odbywały się Dni Fantastyki okazał się – tak, jak mówiono – naprawdę piękny. Z początku zgłosiliśmy się po akredytację. Szybko dostaliśmy do spragnionych raczek plik ulotek, smycz, kartę noclegową, identyfikator i jeszcze parę ulotek, po czym odwróciliśmy się do wyjścia. Tam musieliśmy jeszcze zaczekać, na Alaka, który jeszcze nie kupił biletu. Podczas, gdy SJ przebierał nogami w miejscu, my zajęliśmy się chłonięciem atmosfery konwentu. A było co chłonąć. Na lewo od drzwi – Vader z klocków lego, w niedalekiej odległości przechadza się szturmowiec imperialny (który raz pogroził mi bronią). Na prawdo – stoiska z grami i zabawkami dla najmłodszych. Skądś dobiega muzyka, skądinąd – śmiechy. W ogródkach piwnych pełno ludzi… słowem – dzieje się!
Tymczasem przybył Alak i trza było zbierać się do szkoły.
Poprowadzili nas, krętymi uliczkami, w stronę placówki,w której bracia i siostry fantaści rozkładali obozowiska, jak na drużyny awanturników przystało.
Szkoła, jak to szkoła, nie wyglądała zbyt okazale, ale nam jawiła się, w tym upalnym dniu, jak wybawienie. Choć okazała i tak była, w końcu zmieściło się tam prawie dwa tysiące osób! Szybko, w biegu pokazując strażnikom nasze karty noclegowe, dotarliśmy do ,,naszej” sali. Łatwo ją było poznać – na drzwiach przybita była kartka wieszcząca wszem i wobec, że tu zamieszkuje ekipa Enklawy Magii – znaczy, nie zbliżać się. Zły pies. Gryziemy. I tak dalej.
Po rozpakowaniu nie pozostawało już nic innego, jak położyć sie na chwilę i odsapnąć. Do czasu, aż ktoś, zaspanym głosem, nie zapyta:
– To jak, idziemy?
– Mhmmm… – odpowiedziała grupa zombiech.
Uliczka, uliczka, skrzyżowanie – jesteśmy znów. Zaczyna się konwent. Pierwsze swe kroki skierowaliśmy więc nie gdzie indziej, jak do ogródków piwnych. A tam, z kolejki uśmiechali się już do nas dwaj groźni panowie – Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas.
Uściskaliśmy sobie ręce i stanęliśmy wszyscy w kolejce po piwo.
Tak właśnie zaczął się konwent Dni Fantastyki 2010.

Tymczasem, co na konwencie się działo (a działo się, oj działoooo!), czemu piwo było z miękkiej rurki, oraz czym Ced się podniecił – to już w następnym wpisie spod znaku niepoprawnego gawędziarstwa.
Na dziś – tyle.

Wakacyjna gawęda: Dwie drogi.

Słońce przygrzewa, wielkie upały skończyły się, a woda cicho pluska w jeziorze. Myślę, że jest to odpowiedni moment, by podjąć wakacyjną gawędę. Zresztą, nie tylko… (stąd też tytuł) choć o tym później.

Z tego, co pamiętam, skończyłem w momencie,  kiedy czwórka fantastów (trzech gości w skórach i jeden komandos) usiadła na peronie, klnąc pod nosem i w myślach żegnając się z tortem powitalnym Dni Fantastyki 2010. Przez jakiś czas jeszcze analizowaliśmy wszystkie komunikaty poprzedzające przyjazd naszego pociągu. Nikt z nas nie słyszał, by go zapowiadano, choć każdy nasłuchiwał. Klnąc tym bardziej na polskie koleje, czekaliśmy na następny środek lokomocji, a imć Viear poszedł zapytać się szanownej pani w informacji, czy będziemy musieli kupować nowe bilety. Oczywiście, gdyby tak było, straż musiała by go wyrzucić siłą z dworca, bo V stanąłby przy kasie i dyskutowałby, żądając sprawiedliwości. Trzeba też wspomnieć, że nie byłby sam…
Tymczasem jednak, dzięki łaskawości PKP, mogliśmy jechać na tych samych biletach. Kiedy więc nasza ciuchcia doczłapała dysząc ciężko do peronu, odetchnęliśmy z ulgą i – gotowi na wszystko (w tym; bandę kiboli, nalot bombowy, pociski nuklearne i armagedon) – wsiedliśmy do metalowej dżdżownicy.
Trochę się bałem, że nie znajdziemy wolnego przedziału, jednak okazało się, że ten już na nas czeka. Mały, pachnący kotami, obity sklejką, ale (prawie) własny. Nie pozostało nam nic więcej, jak tylko załadować bagaże na odpowiednie miejsca (odprawiając nad nimi modły, by nam nie spadły na łby) i chwilę później ruszyliśmy.

Pierwsze szarpnięcie było jak start rakiety – wcisnęło mnie w fotel, potem musiałem się go mocno trzymać, by nie polecieć na siedzącego naprzeciwko Vieara (którego z kolei wparło w siedzenie), a potem coś trzasnęło, gwizdnęło, zatrzęsło pojazdem, rozległo się przeraźliwe skrzypienie nadwyrężonego, pordzewiałego metalu… i wreszcie pociąg ruszył. Wolno, ociężale, coraz szybciej, szybciej. Szybciej. Nie do wiary, ale po jakiś 100-200 metrach pędziliśmy już z przerażającą szybkością 20-stu kilometrów na godzinę! Wyraźnie widziałem usiłujące się z nami ścigać ślimaki. Przegrywały, psiekrwie.
Chwilę później słyszeliśmy już monotonne stukanie, tak dobrze znane śmiałkom podróżującym polskimi kolejami.

Mieliśmy w perspektywie wiele godzin spędzonych w jednej pozycji na czterech literach. Sięgnąłem po nieodłączną torbę, by wyjąć plan Dni Fantastyki. Przez następne czterdzieści, czy pięćdziesiąt minut zakreślaliśmy wszystkie interesujące nas prelekcje, z żalem patrząc na te, które – jak wiedzieliśmy – będziemy musieli opuścić z powodu spóźnienia.

Podróż nie dłużyła się specjalnie. Na przystanku w Katowicach dosiadła się do nas straszliwa Ruda Wiedźma, już od progu święcie przekonana, że my są diabły i szatany, czyhające tylko, by ją pogryźć. Jeden Diabeł, siedzący naprzeciwko mnie, wyglądał faktycznie na chętnego, ale – po moich zapewnieniach – że my są diaboły niegryzące Wiedźm – dał za wygraną, a (z pozoru nieśmiała) Ruda przysunęła się bliżej, zagajając coś nieśmiało.
Przyznam, że pierwsze minuty były ciężkie. Wiedźma wyglądała na lekko spłoszoną, my zaś nie mieliśmy za wiele tematów (przynajmniej z początku) do omawiania, a o duszach, czarach i urokach w biały dzień mówić jest nieelegancko.
Niedługo to trwało. Od słowa do słowa, uśmiechu, półżartu, żartu i dowcipu, do chichotu i śmiechu, dotarliśmy do porozumienia. Wkrótce Viear zajął się podziwianiem zakupionego przez Rudą czarnego bokkena, jako, ze poprzedniego, na skutek zbyt mocnej wymiany ciosów, Viearowi złamałem ja (zresztą sam chciał, nie trzeba było tak zaciekle atakować).
Alak wyciągnął ,,Politykę” i zniknął gdzieś w tym swoim dziwnym świecie, Komandos… coś tam myślał i uśmiechał się pod nosem, ja zaś, z braku pomysłu narysowałem Vieara, dodając mu habit i różaniec. Przyznam się (a Wiedźma potwierdziła to śmiechem), że rysunek mi wyszedł. V nie chciał docenić tej sztuki.
Następna praca, była zbiorowa. To znaczy, ja zacząłem, rysując mózg kobiety (to bardzo łatwe – bierzesz ołówek i robisz na kartce jak najwięcej gryzmołów w jednym miejscu), Franek pomógł mi, dorysowując do tego patrzałki.

Tak nam jakoś szybko minęła ta podróż, że – nim się obejrzeliśmy – byliśmy już we Wrocławiu. O dziwo – pociąg ciągle był w jednym kawałku.
Stanęliśmy zatem na płycie dworca, objuczeni, acz już zintegrowani. Konwent się już dawno rozpoczął, a my mieliśmy jeszcze długą drogę przed sobą – od śródmieścia, do Zamku, gdzie czekała na nas reszta redakcji Enklawy Magii.
A jak się tam dostaliśmy, oraz dlaczego Wrocław jest dziwnym miastem – to już w następnym odcinku.

Tymczasem czas jeszcze na drogę drugą, czyli teraźniejszość.

Udało mi się podpisać swoją pierwszą umowę literacką dotyczącą tomu ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, mającego ukazać się jesienią tego roku, nakładem wydawnictwa Radwan.
Okładkę antologii można zobaczyć w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki, gdzie zamieszona jest                zapowiedź-reklama tejże.

Wakacyjna gawęda: Na fantastyczny szlak!

Słońce świeci, z nieba leje się nieznośny żar i nawet tu, w górach, nie daje on wytchnienia. Dopiero w nocy, kiedy kula ognia chowa się za gdzieś za horyzontem, można odetchnąć. Ale i tak… jest ciepło. Ziemia paruje, nagrzany beton promieniuje, gwiazdy świecą. Nie ma co, czas na wakacyjne gawędy!

A zaczęło się to klasztorem. Do niego jeszcze wrócimy, w tej chwili jednak wracam myślami do innych dni, bliższych mojemu sercu.
Dni Fantastyki 2010. Ładna nazwa, ładne miejsce i czas. Wrocław, lato w pełni. I około dwa tysiące fantastów, nawiedzających zamek w Leśnicy. Jeśli – jak być powinno w każdym szanującym się zamku – były tu jakieś duchy, na wieść o zgrai wielbicieli książek, filmów i gier fantastycznych, oraz (w większości) mocniejszych brzmień , wyniosły się na urlop w trybie natychmiastowym. A dresy zostały. Dziwne… ale, ale, zacznijmy od początku.

Początek… cóż, jak chyba wszystkie zwykłe początki, zaczął się od pobudki. A potem standard – rozbiegane spojrzenie, nerwówka, przepakunek plecaka, mycie, wkurzanie na włosy, które nie chcą schnąć – bo długie. Szybki rzut oka za okno. Temperatura znośna (czyt. nie za ciepło). Dobrze.
Wychodząc z domu myślę już tylko o przyszłości.

Spotkaliśmy się z ekipą koło Galerii Krakowskiej. Byłem drugi, najwcześniej przybył Alak, któremu nie chciało się czekać na zewnątrz, więc wszedł do środka i gdyby patrzył przez szyby (czego nie robił) pewnie miałby ubaw, widząc, jak przez blisko pięć minut rozglądam się, czekając. Ubawu nie miał, za to – dzięki dobrodziejstwu komórek, w końcu się odnaleźliśmy.
Zaraz później na miejsce przytaszczył się Viear, obowiązkowo w skórzanej kurcie (więc było nas już trzech) i lekko niedogolony. Za nim, na długich nogach, kroczył długowłosy komandos w arafatce i stroju moro, z wielkim worem przerzuconym przez ramię. Raf, znaczy. Brat wspomnianego już czarnoskórego.
Jako, że do wyjazdu było jeszcze dużo czasu, zaczęliśmy debatować nad możliwością spożycia czegoś na kształt śniadania. Oczywiście, w McDonald’s. Oczywiście, nie było siły, byśmy z Viearem się nie poprztykali o to, gdzie znajduje się ta ambasada USA. Ja wskazywałem na dolny poziom, on gdzieś na prawo. Jak zwykle też, założyliśmy się o to i zostawiając tamtych dwóch na pastwę bagaży, rzuciliśmy się przed siebie, by udowodnić sobie nawzajem swoje racje. I – jak zwykle – obaj mieliśmy rację. McDonaldsy pyszniły się w obu wytypowanych miejscach. Do 100% chwały brakowało tylko powiewających amerykańskich flag.
Po – znów jak zwykle – chwili mierzenia się wzrokiem i prezentowania jak najbardziej kąśliwego uśmieszku, zdecydowaliśmy się na restaurację bliżej dworca, czyli tą wytypowaną przeze mnie. Kiedy wróciliśmy, do bagaży i reszty naszej małej, fantastycznej, rodzinki i obwieściliśmy im co i jak, z ust Alaka dosłyszeć można było tylko westchnienie ulgi.
W McDonalds przegryźliśmy szybko parę śniadaniowych bułek zawierających nie-mięso, ja przy okazji skorzystałem z Carrefura naprzeciw, kupując parę chińskich zupek. Wszak na konwencie czasem jednak trzeba coś zjeść. Potem kupiliśmy bilety i poczłapaliśmy na peron.
Czas do przyjazdu pociągu upłynął nam na czytaniu programu konwentu. W pewnej chwili podszedł też do nas jakiś człowiek, pytając, czy my aby nie zmierzamy na Dni Fantastyki. ,,To aż tak widać” – zdziwił się Viear. Głupie pytanie. Trzech metali plus komandos, stojący z plecakami i debatujący nad kartkami z wyrysowaną na nich jakąś tabelką, przy okazji głośno co jakiś czas wykrzykujący coś w stylu ,,Ćwiek! Trzeba zakreślić!” albo ,, A tu przerwa na piwo!” czy ,,Jak oni mogli nam dać te dwie prelekcje równocześnie?!”.  Zdziwiłbym się, gdyby ktoś z naszej dalszej lub bliższej ,,rodziny” nas nie rozpoznał. W tym przypadku był to kuzyn od strony brata matki, bo gość interesował się tylko bitewniakami… ale i tak było sympatycznie. A kiedy przyjechał pociąg, on wsiadł i okazało się, że to jednak jeszcze nie nasz (kto wymyślił te cholerne skróty na biletach?) znów zostaliśmy sami. I zaczęliśmy się niepokoić, bo nasza ,,dżdżownica” jeszcze nie nadjeżdżała, a czas był najwyższy.
W końcu pojawił się, ledwo słyszalny, komunikat, że pociąg stoi na peronie… innym. I się zaczęło. Szybkie wrzucanie na siebie plecaków, bieg po schodach, w dół, w górę, i jesteśmy. A pociągu niema. Odjechał.
Z szybkich wyliczeń wyszło, że biegliśmy może z 20-30 sekund.  Doliczyć czas na zakładanie plecaków – minęło może 45 do 60 sekund. W tym czasie pociąg zdążył już przyjechać i odjechać.  A my musieliśmy czekać na następny i pożegnać się z tortem rozpoczynającym oficjalnie Dni Fantastyki.
Ale o tym jak, kiedy i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, oraz to, co z tego wynikło –  w następnym odcinku wakacyjnej gawędy.

Prywatnie tak (3)

Przychodzi taki czas, że coś się musi skończyć, aby inne musiało się zacząć. Tak jest i teraz. Powiem Ci, że to jest bardzo niezwykłe uczucie, graniczące trochę z niepokojem i niedowierzaniem, dziwne, bo szalona radość, która miała się pojawić jakoś nie daje o sobie znać. A powód jego jest bardzo banalny (a przecież to banały są tak naprawdę najbardziej oddziałujące), bowiem po ponad piętnastu latach edukacji, prawie całym moim życiu, udało mi się wydostać spod ,,opiekuńczych” skrzydeł Ministerstwa Edukacji Narodowej, kończąc maturę i tym samym zaczynając 4-miesięczne wakacje.
Powiem Ci, że sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy nie. A może inaczej – wiedziałem, ale jakoś… nie mogłem. Spłynęło na mnie tylko rozluźnienie i błogość, jakie mogli odczuwać żołnierze po długiej i wycieńczającej bitwie.

Szkoła nauczyła mnie wielu rzeczy; panowania nad nerwami, patrzenia niebezpieczeństwu prosto w oczy, czy też pomysłowego radzenia sobie z problemami. Ale sza, bo stąd już blisko do stwierdzenia, że szkoła nauczyła mnie myśleć, co byłoby istnym zaprzeczeniem rzeczywistości.
Uczęszczając do szkoły nauczyłem się wiele o ludziach, o złych emocjach, o tym, że jeśli umiem liczyć, muszę liczyć tylko na siebie, czy też, że zawsze znajdą się osoby, które zrobią wszystko, by było ci jak najgorzej. I że często są nimi nauczyciele.
Było to dla mnie, jako przyszłego (mam nadzieję) studenta psychologii bardzo ciekawe doświadczenie – obserwowałem zachowania stadne w całej krasie, masową panikę, agresję, czy hipokryzję. Istny plac zabaw dla człowieka zainteresowaną psychiką ludzką!
Dzięki szkole też, poznałem prawdziwy gniew, zimną furię, bym powiedział i nauczyłem się ją kontrolować. To ciekawa rzecz – uśmiechać się, kiedy w środku aż cię rozsadza.
Chciałbym więc szkole teraz bardzo podziękować, za tak bogate doświadczenia, dzięki którym zrozumiałem parę rzeczy. To mi bardzo pomogło.
Myślę, że teraz warto zacząć się uczyć. Nadchodzą studia, tam już edukacji nie ma.
Szczęśliwy, macham MENowi na pożegnanie.

Wspominam dzisiejszy dzień, kiedy, siedząc w kuchni z Viearem i pijąc Earlgrey’a, rozluźniony i wygodnie oparty na krześle zrozumiałem, że w poniedziałek wcale nie muszę już iść do szkoły. Że matury też już pozostały za mną. To wielka ulga. Wiesz co, cholernie się cieszę. Czując w ustach przyjemne ciepło tego napoju bogów i żartując z przyjaciółmi wiem, że sobie na to zasłużyłem.

Ale odejdźmy już od tego. Chciałbym Cię poinformować o trzech rzeczach; jedną z nich jest to, że od 1-go wyjeżdżam i nie ma mnie na dwa tygodnie. Dosłownie – nie ma. Odcinam się od świata za klasztornymi murami, nawet komórkę będę miał włączoną może przez godzinę na trzy dni. A zaraz później (i to już druga sprawa), od 25-go czerwca we Wrocławiu organizowane są Dni Fantastyki. Serdecznie zapraszam. Będę tam ja, będzie pewnie cała (lub prawie cała) redakcja Enklawy Magii, będzie Viear, Alak, Kazek Kyrcz i Robert Cichowlas, a także Milena Wójtowicz, Jakub Ćwiek, i… i jeszcze wielu, wielu ciekawych, wartych poznania ludzi. I będzie się działo. Wystarczy wspomnieć o operze fantasy (dobrze czytasz), wyświetleniu ,,Head to love” – genialnego filmu na podstawie prozy Łukasza Śmigla i Kazka Kyrcza, że nie wspominając o licznych LARPach, grach RPG, konkursach, prelekcjach… naprawdę – polecam.


I następna sprawa; jutro (w niedzielę 30 maja), o godzinie 15 Joorg organizuje Broadcast z Morrowinda. Jako, że jestem wielkim fanem tejże gry, poprosił mnie o gościnę, tak więc nie tylko on będzie komentował to, co będzie widać na ekranie, ale także i ja. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie, nie jestem dobry w komentowaniu na żywo, ale mam już parę pomysłów…
Zapraszam i wstawiam link do zapowiedzi, którą udało się nam przygotować z Joorgiem w środę:

http://www.xfire.com/video/2c0109/

Wiesz, w czasie swojego życia poznałem różne osoby. Niektóre fajniejsze, inne mniej, niektóre dziwne, inne niepokojąco normalne, jeszcze inne – uzdolnione jak diabli.
Taką uzdolnioną osobą jest pewna moja przyjaciółka. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego, jak ona. Artystka.
Wyobraź sobie, że jesteś znudzony. Tak bardzo, że samo życie Ci obrzydło. Straszne, prawda?
A teraz pomyśl o osobie, która potrafi się nudzić twórczo. Niezwykłe. Zwłaszcza, jeśli robi to dla kogoś.

W sumie mogłem się pochwalić już dawno. Bo to jest tego warte. Mnie osobiście zapiera dech w piersiach. Wyobraź sobie, że właśnie ta moja przyjaciółka postanowiła, nudząc się, oprawić ,,Pętle” moje pierwsze, nadające się jako-tako do czytania, opowiadanie.
I wyszło z tego takie oto cudo (wszystko robione jest ręcznie):

Nie jest to może ,,poważna” publikacja, ale miło mieć coś takiego na półce, zwłaszcza, jeśli jest robione specjalnie dla ciebie. Niesamowite.

Cóż, i na koniec sprawa aktualizacji – na ostatnim spotkaniu autorskim Robert Cichowlas zwrócił mi uwagę, że ten ja  w zakładce ,,o mnie” na tym blogu to nie ja. A przynajmniej nie ja teraz. Też tak pomyślałem i, dzięki Viearowi i jego fachowemu, graficznemu oku, zaktualizowałem zdjęcie. Teraz ja jestem już mną.

I mi z tym dobrze, ot co.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén