Pojawiły się głosy wzywające mnie do napisania relacji z mojego pobytu na Falkonie. Cóż, może nie będzie to relacja pełną gębą, ale parę słów by się przydało, zwłaszcza, że dla mnie nie był to wcale taki zwyczajny konwent… ale zacznijmy od początku:
Wybraliśmy się stałą ekipą – Ja, Viear i Alak. Dołączył się też długowłosy zwierz zwany kudłatym… nie bez pokrycia w rzeczywistości. Kudłaty istotnie JEST kudłaty.
Wyruszyliśmy z Krakowa w jeszcze większym składzie. Na peronie dołączył się do nas wysoki człek z mieczem, zgadując bezbłędnie, że jedziemy na Falkon, bo, jak sam powiedział; ,,Gdzie może jechać czterech gości z z plecakami i karimatami, ubranych jakby szykowali się na smoka?”. Miał rację, więc jak w jednej z tych gier RPG przyłączyliśmy go do drużyny.

Samej jazdy nie będę opisywał. Bo cóż tu mówić? Słońce, ciepło, niewygodnie i co jakiś czas dziwne spojrzenia ludzi. No i miecz wystający z plecaka.
W samym Lublinie wysiedliśmy po ponad pięciu godzinach jazdy. Idąc po peronie minęliśmy Andrzeja Pilipiuka, który jechał tym samym pociągiem i przedarliśmy się przez tłum ludzi do nas podobnych – fantastów czyli. Przez chwilę nawet widziałem fioletową wróżkę…!
A potem zjawił się Piotrek. Dla przypomnienia – rednacz Qfanta (wtedy). Po przywitaniach ruszyliśmy przed siebie, ku centrum miasta. Pierwszym przystankiem miały być ,,Ulice miasta” – restauracja, gdzie miało się odbyć spotkanie organizacyjne QFANTa w sprawie Falkonu.

I tu przerwę relację. Na chwilkę. Przerwany wątek podejmie film nakręcony właśnie w ,,Ulicach”.

I tu znów wchodzę ja. Po spotkaniu, zaprawieni trunkami i nasyceni (pierogi ruskie po całym dniu jazdy – to jest coś!) udaliśmy się na konwent. Szybka akredytacja – i do Sleeproomu. Przy okazji spotkaliśmy jeszcze koleżanki i całą watahą ruszyliśmy na poszukiwania miejsc do spania. Niestety, musieliśmy się rozdzielić. Jedna cześć wylądowała w sali lekcyjnej, druga w gimnastycznej. I tak mieliśmy szczęście, bo osoby, które przyjechały później musiały rozkładać się na korytarzach.
No i co – rozpakowani? Plecaki zdjęte? No to wracamy na konwent! Podstawionym autobusem (naprawdę dobrym autobusem. Autokarem. Brawa dla Cytadeli Syriusza!) wyruszyliśmy na Wyspę.

I co mam pisać? Konwent. Prelekcje, spotkania, gry i zabawy. Aby to zrozumieć, trzeba samemu doświadczyć. Dość powiedzieć, że było warto. Teraz przejdę do soboty, kiedy działy się rzeczy, których pominąć nie można, a mianowicie – Gala Horyzontów Wyobraźni, a tym samym… mój debiut.
Tuż przed Galą:

Tak, wiem. Obiecałem zatańczyć krakowiaka. No, ale się nie udało. Za to, jak widzicie – doglądałem pilnie, by ta druga w historii Gala była możliwie jak najbardziej reprezentacyjna. A musiała być. Popatrzcie na te książki! Sam je w pudłach nosiłem i mogę powiedzieć tyle – zwariowaliśmy. Kompletnie nam odbiło. Tyle książek rozdawać…!
Barbarzyństwo. Laureaci w tym roku naprawdę mieli niezły połów. Zresztą, po co ja opowiadam? Jest przecież film.

No i tu pierwsza z rzeczy dotycząca bezpośrednio także i mnie, mianowicie ,,zmiana warty”.  Od Falkonu kwartalnik Qfant ma nowych naczelnych. Głównego – Piotrka i dwóch zastępców; Jarka i mnie. Na filmie także oficjalne nominowanie.

Perelekcji po zakończeniu Gali nie widziałem. Mam usprawiedliwienie. Widzicie, sprzedawałem książki, a dokładnie zbiorek Horyzontów. Razem z Marcinem dzielnie podpisywaliśmy każdy. Mam nadzieję, że kupujący wybaczą nam brak wprawy w dawaniu autografów. Osobiście robiłem to po raz pierwszy. Dziwne uczucie. I jeszcze dziwniejsze, jak się podpisuje A. Pilipiukowi. To już w ogóle można się poczuć jak we śnie…
Szybko się to jednak skończyło. Niestety, prelekcja nie doczekała się końca z uwagi dziewczynę, która miała atak padaczki. Na szczęście pomoc się szybko zjawiła, więc obyło się bez większej tragedii…

Wiele wrażeń, jak na jeden dzień, prawda? Debiut, autografy, wypadek, awans. Na coś takiego najlepszym lekarstwem jest tylko zimne piwo. Wszyscy znaliśmy ten fakt, więc – tradycyjnie – po Gali poszliśmy do pubu całą fantastyczną gromadką.
Choć i tu nie ominęło mnie podpisywanie egzemplarzy…

Krótko o niedzieli – nie ma tego wiele. Konkurs Qfantowy, w którym do wygrania były (znowu!) tabuny książek, niejednokrotnie z podpisami autorów, a później powrotny rajd przez Lublin i czekanie na pociąg. Z uwagi na to, ze od blisko doby (czyli od ostatniej wizycie w pubie) nie mieliśmy dosłownie ani grosza (wspaniałe uczucie!), coraz częściej nasze myśli schodziły na temat jedzenia (mniej wspaniałe uczucie). Mogę pokusić się o stwierdzenie, że gdyby pociąg nie przyjechał wcześniej, to życie peronowych gołębi byłoby poważnie zagrożone. Zresztą, one coś o tym wiedziały, obchodząc nas z daleka i nie odpowiadając na nasze ,,taś taś taś” lub ,,Kuci, kuci, kuci, gołąbku!”. Jednak mądre stworzenia.

A powrót? Głownie spanie w zatłoczonym do granic wytrzymałości przedziale. Nocą powitały nas światła Krakowa, domowe łóżka i… pełne lodówki.

Na sam koniec chciałbym zachęcić Was do zakupu tomiku. Oczywiście, będzie także dostępny w Empikach (z tego, co wiem) ale to jeszcze trochę potrwa. Tymczasem w promocyjnej cenie 20 egzemplarzy na aukcji.
Link w obrazku.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments