Tag: horyzonty wyobraźni

Bibliofil bez mapy – Wywiad

Jakoś tak się złożyło, że przeprowadzono ze mną wywiad. Monika Olasek męczyła się, dwoiła i troiła, by wyszło to w miarę dobrze – myślę, że się udało.
Więc jeśli ktoś jest zainteresowany tą rozmową, zapraszam :)

MO: Zostawmy podróże, przejdźmy do pisania. Debiutowałeś opowiadaniem Wyrok po zajęciu II miejsca w ogólnopolskim konkursie Horyzonty Wyobraźni w 2010 r. Czy Twoim zdaniem konkursy literackie pozwalają odkryć talenty, są przepustką do literackiej kariery?
Michał: Zależy jakie. Największe na to szanse mają takie, w których młodzi autorzy mają szansę zadebiutować. Ale tak naprawdę – na papierze, nie na portalu, czy forum. To daje takiego „literackiego kopa”, który sprawia, że zaraz po debiucie można publikować następne opowiadania. Poza tym każda publikacja jest dowodem na to, że nasza praca ma sens, że można gdzieś tym dojść. To daje nadzieję, a nadzieja to wielka siła. Jest wiele dróg do otwarcia literackiej kariery, dobre konkursy literackie są jedną z nich.
MO: W Twoim przypadku to pomogło?
Michał: Nawet nie wiesz, jak bardzo. Przed Horyzontami, moja samoocena w sensie pisarskim była niemal równa zeru. Pisałem, to prawda. Głównie dlatego, że było parę osób – w tym pisarzy – którym się to podobało. Dla mnie moje teksty były ciągle niedopracowane i niepoprawne. W czasie, kiedy brałem udział w HW nałożyły się dwie rzeczy – bardzo mocne wsparcie jednego z poznanych pisarzy, który po prostu powiedział „Michał, to jest dobre. Pisz, do jasnej…” i, rzecz jasna, zajęcie tego drugiego miejsca. To było coś, jeden z najlepszych dni w moim życiu. Kiedy wróciłem do Krakowa, w przeciągu bodajże miesiąca napisałem około dwudziestu opowiadań, z czego przynajmniej piętnaście nadawało się do wydania. Dalej mam bardzo krytyczny stosunek do tego, co napiszę, ale publikacje dały mi pewność, że potrafię. A to bardzo dużo.
MO: Rozumiem, że zamierzasz wykorzystywać stale ten rozpęd. Nadal piszesz w takim tempie czy nieco zwolniłeś?
Michał: Tempo nigdy nie jest stałe, w przeciwnym razie mogłaby pojawić sie rutyna. Zdarzają się też wzloty i upadki, blokady twórcze, albo też okresy wzmożonej aktywności.
Zaś rozpęd zależy w tej chwili już od innych sukcesów. Z pisaniem jest trochę jak z ogniskiem – trzeba ciągle je karmić, by płonęło.

Się nazbierało…

 

Istotnie. Przez sesję poprawkową, pisanie i inne ciekawe rzeczy, człowiek nie ma czasem czasu, by wszystko pozbierać do kupy. Dlatego dziś trochę informacji z frontu (choć to jeszcze nie wszystkie, ale będę dawkował). Jednocześnie niedługo ogłoszenie wyników konkursu. Wszystkich, którzy się zgłosili proszę o częste sprawdzanie bloga. Nie znacie dnia, ani godziny, jak to mówią.

 

Ale,ale, do rzeczy. Pojawił się nowy film zachęcający do udziału w Horyzontach Wyobraźni. Tym razem do kamery zgodzili się przemówić Kazimierz Kyrcz Jr. i Dawid Kain.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aNrK-A5RVIs&feature=player_embedded[/youtube]
Na portalu Qfant pojawiły się także dwie moje recenzje, urywki prezentuję tutaj:
Zapraszam.

 

Kraków nie jest zwyczajnym miastem. Potrafi przytłoczyć ciężarem setek lat historii. Popękany tynk kamienic, wykrzywione w grymasie gargulce, misternie rzeźbione poręcze i drewniane wykończenia. W starych kamienicach, w samym tętniącym głucho sercu miasta słychać jeszcze cichsze od szeptu odgłosy dawnych biesiad, odbijające się od grubych murów. Po pustych korytarzach krążą nieznające spokoju duchy przeszłości, skarżąc się na swój los. Czekają, aż usłyszy je odpowiednia osoba…

Kiedy dostałem do swoich rąk nową książkę Joanny D. Bujak „Spadek”, byłem sceptyczny, acz zaciekawiony. Autorka nie jest jeszcze zbyt znana w środowisku; debiutowała w 2009 roku dobrze przyjętą powieścią „Lista”. Dopiero dwa lata później ukazała się druga pozycja pani Bujak, wydana dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Istnieje dobrze znane porzekadło, by nie oceniać książki po okładce. Mimo to, muszę zacząć właśnie od niej. Rzadko dziś bowiem zdarza się, by ta zrobiona była tak subtelnie i klimatycznie, aczkolwiek nie narzucając się przy tym czytelnikowi. Przyznam się szczerze, że stanowiła nie dość, że miłą odmianę, to jeszcze delikatną, acz stanowczą zachętę do otworzenia liczącej ponad 450 stron książki, co też niezwłocznie uczyniłem.

Główna bohaterka powieści, młoda lekarka z Gdańska – Małgorzata, zwana przez przyjaciół Megi, dostaje w swoje ręce list z wiadomością o spadku po mało znanej sobie ciotce z Krakowa. Szybko okazuje się, że spadkiem tym jest kamienica położona w samym sercu miasta, niedaleko Rynku. Oczywiście, jest też haczyk – świeżo upieczonej właścicielce nie wolno sprzedać budynku ani wynająć górnych mieszkań. Nie potrzeba wiele czasu, by Małgorzata porzuciła swoich przyjaciół, bliski kontakt z rodziną i całe dotychczasowe życie w Gdańsku, by przenieść się do świeżo wyremontowanej – dzięki pieniądzom ze sprzedaży mieszkania – kamienicy. Jeszcze nie podejrzewa jednak, jak bardzo wpłynie to na dalsze jej życie.

PEŁNA RECENZJA

 

Każdy z nas żyje w przeświadczeniu, że świat, w którym przyszło nam egzystować, oparty jest na pewnych zasadach, których nie złamie żadna siła. Takie myślenie daje nam poczucie bezpieczeństwa, zdolność istnienia w dokładnie poznanym świecie bez tajemnic.
Jednak czasem może się okazać, że nic nie wygląda tak, jak powinno i dzieją się rzeczy, które – wedle zasad – dziać się nie powinny. Dzieje się to wtedy, kiedy przenikać się zaczynają dwa światy – prawdy i fikcji…

Kiedy w moje ręce wpadła nowa książka Marcina Wolskiego „Doktor Styks” wydana dzięki Zysk i S-ka Wydawnictwo, prawie natychmiast, nie dochodząc jeszcze do domu, otworzyłem ją, zagłębiając się w lekturę.
Często zdarza się, że przed przeczytaniem książki mam obawy, czy autor mnie nie zawiedzie. Zwłaszcza, jeśli tyczy się to autorów młodych stażem, a najbardziej – zachodnich. Marcin Wolski autorem młodym ani zagranicznym bynajmniej nie jest. Na swoim koncie ma ponad dwadzieścia powieści, dziesiątki opowiadań oraz wiele odznaczeń i wyróżnień, z których najważniejsze to trzykrotna nominacja do nagrody im. Janusza A. Zajdla, Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, czy Order Odrodzenia Polski. Moje obawy zniknęły więc bez śladu, zwłaszcza, że z utworami Wolskiego mam do czynienia prawie od kołyski. Pozostało tylko zaciekawienie. Niezwłocznie zabrałem się do lektury.

Nie mija wiele czasu, od kiedy Gwidon Michałowicz – młody twórca i radiowiec – dowiaduje się o samobójczej śmierci swojego mentora, a już zostaje poproszony o kontynuowanie jego dzieła: popularnego słuchowiska o komisarzu Radwanie. Szybko wprowadza się do opuszczonego mieszkania mistrza i zabiera do pracy, usiłując ze wspomnień radiowych aktorów zbudować nowe odcinki programu. Wtedy właśnie poznaje Agnieszkę, klucz do tajemnicy większej, niż niczym nieuzasadnione samobójstwo dawnego nauczyciela.

PEŁNA RECENZJA

(Książka już niedługo ukaże się w księgarniach)

 

A jeśli już przy Qfancie jesteśmy, chciałbym serdecznie zaprosić do przeglądnięcia jego wersji WWW, którą – razem z Jarkiem Makowieckim – otwieramy wstępniakiem.
Link w okładce.

 

***

 

Przy okazji chciałbym zaprosić Was do Krakowa, gdzie 22 września br. w klubie Imbir przy ulicy Św. Tomasza o godzinie 18:00 rozpocznie się Kulturkampf, część literacka pod tytułem GROZA W PROZIE, PROZA W GROZIE. Wystąpią m.in. Kazimierz Kyrcz Jr. , Dawid Kain, Łukasz Orbitowski i Krzysztof Dąbrowski.

 

***

Zapraszam także na Chrzanowskie Dni Fantastyki, gdzie razem z Frankiem Zglińskim poprowadzimy pogadankę o horrorze. A co dokładnie…?
A to:

– Czy rzeczywistość jest straszniejsza od horroru? 

Panel dyskusyjny z udziałem Dawida Kaina, Kazimierza Kyrcza  Jr, Łukasza Radeckiego i Jarosława Urbaniuka.
prowadzący:  Michał Stonawski i Franciszek Zgliński (Qfant)   

 

Przybywajcie!

***

Kończąc, chciałbym podzielić się nowiną. Dziś przekroczona została magiczna granica 30 tyś. wizyt na tym blogu. Dziękuję za odwiedziny, jednocześnie kłaniając się wszystkim aktywnym.
Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z funkcjonowania tego mojego zakątka i miło spędzacie tu czas.

 

Jacek Skowroński zaprasza na HW2011

 

Czas nie jest dla mnie łaskawy. Niestety, w ostatnich dniach nie mam go zbyt wiele, ale wpadłem na chwilę, by zaprezentować Wam fragment materiału dowodowego, jaki znalazł się w Warszawskiej prokuraturze… ekhm. To znaczy, film, który zrobił znany fanom kryminałów Jacek Skowroński.

No cóż. Ja tyle mam do powiedzenia. Jak mówiłem – czas nagli (a czemu? Dowiecie się już niebawem). Tymczasem, biorąc przykład z Rednacza, oddaję głos Jackowi:

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=f5h4m-B3Vc8&feature=player_embedded[/youtube]

 

***

Korzystając z chwili, zachęcam do przeczytania, skomentowania i ocenienia mojego konkursowego opowiadania, które ukazało się na forum NF. UWAGA SEX (+18) – tekst, zgodnie z wymogami konkursu, jest erotyczny. Trochę bardziej, niż mniej, rzekłbym. Fragment:

– Choć za mną, coś ci pokarzę – lekarz obrócił się i skierował do drzwi. Chcąc nie chcąc, mężczyzna podążył w ślad za nim.
            Przeszli przez jasno oświetlony korytarz, skręcili w jego prawą odnogę i weszli przez drzwi, które Paweł zapamiętał jako wejście do gabinetu doktora Czarnieckiego. Tu było mniej szpitalnie. Pokryta skórą kanapa, szklany stolik, naprzeciw drewniane krzesło. Pod ścianą biurko, nad nim okno za którym błyszczały gwiazdy. Chwilę później przesłoniła je jasna tarcza Ziemi.
            Czarniecki przechwycił jego spojrzenie.
            – Chcesz, bym zmienił na coś przyjemniejszego? Łąkę pełną kwiatów? Wodospad Niagara?
            – Nie, dziękuję. Lubię patrzeć na Ziemię. To mnie uspokaja.
 Tamten skinął głową.
            – Siadaj proszę – wskazał kanapę. – Herbaty?
 Paweł rozsiadł się na skrzypiącym meblu i zaprzeczył ruchem głowy.
            – Jeśli można, poprosiłbym szklankę wody.
 Doktor uniósł brwi w niemym zdumieniu, ale nie skomentował. Zabrzęczały szklanki.
            – Kiedy wracasz? – Zapytał jakby od niechcenia.
            – Na Ziemię? Kontrakt kończy mi się za trzy lata.
            – Zostawiłeś tam kogoś?
            – To znaczy?
            – Rodzinę. Kobietę.
 Pacjent wzruszył ramionami.
            – Rodzice umarli. Dziewczyna nie chciała zaczekać, wolała innego. Nie, nikogo nie zostawiłem. Czy to ma coś do rzeczy?
            Czarniecki podszedł do stolika i postawił przed nim szklankę wody. Sam usiadł naprzeciwko z filiżanką herbaty. Paweł rozpoznał charakterystyczny aromat Earl Greya. Lekarz upił łyk, patrząc w milczeniu na swojego pacjenta, którego cała sytuacja zaczynała już mocno denerwować. Widać doktor uwielbiał budować niepotrzebne napięcie.

Zapraszam TUTAJ

Start!

 

Miło mi powiadomić, że problemy z blogiem, które powodowały, iż nie moglem dodawać wpisów zostały rozwiązane. Przyczynił się do tego sam sprawca tychże – WordPress. Po prostu wydał kolejne uaktualnienie. Nieocenioną pomoc uzyskałem też od Fumiko i Anioua. Naprawdę – wielkie, wielkie dzięki. Wiszę Wam już chyba sto piw, poczynając od serwera, na którym jest ten blog, a na pomocy zielonemu w sprawach technicznych kończąc. Dzięki raz jeszcze! :)
Ok, przechodzimy do treści głównej.

 

 

Z przygodami, ale wystartowała trzecia już edycja konkursu literackiego Horyzonty Wyobraźni! Myślę, że wszystkich piszących powinno to zainteresować. Zanim jednak zaczniecie wysyłać swoje pracę chcę Was ostrzec. Dla tegorocznych wygranych istnieje groźba pogorszenia zdrowia, a mianowicie – mocnego nadwyrężenia kręgosłupa, spowodowanego dźwiganiem tych wszystkich nagród, które zostały przygotowane. Poczynając od repliki Colta ufundowanej przez Jacka Skowrońskiego, na piórze od naszego naczelnego kończąc. A pomiędzy pierwszym a ostatnim jest dosyć dużo nagród…
Mimo wszystko – zapraszam serdecznie do wysyłania opowiadań. Mało do stracenia – dużo do zyskania.

Skład tegorocznego Jury to:

  • Andrzej Pilipiuk
  • Jacek Skowroński
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Magdalena Zimniak
  • Piotr Dresler

 

 

A skoro już o konkursach rozmawiamy – pamiętacie ,,Wyrok”? Miło mi ogłosić, iż został nominowany, razem z wieloma innymi opowiadaniami, do tegorocznej nagrody Nautilus. Głosować można pod tym adresem. Jeśli ktoś jeszcze nie zaznajomił się z antologią ,,Horyzonty Wyobraźni 2010″ – zapraszam TUTAJ.

 


 

Na koniec coś dla lubiących czytać. Wrzuciłem jedno z moich opowiadań ,,Pięć Dusz” na forum Nowej Fantastyki. Nie jest to pisanina szczególnie rewolucyjna ani odkrywcza, ot – drobna wariacja na temat zmagań Szatan Vs. Człowiek pisana jako humoreska. Zapraszam serdecznie TUTAJ, a poniżej – fragment:

Wodne piekło skończyło się tak gwałtownie, jak się zaczęło. Mokry mężczyzna, stękając, podniósł się na klęczki i zwymiotował wodą. Krztusił się jeszcze, kiedy skórzane buty tamtego zastukały na asfalcie. Podniósł wzrok, napotykając rozbawione spojrzenie czarnych jak smoła oczu.
– Kim… – zaczął, lecz tamten podniósł rękę. Gardło mężczyzny zacisnęło się tak, że nie mógł wyksztusić ani słowa.
– Pozwolisz, że ja pierwszy się przedstawię – powiedział tamten. Z kieszeni swojego płaszcza wyjął srebrną papierośnicę, otworzył i podstawił krztuszącemu się człowiekowi. W środku znajdowały się długie, jasne papierosy o tak intensywnym zapachu, że aż zakręciło mu się w głowie.
– Zapalisz? – zapytał nieznajomy.
Mężczyzna pokręcił głową. Tamten tylko się uśmiechnął.
– Twoja strata – stwierdził i sięgnął po jednego papierosa. Z drugiej kieszeni wyjął długą, szklaną fifkę i wetknął do niej blanta. Włożył ją do ust. Końcówka papierosa zajarzyła się momentalnie sama. Starszy pan zaciągnął się dymem i spojrzał krytycznie na klęczącego u jego nóg mężczyznę.
– Podnieś się, człowieku…
Tamten poczuł, jak nogi same podnoszą go do pionu. Ze zbielałą twarzą popatrzył na nieznajomego, który ukłonił się dwornie.
– Szatan, Lucyfer, Antychryst, Książę ciemności, Mefistofeles, Urian, Czart, Belzebub, Boruta, Diabłem zwany, do usług – wyrecytował.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko szmer deszczu, teraz jakby odległy, cichnący, choć częstotliwość opadu nie zmniejszyła się ani trochę.
– Kiedy ktoś się przedstawia, należy odpłacić mu tym samym – zachęcił.
– Ja… – wydukał mężczyzna.
– O, to już dobry początek – uśmiechnął się Szatan. – Mów dalej.
– A… Artur.
Diabeł klasnął w ręce.
– Wspaniale! – krzyknął. – Istota ludzka mówi. Wielkie, oj wielkie dzieło, aż żal niszczyć…

Parę linków

Krótko, parę linków zaledwie. Powód dosyć prosty – mój laptop od dłuższego czasu jest w naprawie i niestety nie mam dostępu do internetu. A że czasem trzeba dać o sobie znać – to daję. Zwłaszcza, że jest parę rzeczy, które aż się wyrywają, by je ogłosić.

Po pierwsze, zapraszam serdecznie na podstronę „Teksty„. Poklikajcie okładki, za którąś z nich kryje się mała niespodzianka… taki, hm, tunel podprzestrzenny do… no, sami zobaczcie :)

Po drugie, na portalu QFANT ukazało się parę moich recenzji. Zapraszam (jak zwykle serdecznie) do ich przeczytania:

Pamiętam, że parę lat temu – stojąc nad brzegiem morza – zadałem sobie pewne pytanie; a gdybym mógł zmienić teraźniejszość? Gdybym potrafił, działając w przeszłości, pokierować historią tak, by potoczyła się po mojej myśli? Wielka władza – i jedno z niespełnionych marzeń ludzkich: umieć kształtować rzeczywistość wedle własnego upodobania. Pamiętam, jak się wtedy uśmiechałem, snując te marzenia w świetle zachodzącego słońca i czując na stopach chłodny dotyk fal. Tego samego wieczoru leżałem w łóżku, czytając „The Bestlarium” Marcina Wolskiego.

Moje nadmorskie rozmyślania były tylko marzeniami – nie miałem możliwości wejrzenia w czas. Ani po to, by kreować rzeczywistość, ani też choćby dla zaspokojenia ciekawości. Nie mogłem więc wiedzieć, że w niedalekiej przyszłości pojawi się książka, która także i o tym będzie traktowała. Los chciał, że napisał ją nie kto inny, jak właśnie Wolski.

Kiedy dowiedziałem się, że niedawno na rynku pojawiła się najnowsza powieść autora niezapomnianego „Laboratorium nr 8”, nie mogłem tego faktu zignorować. Zwłaszcza, że w pamięci wciąż tkwiło wspomnienie „Enklawy”, „Matriarchatu” czy też „Numeru”. Niedługo później trzymałem w rękach „Wilka w owczarni”.

Dalszy ciąg TUTAJ

W życiu każdego człowieka nadchodzi taki czas, kiedy styka się on z twardą rzeczywistością. Rodzą się wtedy pytania, na które trzeba sobie odpowiedzieć, by postawić następny krok na ścieżce życia. Jedno z nich brzmi: co bym zrobił, gdyby ktoś skrzywdził moich bliskich?

Takie pytanie zadawał sobie zapewne także Clinton Gerstaecker –  szeryf miasteczka Green Doll w Kentucky. Okoliczności sprawiły jednak, że musiał sobie na nie odpowiedzieć w bardzo krótkim terminie. Dokładnie tak krótkim, jak przejście kilku kroków – od drzwi do martwego ciała żony pod ścianą. „Twórczością Adama Zalewskiego zajmuję się już od paru lat. Dokładnie od 2008 roku, kiedy pisarz zadebiutował znakomicie przyjętą powieścią „Biała Wiedźma”. Potem przyszedł czas na jeszcze lepszego „Rowerzystę”, mroczny „Cień znad jeziora” oraz zbiór opowiadań„Sześć razy śmierć”.

O nowej powieści, „Grizzly” wiedziałem już od dawna. Zniecierpliwiony, wyczekiwałem momentu, kiedy wreszcie będzie mi dane ją przeczytać. Ponieważ dobrze znałem wszystkie wcześniejsze pozycje insygnowane nazwiskiem „Zalewski„ byłem niemal pewien, że dostanę do ręki kawał dobrej, męskiej literatury. Kryła się w tym wszystkim jednak pewna groźba, której byłem całkowicie świadom: jako wytrawny bibliofil wiem, że zdarza się, iż po kilku pierwszych książkach następuje spadek formy pisarza. Czy taki proces miał miejsce i tutaj?
Niecierpliwie, acz z pewną dozą ostrożności otworzyłem książkę.

Dalszy ciąg TUTAJ

Samoloty zawsze wzbudzały emocje. Od czasu, kiedy bracia Wright przeprowadzili pierwszą udaną próbę, do dziś ludzie reagują na nie w różny sposób. Od skrajnego lęku, poprzez neutralność pomieszaną z zaciekawieniem, aż do fascynacji. Jedno jest pewne – mało jest ludzi, którzy potrafią przejść obok jakiegoś „metalowego ptaka” z całkowitym zobojętnieniem.

Samolotami zainteresowali się też twórcy. Filmy, słuchowiska radiowe i literatura chętnie korzystają z możliwości opisania niesamowitych historii dziejących się na pokładach lub w otoczeniu samolotów. Przyszedł czas, kiedy tym tematem zainteresowali się także twórcy grozy.

Parę lat temu miałem zaszczyt czytać opowiadanie „Langoilery” Stephena Kinga. Pamiętam, że zastanawiałem się, czy będę mógł kiedyś przeczytać więcej podobnych opowieści. Nie mogłem przypuszczać, że w niedalekiej przyszłości takim oczekiwaniom wyjdzie naprzeciw polski duet grozy.

Dalszy ciąg TUTAJ

A teraz najważniejsze:

Chciałbym Was serdecznie zaprosić na konwent fantastyczny Grojkon, który odbywać się będzie w dniach 11-13 marca br.
Będę tam i ja, w formie prowadzącego dwa panele. Wszystko w programie, lub na stronie Qfantu

HW 2009 – Pierwsze recenzje

Dziś krótko, bo i czasu mało.
Pojawiły się już pierwsze dwie recenzje zbiorku ,,Horyzonty Wyobraźni” z edycji 2009, strasznie mi się miło zrobiło czytając w jednej z nich nadzieję, ze kiedyś HW dorównają ,,Spotkaniom w przestworzach”. Oczywiście, to niemożliwe, ale sama nadzieja… ach.
No i oczywiście cały, długaśny, akapit poświęcony mojemu opowiadaniu. Serce mi o mało nie eksplodowało!

Dosyć ględzenia, czas na fakty:

Klik 1 Klik 2

Zapraszam do lektury.

Był sobie konwent, czyli o Falkonie słów parę

Pojawiły się głosy wzywające mnie do napisania relacji z mojego pobytu na Falkonie. Cóż, może nie będzie to relacja pełną gębą, ale parę słów by się przydało, zwłaszcza, że dla mnie nie był to wcale taki zwyczajny konwent… ale zacznijmy od początku:
Wybraliśmy się stałą ekipą – Ja, Viear i Alak. Dołączył się też długowłosy zwierz zwany kudłatym… nie bez pokrycia w rzeczywistości. Kudłaty istotnie JEST kudłaty.
Wyruszyliśmy z Krakowa w jeszcze większym składzie. Na peronie dołączył się do nas wysoki człek z mieczem, zgadując bezbłędnie, że jedziemy na Falkon, bo, jak sam powiedział; ,,Gdzie może jechać czterech gości z z plecakami i karimatami, ubranych jakby szykowali się na smoka?”. Miał rację, więc jak w jednej z tych gier RPG przyłączyliśmy go do drużyny.

Samej jazdy nie będę opisywał. Bo cóż tu mówić? Słońce, ciepło, niewygodnie i co jakiś czas dziwne spojrzenia ludzi. No i miecz wystający z plecaka.
W samym Lublinie wysiedliśmy po ponad pięciu godzinach jazdy. Idąc po peronie minęliśmy Andrzeja Pilipiuka, który jechał tym samym pociągiem i przedarliśmy się przez tłum ludzi do nas podobnych – fantastów czyli. Przez chwilę nawet widziałem fioletową wróżkę…!
A potem zjawił się Piotrek. Dla przypomnienia – rednacz Qfanta (wtedy). Po przywitaniach ruszyliśmy przed siebie, ku centrum miasta. Pierwszym przystankiem miały być ,,Ulice miasta” – restauracja, gdzie miało się odbyć spotkanie organizacyjne QFANTa w sprawie Falkonu.

I tu przerwę relację. Na chwilkę. Przerwany wątek podejmie film nakręcony właśnie w ,,Ulicach”.

I tu znów wchodzę ja. Po spotkaniu, zaprawieni trunkami i nasyceni (pierogi ruskie po całym dniu jazdy – to jest coś!) udaliśmy się na konwent. Szybka akredytacja – i do Sleeproomu. Przy okazji spotkaliśmy jeszcze koleżanki i całą watahą ruszyliśmy na poszukiwania miejsc do spania. Niestety, musieliśmy się rozdzielić. Jedna cześć wylądowała w sali lekcyjnej, druga w gimnastycznej. I tak mieliśmy szczęście, bo osoby, które przyjechały później musiały rozkładać się na korytarzach.
No i co – rozpakowani? Plecaki zdjęte? No to wracamy na konwent! Podstawionym autobusem (naprawdę dobrym autobusem. Autokarem. Brawa dla Cytadeli Syriusza!) wyruszyliśmy na Wyspę.

I co mam pisać? Konwent. Prelekcje, spotkania, gry i zabawy. Aby to zrozumieć, trzeba samemu doświadczyć. Dość powiedzieć, że było warto. Teraz przejdę do soboty, kiedy działy się rzeczy, których pominąć nie można, a mianowicie – Gala Horyzontów Wyobraźni, a tym samym… mój debiut.
Tuż przed Galą:

Tak, wiem. Obiecałem zatańczyć krakowiaka. No, ale się nie udało. Za to, jak widzicie – doglądałem pilnie, by ta druga w historii Gala była możliwie jak najbardziej reprezentacyjna. A musiała być. Popatrzcie na te książki! Sam je w pudłach nosiłem i mogę powiedzieć tyle – zwariowaliśmy. Kompletnie nam odbiło. Tyle książek rozdawać…!
Barbarzyństwo. Laureaci w tym roku naprawdę mieli niezły połów. Zresztą, po co ja opowiadam? Jest przecież film.

No i tu pierwsza z rzeczy dotycząca bezpośrednio także i mnie, mianowicie ,,zmiana warty”.  Od Falkonu kwartalnik Qfant ma nowych naczelnych. Głównego – Piotrka i dwóch zastępców; Jarka i mnie. Na filmie także oficjalne nominowanie.

Perelekcji po zakończeniu Gali nie widziałem. Mam usprawiedliwienie. Widzicie, sprzedawałem książki, a dokładnie zbiorek Horyzontów. Razem z Marcinem dzielnie podpisywaliśmy każdy. Mam nadzieję, że kupujący wybaczą nam brak wprawy w dawaniu autografów. Osobiście robiłem to po raz pierwszy. Dziwne uczucie. I jeszcze dziwniejsze, jak się podpisuje A. Pilipiukowi. To już w ogóle można się poczuć jak we śnie…
Szybko się to jednak skończyło. Niestety, prelekcja nie doczekała się końca z uwagi dziewczynę, która miała atak padaczki. Na szczęście pomoc się szybko zjawiła, więc obyło się bez większej tragedii…

Wiele wrażeń, jak na jeden dzień, prawda? Debiut, autografy, wypadek, awans. Na coś takiego najlepszym lekarstwem jest tylko zimne piwo. Wszyscy znaliśmy ten fakt, więc – tradycyjnie – po Gali poszliśmy do pubu całą fantastyczną gromadką.
Choć i tu nie ominęło mnie podpisywanie egzemplarzy…

Krótko o niedzieli – nie ma tego wiele. Konkurs Qfantowy, w którym do wygrania były (znowu!) tabuny książek, niejednokrotnie z podpisami autorów, a później powrotny rajd przez Lublin i czekanie na pociąg. Z uwagi na to, ze od blisko doby (czyli od ostatniej wizycie w pubie) nie mieliśmy dosłownie ani grosza (wspaniałe uczucie!), coraz częściej nasze myśli schodziły na temat jedzenia (mniej wspaniałe uczucie). Mogę pokusić się o stwierdzenie, że gdyby pociąg nie przyjechał wcześniej, to życie peronowych gołębi byłoby poważnie zagrożone. Zresztą, one coś o tym wiedziały, obchodząc nas z daleka i nie odpowiadając na nasze ,,taś taś taś” lub ,,Kuci, kuci, kuci, gołąbku!”. Jednak mądre stworzenia.

A powrót? Głownie spanie w zatłoczonym do granic wytrzymałości przedziale. Nocą powitały nas światła Krakowa, domowe łóżka i… pełne lodówki.

Na sam koniec chciałbym zachęcić Was do zakupu tomiku. Oczywiście, będzie także dostępny w Empikach (z tego, co wiem) ale to jeszcze trochę potrwa. Tymczasem w promocyjnej cenie 20 egzemplarzy na aukcji.
Link w obrazku.

Po trochu

Ach, straszne jest życie studenta!
Naprawdę. Nie dość, że głodno, to jeszcze pieniądze tak jakoś szybko znikają z kieszeni, a ponarzekać nie można, bo nie dość, że kierunek fajny i ludzie świetni, to jeszcze znikanie pieniędzy to tylko i wyłącznie twoja wina… co za świat.
Ale, ale. Ja przecież nie o tym miałem. Czas by jaki felietonik skrobnąć, hm? Mam wielką MASĘ tematów. I nie dość czasu. A jak mam czas, to pracuję. A jak nie pracuję, to czytam. A jak nie czytam, to śpię. A jak nie robię żadnej z powyższych rzeczy, to piszę. I gdzie tu czas na większe wpisy?
Ale dobrze, postaram się wkrótce coś tu popisać tematycznie. Roznosi mnie.

Tymczasem pojawiło się parę nowych rzeczy do umówienia, które – taką mam nadzieję – Cię trochę zainteresują. Przynajmniej niektóre.

Na początek sprawa najważniejsza – chciałbym Cię serdecznie zaprosić na tegoroczny Falkon, który odbywać się będzie od 11 do 14 Listopada w Lublinie. Powód? 13 Listopada. Premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znalazło się moje opowiadanie. Sam zbiorek będzie pewnie można kupić w całym kraju, ale… cóż, premiera to premiera, prawda?
Będę tam obecny, prawdopodobnie będą też podpisy, jakieś niby-przemówienia… wiecie, jak to jest. Wino, kobiety i śpiew.
A prócz tego, standardowo – prelekcje, LARPy i inne. Oraz Gala tegorocznych ,,Horyzontów”, to na niej będzie premiera. Kto może, niech przybywa – będę zaszczycony.

A oto i zapowiedź, z serwisu fantasybook:

Oddajemy do rąk czytelników antologię fantastyczno-kryminalną, na którą złożyły się opowiadania laureatów ogólnopolskiego konkursu literackiego „Horyzonty Wyobraźni 2009” oraz najlepsze teksty opublikowane na łamach periodyku Qfant w roku 2009.
Niniejszy tom rozpoczyna cykl „Horyzonty Wyobraźni”, będący spełnieniem obietnicy złożonej przy powoływaniu do życia kwartalnika Qfant. Przyrzekliśmy wspierać twórców literatury, ułatwiać drogę do pierwszego papierowego debiutu, a tych, którzy pierwsze sukcesy mają już za sobą, dopingować i pomagać im w kontynuacji wędrówki po literackich ścieżkach. Oczywiście, wspierając twórców pamiętamy, że najważniejszy w tym wszystkim jest czytelnik, a konkretnie to, by otrzymał smakowitą literaturę, przykuwającą uwagę i pozwalającą oderwać się od codzienności.
Zapraszamy na czternaście wędrówek po krainie imaginacji. Część z nich wiedzie przez świat zbrodniczych występków, inne – w otoczeniu fantastycznych, lecz niekoniecznie przyjaznych wytworów wyobraźni ich autorów – przeniosą Was daleko poza horyzonty wyobraźni…

Redakcja kwartalnika Qfant

Primus inter pares. Świat leży u moich stóp, czekając, bym go złupił, zwyobracał, „łydupcył”, podporządkował. Wygrana w konkursie to skok w górę: od zera do bohatera. A potem? Drugie opowiadanie, piąte, osiemnaste. Pierwsza książka, jedenasta, dwudziesta ósma…

Ze wstępu Andrzeja Pilipiuka

Pierwsza edycja konkursu „Horyzonty Wyobraźni” pozwala z optymizmem spojrzeć na przyszłość polskiej literatury fantastycznej i kryminalnej. Wiele walczących o laur pierwszeństwa opowiadań zostało napisanych wprawnie, niesztampowo, efektownie i z wyraźnie dostrzegalną pomiędzy wersami pasją. Jurorzy mieli twardy orzech do zgryzienia, lecz w końcu, spośród ponad pięciuset prac, udało się wyłonić sześć najlepszych, opublikowanych w zbiorze, który trzymacie w rękach.
Rusnak, Stonawski, Musialik, Maksymow i Mikołajczyk ruszają właśnie na podbój literackiego świata. Przyjrzyjcie się bliżej ich pierwszym krokom, a od razu będzie jasne, że nie jest to nieporadne drobienie żółtodziobów. To śmiały, miarowy marsz, o którym z pewnością jeszcze wielokrotnie usłyszymy.

Stefan Darda, pisarz
nominowany w 2009 roku do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A.Zajdla

A teraz parę recenzji:

Nie próżnuję. Piszę, pracuję, studiuję i uczęszczam na studia (tak, to są dwie różne rzeczy). Skutkiem mojej nie-próżności są trzy recenzje opublikowane na portalu QFANT.PL .
Zapraszam:

Są takie historie, które na długo zapadają w pamięć.

W trakcie poznawania wnikają coraz głębiej w umysł, aż w końcu nie można już o nich zapomnieć,po czy jak innych, odłożyć na półkę. Stają się częścią życia. Cytaty wchodzą do języka, bohaterowie przeistaczają się w idoli, a poszczególne sceny stają się tematem do ciągłego omawiania w grupie znajomych.

Kiedy będąc jeszcze w gimnazjum, sięgałem po pierwszy tom ,,Mrocznej Wieży” Stephena Kinga, nie spodziewałem się, że ten siedmiotomowy cykl stanie się dla mnie czymś więcej, niż tylko dobrą lekturą. Szybko się przekonałem, że autor wiedział, co mówi, kiedy nazwał siedmioksiąg swoim magnum opus.

,,Mroczna Wieża” oczarowała mnie i zniewoliła do tego stopnia, że wkrótce nie mogłem myśleć o niczym innym, jak tylko o następnej stronie. Prawdopodobnie, gdyby cykl był większy, skończyłbym na kozetce u jakiegoś psychiatry. Oczywiście z książką w ręce.

Podobnych do mnie musiało być więcej, bo w 2007 roku twórcy ze stajni Marvela wydali w Ameryce pierwszy zeszyt legendy o rewolwerowcu, nawiązujący do czwartego tomu cyklu „Czarnoksiężnik i kryształ”, będącego (prawie w całości) retrospekcją młodzieńczych czasów głównego bohatera powieści – Rolanda.

Było tylko kwestią czasu, że komiks zostanie wydany także i w Polsce. Zaistniał tylko jeden kłopot – komiksy nie mają dużego powodzenia na rodzimym rynku. Dlatego też pytanie nie brzmiało ,,Kiedy?”, ale ,,Kto?”.

Wyzwanie podjęło wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz. I w końcu, po wielu latach oczekiwań, polscy fani ,,Mrocznej Wieży” mogą nacieszyć oczy komiksem.
Dalszy ciąg T U T A J

„Myślicie, że czytanie książek Stephena Kinga może budzić lęk? Spróbujcie je pisać” – tak swój list do fanów zaczyna Peter David, scenarzysta komiksów z serii „Mroczna Wieża” Ma rację. Lub też inaczej – nie zapomniał oblicza swojego ojca.

Po tragicznej śmierci największej miłości Rolanda, Susan Delgado, główny bohater historii jest zrozpaczony. Niosąc ciało ukochanej, Rewolwerowiec z wolna przestaje przypominać siebie; stąpa po ziemi sztywno, a w jego oczach nie ma życia. Zupełnie, jakby zamienił się w nakręcaną kukłę. Jedyny przejaw emocji następuje, gdy strzela w Grejpfrut Merlina – tajemniczą kulę, która swą mocą udaremniła misję Ka-tet. Na swoje nieszczęście, Roland nigdy nie chybia, także tym razem. Z worka, w którym trzej przyjaciele nieśli dziwny przedmiot, wyskakuje wielka gałka oczna, która przysysa się do czoła strzelca, a gdy pozostałym dwóm członkom zespołu udaje się ją oderwać, powrotem zamienia się w magiczną kulę. Tymczasem Roland staje się tym, na co wyglądał chwilę wcześniej – lalką bez życia…

Minął niemal miesiąc od premiery pierwszego tomu komiksu z serii ,,Mroczna Wieża” wydanego przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, noszącego tytuł ,,Narodziny rewolwerowca”, a na półki księgarń wchodzi właśnie drugi – „Narodziny rewolwerowca”.
Kiedy dostałem komiks do rąk byłem lekko podenerwowany. Trudno uwierzyć, ale powodem mojego zaniepokojenia był bardzo dobrze wydany zeszyt pierwszy; często się bowiem zdarza, że po spektakularnym początku następuje kryzys.

Sądząc po okładce, nic na to nie wskazywało, co jeszcze bardziej wyczuliło moje zmysły. Z pewną dozą ostrożności otworzyłem więc okładkę i pogrążyłem w lekturze.
Specjaliści z Marvella stanęli przed trudnym zadaniem; w pierwszym tomie właściwie tylko ilustrowali treść książki. Tutaj zaś musieli wykazać się kreatywnością, by pokazać część historii, która w literackim oryginale ujęta nie została. Świetnie zdawał sobie z tego sprawę Peter David, pisząc: „ Jadę teraz na rowerze Mrocznej Wieży bez pomocniczego trzeciego i czwartego koła. To odwaga granicząca z zuchwalstwem”. Czy twórca scenariusza i jego koledzy z zespołu podołali zadaniu?

Dalszy ciąg T U T A J

Czego boimy się najbardziej? Czy ciemności, głębokiej jak bezdenna studnia, zdającej się dusić każdego, kto stanie jej na drodze? Czy pająków, machającymi pokrytymi włoskami, lepkimi odnóżami? A może… innych ludzi?

Co by było, gdyby pewnego dnia zadzwonił telefon, a po podniesieniu słuchawki usłyszelibyśmy krzyk najbliższej nam osoby, urwany nagle jak gdyby był tylko złym snem? Czy nie ogarnąłby nas… najczarniejszy strach?
Harlan Coben jest na rynku literatury kryminalnej autorem dosyć znanym. Jego powieści wielokrotnie lądowały na listach światowych bestsellerów, a niewątpliwy talent został uhonorowany przyznaniem mu, jako jedynemu współczesnemu autorowi, trzech najbardziej prestiżowych nagród w dziedzinie literatury kryminalnej – Shamus Award, Anthony Award i najważniejszą – Edgar Poe Award.

Nie jest więc wielkim zaskoczeniem że, kiedy dostałem w swoje ręce „Najczarniejszy strach”, wydaną w 2007 roku przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz powieść z cyklu opowiadającym o Myronie Bolitarze, nie mogłem opanować ciekawości. Jednak coś powstrzymywało mnie przed natychmiastowym otwarciem książki. Była to obawa, że mogę się zawieść, że moje oczekiwania okażą się zbyt duże, a sama książka – jak to się często zdarza – przereklamowana. Zabrałem się więc do czytania ostrożnie, jak gdybym przechadzał się niepewną ścieżką po bagnach.

Myron Bolitar jest agentem sportowym pracującym w agencji RepSport MB. Myliłby się jednak ten, kto wziąłby go za przeciętnego amerykańskiego pracownika, wracającego po pracy do domu, jedzącego obiad i zasiadającego przed telewizorem, by pooglądać Jerry’ego Springera. Myron jest inny – ma skłonność do przyciągania kłopotów i nie dałby sobie rady, gdyby nie świetna kondycja wypracowana poprzez trening koszykówki, oraz nieprzeciętna inteligencja połączona z doświadczeniem w rozwiązywaniu zagadek. Jednak, jako że w kosmosie musi panować równowaga, im większe kłopoty, tym bardziej zapalczywy jest Myron.

Dalszy ciąg T U T A J

Tak na zakończenie, wątek humorystyczny; niedawno mieliśmy Halloween. Razem z grupą przyjaciół straszyliśmy przez pół nocy na krakowskim rynku (trzeba uważnie śledzić Facebook i YouTube). A ponieważ wielu z Was jeszcze się nie bało… to teraz nadszedł czas. Postraszę z przyjemnością:

Bu!

I tym mrocznym akcentem kończymy na dziś.

Garść informacji

Kiedy wczoraj pisałem tekst na bloga, nie przypuszczałem, że tak szybko będę musiał robić to znów. Świat się jednak kręci i czas płynie, a okoliczności – zmieniają. W związku z czym, dziś krótko, ale na pewno ciekawie:

1. Na stronie kwartalnika QFANT pojawiła się zapowiedź siódmego numeru pisma, w którym to ma zaszczyt się znaleźć moje opowiadanie o tajemniczo brzmiącym tytule ,,Zabawa”, oto i ona:

Słówko „zabawa” kojarzy mi się z hulankami, napojami dla dorosłych i… pięknymi kobietami rzecz jasna (najlepsze dobrze zostawić na koniec). Zainteresował mnie fakt, że mające owy tytuł ostatnie z opowiadań Q7 jest gatunkowo… horrorem. Cóż za zabawy przygotował dla nas Michał Stonawski? Zapraszam do przeczytania fragmentu „Zabawy”:

Zosia spojrzała mu prosto w oczy. Małą rączką pogładziła po policzku.
– Nie musisz – powiedziała. Jej twarz była pusta, pozbawiona jakichkolwiek emocji. Mówiła zimnym, beznamiętnym głosem. – To mój przyjaciel – wskazała ręką na Maćka. – Mama mówi, że wymyślony – rączka przeniosła się na jego głowę. Pogłaskała go po włosach. – Muszę już iść. – Odwróciła się i podeszła do brata. Razem wyszli z pokoju. Trzasnęły drzwi.

Jego trzynastoletni syn siedział przy biurku pochylony nad zeszytem. Z głośników na półce wrzeszczał jakiś raper, klnąc co drugie słowo. Maciek potrząsał do taktu głową, prawie waląc nią w blat.
– Maciek, wychodzimy!
Nawet się nie odwrócił. Dalej kiwał głową. Marek podszedł do niego z tyłu i położył mu rękę na ramieniu. Młody odwrócił się zaskoczony. W uszach miał słuchawki. Wyjął jedną.
– Cześć, tato. […]
[…]

Wszystkie uśmiechy zgasły w jednym momencie. A potem dzieci zniknęły i w pustej klasie została sama Zosia, patrząca się na nią z twarzą bez wyrazu.
– Jest pani moją ulubioną nauczycielką – powiedziała beznamiętnym tonem.
Starsza kobieta patrzyła na nią bezrozumnie. Była jak sparaliżowana.
Zosia wykrzywiła twarz w beznamiętnym uśmiechu.
A potem znikąd nadciągnęła ciemność i stara kobieta przestała istnieć.
[…]

Marek wziął do ręki plastikowy klocek i obrócił go parę razy bezmyślnie w palcach.
– Kochanie, a gdzie jest Maciek? – zapytał.
– Kto? – zapytała, nie odrywając się od zabawy.
Przełknął ślinę. Coraz mniej mu się to podobało.
– Maciek, Zosiu. Twój rodzony brat.
– Tatusiu, ale ja nie mam brata. – Dalej przekładała klocki, z jednej kupki na drugą. Nie patrzyła się na niego.
[…]

Więcej już wkrótce…

LINK do zapowiedzi.

Mam nadzieję, że dacie się wciągnąć i zabawicie nieźle, czytając to, co udało mi się bazgrnąć. I nie tylko tutaj, bo od tego czasu będę Was straszył na wszelkie możliwe sposoby, w różnych miejscach…

2.  Na pocieszenie, postaram się Was także i trochę rozśmieszyć, a może nawet zaintrygować?  To już pewne – premiera antologii ,,Horyzonty Wyobraźni” – edycja 2009 odbędzie się 13 listopada AD 2010, a w niej – miedzy innymi – moje opowiadanie ,,Wyrok”, humoreska Sf z lekką nutą absurdu.
Mam nadzieję, że się spodoba, mimo, że ma już swoje..hm, miesiące.

3. I znów QFANT! Tak na zakończenie, zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, w którym do zdobycia jest pięć zestawów drugiego tomu komiksów o rewolwerowcu Rolandzie, bohatera Mrocznej Wieży autorstwa S. Kinga.

Oto i LINK

4. A guzik. Jeszcze nie kończymy. Pomęczę Was troszkę. Muzycznie – Radio internetowe ,,Bez kitu”. Niedługo być może usłyszycie o nim trochę więcej, a teraz – polecam. Dla wszystkich, którzy mają dość chłamu pompowanego przez standardowe radia. Link w obrazku.

I teraz to już naprawdę koniec.
Ładną dziś mamy pogodę, prawda? :)

Pedagogiczny Fajerwerk i cała reszta

Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.

Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.

Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.

Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.

Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:

Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła.  Temat pokrewny, ale jednak inny:

Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.


Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.


Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej  chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).

W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!

Pióro z nowym tuszem.

Wakacje powoli się rozkręcają. Wróciłem z klasztoru Benedyktynów (relacja już niedługo!), jutro w moim domu organizowany będzie ,,Cedricon” (nieoficjalny konwencik grozy, dla przyjaciół), a już w piątek zaczynają się Dni Fantastyki… nie wspominając o rychłych wynikach maturalnych i rekrutacji na studia.
Może to więc nie wyglądać na ,,powolne” rozkręcanie, lecz – w głębi duszy – mam nadzieję, że jest. Że prawdziwy zawrót głowy dopiero mnie czeka. I być może to jest właśnie prawdą…?

Niedawno dowiedziałem się, że organizatorom ,,Horyzontów wyobraźni”, ogólnopolskiego konkursu literackiego, udało się załatwić sprawę z antologią konkursową. Skutkiem tego jest już pewne, że moje opowiadanie ,,Wyrok” ukaże się w druku gdzieś w okolicach jesieni, a co za tym idzie, pojawię się na papierze w całej (tak mi się wydaje) Polsce. Oczywiście, antologie będzie można kupić także przez Internet.
Nie muszę chyba mówić, że się cholernie cieszę? W końcu to mój papierowy debiut. A znaki na niebie i Ziemi mówią jasno, że czas niespodzianek jeszcze się nie skończył…! Co mam na myśli? Będę informował na bieżąco.

Antologia wyjdzie nakładem wydawnictwa Radwan, które zasłynęło z wydawania znanego i lubianego, a takze mile wspominanego przez fandom czasopisma literackiego ,,Fenix”.

… aż chce się pisać!

A, przy okazji. Od jakiegoś czasu kibicuję prężnie rozwijającemu się zespołowi muzycznemu ,,Identity” . Chłopaki mają i pasję i talent, to widać po tym jak śpiewają. Zachęcam do zaglądnięcia na ich stronę i przesłuchania paru kawałków (najbardziej spodobał mi się ,,Nobody”). Warto.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén