Tag: internet

Za co umieracie?

topkamajdan
Tam powiewają flagi i zgasili światło. Brakło prądu? Nie, to blokada Kijowa. Nikt nie wejdzie, nikt nie wyjdzie. Majdan płonie. Właśnie zginęły kolejne dwie osoby – to już 22, po obu stronach. Giną protestujący, giną policjanci, którzy nie chcą bić, ale biją. Niedaleko, bo za zachodnią granicą – Polska. Jak zwykle, podzielona na tych, którzy kibicują i tych drugich, zadających bardzo trzeźwe pytanie – po co Wam Unia? Przecież tu jest źle. 

Wybór, przed którym staje Ukraina jest już całkowicie jasny – albo Rosja, albo Unia. Nie ma trzeciej drogi, teraz już nawet ucieczki nie ma. Majdan…? Majdan to jedno z wielu miejsc, niemniej symbol. Jeśli on się załamie, to wszystko się załamie. Ale buntownicy stoją twardo. Kiedy Berkut strzela, oni rzucają kamienie i koktajle Mołotowa. Kiedy Berkut przypuszcza szturm, oni go odbierają, kiedy Berkut wysyła wóz piechoty, nie dojeżdża nawet do protestujących – staje w ogniu.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=wm1NkqSPsvM[/youtube]

Taka zajadła walka wprawia niektórych w zdziwienie. Zrezygnowany Polak puka się w czoło i pyta – po co oni tak walczą? Przecież z Rosją będzie im lepiej, niż z nami, z Unią, bo już nie z Polską. Putin sprawi, że będzie żyło się lepiej.

Zrezygnowany Polak ma rację.

Czarnowidzenie

Jeśli demonstranci wygrają, przyjdzie taki dzień, że powiedzą – to był błąd. Będą o tym mówić głośno w telewizji, na blogach, na fejsie. Okaże się, że Ukraina nie ma pieniędzy, a rządzące partie rozrywają jej truchło jak hieny walczące o padlinę. Ukraina, tak dumna w czasie protestów, teraz zbombardowana tolerancją, rozmiękczona przepisami i pozbawiona duszy i tożsamości – już nie kraj, ale euroregion. A obok będzie silna Rosja, z rurociągami, z wielką flotą i wpływami. Zrezygnowany Ukrainiec usiądzie wtedy, westchnie, spakuje się i pojedzie na emigracje gdzieś, gdzie będzie mógł jakoś żyć. Wcześniej jeszcze napisze na Facebooku, że pieprzyć to wszystko.

z15484960AA

Majdan 2014

Więc po co i na co walczy i ginie Ukrainiec? Zanim do tego dojdziemy, może parę słów o tym, jak wygląda dziś Majdan. Sława Ukrainie – tak się witają protestujący. Obok strażaka siedzi pisarz, profesor i robotnik. Wszyscy krzyczą równo – Sława Ukrainie! Majdan płonie, ludzie z pierwszych szeregów nazywani są „górnikami” – to dlatego, że są czarni od dymu. Pewnie umrą szybciej, bo dym jest toksyczny. Kto może stoi na warcie, pozostali albo śpią, albo śpiewają hymn, lub Metalicę, albo oglądają Simpsonów i filmy motywujące i patriotyczne, puszczają je też Berkutowi, ale funkcjonariusze w tym czasie mają prikaz, by oglądać serial rosyjski. Obok w knajpach ludzie piją kawę i cykają zdjęcia – turyści. Czasami widać przechadzające się obok rannych pluszowe maskotki.

(…) Obok inny świat. W kawiarni ludzie piją gorącą czekoladę i herbatę. Na rogu kilka osób robi zdjęcia. Fotografują ślad po ostrej amunicji i wszystko, co pozwoli im opublikować na Facebooku dowody, że byli w środku rewolucji. Co krok, ktoś, kto nie wygląda na rebelianta je roznoszony przez wolontariuszy barszcz ukraiński, kanapki ze smalcem. „Turyści” rozglądają się jakby uczestniczyli w wycieczce po skansenie.

Na terenie całego Majdanu stoją stragany, na których można kupić ukraińskie flagi, proporce. Pewnego razu zaczepiają mnie gigantyczne, pluszowe maskotki. Proponują, że mogę zrobić sobie z nimi zdjęcie – jeśli zapłacę. Jedna z nich to znana z „Epoki Lodowcowej” wiewiórka. Jej związek z rewolucją i Ukrainą jest niejasny.

WIĘCEJ: http://wyborcza.pl/1,75477,15485066,Prawnik__pisarz__bezrobotny___siedzialam_z_nimi_na.html#ixzz2tj5r2WBB

Tak wygląda Majdan, kiedy jest spokojnie. Kiedy leje się krew, zostają już tylko protestujący, berkut i media, w bezpiecznej odległości. Czasem ludzie są po prostu zestrzeliwani, jak TUTAJKrajobraz po bitwie wygląda w większości tak samo, zmienia się tylko liczba rannych i zabitych – nie maleje.
(Jeśli chcesz to zobaczyć – proszę bardzo – ostrzegam jednak, że nie jest to widok dla nieletnich… albo tym bardziej – jest).

Śmierć na marne? 

Oceniając sytuację z zewnątrz, można oczywiście stwierdzić, że Ukraina znalazła się między młotem a kowadłem. Do niedawna sam skwitowałbym sytuację, że być może i protestujący walczą i (może) wygrają ku własnej zgubie, ale przynajmniej będą mogli o tym mówić, narzekać. Pisać. Będą mogli wyjechać, pieprzyć wszystko i wszystkich. Będą mieli na tyle wolności, by być zrezygnowani i z kwaśną miną powiedzieć – to był błąd. I nie dostaną później smsa, iż zostali zarejestrowani, jako uczestnik zamieszek. Mało prawdopodobne też, by ich ktoś za własne zdanie wywiózł do lasu i zabił. A przynajmniej nie za często. Walczą więc o wolność, albo chociaż – jej namiastkę.

Myślę jednak, że gdyby zapytać Ukraińca, czemu postanowił postawić swoje życie, nie mówiłby tymi słowami. Nie zastanawiałby się, czy to dobrze, czy źle, że walczy, ani jakie to będzie miało wieloletnie konsekwencje, ani tym bardziej nie wykłócałby się na Facebooku w komentarzach, wyzywając od lewaków, prawicowców i oszołomów.

Próbuję sobie wyobrazić Ukraińca. Myślę, że powiedziałby, że po prostu coś w nich wszystkich pękło, że nie potrafili dłużej siedzieć w domach bezczynnie, ani wcześniej, ani teraz, kiedy giną ludzie. Że walczy, bo on nie jest zrezygnowany, że walczy, bo ma nadzieję, że będzie lepiej. I po prostu nie może, nie umie i nie chce zmieniać swojego kraju wkładając głos do puszki, bo to i tak nic nie zmieni – koryto i świnie zawsze pozostaną. On, Ukrainiec, wyszedł na ulicę i zapewne zginie. Nie wie, czy będzie lepiej z Unią. Ma nadzieję, że po prostu będzie.

I najważniejsze – wie, że gdyby został w domu i zrezygnowany wykłócał się z drugim Ukraińcem w internecie, to nic by się nie zmieniło.

Tylko nie mogą odpuścić. Więc umierają.

Dla szansy i wmawiając sobie, że będzie lepiej.

z15485112AA

 

Wolność bez kabla – Mobilny Router

Przechwytywanie

 WP-R 1800 BLUE – Test urządzenia

Wifi Partner jest małym sklepem internetowym, sprzedającym mobilne routery – małe urządzenia pozwalające uwolnić się od dominacji kabli i pracować zdalnie z każdego praktycznie miejsca w kraju i na świecie, czy to za pośrednictwem lokalnych sieci, czy dzięki zupełnie darmowemu internetowi AERO2. Dodatkowo, może posłużyć jako bank energii (ciekawe rozwiązanie w podróży) i bezprzewodowo wysłać pliki z pendrive’a naszym znajomym. Tak przynajmniej chwali się firma – a ja to sprawdzę. 

Zwykle nie robię testów gadżetów elektronicznych, kiedy jednak zostałem o to poproszony – nie mogłem się oprzeć, zwłaszcza, że takie urządzenie bardzo pomogłoby mi w pracy, a poza tym – kto by nie chciał mieć dobrego połączenia z internetem w podróży? Ja chciałem, a właśnie miałem wyjechać na wakacje na dalekie, Mazurskie rubieże naszego kraju.

1. Sklep, cena i dostawa

Zacznę niestandardowo, bo zamiast przejść do samego urządzenia, opiszę, jak w ogóle do mnie dotarło, co przecież też jest ważne w kontekście obsługi klienta. Jak mawiają – od pierwszego wrażenia zależy wszystko.

222
Na stronie internetowej WifiPartner.pl   można znaleźć szczegółowy opis funkcjonalności mobilnych routerów (Baza wiedzy), a także zapewnienia dożywotniej pomocy technicznej dzięki e-poczcie i 30 dni pomocy telefonicznej. Kiedy już zdecydujemy się zakupić nasz model (po dosyć zaskakująco niskich cenach, jeśli chodzi o tego typu gadżety – prezentowany przeze mnie model kosztuje mniej, niż 100zł), możemy wybrać standardowe dostarczenie przez kuriera, albo usługę paczkomatów – ja wybrałem to drugie, głównie dzięki zapewnieniom sprzedawcy, iż taka opcja jest wygodniejsza. I rzeczywiście – paczka czekała na mnie już następnego dnia w paczkomacie niedaleko mojego domu. Zero kolejek, zero pań z okienka – wystarczy wstukać kod podany w wiadomości sms lub e-mail (lub tu i tu), a chwilę później otwiera się klapka, a my bierzemy swoją paczkę. Magia.

2. Pierwsze wrażenie, czyli Plug and Play!

WP-R 1800 BLUE kształtem przypomina trochę powiększony odtwarzacz Mp3 starej daty, ale spokojnie mieści się w dłoni. Ciężar? Nawet nie czuć, jedyne 60g, bez problemu zmieści się w każdej kieszeni, plecaku i torbie.

Opływowy, przyjemny dla oka, nawet po zainstalowaniu modemu – bo takowy trzeba posiadać, jeśli chce się używać routera. Nie ma się jednak czego obawiać, sklep oferuje sprzedaż takowych – tanich modemów, świetnie pasujących do naszego modemu. Potem wystarczy tylko aktywować modem (zabawa z wkładaniem karty SIM dla nikogo nie jest chyba trudna) i włożyć go w slot USB – i gotowe. Sławetne Plug and Play załatwia sprawę – modem miga przyjaźnie niebieską diodą i nim miną trzy sekundy, mamy już dostęp do internetu.

Obsługa naszego cudeńka też nie jest szczególnie skomplikowana – po prawej stronie znajdziemy włącznik i przycisk testu baterii, która wedle producenta spokojnie starczy na 4h łącznego czasu działania – zaś w praktyce spokojnie, bez podłączenia do prądu wyciąga nawet 5h. Dalej jest mała kropka resetu, dziurki na ewentualną smycz (już po lewej stronie routera) i slot mini usb, do ładowania baterii. Na tyle znajdziemy standardowe wejście dla kabla sieciowego – czyżby dało się także wykorzystać router mobilny jako domowy? Ależ oczywiście. Plug and play, my friend.

3. Internet

I wreszcie dochodzimy do najważniejszego – miałem okazję testować Mobilny Router w domu, w podróży i wreszcie w dziurze komunikacyjnej, jaką są Mazury… i znowu w podróży.

Co mogę powiedzieć – to, czy będziemy mieli dostęp do sieci, zależy od… dostępu do sieci. Jako, że internet mobilny to domena telefonii komórkowych, nie należy oczekiwać, że sieć będzie zawsze i wszędzie – jeśli jesteśmy w dziurze, to w tej dziurze będziemy i choć połączenie z routerem będzie nienaganne, to sieć może odmówić posłuszeństwa. Jak to z siecią bywa.

2013-08-14 04.21.07

Jaką zatem przewagę ma tutaj mobilny router? Raz, że jeśli sieć jest, może jej używać do 20-stu użytkowników. I tu się na razie zatrzymam, bo – owszem – urządzenie ma takie oprogramowanie, jednak używanie go w więcej, niż 2-3 osoby mija się z celem, jeśli nie jest podpięty do mocnej, kablowej sieci. Internet mobilny zwyczajnie nie ma takiej przepustowości – i już przy trzech osobach potrafi się niemiłosiernie wlec, aż przypominają się czasy modemów telefonicznych. No, chyba, że jesteśmy w centrum miasta, gdzie zasięg jest doskonały. Tu może być całkiem znośnie. Jednak trzeba przyznać, że mieć mobilny router wifi partner to jak być o krok do przodu, w stosunku do innych – oto bowiem, jeśli jesteśmy w komunikacyjnej dziurze, nic nie przeszkodzi nam ustawić router w miejscu, gdzie jest dostęp do sieci… i w ten sposób przesłać ją sobie niemal pod sam nos, korzystając z jej dobrodziejstw choćby w kuchni mazurskiego domku, kiedy sam router stoi sobie przy oknie na piętrze. Nie było sieci – sieć jest. Bierzcie z tego wszyscy, alleluja.

Taka sama zasada jest też w przypadku podróży – tam, gdzie będziemy mieć dostęp do sieci możemy się nią cieszyć i obdarowywać innych (w zależności od jej „mocy”). A że sieć jest dostępna w zasadzie wszędzie – możemy się ją cieszyć w większości czasu. A w razie czego – schwytać na to mobilne lasso, które oferuje nam Wifi Partner ze swoimi routerami.

4. Bank energii

Jednym z ciekawszych udogodnień, jakie oferują nam mobilne routery WifiPartner jest możliwość ładowania swojego sprzętu mobilnego – obojętnie, czy jest to komórka, tablet, odtwarzacz mp4, czy… czy cokolwiek innego. Szczególnie może to być pomocne w przypadku ciągle nowocześniejszych komórek z wciąż mocno kulejącą technologią baterii (albo też wstrzymywaną przez lobby), które potrafią zużyć energię w jeden dzień. Tu z pomocą przychodzi Wifi Partner. 

Bank energii to jedna z tych rzeczy, która różni dane modele routerów – jedne mogą się szczycić potężnymi akumulatorami (dużo energii!), drugie… trochę mniejszymi. WP-R 1800 BLUE nie ma największego akumulatora, jednak bez problemu naładował całą baterię mojej komórki i większość żarłocznej baterii Creative ZEN MX. Innymi słowy – brawa.

A jak? Plug and play, oczywiście.

5. Streaming danych

A to już tylko taki bonusik – Mobilny router pozwala przesłać dane bez użycia internetu – w danym pomieszczeniu/ach, danej liczbie osób. Potrzebne? Myślę o wykładach, o biurze i dokumentach wewnętrznych, o plikach domowych i tylko domowych.

Tutaj mogę powiedzieć jedno – działa. Bo i co można powiedzieć więcej…?

6.Podsumowanie

Mobilny Rouer Wifi Partner WP-R 1800 BLUE sprawdza się tam, gdzie ma za zadanie się sprawdzić – w domu, w podróży, na wyjeździe. Dostarcza internet tam, gdzie chcesz i pomaga w pracy. To przydatny gadżet warty nawet więcej, niż jest wyceniony.

Chyba najlepiej całość podsumować może to, że nie oddałem mojego egzemplarza po testach. Kupiłem go. 

Specyfikacja modelu WP-R 1800 BLUE: 

Wymiary: 95x35x17mm
Waga: 60g
Bateria: 18000mAh, czas pracy 4-5h, czuwania – 10-11h 
plug and play 

Pogadanka naukowa #2 – W sieci nienawiści

Do napisania tego felietonu pchnął mnie wpis na Gramsajcie theZoSo,oraz, pośrednio komentarz MartivaRa pod nim.
theZoSo skupia się na zjawisku trollingu i hejtu, podając przykłady i pisząc o nienawiści… a kończąc takim oto stwierdzeniem:

Warto więc pamiętać, że internet to… internet [o rly?]. Nie traktujmy wszystkiego tak dosłownie. Każdy ma swoje zdanie i dopóki przedstawia je po ludzku i nie miesza z błotem czyichś opinii, to warto z takim kimś podyskutować. Jeżeli jest inaczej, to lepiej nie tykać gówna, bo diamentu z tego się nie zrobi, a co najwyżej samemu się upieprzy.  

Ma oczywiście wiele racji, by nie robić z Internetu nie wiadomo jakiej rzeczy. Niemniej, chciałbym się od tego pierwszego, początkowego zdania odbić, by skupić się na pytaniu zasadniczym – czym tak naprawdę jest sieć?Myślę, iż dopiero kiedy uda nam się odpowiedzieć na nie, będziemy mogli w większym stopniu pojąć zjawisko hejtu i trollingu.

#1

Zacznijmy od postawienia tezy – mianowicie Internet nie jest wcale siecią łączy, kabli, serwerów i komputerów. Nie jest też oprogramowaniem i setkami miliardów linijek kodu. To jest jego budulec i opis jego funkcjonowania. Innymi słowy – ciało i procesy życiowe. Nikt jednak nie powie, że człowiek to tylko torba skóry, kości i krwi ułożonych tak, że razem współgrają. Abstrahując od plątającej mi się tu pod nogami religii, człowiek ma w sobie coś więcej – nazwaliśmy to duszą, nazwaliśmy świadomością… ale jest.

Właśnie powiedziałem, że Internet jest: Żywy i w dodatku świadomy. Oszalałem?
Ani trochę.

Patrząc na życie, można dojść do wniosku, że nie umiemy go zdefiniować. Żywy może być kwiatek, kot, który właśnie śpi na mojej szafie, a nawet bakteria… i we wszystkich tych organizmach występują procesy życiowe takie jak pobieranie pokarmu, wydalanie, rozmnażanie, wzrost… tak się ma sprawa także w przypadku małych miasteczek, wielkich miast, czy nawet… wszechświata. Organizmy są różne, lecz wszystkie prezentują w pewnym sensie najbardziej powszechną rzecz we wszechświecie – życie.

Wracając do Internetu. Także pobiera pokarm, którego potrzebuje jego ciało. Także wzrasta i w tym sensie także się rozmnaża jego, cóż, cyfrowy odpowiednik Lewiatana.

Ale co stanowi jego świadomość?

Odpowiedź jest prosta – MY.
Internet nie jest samoświadomy. Nie jest istotą obdarzoną rozumem, nie „myśli” jako on sam, nie jest budzącą się z nicości egzystencją. W pewnym sensie Internet jest tak samo nowym bytem, jak i nową formą nas samych.

To – być może pierwsze – stadium świadomości zbiorowej. Chaotyczna egzystencja składająca się z milionów pojedynczych, samoświadomych komórek – nas samych. Doskonały, superinteligentny chaos obejmujący obszar naszej planety i trochę poza nią, wysyłający echa płaczu noworodka głęboko w zimną przestrzeń kosmosu.

Innymi słowy – odrębny świat w świecie (realnym), rządzący się zupełnie innymi (mimo podobieństw) prawami. Zakotwiczony w tym świecie zewnętrznym za pomocą siebie samego – czyli nas. Internet to my i byliśmy nim od kiedy tylko nasz gatunek pojawił się na planecie Ziemi. Pozostało nam tylko zbudować mu ciało i wlać w nie te setki tysięcy świadomości  jak w jakimś wyolbrzymieniu wizji Frankensteina i jego potwora.

#2

Mając już utworzony obraz Internetu w swej istocie, możemy podjąć się próby odpowiedzenia sobie na problem zjawiska „Hejtu” – czyli nienawiści. Osoby, które postrzegają Hejt jako zjawisko stricte Internetowe są w błędzie. Owszem, hejt występuje w Internecie, ale problem jest nasz, realny – w pojmowaniu „realu” jako świata realnego.

Tworząc Internet sprawiliśmy, że powstała zupełnie inna przestrzeń – wirtualna. Coś z niczego, zabawa w absolut. Udana, dodam – choć póki co jesteśmy na poziomie chaosu.

Problem pojawił się wtedy, kiedy zakwalifikowaliśmy Sieć jako swoisty „podświat”. Świat nieprawdziwy. W pewnym sensie… gorszy. Chociaż nie, to złe słowo – świat sztuczny „nie taki, jak ten” – widzicie, tu brakuje mi słowa. Jeszcze go nie wymyślono. Chodzi o coś co wpycha świat w niższą rangę – nie czyniąc go „gorszym” jako takim. To słowo, które jest prawdopodobnie częścią przyszłości.

Ale do rzeczy  – stworzyliśmy przestrzeń, w której panuje chaos i zasiedliliśmy ją. W kontekście powyższych rozważań – zasiedliliśmy siebie nami samymi, weszliśmy o jeden poziom głębiej.

Popatrzyliśmy na ten świat z perspektywy zewnętrznego Realu i powiedzieliśmy – „to nie jest równe temu”, w pewnym sensie sami siebie obrażając. Ten… świat posłużył nam do tak wspaniałych rzeczy, jak wytworzenie skarbnicy wiedzy, możliwości podróży do miejsc, których nie dalibyśmy rady odwiedzić w czasie swojego niesamowicie krótkiego życia czy najważniejszej z funkcji Internetu – wymiany informacji, tak skutecznej, że obecnie mówimy już o „szumie” informacyjnym. Czasem jest go aż za dużo.

Wszystko ma dwie strony, wobec czego i tutaj wepchnęliśmy nasze „ciemne” instynkty, morderstwa, pedofilię, nienawiść, zawiść, zazdrość… to także i my. Weszliśmy do wirtualnego świata w całości.

I tu właśnie zaczyna się problem:

Hejt występuje w Sieci właśnie dlatego, że w realnym życiu pewnych rzeczy byśmy nie zrobili. Tak samo, jak w grach komputerowych, gdzie możemy zabić kolegę z roku, czy nawet swojego profesora, nie zrobimy tego (poza pewnymi wyjątkami, które zawsze się zdarzały) w świecie realnym.

Dlaczego? 

Czym różni się ten świat, od tamtego? Bo tamten jest wirtualny? To tylko kwestia budulca, całkiem możliwe, że nasz świat także taki jest (po więcej z tego tematu zapraszam do Pogadanki naukowej #1 – jesteś hologramem). Otóż, świat wirtualny jest inny – nie ma pewnych konsekwencji danych czynów. Nie pójdziesz do więzienia, jeśli zabiłeś NPC. A nawet jeśli – nie będzie to dla Ciebie dotkliwe. Jeśli zhejtujesz kogoś, tamten nie da ci w twarz, a co najwyżej zacznie pisać z caps lockiem. W dodatku, Internetowe społeczeństwo wytworzyło już własne zasady – za bycie hejterem, trollem, mistrzem ciętej riposty leci uznanie, sława. Można nawet się załapać na mema na Kwejku, a wtedy człowiek zaczyna być „kimś”.

Wiesz, prowadzę teraz taki projekt, w trakcie którego jeżdżę po nawiedzonych miejscach i wypytuje o nie ludzi, często nawet ich właścicieli. Jestem zaskoczony, z jaką pomocą, zrozumieniem i tolerancją się spotkałem, nie ważne, czy mój rozmówca był rastafarianinem, lumpem, moherową babcią czy staruszkiem w wieku 98 lat. W końcu dałem część tego co robię do sieci – a tutaj pierwszym komentarzem, jaki dostałem było „tu się jebnij” lub też inne odmiany hejtu, za którego oczywiście poleciały plusy w komentarzach.

Co się zmieniło? Tylko „świat” w którym się poruszam.

Dochodząc do sedna, degradując jeden świat sprawiliśmy, że stał się miejscem, w które możemy zamieść wszystkie brudy, jak kurz pod dywan. Tymczasem oba światy – co kłóci się z obecnym poglądem – należy moim zdaniem stawiać na równi. Oba są tak samo ważne.

I jest wyjaśnienie, dlaczego – w każdym z nich to MY jesteśmy jego istotą. A w tym zestawieniu jesteśmy tak pomostem łączącym oba światy, jak i jedynym czynnikiem niezmiennym.

Na koniec zostawiam pytanie dla Ciebie – czy w takim razie Internet pełni funkcję terapeutyczną, w której możemy w jednym miejscu wyrzucić brudy, by w drugim być „czyści”, czy też odwrotnie – miejsca, w którym jest tak dużo gówna, że nawet dodając swoje, wychodzimy cali nim oblepieni?

Jest ktoś w domu?

 

Tak się jakoś stało, że nie pisałem… chyba z miesiąc. To dosyć duży okres czasu, więc od razu powiem, że plotki o mojej domniemanej śmierci są absolutnie wymyślone. Żyję, żyję. Brak wpisów był powodem sytuacji dosyć mało dla mnie komfortowej, a mianowicie panowie robotnicy, którzy od pół roku borują mi kamienice uznali, iż mój kabel od Internetu na pewno nie jest używany i – jak stwierdzili – wygląda staro. Skutkiem ich dedukcji było odcięcie tegoż, a także i mnie od szerszego świata. Postaram się jak najszybciej naprawić straty czasowe. Zwłaszcza, że tematów na wpisy trochę się nazbierało…
Ale póki co – tyle.

W ramach przeprosin piosenka, którą siostra mojej kobiety ostatnio nam zadedykowała, jako opis naszego związku. Nie powiem, coś w tym jest :>

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Dhl7vqPh2uI&feature=player_embedded[/youtube]

 

Pedagogiczny Fajerwerk i cała reszta

Mamy dziś 29-go sierpnia – noc. I (jak to nocą) nie śpię, buszując po internecie, bazgroląc co nieco, rozkoszując się wakacjami, które potrwać mają jeszcze przez ponad miesiąc (urok oderwania się od przyciasnego i ,,lekko” zalatującego gniazdka tzw. ,,edukacji”).
Chcąc nie chcąc, muszę jednak troszkę poględzić o szkole, trochę się o nią… otrzeć. Taaak.

Sam wiesz, jak to jest. Wielu wie. Szkoła – ta teraźniejsza… nie, nie będę się tu rozwodził nad daremnością programu, nad kluczem czy zaprzeczaniem wartości. To by zajęło zbyt wiele czasu. Ale każdy z nas wie, że są Nauczyciele i nauczyciele. Tych pierwszych jest zdecydowanie mniej. Dużo mniej. W zasadzie bardzo mało. Reszta to ludzie, którzy z braku innej perspektywy znaleźli się w szkołach, lub też tacy, którym się wydawało, że podołają. Bez pomysłu, bez charyzmy, bez pomyślunku – przepełnieni goryczą. Znamy takich – Ty i ja. Przez takich ludzi niestety nie ma nauki, jest tylko edukacja.
Podstawą nauki jest porozumienie. Porozumienia – szacunek (koniecznie obustronny). Aby do tego doszło, trzeba poznania. A to wyklucza obecny system. Jakby nie było wystarczająco źle – już drugi warunek dobrej nauki (czy też atmosfery jej towarzyszącej, ale to się zazębia) jest często łamany. Po obu stronach… choć myślę, że większa wina leży po stronie nauczyciela – to on stoi tutaj na piedestale. Jest wyżej. Choć nie wie, jak to wykorzystać.

Ale, ale. O tym, możemy porozmawiać kiedy indziej (najlepiej przy zimnym piwie). Zmierzam gdzie indziej…
Ponieważ jest tak mało wartościowych nauczycieli, z inwencją, pomysłami i żywiołowych (a to widać po osobie), zawsze, kiedy takiemu dzieje się krzywda – wywołuje to moje oburzenie. Ale cóż, organizm tez czasem odrzuca nowe części, które mogłyby mu zapewnić lepsze, dłuższe życie…
W każdym razie, na stronie wydawnictwa Radwan znalazłem ciekawy filmik, przenoszący nas na scenę programu ,,Mam Talent”. Nie jestem wielkim entuzjastą programów telewizyjnych, ale – zaciekawiony – spojrzałem.

Dowiaduję się, że oto przed szanownym Jury zjawiła się osoba, która jest pisarką (pisze thrillery i horrory) i byłą nauczycielką. Dlaczego byłą? Ano dlatego, że szanowne ciało pedagogiczne zadecydowało o jej usunięciu ze szkoły przez…książki które pisała(?!). Uczucie, którego doświadczyłem trudno nazwać oburzeniem. To jest raczej wściekłość. Skierowana ponownie w bezsens systemu (który niektórym się już na mózg rzuca) edukacji, a dokładniej – ku zgorzkniałym nauczycielom. Wszystkim. Bo to jest trucizna… Ale znów zbaczam od tematu.

Pani Dorota Szczepańska jest na tyle kreatywna, aby pisać książki, nie byle jakie, a właśnie grozy (a do tego, wierz mi, trzeba jednak trochę kreatywnego myślenia) i wyjść na scenę, śpiewając coś, co nie koniecznie można nazwać ,,hitem”, ale piosenkę, która jest skoczna, przyjemna i lekka. Jednym słowem – dla jaj.
To już wiele mówi o tej osobie. I, do cholery, od takiej nauczycielki, a przede wszystkim od takiej osoby uczyłbym się z przyjemnością wszystkiego – choćby to była nawet chemia, fizyka, czy inny przedmiot wybitnie mi nie pasujący.
A zresztą, co ja tu będę się rozwodził – zobacz sam:

Jeśli zastanawia Cię ,,cała reszta” w tytule, to właśnie nadeszła.  Temat pokrewny, ale jednak inny:

Pierwsza sprawa – na stronie wydawnictwa Radwan pojawiła się zapowiedź antologii ,,Horyzonty Wyobraźni 2009″, w której znajdziesz także i moje opowiadanie. Wszystko zatem wskazuje, że już niedługo książkę będzie można kupić w księgarniach! Póki co – okładka.


Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba. Mi – bardzo (niespodzianka!). Przede wszystkim jest to… rysunek. No, robiony na komputerze, ale jednak. Ma swój klimat. Nie przepadam za okładkami, na których jest faktyczna grafika komputerowa (no chyba, że są naprawdę dobre). No i pomysł też jest ciekawy. Do tytułu pasuje znakomicie.


Druga sprawa też obraca się w ,,tych” kręgach. Mianowicie chciałbym powiadomić, że w kolejnym numerze kwartalnika Qfant (chodzą słuchy, że będzie on już papierowy) pojawi się moje opowiadanie… tytułu jak na razie nie ujawniam, ale we właściwej  chwili na pewno się dowiecie! I tu, oczywiście, także zapraszam do kupna/ściągnięcia (jeszcze nie wiadomo).

W sumie to tyle… póki co.
Do miłego!

Community Enklawy Magii

Będąc ciągle w klimatach wakacyjno-konwentowych, nie mogę nie napisać o tym, co dzieję się właśnie na Enklawie Magii, a właściwie… poza nią.
Od paru tygodni trwały przygotowania do wyjścia poza umowne granice serwisu. Tak się złożyło, że niżej podpisany stał się liderem działu Community i na nim właśnie spoczął obowiązek głoszenia fantastycznej nowiny w internecie. Niezwłoczne zabrałem się do roboty.
Dziś mogę ogłosić, że Community oficjalnie rozpoczyna swoją działalność. Może i nie jest to jeszcze szczyt marzeń, ale na początek wystarczy. A zaczyna się to od… YouTube, gdzie dziś w nocy (późno w nocy) miała miejsce (bardzo późno w nocy) premiera (cholernie późno w nocy…) paru filmów, które udało mi się zrobić na konwencie Dni Fantastyki 2010. Na kanale EnklawaTV można obejrzeć fragmenty z prelekcji ,,Dokąd zmierza polska groza?” z udziałem Łukasza Orbitowskiego, Roberta Cichowlasa i Dawida Kaina. Dwóch ostatnich zgodziło się pozdrowić Was na osobnych filmach.

Nasz serwis jest także dostępny na innych serwisach społecznościowych. Zapraszam!

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén