Page 26 of 26

Szkoła rządzi! – wolność umiera.

Kreacja, chęć tworzenia, jest jedną, z podstawowych cech człowieka. Zapisana w nas głęboko, ujawniana co dnia od momentu, kiedy pojawiliśmy się na Ziemi.
Zaczęło się niepozornie. Zapewne któryś z przodków rzucił kamieniem o ścianę i uświadomił sobie, że powstała rysa. Od rysy, do zdecydowanego pociągnięcia tym pierwszym malarskim narzędziem jest już krótka droga.  Oczywiście, mógł też taki przodek odkryć moc kreacji inaczej, na przykład paćkając swój brudny palec w błocie. Nieważne.
Mijały lata, pojawiły się odgałęzienia, sztuka stała się Sztuką, pisaną przez duże  ,,S”.
Dziś możemy realizować się nie tylko poprzez bazgranie po ścianach (choć ta pierwotna sztuka ciągle jest pielęgnowana przez niektórych osobników), ale także pisząc, nagrywając filmy, robiąc zdjęcia i Bóg wie co jeszcze. Narzędzia – a pojawiają się ciągle nowe – dają możliwości wyrażania siebie, tworzenia, kreacji… każda z nich dać może spełnienie, radość i rozwinąć. Otworzyć na świat. Tak twórców, jak i publikę.
Bóg mi świadkiem, że kreacja to jedna z najwspanialszych rzeczy na świecie.

Lecz ludzie są istotami o wiele bardziej złożonymi. Dobro mogą przemienić w zło i na odwrót. Spokój w chaos. Ład i porządek – w absurd.

Wyobraź sobie dziewczynę, ma może 17 lat i chodzi do liceum. Tworzy.
Samo to już wiele mówi, bo szkoła a kreacja to dwie tak odrębne rzeczy, jak cukier i sól. Niby coś je łączy, a jednak…
Jako artystka, osoba tworząca – jest też pewnie indywidualistką. I tu znowu mamy zgrzyt, bo w szkole nie ma miejsca na indywidualizm. Jest tylko masa.
Dając wyraz sobie, manifestując poprzez swoje prace swoją osobowość już jest skazana na wiele trudności. Ale to, przy odpowiednim charcie ducha, da się przetrzymać.
Chyba, że ma się tego pecha, by trafić na osobę, której osobowość można określić jako zamkniętą szufladę.
Wtedy pojawiają się poważne kłopoty.

Ania chodzi do IX LO w Łodzi. Pasjonuje ją fotografia, więc wyraża siebie przez obiektyw aparatu. Najlepsze zdjęcia prezentuje na swoim fotoblogu.
Wszystko w najlepszym porządku. Tworzy, pokazuje, chodzi do szkoły i dobrze się uczy (za co podziwiam, zwykle twórcy mają z tym problemy… zgadnij, dlaczego). Pewnie ma już plany na przyszłość związane właśnie z tym, co robi.
Zawistny los postawił jednak przed nią dyrekcję szkoły.

Tego feralnego dnia Ania, wraz z dwoma przyjaciółkami – Mają i też-Anią poszły do herbaciarni, gdzie zrobiły kolejną sesję zdjęciową.
W niedługi czas później zdjęcia obejrzały szkolna pedagog, wychowawczyni i pielęgniarka.  Wezwały one do siebie uczennice, nakazując im, by natychmiast zdjęcia usunęły, gdyż zachęcają do odchudzania, co grozi anoreksją.
Dziewczyny naradziły się i udały się na górny szczebel – do wicedyrektorki IX LO, Barbary Obrębskiej, po pomoc.
Pani Barbara nie namyślała się długo. Do listy zarzutów dołączyła manifestacje seksualności i dała dziewczynom ultimatum – Zdjęcia, albo szkoła.
„Zdjęcia z internetu mają zniknąć, a jeśli ich nie usuniemy, ona usunie nas ze szkoły” – cytują dyrektorkę.

Gazeta Wyborcza pokazała w swoim artykule parę zdjęć. Nie podobają mi się. Nie przemawiają do mnie. Ale jest to tylko moja subiektywna opinia, natomiast każdy ma prawo do kreacji. Do prezentowania swoich prac. Na tym polega wolność, którą pani dyrektor najwyraźniej próbuje złamać, tłumacząc, że uczennice obrażają szkołę.
Pani Barbara nie spostrzegła chyba, że prace dziewczyn są prywatne i nie ma tam nic związanego z IX LO. I, jak dla mnie, pod zarzutami, jakie im przedstawiła, kryje się zwykła ludzka zawiść i zazdrość, tak często objawiająca się w szkołach w stosunku to utalentowanych w jakiś sposób uczniów.
Pozostaje tylko pytanie, kiedy w szkołach zacznie się szanować wolność jednostki, a twórcom da się możliwość rozwoju?

Na Facebooku powstała inicjatywa protestu przeciwko takiemu zachowaniu dyrekcji w Łódzkim IX LO. Zapisałem się. Chociażby po to, by wyrazić swoje poparcie dla dziewczyn i tym samym dezaprobatę wobec podobnych zachowań w Polskich szkołach.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Prywatnie tak (2)

Tonight’s the night

Dziś. Noc, cisza i tylko zapach EarlGrey’a mącący spokój.
Dziś jest mój dzień pisania, noc właściwie. Tonight’s the night.  Te nocne godziny, kiedy świat zamiera, dla mnie stają się okazją do wyjścia z klatki.
Zawsze bardziej lubiłem noc i zawszę będę ją lubił. Lepiej mi się myśli, mam czystszy umysł. I wiem, że właśnie dzisiaj i jutro, tej nocy, z niczego powstanie coś.
Patos? A jak inaczej opisać coś tak wspaniałego, jak możliwość kreacji?
Tonighs’s the night, przyjacielu. Śpij dobrze.

I nie ma lepszego dnia, niż ten właśnie, by zawrzeć w paru słowach, prywatnie tak, coś od siebie.

Horyzonty Wyobraźni


Tak jak i rok temu, tak teraz, Qfant – portal i także pismo literackie organizuje ogólnopolski konkurs literacki – Horyzonty Wyobraźni. Co ważne – Enklawa Magii objęła patronat nad tym przedsięwzięciem. Jako redaktor serwisu mam więc obowiązek zachęcić Cię do wzięcia udziału.
Jako zeszłoroczny laureat i zdobywca drugiego miejsca (klik) – tym bardziej.
Czy ja wystartuję? Jeszcze się zastanawiam. Na moim horyzoncie pojawiły się nowe możliwości, nowe drogi do nich prowadzą. Nie wykluczam jednak, że jakiś tekst wyślę. A Ciebie gorąco do tego zachęcam. Warto.


Portal


Nie ukrywam – graczem jestem. Wirtualna rozrywka zawsze dawała mi wytchnienie. Zwłaszcza, jeśli jest to rozrywka trochę bardziej inteligentna i z klimatem.
Taki jest właśnie Portal. Oczarował mnie. Tak, jak w Mirrors Edge – nie stawia się tu na zabijanie kogokolwiek. Tu liczy się myślenie, kombinowanie, a przy okazji gra dostarcza niesamowitej rozrywki.
Twórcy CS-a i Half – Life’a i tym razem postarali się, by ich produkt był świetnej jakości. Bardzo mi się to podoba i bardzo to sobie cenie. Zwłaszcza, jeśli zakończenie zmusza mnie do przesiedzenia przed ekranem napisów końcowych.
Jedna z niewielu gier, do której chętnie powrócę i która na długo zagości w mej pamięci.
Teraz zabieram się z Half-Life 2 – i tutaj też (jak na razie) nie mam zastrzeżeń.

Wiedmolol bul

A skoro już o grach mowa…
Parę dni temu ukazał się pierwszy oficjalny trailer Wiedźmina 2. Ciekawe, bo nie dalej jak dwa tygodnie temu zastanawiałem się odnośnie 2-ki, bałem się, że REDzi ją mogą… spieprzyć.
I, po obejrzeniu trailera, nie jestem pewien, czy produkcja idzie w dobrą stronę. A nawet myślę, że tak nie jest.

Trochę się będę czepiał.
Trailer zrobiono w języku angielskim. Taki ukłon w stronę zachodu, szkoda tylko, że panowie z CDP nie dali nawet polskich podpisów.  Samo to nie byłoby złe… gdyby nie jeden, mały fakt. I nie chodzi mi tu o ,,kitkę” Geralta. Ona jest jeszcze do przecierpienia, choć nie tak dawno jeszcze REDzi zarzekali się, że kita zostanie usunięta.
Bo widzisz, panowie z CDPRED doszli do wniosku, że poprzedni projekt twarzy Geralta był zły, więc trzeba ją poprawić.
I jak postanowili – tak zrobili.

Jak widać białowłosy dostał nową twarz. Jak dla mnie – zupełnie nietrafioną. Martwi mnie to, bo czasu na poprawki jest mało, a ten starszy/młodszy Wiedźmin wygląda bardziej jak Książę z Bajki, ze Shreka, niż cyniczny, twardy Geralt którego polubiłem. Powiedziałbym nawet, że tutaj mamy pierwszego na świecie Wiedźmina metroseksualnego. W dodatku chyba ostatnio przeszedł operację ust, bo mu się tak seksownie uwydatniły…
Prosty przepis na ,,Epic Hero” kultury zachodu. Geralt podbije serca nastolatek, w nowej odsłonie ,,Zmierzchu”…
Tak, jestem wkurzony. Bo nawet, jeśli fabuła i świat gry będą świetne, nawet, jeśli zachowana zostanie taka ,,swojskość”, jaka zapamiętałem z jedynki, to i tak zawsze liczą się detale.
To tak, jak z promami kosmicznymi. Jest taki prom – wspaniała maszyna, szczyt technologii. Startuje. Nawala mała, prawie nic nie znacząca uszczelka… z promu zostaje chmura złomu. Detal, rzekłbyś. A jednak może decydować o całości.
Miejmy nadzieję, że REDzi się opamiętają i przestaną zmieniać wszystko na lepsze, bo to zawsze kończy się tragicznie.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Bestia – potwór z szafy.

Była sobie kiedyś dziewczynka, która bała się zasypiać sama w nocy. Miała nie więcej niż dziewięć i nie mniej niż cztery latka. Ile dokładnie? Wiek tu nie gra roli. Tak samo z resztą jak sama dziewczynka, bowiem chodziło o strach.
Jej rodzice stosowali różne metody. Ciepłe mleko, makowiec, światło na korytarzu. Czytali jej do snu piękne bajki o królach, królewnach i zaklętych żabach. Były ich ostatnią nadzieją. Wyszperane gdzieś na strychu, zakurzone, stare… bo nikt już podobnych nie robił.
I czytali. O książętach, gadających zwierzętach, przygodach dzieci w zaczarowanych krainach. Rzecz godna podziwu, mało kto zdobyłby się na tyle poświęcenia, by czytać dziecku po wielu (zbyt wielu) godzinach spędzonych w biurze.
Ich wysiłki spełzły na niczym.
A tym, co je niweczyło był strach. Jątrzący się pomału w świetle dnia i tryskający całą mocą, gdy robiło się ciemno. Ale dziewczynka nie bała się ciemności, lecz potwora z szafy. Nikt nie potrafił jej wytłumaczyć, że szafa jest pusta – ona wiedział swoje.
Pewnej nocy potwór wyszedł z szafy. To była noc przesilenia zimowego, kiedy siły ciemności zbierają się nad ziemią i potężnieją, jak nigdy.
Tak, potwór wyszedł na wolność. Drzwi skrzypnęły, na drewnianej podłodze zadudniły kroki. Dziewczynka leżała w bezruchu, kurczowo zaciskając powieki. Otworzyła oczy dopiero, kiedy na swoim ramieniu poczuła zaciskające się szpony.
– Tatusiu…? – zapytała zaskoczona.
– Cicho, kochanie – wyszeptał, rozpinając rozporek.

Potwory istnieją naprawdę, lecz w przeciwieństwie do licznych dziecięcych fantazji, czy bajań grajków – nie są to obce, dziwnie wyglądające stwory. Prawdziwy potwór to pan od muzyki, pani w sklepie, staruszka w tramwaju, chłopiec spotkany na ulicy, grupa młodzieży na blokowisku… prawdziwy potwór uśmiechnie się do Ciebie, kiedy będziesz przechodził obok. Być może nawet znacie się na tyle, że uściśniecie sobie dłoń?
Albo i nie. Może być gdzieś daleko, robić rzeczy, o których informują później dzienniki telewizyjne. I nikogo to nie dziwi, że wojna, zło, nienawiść. Cóż, życie.
To tak łatwo usłyszeć, że ktoś umarł, a gdzieś matka wyrzuciła własne dziecko na śmietnik. Usłyszeć i zapomnieć. A potwory będą nadal. Bo to jest właśnie życie, codzienność, nasza chwila.
A poprzez ugrzecznione media spływają do nas zamglone obrazy katastrof i bestialstwa.

W naszym absurdalnym świecie jedno bestialstwo goni drugie. Jedno jest propagowane, rozpowiadane, drugie schowane i utajnione. Ze wstydu.

Człowieczeństwo. Co znaczy być człowiekiem, co tak naprawdę daje nam mozliwośc powiedzenia o sobie ,,nie jestem zwierzęciem”?  Pytanie, od kiedy po raz pierwszy je zadano, ciągle pozostaje bez ostatecznej odpowiedzi. Ale samych odpowiedzi jest wiele… niektóre nie są zbyt miłe. Tak jak ta, że jednym z czynników jest bycie bestią. Żądną mordu i destrukcji.
Ale to słyszeliśmy. Przesłania, przekazy, dramatyczne artykuły w gazetach. Bo wojna, bo śmierć.  I żyjemy dalej, całe gówno nas tak jakoś opływa po bokach.
Dopiero, kiedy czegoś doświadczymy, okazuje się że świat nagle fika kozła o 180 stopni. I jest szok. I przerażenie. I płacz.
A potwory się cieszą w swych szafach.
Parę dni temu miałem okazję oglądnąć pewien film, który wywołał u mnie burzę emocji. Bo mogłem spotkać się, nawet przez ten szklany ekran, z potworem. Dotyczył on łamania praw zwierząt, praw, które tak ładnie wyglądają na papierze i w ustach polityków, krzycząc do nas, że oto są i wszystko jest załatwione.
A nie jest. I tu nie chodzi o ,,prawa zwierząt” – to tylko głupi świstek mający poprawić samopoczucie bydłu zachodniej cywilizacji. Tu chodzi o naszą ludzką moralność, która okazuje się taką samą iluzją, jak i wszystkie te polityczne deklaracje.
Bo wszyscy jesteśmy ludźmi. Bestiami. I sprowadzić gatunek ludzki do zwierząt byłoby obrazą. Dla zwierząt.

Zwierzę nie zabije dla przyjemności. Zwierzę nie okłamie, nie będzie torturowało, nie okradnie. Zwierze nie… zwierze nigdy nie będzie człowiekiem i nie dojdzie, ani nie przejdzie przez pewne granice. Człowiek już tak.

Babcia powiedziała mi kiedyś, że jesteśmy istotami instynktownie dążącymi do dobra. Możliwe, w niektórych aspektach nawet prawdopodobne. Ale patrząc na całokształt – trudno mi w to uwierzyć.
Budować i niszczyć. Dawać i brać. To potrafi tylko człowiek.

Oglądnąłem więc film, w trakcie którego prawie zwymiotowałem, a po którym rzucałem po pokoju co mi tylko wpadło w rękę. Z bezsilnej złości i wstydu, że ktoś należący do mojego gatunku jest zdolny do takiego okrucieństwa. Bezrozumnego, perfidnego okrucieństwa.
I tak się zastanawiam, gdzie TERAZ jest Greenpeace, ekolodzy, cały wielki i bogaty ruch zielonych, którzy w zamierzeniu mieli pomagać całemu środowisku naturalnemu?
Są, żyją, mają się dobrze. Walczą z globalnym ociepleniem, wzbogacili się na tym i mają wpływy na całym świecie. Tak naprawdę to nikt im nie podskoczy.
Bawiąc się w polityczne gierki zapomnieli, że są potrzebni gdzieś indziej. I owszem – protestują. Ale tak jakoś… niemrawo w stosunku do wielkich protestów w sprawie ocieplania się klimatu (pozwalając sobie na dygresję, zapytam się złośliwie ,,a jak tam ta wasza dziura ozonowa, drodzy zieloni? Ojej… czyżby się okazało, że warstwa ozonowa robi się coraz grubsza? No, biedacy…”).
A tymczasem rzeczy ważne zostają zapomniane. I zostaną, bo potwory działają nadal.  I póki istnieć będziemy – będą także.

Często odwiedzam YouTube. Oglądam, przeglądam, wybieram. I pewnego razu, właśnie parę dni temu, znalazłem film, którego nikt nigdy by w mediach nie pokazał. Film, który dokumentuje rozmiar szaleństwa i bestialstwa ludzkiego, w odniesieniu do zwierząt właśnie.
Zawsze zastanawiałem się, dlaczego obce cywilizacje, jeśli istnieją i o nas wiedzą, jeszcze się z nami nie skontaktowały.
Teraz myślę, że się boją.

UWAGA!
Film jest bardzo brutalny. Wybitnie nie dla ludzi, którzy chcą spać spokojnie. Dozwolony oczywiście od lat 18, ale jeśli czujesz się na siłach i chcesz (a nie skończyłeś jeszcze 18-stki) – oglądnij. To jest Twój wybór.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Nowe pokolenie fantastyki

Przyszedł marzec. Miesiąc garncowy, który uświadomił mi, że do matury pozostało niewiele już czasu, a ja umiem mniej, niż nie umiem – czyli prawie nic.
Ale marzec nie tylko z tego zasłynął. Jak to na początku każdego miesiąca, trzeba było mi zrobić prasówkę fantastyczną. Ze względów finansowych – skromną, bo zamiast ,,Nowej Fantastyki”, ,,Magazynu Fantastycznego” oraz ,,Sience Fiction Fantasy i Horror” kupiłem tylko to ostatnie, czego wcale nie żałuję, bo numer w tym miesiącu był bardzo ciekawy.
Przechodząc do sedna sprawy, jak zwykle, zacząłem od publicystyki. Na pierwszy ogień poszli Jarosław Grzędowicz (którego felietony za każdym razem miło mnie zaskakują), Andrzej Pilipiuk, Romuald Pawlak i Tomasz Bochiński. I tu, przy tym ostatnim autorze się zatrzymałem, bo napisał rzecz, która mi wydała się nieprawdopodobna, a przez to – możliwa i powiem więcej – niestety prawdziwa.
Pan Bochiński uświadomił mi bowiem, że nasze pokolenie, urodzone po roku 89′, po czasach PRL-u jest pokoleniem ignorantów w stosunku do szeroko pojętej literatury fantastycznej przedziału lat 60-70-80 XX wieku. W swym felietonie pisze Bochiński, że, w trakcie surfowania po sieci odwiedził forum literackie, gdzie zapoznał się z rankingiem najlepszych pisarzy fantastycznych. I w sumie wszystko w porządku – przecież ranking zależy od gustu. W kazdym będzie sytuacja wyglądać odrobinę inaczej, jeden ceni sobie autorytet Pilipiuka, inny Dukaja, jeszcze inny Lema, czy Wolskiego. I dalej wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Zgrzyt nastąpił, kiedy Pan Tomasz powrócił do danego rankingu i przyjrzał mu się z bliska, pod względem literatury lat PRL-u (nie muszę chyba mówić, jak bardzo rozwinęła się wówczas Polska fantastyka?). Uwzględniono ich kilkanaście, z czego tylko kilka nie było autorstwa Stanisława Lema. Przytoczę tu słowa autora felietonu:  ,,(…) Czyli dwadzieścia [Bochiński mówił o latach 60 i 70 przyp. Ced] lat polskiej fantastyki – a nawet więcej – robiło w tym zestawieniu za wielkiego nieobecnego.” Dwadzieścia lat! A nawet, patrząc na całą literaturę fantastyczną PRL-u – więcej, bo trzydzieści! I z tego, w roku 2010 ostał się tylko Lem?!
I w tym momencie, podobnie, jak autorowi tekstu – opadła mi szczęka. Proszę, nie zrozum mnie źle – bardzo sobie Lema cenię, Sf bez niego wyglądałoby okropnie, jego dorobek jest mi bardzo bliski, ja sam zaczytywałem się jak głupi w jego prozie, ale patrzenie na ciągłość trzydziestu lat Polskiej fantastyki i wybranie z nich tylko Lema? Myślę, ze nawet Pan Stanisław popukałby się w głowę na wieść o czymś takim.
Ledwo zdołałem szczękę podnieść, opadła mi znowu, tym razem robiąc dziurę w podłodze. Pan Tomasz Bochiński zapytał się jury ,,czy to znaczy, że całe pokolenie polskich fantastów nie napisało ani jednego dobrego tekstu (poza Lemem)?„.  Jeden z jurorów odparł śmiertelnie poważnym tonem, że ,,tak, właśnie tak„.
Nie próbowałem już szczęki podnosić. Nie potrafiłem i nie chciałem. Widzi-misie widzi-misiami, ale nawet w literaturze fantastycznej trzeba być obeznanym.
Nie tylko Lem żył i nie tylko on tworzył. Owszem, był geniuszem, ale to nie znaczy, że o innych świetnych twórcach trzeba od razu zapominać! Szczególnie, że literatura Sf lat 70 i 80 jest, w mojej skromnej opinii, czymś wspaniałym, klimatycznym i o wiele lepszym od współczesnej (mówię tu, oczywiście, o polskiej Sf). I jest to moja subiektywna opinia, ale bardziej obiektywnie musimy przyznać jedno – stare Science fiction miało niesamowity klimat, plastyczność i charakteryzowało się wspaniałym pokazem pomysłowości i talentu wielu Polskich pisarzy.
I teraz wszystko to ma być zapomniane, bo ,,to co stare, to nie jest dobre” ? Bo inny ustrój? Czasy? Życie?
I co z tego?! Dobra literatura nie zależy od czasu! A zapominanie o niej, skupianie się na jednej tylko personie, jest naganne.
Pewnie zastanawiasz się teraz, co ja, urodzony w 91′ mogę w ogóle wiedzieć? Ze smutkiem powiem – nie wiele. Nie żyłem w czasach PRL-u, nie mogę więc w stu procentach poczuć całego klimatu, problematyki, zrozumieć wszystkich podtekstów i czytać miedzy wierszami tak, jak to może robić człowiek urodzony wtedy.
Ale to nie umniejsza wcale tego, że jednak, czytając inszą fantastykę czuję, że jest to coś genialnego. Zresztą… przecież ,,dzisiejsi” wielcy autorzy właśnie wtedy zaczynali. Piekara, Pilipiuk, Grzędowicz… nazwiska sypią się jak z worka. A co z tymi wielkimi tamtych lat? Rozpłynęli się, został sam Lem, jako samotna ikona ,,nieudanego” pokolenia fantastów?
Nie zgadzam się i nie zgodzę nigdy na taką ignorancję.
I myślę, że większość z tych, co mała przyjemność poczytać Sf PRL-u się ze mną zgodzi. Ważne jest to, by przeczytać.
Ja akurat miałem dużo szczęścia w tej kwestii. Mój tata, za młodu był zapalonym fantastą, zbierał więc książki, zbiory, nowele, a ja na tym później skorzystałem. Czy dalej jest – nie wiem, nigdy nie zdefiniował, ale z prawdziwą przyjemnością z jego dziedzictwa skorzystałem. I Ciebie też do tego namawiam.
Wolski, Żwikiewicz, Jabłoński, Piekara, Żelkowski,  Bochiński także… i wielu, wielu innych wspaniałych twórców, czekających tylko, by jakaś ręka sięgnęła po ich prozę. A jest ona dostępna. W internecie, w przejściach podziemnych, na bazarach – wszędzie tam znaleźć można zagubione artefakty minionych lat. I nie należy ograniczać się tylko do Polski! Zagraniczne, amerykańskie, angielskie opowiadania sf aż kłują w oczy swoim klimatem. Szczególnie zachęcam do kupna wydawanych cyklicznie zbiorów ,, Don Wollheim proponuje” , ,,Stało się jutro” , lub zakupu starych ,,Fenixów”.
Przeczytaj, zobacz. Powąchaj, jak pachną stare kartki.

Mieliśmy bowiem wspaniałych autorów i o tym zapominać nie wolno.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Jutro przyszło!

Człowiek jest dziwną istotą. W wielu przypadkach patrzy się za siebie, bądź przed – to, gdzie jest zostawiając innym zmysłom. Z drugiej strony – pełno jest tych, co skupiają się na ,,tu i teraz”, przeszłość i przyszłość traktując jakby nie istniały. Za każdym razem jednak skupia się, człowiek, na jednej rzeczy, za nic sobie mając jakąkolwiek równowagę.
Stąd też często ślepi jesteśmy na pewne zmiany, które zachodzą tak wolno, a przez to szybko,  że są dla nas niezauważalne.

Literatura, filmy i gry Sf raczą nas wizjami światów przyszłości pełnych cudów i dobrobytu. Jest to tak nierzeczywiste, że łatwiej nam je zaakceptować jako przyszłość, nie dostrzegając, że ona już nadeszła.
Świat, jaki znamy zmienia się. Wczoraj siedzieliśmy na podłodze, składając pierwsze klocki LEGO i słuchając z magnetofonowych taśm bajek, a wieczorami rodzice czytali nam bajki, dziś opływamy w technologię tak niesamowitą, że – gdyby ktoś nam powiedział wtedy, że tak będzie – potraktowalibyśmy to jako Sf.

Wspaniałą cechą przyszłości jest to, ze nigdy nie jest taka, jaką sobie ją wyobrażamy. Świat zmienia się tak diametralnie, tak szybko i nieprzewidywalnie, że głupotą byłoby przewidywać cokolwiek.
A z drugiej strony mamy fantastykę, która nie tylko przewiduje, ale często odgaduje… choć tez nie do końca.
Cokolwiek by nie mówić – żyjemy w świecie przyszłości. Nasza teraźniejszość jest zupełnie inna od tego, co wyobrażali sobie nasi poprzednicy, a nawet my sami, ale nie mniej ciekawa.
Zmieniająca się tak szybko, że nie potrafimy już tego zarejestrować.

Gdyby ktoś, powiedzmy trzydzieści lat temu, zapytał Cię – jak będzie wyglądał świat po roku 2000 wysnułbyś, bazując na fantastyce, wspaniałą wizję miasta z strzelistymi drapaczami chmur, czystym powietrzem, robotami na ulicach i latającymi samochodami. A ludzie… cóż, oni żyliby w kosmosie, na innych planetach, w bazie na księżycu i Marsie, teleportowali się z miejsca na miejsce i podróżowali z prędkością światła, zaś porozumiewali się ze sobą holofonami.
Ta wizja jest tak fantastyczna, że dla nas ciągle zdaje się być przyszłością. Tymczasem okazuje się, że większość jej elementów jest już w naszym świecie obecna, choć inaczej, niż to sobie wyobrażaliśmy…

Zacznijmy od miast – niektóre, jak Dubaj, czy NY już przypominają fantastyczne rysunki z dawnych czasopism. Nasze zaś nie są wcale takie gorsze, po prostu w planowaniu przyszłości nie wzięto pod uwagi  różnorodności kulturowej na świecie.
Roboty na ulicach? Ależ proszę bardzo! Może jeszcze nie u nas, w Polsce (znów kłania się różnorodność [ogólna]), ale w takiej Japonii na przykład zdarza się ponoć, że za szanującą się gospodynią domową idzie/sunie/jedzie mały robot z siatkami pełnymi zakupów.
Latające samochody? A gdzie one? Są, tyle, ze jako prototypy. Działające. Po prostu nikomu się nie opłaca ich produkować, za to po ulicach, z roku na rok zaczynają jeździć maszyny mające w sobie więcej z komputera, niż z samochodu.
Co z kosmosem, bazami na księżycu/Marsie? Co z lotami na inne planety?
Cóż, te mogły by być. Naprawdę by mogły. Niestety, traf chciał, że po zakończeniu zimnej wojny politycy nagle stracili bodziec do finansowania agencji kosmicznych i takie NASA musiało obniżyć koszty tak bardzo, że w konsekwencji dziś pozostaje im tylko krzyczenie coś o ,,wielkim powrocie na księżyc”, podczas gdy prywatne firmy budują sobie w Nowym Meksyku kosmodrom z wycieczkami na orbitę (ale to już do innego wpisu). Choć oczywiście nie można odebrać rządom całej chwały, bowiem w Rosji, gdzie (Bogu dzięki) Greenpeace nie ma nic do gadania ruszyły przygotowania do budowy kosmicznego statku atomowego. Jako pokazanie, że nasi wschodni sąsiedzi dalej są mocni, rzecz jasna.
Jednakże nasza technologia rozwinęła się już na tyle, że z powodzeniem moglibyśmy mieć już parę hoteli na orbicie, bazę na księżycu, a pierwsi ludzie na Marsie właśnie by sobie tam imprezowali.
Jednak przyszłość ciągle pokazuje pazur. W naszej wizji świata przyszłości mamy dalej problem podróży z prędkością światła. I cóż, znów – jest. I znów – nie taka, jak się spodziewaliśmy.
Dziś każdy z nas, użytkowników internetu, może znaleźć się w dowolnym (mniej więcej) miejscu na świecie w szybciej, niż w sekundę. Nie wychodząc z domu. Internet działa bowiem jak most, gdzie i cel i wędrowiec spotykają się w połowie.
Hologramy? Są także. Nie tak dawno telewizja CNN, a za nią TVN, w trakcie akcji wyborczych zastosowały je w swoich studiach. I – o dziwo – znów nie są takie, jak sobie wyobrażaliśmy. Są lepsze, w niczym nie omywają się do rozedrganych, niekolorowych hologramów z ,,Gwiezdnych Wojen”.
A niedawno pojawiły się także na boiskach sportowych. To naprawdę ciekawa rzecz, kiedy bramkarz przechodzi sobie ot tak przez jakąś trójwymiarową reklamę.

Wszystkie te i jeszcze inne technologie są rzecz jasna w powijakach, ale są. Przyszłość nadeszła, dając nam do rąk nowe narzędzia. Świat dzisiaj jest światem jutra, a świat jutra robi wszystko, by być już dziś. Każdego dnia pojawiają się nowe technologie, możliwości i wynalazki.
Świat jutra przyszedł dziś.
Pomyśl zatem, co stanie się jutro!

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Prywatnie tak (1)

Powaga męczy. Czasem, choć tematów do opisania dużo, choć Wena męczy – trzeba przystopować. W końcu ile można pisać o świecie, problemach politycznych/etycznych/religijnych/niepotrzebne skreślić ?
Co jakiś czas trzeba wrzucić na luz. Zając się czymś przyziemnym, odpocząć i zastopować. O tym drugim pisałem już kiedyś TUTAJ .
Tak samo w życiu, jak i w pisaniu trzeba czasem wskoczyć na boczny tor. Tak i ja dziś robię.

Ostatnio doszedłem do ciekawego wniosku – jestem uzależniony. Przez wiele lat różni ludzie wmawiali mi uzależnienie od rożnych rzeczy. Najpierw – do telewizji, potem, gdy Wielkie-i-Mówiące przestało być dla mnie ciekawe okazało się, że jestem uzależniony od gier komputerowych. Kiedy zaś te odeszły w cień, zaczęto mi wmawiać, że jestem internetowym ,,nolife”. Oczywiście żadne z tych twierdzeń prawdą nie było, bez każdej z tych rzeczy potrafię się obejść. Jest jednak coś, bez czego nie potrafiłbym normalnie funkcjonować. Pewne rzeczy, od których jestem uzależniony i przyznaję się do tego bez bicia. Chodzi mi o książki.
Książki. Te papierowe bramy do innych światów. Od małego były mi przyjaciółmi. W wieku lat 9-ciu miałem już za sobą takie powieści jak seria ,,Złoto Gór Czarnych” czy też ,,Tomki”, ,,Historia żółtej ciżemki” , ,,w 80 dni dookoła świata”  , ,,Pollyanna” , lub ,,Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi” , nie wspominając już o takich klasykach, jak obie ,,Alicje”, czy ,,Paziowie króla Zygmunta” . Chwała należy się tu mojej babci, która niezmordowanie mi te książki czytała (a potem czytałem je już sam).
Najpierw była ciekawość, potem pasja… teraz jest uzależnienie. Przekonałem się o tym ostatnio, kiedy w parę dni kupiłem dziewięć książek, uzupełniając swoją bibliotekę.
I nie ma siły, bym nie napisał co kupiłem, zwłaszcza, że chciałbym zachęcić i was (czyżbym zmieniał się w Dealera?), pozycje te są warte kupna.
Tak więc:
Komórka – S. KING
TO – S. KING
Cztery pory roku – S.KING
Gotuj z papieżem – J. Ćwiek
Nowe idzie – Opowiadania Sf pod redakcją Michała Centarowskiego
Decathexis – Ł. Śmigiel
Zbieracz burz – M.L Kossakowska
Oraz
Nadchodzi – Ł. Orbitowski
i
Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa – J.R.R Tolkien

Zagościły wreszcie na moich półkach. I nie mogłem się powstrzymać, by tego nie kupić. To jest naprawdę poważne uzależnienie, tak poważne, że wcale mnie nie niepokoi.

A jeśli już Was do czegoś zachęcam, to, pozostając w temacie chciałem napisać o pewnej amerykańskiej komedii, którą od jakiegoś czasu namiętnie oglądam. Trzecia planeta od słońca – bo tak się ów nazywa, traktuje o czwórce zwariowanych kosmitów, którzy przylecieli na Ziemię, by się uczyć o ludziach. A, jako, że ludzie są bardzo skomplikowanymi istotami – zostali na dłużej.
Generalnie seriale komediowe oglądam rzadko. Ot, czasem trafią się ,,Horzy doktorzy” …
Serial to doskonała okazja do relaksu, a także przyjrzenia się naszej cywilizacji, zwyczajom i mentalności trochę z dalszej perspektywy, co prowadzi do mądrych wniosków. A tak przy okazji można się trochę pośmiać.
Mila odskocznia od rzeczywistości i zarazem głębsze w nią spojrzenie. To chyba są główne atuty serialu, które sprawiły, że zacząłem go oglądać. Oczywiście – cały dostępny jest na YouTube, możesz więc oglądać go kiedy i jak chcesz.
Nic więcej nie powiem, zachęcam do oglądnięcia, dodam jeszcze pierwszą część odcina numer jeden.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Zabijać legalnie…

Parę dni temu, przy, co poniedziałkowej lekturze ,,Wprost”, natknąłem się na artykuł, dotyczący sprawy pani Barbary Jackiewicz. Sprawy, którą media znów usiłują rozgrzebać na nowo.
Ale od początku; Pani Barbara jest starszą kobietą. Jej syn, Krzysztof, jest chory na SSPE – bardzo rzadkie powikłanie po odrze. Choroba uaktywniła się u niego w wieku lat 16, kiedy zemdlał w szkole. Dziś ma lat 41 i większość czasu spędza przykuty do łóżka, tkwiąc w stanie, który wielu z nas nazwało by ,,wegetatywnym”, czy też byciem ,,rośliną”.
Przez wiele, wiele lat jego matka opiekowała się nim, czuwała przy jego łóżku, ba, od tego wysiłku pękł jej kręgosłup, a nad kolanami pojawiły się bruzdy!
Ta kobieta poświęciła swój czas, by czuwać wiele lat przy łóżku chorego syna. Rozmawiać z nim, uśmiechać się, głaskać, pielęgnować… Wcześniej, zanim Krzysztof zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością, próbował popełnić samobójstwo. Ona jednak zabroniła mu umierać, powstrzymała go. Uratowała. Bo, mimo choroby, chciała, by jej dziecko żyło nadal, wiedziała, że zawsze jest szansa, a cuda naprawdę się zdarzają. I Krzysztof się zgodził. Odżyła w nim wola walki, na prośbę matki, z miłości do niej i samej chęci – został przy życiu, wiedząc, że ona będzie przy nim czuwała, nie pozwoli, by stało mu się coś złego.
Prawdziwy pokaz matczynej miłości i poświęcenia, prawda? Każda matka, która robi coś takiego, powinna dostać nagrodę. Bo to, co zrobiła Pani Barbara jest tak piękne i cudowne, że…

…nie mogło trwać zbyt długo?
Nie wiadomo, co się stało. Być może Pani Basia doznała olśnienia, objawiły się jej nadprzyrodzone moce, albo po prostu się zmęczyła… tak, czy siak, prawie rok temu zażądała od państwa, by to przyznało jej prawo do zabicia własnego syna.

Sprawa legalizacji zabójstw jest bardzo kontrowersyjna. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy mają po swoich stronach szereg argumentów mających zniszczyć argumenty tamtych, worek tychże, służących do ogólnego zniszczenia swoich przeciwników i parę, schowanych w tylnej kieszeni spodni, które mają udowodnić ich rację.
Sprawa jest głośna, żyjąca własnym życiem i krzykliwa, a przy okazji spełnia rolę pożywki dla mediów.
Osobiście nie jestem zwolennikiem legalizacji eutanazji, choć -przyznaję- są pewne przypadki, kiedy takowa byłaby dopuszczona… są one jednak bardzo, bardzo skrajne, a legalizacja dałaby w rezultacie szereg zabójstw i wiele nadużyć, co łatwo można wywnioskować, patrząc na naszą rzeczywistość.
Ale odbiliśmy trochę od tematu, przejdźmy do Kochającej-i-Cierpliwej pani Barbary:

,,Proszę o to, aby pozwolono mi skrócić to straszliwe cierpienie” – mówi.
A więc tak się przedstawia sytuacja? ,,Pozwólcie mi go zabić, a jeszcze najlepiej sami to zróbcie”?
O tym, że żyjemy w świecie iluzji pisałem już dawno TUTAJ. Dziś mogę powiedzieć, o jeszcze jednej iluzji, pokrywającej się właściwie z kłamstwem. Bo przecież o wiele łatwiej jest poprosić ogół, by ten nam pozwolił zabić, niż zrobić to samemu, z odpowiedzialnością i świadomością konsekwencji. O wiele jest znaleźć inną, zastępczą nazwę na zabójstwo i nazwać je ,,eutanazją”. I od razu brzmi lepiej, mniej groźnie.
Oczywiście, każdy wie czym to tak naprawdę jest… ale nawet wiedząc można się okłamywać. To coś podobnego, jak w przypadku palacza, który chce rzucić nałóg, więc nazywa każdy dzień ,,tym ostatnim”. Faktem jest, że dopiero kiedy przyzna, że tego dnia nie ma, a on musi odstawić już teraz (co mu się na pewno nie uda, ale liczy się nastawienie).
Tak. Bardzo prosto jest znaleźć inne słowo i wymagać od innych rozgrzeszenia, zgody na zabójstwo, czyniąc z nich tym samym osoby współwinne. Pani Barbara, mimo, że jest już zmęczona, że ma dosyć i wie, że, póki syn będzie żył, nie przestanie o nim myśleć, nie zdobędzie się na zabójstwo z zimną krwią. Zamiast tego woli wołać z głębi swojego Och-jak-bardzo udręczonego serca o wszech-akceptacje i przyzwolenie na zabójstwo.

,,Gdyby Krzysiu był na respiratorze, tobym nie prosiła nawet o eutanazję, odłączyłabym po prostu respirator” – tak brzmią następne słowa w ustach kochającej matki.
Więc dlaczego nie zrobi czegoś podobnego? Dlaczego, powiedzmy, nie kupi gnata i nie pójdzie do szpitala? Dlaczego nie wpakuje kulki własnemu synowi?
Bo nie może. Bo się boi, nie mogła by go tak po prostu zabić. Zamiast tego woli prosić, by jej pozwolono. Inaczej bowiem musiałaby zmagać się ze świadomością, że zrobiła to sama. A ludzie, którzy wcześniej stali za nią murem, teraz opluwali by ją, czytając w nagłówkach gazet ,,MATKA ZABIŁA WŁASNE DZIECKO!”.

,,Co będzie ze mną, jak już mu pozwolą umrzeć?” – pyta dalej Pani Barbara, potwierdzając tym samym moją tezę o potrzebie akceptacji.

Dalej dowiadujemy się więcej o losie Krzysztofa – po pierwszej, medialnej zawierusze, zainteresowała się nim fundacja ,,Światło”, prowadząca, uwaga, jedyny ośrodek dla osób w stanie wegetatywnym w Polsce. W świetle fleszy został przewieziony do ośrodka w Toruniu. Pani Barbara pamięta, że, gdy jej syn wyjeżdżał ze swojego mieszkania na warszawskich Bielanach, po twarzy ciekły mu łzy.
Rozłąka trwała dwa miesiące. Pani Barbara nie mogła jednak znieść tęsknoty i zabrała go do domu. Wtedy to media przestały się interesować tą sprawą.

Kolejne tygodnie znów stały się męką czuwania. Jej organizm nie wytrzymywał obciążenia. W pewnym momencie jej kręgosłup po prostu pękł, a ją samą przewieziono do szpitala. Krzysztof trafił do Torunia już na stałe.
Ma tam bardzo dobrą opiekę. Pielęgniarki robią wszystko, by wyjeżdżał na spacery, miał zapewnioną rozrywkę… nawet wózek dostał…
Tymczasem jego matka szaleje z tęsknoty. A właściwie szalała, bo, jak sama przyznała ,,Moja choroba pokonała tęsknotę” .

Może chodzić, oglądać telewizje i czytać o sobie w gazetach. Niestety, nie wolno jej podnosić ciężarów, więc opiekować się już Krzysztofem nie może.

,,Ale pojechać do Krzysia muszę.” – dodaje – ,,Przytulić, pocałować, porozmawiać”
W dalekim Toruniu jej kuzynka przykłada Krzysiowi słuchawkę do ucha:

,,Mama bardzo cię kocha – mówi. Ponoć Krzysztof poznaje jej głos.

I tak to się ciągnie. Kobieta szepce mu do ucha czułe słówka, a potem idzie się spotykać z Palikotem, by ten napisał projekt ustawy o eutanazji, a następnie domaga się, by lud pozwolił jej uśmiercić syna, którego uratowała od śmierci, którego bardzo kocha, któremu poświęciła swoje życie i o którym nie może przestać myśleć, tak bardzo tęskni.

,,A ja wiem, że większość ludzi mnie popiera. Tylko nie rozumiem, dlaczego boją się o tym głośno powiedzieć”

Dramatyczne wołanie z oddali, wołanie Pani Barbary, nie przeszło bez echa. Do dyskusji włączyli się przeciwnicy i zwolennicy legalnej śmierci.
A ja… ja mam nadzieję, że -tak jak w innych- tak i w tym przypadku nasz rząd wykaże się brakiem zainteresowania. Oby, bo nie chcę, jako staruszek po zawale serca zostać kiedyś zabity, jako worek pełen części zamiennych.

Pod koniec artykułu napotkałem się jednak na bardzo mądre zdanie, wypowiedziane przez Panią Barbarę:

,,Niech ktoś w końcu policzy, ilu jest takich jak Krzysiu w Polsce. I ile kosztuje ich codzienna pielęgnacja. Bo skoro nie chcą pozwalać na śmierć, niech staną na głowie, żeby życie tych ludzi jakoś wyglądało”

I pod tym podpisuję się obiema rękami i prawą nogą.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Media w afekcie

O Haiti ostatnimi czasy słyszałem wiele. Dziwić się temu nie można, wielkie trzęsienie ziemi było tak katastrofalne, że media nie mogły przepuścić okazji na zrelacjonowanie nam krwawej jatki ze wszystkimi możliwymi szczegółami.
Minęło parę dni. Szum ucichł, mało kto pamięta już o Haiti.  Do mediów znów wkroczyła polityka i inne, wielkie, lub mniejsze tragedie relacjonowane prawie na żywo 24 godziny na dobę.
Dobry czas, by wspomnieć raz jeszcze o Haiti.  Ale tym razem nie o trzęsieniu ziemi.

Rozminąłbym się z prawdą, gdybym powiedział, że nie oglądam telewizji wcale. Czasami przecież zdarza mi się rzucić okiem na ekran włączonego odbiornika, kiedy przechodzę przez pokój. A i idąc ulicą,  zdarza mi się popatrzeć na wystawę sklepu RTV i AGD, gdzie stoi sobie włączony telewizor.
Nie odwracam głowy, bo i po co? Mam się bać?
Faktem jednak jest to, że telewizji, jako takiej, nie lubię.  Nie lubię reklam, filmów przerywanych nimi co 15 minut i wiadomości, gdzie reporterzy podnieconym głosem świadczącym o tym, że nastąpiło zdarzenie co najmniej rozmiarów asteroidy uderzającej w Ziemię, relacjonują kolejny, pełen bezsensu dzień z życia polityki.
O wiele bardziej wolę internet. Wszelkie informacje są napisane i sam mogę decydować co czytam, a co nie. Jeśli coś mnie nie interesuję – nie klikam.
A jeśli do artykułu jest dodany film, zawsze ma funkcje ,,play” i ,,stop”. Naprawdę, cudowne narzędzie.
W taki to sposób, klikając w link, dowiedziałem się o pewnym zdarzeniu na Haiti, które było zbyt… kontrowersyjne, by umieszczano je gdzie indziej. A i tu zepchnięte było na sam koniec listy.

Z okazji trzęsienia ziemi, na dotychczas mało zauważaną i biedną wyspę Haiti zjechały się ekipy mediów z całego świata, wojsko i, w następstwie, pomoc sanitarna. W całym tym rozgardiaszu ekipy  z szaleństwem w oczach biegały z kamerami wśród zawalonych budynków i kręciły co się da, wysyłając w świat materiały tej okropnej katastrofy.

Ale nie na tym nie poprzestano. Haiti stała się na krótką chwilę największym, światowym ,,Wielkim Bratem”, a wydarzenia z wyspy omawiano na salonach w Europie i USA przy filiżance porannej kawusi.

W całym tym zgiełku, dziennikarze CNN znaleźli prawdziwą sensację!
Jadąc przez Port- a u- Prince  ujrzeli leżących na ulicy mężczyzn, postrzelonych przez funkcjonariuszy policji, którzy uznali dwóch, niosących paczki ludzi za szabrowników i, bez zastanowienia, wypalili w ich stronę z swoich pukawek.
Taka okazja nie trafia się dwa razy. Nasi ,,bohaterowie” wyciągnęli więc cały osprzęt z samochodu i podeszli do mężczyzn. Nie zapomnieli, rzecz jasna, włączyć swoich kamer i nakierować szklanego oka, pełnym dramatyzmu ujęciem, na umierającego człowieka. Drugi, lekko postrzelony, kiedy zaczął prosić o pomoc, także dostał swoje pięć minut sławy.
Nie często ma się okazje filmować kogoś umierającego od kuli, prawda?  W zgiełku jadących na około samochodów, na gorącym od słońca asfalcie, przy akompaniamencie radosnego bzyczenia much,  dziennikarze z radosnymi od myśli o wynagrodzeniu minami  kręcili operę pod tytułem ,, człowiek umiera!”.
Musieli się spieszyć. W końcu nie wiadomo, kiedy kto umrze, a trzeba jeszcze nakręcić jak to krew wypływa z ust, jak mężczyzna w agonalnych skurczach podryguje na chodniku…
(Pomoc? Jaka pomoc? O czym ty do nas, gościu mówisz?! My tu ciężko na ŻYCIE zarabiamy, kręcąc nasz REPORTAŻ w tym śmierdzącym, barbarzyńskim kraju!)

Jak to było? ,,Żadna praca nie hańbi”? Prawda. Ale sposób, w jaki się ją wykonuje – już tak.
Jestem ciekaw, czy bohaterowie dzisiejszego wpisu pomyśleli choć raz o tym, by zawołać kogoś po pomoc, zamiast pędzić co tchu, by nakręcić śmierć.
I ciekawe, ile za ten swój materiał dostali. 100 dolców? 200? Na ile wyceniono film o umierającym człowieku?

Skończyła się książeczka. Radosny Pinokio zawędrował na swoje miejsce w szufladce.
– Tato, a zostaniesz jeszcze chwilę? Boję się potworów z szafy…
– Nic się nie bój, kochanie. Potwory z szafy nie istnieją. ( w przeciwieństwie do tych, za drzwiami naszego domu) Więc nie obawiaj się. Jesteś bezpieczna.
Tata wychodzi z pokoju, gasi światło.
Jest w domu, jest bezpieczny. To dobrze, ma coś do zrobienia.
W milczeniu idzie do łazienki. Patrzy na przygotowaną przez siebie pętle. Tak, tak dobrze. Koniec strachu. Już nigdy nie będzie musiał wyjść z domu, nigdy już nie będzie się bał. Potworów. Bo one istnieją. Mała Basia jeszcze o tym nie wie, ale one tam są. Nie w szafie, lecz w jego biurze, w telewizji, w sejmie…
Zarzuca pętle na szyję. Staje na umywalce.
Nareszcie. Koniec strachu. Papa, potwory.
Krok w przód.
I koniec bajki.

LINK do Artykułu tu (film też tu jest)—> KLIK

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Do you have to be like others?

Dawno już nie oglądałem filmu, który sprawił, że zamilkłem.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Prawdziwa wolność

Dużo piszę o wolności. Taka wolność absolutna jest dla mnie najdoskonalszą ideą, cnotą i wartością. A cnotą cnoty wolności jest umiejętność właściwego z niej skorzystania. Bo po co wolność komuś, kto bez pomocy/nadzoru nie poradzi sobie z własnym życiem?
A więc nie tylko wolność jest ważna, ale też właściwy człowiek myślący i działający tak, by cnota była dla niego nagrodą, nie ciężarem.

Wiele osób powie, że prawdziwej, totalnej i niezaprzeczalnej wolności nie ma. Wierzący w Boga powiedzą, że jest, ale tylko tam, w zaświatach. Bo tu, na świecie, zawsze ktoś będzie cię ograniczał. System, ludzie, Twoi szefowie, Twoje dzieci, Twoje obowiązki… samo życie ogranicza już w jakiś sposób, dając nam tylko dwie drogi wyboru – byt, lub śmierć.

Ale ostatnio doszedłem do wniosku, że prawdziwa, totalna wolność istnieje tu, na Ziemi, w naszej rzeczywistości i systemie. Co więcej, o nią walczyć nie musimy. Żadne mury nie runą, wyrywać kajdan i łamać bata też nie musimy.

Prawdziwą wolnością jest łóżko. W łóżku, tym najprawdziwszym, nie udawanym akcie spełnienia, musimy zrzucić nasze maski. Łóżko to oddanie samego siebie innej osobie, całkowite obnażenie zarówno psychiczne, jak i fizyczne, na tą jedną, szczególną chwilę – całkowite odrzucenie intymności.
Całkowita, nieskrępowana swoboda.
Prawdziwe łóżko to akceptacja drugiej osoby w równym stopniu, jak siebie samego.
Łóżko to wolność absolutna, jedyne, co cię ogranicza, to ty sam. Twoja wyobraźnia, a nieumiejętności, rozmiary czy wygląd. W prawdziwym łóżku to nie cielesność jest ważna, lecz umysł.
Ciało jest tylko narzędziem, przekaźnikiem umysłu, wyobraźni.

Stąd zaś płynie prosty wniosek, że prawdziwą i absolutną wolnością jest oddanie samego siebie komu innemu. Całkowita akceptacja i zjednoczenie z sobą samym i drugą osobą.
Łóżko jest prawdziwą, totalną wolnością bez granic.

Bo tu nie liczy się nic więcej prócz Ciebie i tej drugiej osoby. Bez ograniczeń.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

GB: Łóżkowy zakaz rządowy.

Jak podaje BBC, brytyjka Caroline Cartwright została skazana na osiem tygodni więzienia w zawieszeniu na rok za zbyt głośne przeżywanie seksu.
Jest to zgodne z uchwalonym w kwietniu ubiegłego roku zakazem zbyt głośnego okazywania ekstazy podczas seksu.

O tym, że Wielka Brytania zmienia się powoli w państwo policyjne wiedziałem już od dawna. Słyszy się o kamerach, nakazach, zakazach, głupich pomysłach ,,zapobiegania ciąż nastolatek” (takich, jak bardzo dosadne uświadamianie dzieci w przedszkolach). Kiedyś jednym z żartów, czy też gdybań, które nie miały prawa się sprawdzić było powiedzenie, że ,,władza wejdzie Ci do łóżka” – uosobienie absurdu.
I stało się. Władza istotnie zaczęła wchodzić do łóżka i nikt nie robi z tego wielkiej afery. Podobnie jak z kamerami, których jest coraz więcej. Przypomina to fabułę gry komputerowej ,,Mirrors Edge” (o której także będzie wpis), w której odbierano społeczeństwu wolność krok po kroku, a gdy lud się zorientował -było już za późno.

Czy jest to odbieranie wolności? Wedle klasycznej, liberalnej maksymy wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna drugiego człowieka.
Z drugiej strony właśnie tutaj zaczyna się ta wolność – w łóżku.
I tak się zastanawiam, kto dał prawo rządom do zakazywania czegoś, co jest obecne od kiedy człowiek pojawił się na Ziemi?
Odpowiedź przychodzi sama – my. Wyborcy.

Zakaz zbyt głośnego orgazmu? Moim zdaniem to już jest śmieszne. Albo nie, inaczej – to byłoby śmieszne, gdyby nie działo się naprawdę.
Stąd już jeden, mały kroczek do zakazywania okazywania przyjemności, uczuć, zakaz dotyku… to, czym straszą filmy takie jak ,,Equilibrium, czy ,,Wyspa” staje się powoli prawdą, bowiem sama przyjemność z seksu zależy przecież także od tego, jak ją okazujemy. I cóż, jeden nakaz rządu sprawić ma, że w swoim domu i łóżku będziemy stękać cicho pod poduszką (że już tak wprost powiem), byle by tylko nie dostać kary?

Od paru już lat z przestrachem patrzę, jak w demokratycznych i ,,wolnych” krajach coraz bardziej zaciskają się pęta. Póki co – są to różne kraje. Oddzielone. Strach pomyśleć jednak, co się stanie, gdy wszystkie te prawa złączą się w jedno.
I może się okazać, że ta wspaniała demokracja nie jest wcale tak piękna, jak myśleliśmy. Ba, może okazać się gorsza od komunizmu!
Bo co jest gorsze – ustrój, w którym wiemy kto jest wrogiem(przynajmniej bardziej), czy taki, w którym przyjaciele okazują się wrogami, człowiek człowiekowi wilkiem a kropla po kropli, ziarnko po ziarnku ktoś zabiera nam wolność, podczas gdy społeczeństwo żyje w przeświadczeniu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku?

Patrząc na to wszystko mam tylko nadzieję, że ,,prorocy” mylili się co do 21 grudnia 2012.
Że nie będzie końca świata, tylko  cywilizacji.

Bo jeśli nie, to pytanie zadane dawno temu przez Janusza Andrzeja Zajdla – ,,Dokąd jedzie ten tramwaj”,  na pewno doczeka się odpowiedzi.

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Wpis pierwszy

Ale na pewno nie ostatni. Słuchając podniosłej muzyki z gry ,,Dawn of War II” jestem pewien, że nie. Przeniosłem się tu z portalu gram.pl , gdzie miałem zaszczyt przez trzy lata prowadzić bloga, który stał się moją stroną oficjalną.
Różne są koleje losu. na Gram.pl byłem użytkownikiem od pierwszego dnia tego serwisu, z pewnym więc bólem obserwowałem, jak coraz bardziej się stacza. Najpierw opuściłem forum, potem bloga. Uznałem, że hipokryzją z mojej strony mówić będzie o wolności – będąc na portalu, gdzie tejże nie ma (i godząc się z tym). Ponadto ,,gramsajty”, jak nazwano te tworzone przez użytkowników strony, nie były tak naprawdę blogami. Zamknięte na świat, odseparowane. Po wielu aferach, BANowaniach innych użytkowników i zabraniania im dostępu do tekstów (których byli autorami) zdecydowałem wreszcie, że nie jest to miejsce dla mnie.

Jestem więc tutaj. I…podoba mi się. Od kiedy pierwszy raz postanowiłem się pobawić wordpressem. Myślę, że będzie mi się tu dobrze pracowało.
Otwierając więc ten mój kącik w sieci chciałbym podziękować paru osobom, bez których to miejsce by nie powstało. I nie jest to utarty zwrot, który stosuje się w książkach. Nie, to miejsce naprawdę nie miałoby żadnych szans powstać (nie mówiąc już o egzystowaniu w sieci) gdyby nie Fumiko, która już od wielu tygodni próbowała mnie przeciągnąć na stronę wordpressa ( i udało się! Chwała jej za to!), wyprosiła dla mnie miejsce na tym serwerze, pomogła biednemu ,,noobkowi” w postawieniu tej strony od strony technicznej (powstań, mój potworze!). Fumiko, jesteś wielka. Naprawdę. I niezmordowana, o tak ;]
Kolejną osobą jest Aniou, właściciel tego serwera. Ten człowiek (słuchajcie!) ten człowiek, oddał ot tak część miejsca na mój blog, wiedząc o mnie tylko tyle, co mu powiedziała Fumiko! I, naprawdę, chętnie bym mu uścisnął rękę. Dzięki, naprawdę wielkie dzięki za to, co zrobiłeś!
Następny w kolejce jest Godryk. To samo, właściciel domeny (o tak szlachetnej nazwie) sf-f.pl . Też mnie nie zna i też (ot, tak) pozwolił, na moją bytność tutaj. W dzisiejszym świecie – zachowanie bardzo rzadkie. Godryk – wirtualnie potrząsam Twoją dłonią :)

Cóż, podziękowania zostały spisane, czas się brać do roboty i zabrudzić te czyste karty kolejnymi wpisami. I myślę, że tu będzie ich więcej, niż te marne 400 na poprzednim blogu.
Co mam jeszcze dodać?
Zaczynamy!

Comments

comments

Powered by Facebook Comments

Page 26 of 26

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén