Tag: Książki (Page 1 of 2)

Groza w Polskich szkołach

groza - topka

Polska wyzwoleńcza, Polska pod zaborami, dzielni i odważni rycerze, wojna, holokaust, obozy śmierci i getta – tak przedstawia się obecnie tematyka tego, co uczniowie muszą czytać w szkołach. Było tak zawsze – czytamy o umęczonym kraju, wiecznie wojującym i ciemiężonym. Na podstawie Mickiewicza, Słowackiego, czy Orzeszkowej uczymy się o polskiej literaturze. To o Sienkiewiczu się mówi, o Barańczaku wspomina, z Gombrowicza przepytuje. A gdzie w tym wszystkim bardziej współczesna beletrystyka? 

Tekst został napisany pod wpływem pewnej akcji, o której mowa na jego końcu. 

 

Nie chcę w żadnej mierze nawoływać do usunięcia wyżej wymienionych autorów z kanonu lektur. Przynajmniej nie wszystkich – zbyt wyjątkowa to literatura. Mrożek, czy Gombrowicz to jedni z najważniejszych pisarzy w polskiej literaturze, obdarzeni wartkim stylem i mający dużo do powiedzenia – nawet nam, w XXI wieku. Ile jednak można wracać do „Lalki”, czy przedzierać się przez chaszcze opisów Orzeszkowej w Nad Niemnem?

Żeby było jasne – tej literatury też nie chcę piętnować. Każda ma prawo dowodzić swoich racji i wielkości. Warto by jednak pomyśleć, że świat poszedł naprzód, a Polscy uczniowie mogą chcieć czegoś więcej od literatury. I że interpretacje i analizy lektur, które mówią o rzeczach zupełnie już nie związanych z rzeczywistością – i owszem – powinno się przeprowadzać, ale w zupełnie innym niż dziś kontekście. Uwzględniając, iż nie jest to jedyna i słuszna literatura.

Choroba…

Wydaję mi się, że Język Polski w szkołach zatracił swój sens i kierunek. Został w tyle, kiedy świat ruszył do przodu. Zamiast zajmować się literaturą, wszedł na wody z góry ustalonych interpretacji ciągle tych samych dzieł. Bo tak łatwiej, bo nie trzeba się starać – nie trzeba być na bieżąco. Można korzystać ze starych, utartych schematów, gdyż Słowacki wielkim poetą był.

Przypominam sobie, jak to było – jeszcze niedawno – z czytaniem lektur u mnie w szkole. Jednym z najbardziej renomowanych polskich liceów, było nie było. Otóż lektur nikt nie czytał. Bez uogólnień – mało komu się chciało. Było ich, oczywiście, bardzo dużo w klasie o rozszerzonym profilu humanistycznym. I zwyczajnie nie opłacało się ich czytać, gdyż wszelkie próby samodzielnej interpretacji kończyły się zwykle marną tróją, jeśli nie gorzej. Nauczyciel w końcu ma zawsze rację, a nawet jeśli nie – to rację ma program. A w programie napisane jest jak należy dane dzieło interpretować – i trzeba tak zrobić, jeśli chce się zdać maturę.

Czytając bryk byłeś o krok dalej niż ci, którzy „męczyli się” z książką ostatni tydzień.

Gdzie tutaj jest miejsce na ćwiczenie wyciągania wniosków? Myślenia? Gdzie tu jest miejsce na zaszczepienie w młodzieży miłości do czytania? Wreszcie – w jaki sposób lekcje „Języka Polskiego” mają pokazać, iż Polska literatura jest warta czytania… i że w ogóle jakaś jest?

Czemu więc się dziwimy, że młodzież nie czyta, albo, że na półkach tych księgarń, które jeszcze nie zostały zamknięte, stoją zagraniczne dzieła pokroju „Zmierzchu”, czy „40 twarzy Greya”, a pytając Polaków o ich własnych autorów, napotyka się zwykle brak odpowiedzi, albo chęć wyśmiania?

… i lekarstwo

Polski system edukacji potrzebuje naprawy. Najlepiej byłoby zbudować go od nowa, rezygnując z kluczy i ciasnych programów, ale póki co, może warto byłoby przynajmniej spróbować wyciągnąć rękę po lek?

Można by było zacząć od odświeżenia kanonu lektur. Nie, by wyeliminować dobrych i ważnych autorów, a by pokazać, iż istnieje ciągle coś takiego, jak Polska książka. Pokazać uczniom, że poza nowelami pozytywistycznymi, poza literaturą wyzwoleńczą, istnieje coś jeszcze.

Nawet Orzeszkowa pisała przecież o pracy u podstaw – zróbmy więc coś więcej, niż analiza jej słów, i rzeczywiście u tych podstaw popracujmy. Analizujmy polskie dramaty, kryminały, fantastykę. Analizujmy polską grozę. Wywołajmy burzę na lekcjach Języka Polskiego, dyskutując o tym, co w swoich książkach mówi Miłoszewski. Co przekazuje Grochola, jaki obraz Polskiej wsi maluje Darda, jakie motywy przywołuje Sapkowski. Dyskutujmy o grozie miejskiej w prozie Kyrcza i o grotesce w powieściach Kaina.

Polska literatura jest piękna i bogata, rozbudowana na wszystkie możliwe gatunki.

Tyle i aż tyle.

Zanim pozwolimy umrzeć kulturze słowa, pytając się co poeta miał na myśli i oczekując odpowiedzi z kartki.

Duch zmiany

Parę dni temu wystartowała akcja, promująca „Pradawne zło” Łukasza Radeckiego i Roberta Cichowlasa do rangi lektury szkolnej. Wystarczy kliknąć ten L I N K.

Może to będzie dobry początek?

pz lekturą

Merry Creepstmas! – Top 10 książek na święta.

Najpierw życzenia

Jest kicz, jest śnieg (nawet na ulicach, o dziwo), jest Last Christmas w radiu, jest karp i opłatek.  Mamy wigilię Bożego Narodzenia, czyli czas na życzenia.

Życzę Ci, drogi czytelniku, naprawdę wielu udanych prezentów (kolejne skarpetki to dopiero frajda, nie?), świetnych książek , samych dobrych historii, udanego świątecznego klimatu, naprawdę dobrego karpia i poczucia dobrze spędzonego czasu.
I niech pójdzie w cycki tym, którym pójść może.

Dla umilenia – naprawdę świetna kolęda, polecam odsłuchać do końca, a potem kliknąć ten czerwony krzyżyk  po prawej u góry, złapać jakąś naprawdę dobrą książkę i usiąść w fotelu, najlepiej zwróconym do okna tak, by było widać padający za nim śnieg.

[youtube]http://youtu.be/tra1zPqj9T8[/youtube]

 A teraz świąteczna TOPka :)

Co? Jeszcze tu jesteś? No to poczekaj chwilę, bo mam dla Ciebie mój własny świąteczny TOP10 naprawdę dobrych książek na wolny czas.
A przy okazji zapraszam Cię do małego wyzwania. Zróbmy razem taki prawdziwy, świąteczny TOP 10. Wypisz w komentarzu swój TOP10, a pierwsze punkty zarówno z moich, jak i Twoich propozycji wylądują w tym ostatecznym, wielkim świątecznym TOP10.

Gotowy? No, to zaczynamy!

1. Stephen King – Mroczna Wieża.

 Naprawdę mało jest powieści, które wciągają na tyle, że odradzam ich czytanie każdemu, jeśli ma zbyt mało czasu… co w kontekście 7,5 książek w całej serii ma naprawdę wielkie znaczenie. Tom pierwszy może nie nastrajać tak pozytywnie, jak wszystkie pozostałe, ale gwarantuję, że maksymalnie do połowy drugiej części przestaniesz jeść, pić i reagować na bodźce, a podstawowe czynności wykonywać będziesz z książką w ręku.

2. Peter Watts – Ślepowidzenie

Jeśli istnieje książka Sf, która zasługuje na miano „Książki dekady” z zakresu fantastyki naukowej, jest to zdecydowanie „Ślepowidzenie”. Peter Watts pokazał, że science fiction nie umarło i ciągle da się napisać coś innowacyjnego w tym gatunku.

3. Stephen King – Misery

Krótka, acz bardzo klimatyczna powieść Kinga. Jeśli nie czytałeś, nie możesz się nazwać prawdziwym fanem Kinga. Śniegi i samotna kobieta potrzebująca trochę ciepła, akceptacji i bliskości kogoś sławnego…

4.  J.R.R Tolkien – Hobbit

Jeśli jest czas, by odświeżać klasyki i znów zanurzyć się w magiczny świat baśni, to są to właśnie święta. Szczególnie teraz, kiedy przecież film pod tym samym tytułem (czy tej samej treści – się okaże) wchodzi do kin.
A jeśli już nie sami, podsuńmy tę książkę młodszym. Mój brat, który właśnie patrzy mi przez ramię stwierdził przed chwilą:
– O, masz Władcę pierścieni!
– Jak to? – pytam zdziwiony.
– No Tolkien, czyli Władca pierścieni!
– Ale przecież to Hobbit, młody.
– No Hobbit to Władca pierścieni.
– Nie, Hobbit to nie jest…
– To taka gra jest.
Jeszcze nie rozumiem. Jeszcze się dziwię. Przecież to nie możliwe, by…
– Gra?
– Taka gra Lego, komputerowa…

Tak więc podajmy dalej. Przekażmy Hobbita młodszym.
Proszę.

5. K.A Szklarscy – Złoto gór czarnych

Ileż ja przeżyłem przygód z Indianami, dzięki Szklarskim! Ich trylogia to bezkresne przestrzenie prerii i niezwykłe życie czerwonoskórych braci, opisane w mistrzowski sposób. Na święta – jak znalazł.

6. Karol Dickens – David Copperfield 

Naprawdę magiczna opowieść o chłopcu, buncie, złym losie i mężczyźnie, który się mści. I to nie tak, jak myślisz. Subtelniej. Po… angielsku, rzekłbym.

7. C.S. Lewis – Opowieści z Narnii 

Jeśli kiedyś wracać do klasyków…
Cóż więcej powiedzieć? Jeszcze raz, przygoda czeka.
Dalej wzwyż, dalej w głąb!

8. Andrzej Pilipiuk – Norweski Dziennik

Kiedyś się pochwaliłem Andrzejowi, że czytałem, że uznaję to za jego najlepsze dzieło powieściowe, bo szkoła, bo bunt, bo PRL, bo Norwegia wreszcie. Uniósł brwi, zdziwiony. „To ktoś to czyta…?” spytał. Ano, czyta. I zachęcam do tej lektury każdego. Przygodowa, lekka ale bardzo wymowna.

9. Marcin Wolski – The BESTlarium

Science Fiction? Taaak. Wolski? No, to będzie się działo. Naczelny satyryk RP pokazał klasę. I to już dawno, ale dalej, mimo upływających lat, nie mogę wyjść z podziwu nad ciętym, cynicznym humorem i zajmującą fabułą tych paru opowiadań.
Gratka dla fanów czytelnictwa!

10. Janusz A. Zajdel – Paradyzja

Czy muszę cokolwiek pisać? Po prostu wybitna powieść jednego z najwybitniejszych pisarzy na świecie. I zarazem pokaz naprawdę dobrej walki z PRL-owską głupią cenzurą.

I to koniec TOP10. Czekam na Twoje propozycje z ciekawością.
Aha, no i pamiętaj, że to są książki szczególne, naprawdę umilające święta.

Wesołych, raz jeszcze… i tym razem poważnie :)

Bibliofil bez mapy – Wywiad

Jakoś tak się złożyło, że przeprowadzono ze mną wywiad. Monika Olasek męczyła się, dwoiła i troiła, by wyszło to w miarę dobrze – myślę, że się udało.
Więc jeśli ktoś jest zainteresowany tą rozmową, zapraszam :)

MO: Zostawmy podróże, przejdźmy do pisania. Debiutowałeś opowiadaniem Wyrok po zajęciu II miejsca w ogólnopolskim konkursie Horyzonty Wyobraźni w 2010 r. Czy Twoim zdaniem konkursy literackie pozwalają odkryć talenty, są przepustką do literackiej kariery?
Michał: Zależy jakie. Największe na to szanse mają takie, w których młodzi autorzy mają szansę zadebiutować. Ale tak naprawdę – na papierze, nie na portalu, czy forum. To daje takiego „literackiego kopa”, który sprawia, że zaraz po debiucie można publikować następne opowiadania. Poza tym każda publikacja jest dowodem na to, że nasza praca ma sens, że można gdzieś tym dojść. To daje nadzieję, a nadzieja to wielka siła. Jest wiele dróg do otwarcia literackiej kariery, dobre konkursy literackie są jedną z nich.
MO: W Twoim przypadku to pomogło?
Michał: Nawet nie wiesz, jak bardzo. Przed Horyzontami, moja samoocena w sensie pisarskim była niemal równa zeru. Pisałem, to prawda. Głównie dlatego, że było parę osób – w tym pisarzy – którym się to podobało. Dla mnie moje teksty były ciągle niedopracowane i niepoprawne. W czasie, kiedy brałem udział w HW nałożyły się dwie rzeczy – bardzo mocne wsparcie jednego z poznanych pisarzy, który po prostu powiedział „Michał, to jest dobre. Pisz, do jasnej…” i, rzecz jasna, zajęcie tego drugiego miejsca. To było coś, jeden z najlepszych dni w moim życiu. Kiedy wróciłem do Krakowa, w przeciągu bodajże miesiąca napisałem około dwudziestu opowiadań, z czego przynajmniej piętnaście nadawało się do wydania. Dalej mam bardzo krytyczny stosunek do tego, co napiszę, ale publikacje dały mi pewność, że potrafię. A to bardzo dużo.
MO: Rozumiem, że zamierzasz wykorzystywać stale ten rozpęd. Nadal piszesz w takim tempie czy nieco zwolniłeś?
Michał: Tempo nigdy nie jest stałe, w przeciwnym razie mogłaby pojawić sie rutyna. Zdarzają się też wzloty i upadki, blokady twórcze, albo też okresy wzmożonej aktywności.
Zaś rozpęd zależy w tej chwili już od innych sukcesów. Z pisaniem jest trochę jak z ogniskiem – trzeba ciągle je karmić, by płonęło.

I’ll be there

 

Środa, 25 stycznia i piątek, 27 będą dniami bardzo dla mnie zabieganymi.
Dlaczego? Może zacznijmy od… przyjemniejszej rzeczy.

 

Serdecznie zapraszam 27 stycznia od godz. 18 do klubu „Masada” na krakowskim Kazimierzu. Odbywać się tam będzie 32 już „Kulturkampf”, na którym – także i tym razem – będę czytać swoje wypociny.

18-21 część literacka
18.00-18.10 ALFABET LITERACKI B JAK MICHAŁ BUŁHAKOW
18.10-18.20 KRZYSZTOF BILIŃSKI ( Wolna Trybuna Poetycka)
18.20-18.30 MATEUSZ BOBEK ( Klapki Kubota)
18.30-18.40 MARCIN CICHY ( Pakiet Standardowy)
18.40-18.50 KRZYSZTOF DĄBROWSKI ( antologia bizarre)
18.50-19.00 BARBARA DUDEK ( poezja śląska)
19.00-19.10 JACEK DUDEK ( poezja śląska)
19.10-19.20 KRYSTIAN KAJEWSKI ( fragmenta ABCDARIA)
19.20-19.40 SŁAWOMIR MATUSZ ( Mistyka zimą)
19.40- 19.50 PIOTR MIERZWA ( poezja, Snubrat)
19.50-20.00 BARTŁOMIEJ MIŁOBĘDZKI ( poezja, proza)
20.00- 20.20 MICHAŁ PIĘTNIEWICZ ( Odpoczynek po niczym)
20.20-20.30 SEBASTIAN POST ( poezja, Trismegista)
20.30-20.40 LEA PRADZIŃSKI ( happening literacki)

20.30-20.40 PIOTR SMOLAK ( Neue Wilde)
20.40-20.50 MICHAŁ STONAWSKI ( groza w prozie)
20.50-21.00 MATEUSZ WABIK (poezja, Spisek)
od 21.15 część muzyczna
21.15-21.45 BRACIA SŁABY ( blues rock)
22.00-22.30 KROKODYL ( pastisz rock)
22.45-23.15 RAYUELA ( eksperyment literacko- muzyczny)
23.30-00.00 JAKUB ZIELINA ( ŻMIJ, folk rock)
cena biletów
tzw normalny 12PLN
tzw studencki 6 PLN

TUTAJ opis całej akcji.

Druga rzecz… cóż, trochę mniej miła. 25 stycznia 2012, dzień przed już pewnym podpisaniem przez tak zwany demokratyczny rząd RP, ACTA będzie się w Krakowie (a może nie tylko?) odbywał protest przeciwko temu dokumentowi.
Szczerze? Nie mam wielkich nadziei. Idę tam, bo nie mogę siedzieć bezczynnie, patrząc, jak walą się resztki Demokracji. I rzecz jasna wyjdę, jeśli zaczną jakieś „koktajle Mołotowa” w powietrzu latać, na burdę tam nie idę. Bić się z ZOMO będziemy innym razem.
Przepraszam, za wisielczy nastrój, ale po oglądnięciu tego…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BB52a2rnC2k[/youtube]

…coś we mnie pękło. Pomijam już fakt, że pani prezenterka nie wie nawet, jak się dana „grupa” nazywa. Bardziej istotny jest fakt, w jaki sposób sprawa została pokazana. Wątpię, by pani prezenterka nie wiedziała, co się dzieje. Wniosek jest jeden – przedstawienie całej sytuacji w telewizji jest komuś bardzo nie na rękę. I cholernie mi to przypomina propagandową półprawdę.

Dobra. Dosyć już o tym.
http://www.facebook.com/events/215317315225357/

Jeśli ktoś chce dołączyć, podaję linka.

 

Złe literki

 

(Uwaga, spoilery, jeśli nie skończyłeś, drogi Czytelniku, sagi o Harrym Potterze, możesz się dowiedzieć… paru rzeczy)

 

Dyskusja na temat Harry’ego Pottera i innych – zwróćmy uwagę – szalenie popularnych książek rozgorzała już dawno. Ja sam, w gimnazjum (miałem olbrzymie nieszczęście i równie olbrzymi ładunek doświadczeń z tym związanych uczęszczać do gimnazjum… zakonnego) zostałem na rozmowie kwalifikacyjnej (!) obdarzony pytaniem „Czy czytałeś Harry’ego Pottera?”. Możecie się śmiać, ale odparłem „Tak, przeczytałem go całego” (Serio. Oczywiście całego – wtedy dostępnego).  Potem zostałem zrugany dosyć mocno, że to zło i niebezpieczne.

Dziś ten temat – już po skończeniu całej sagi – do mnie wrócił. Tym razem w postaci filmu z telewizji (?) „Żywa wiara”. Tym razem dyskutują nie tylko o Potterze, ale i o sadze „Zmierzch”. Jak tej drugiej nie lubię (z uwagi na niską jakość literacką), tak będę przed bezsensownym piętnowaniem bronił. Zresztą, zobaczymy. Oglądam film na bieżąco, robiąc wpis „na żywo”.

Zaczynamy.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=A46KOOrHQRg[/youtube]

 

Pierwszym argumentem przemawiającej tu pani jest, że w bajkach, baśniach i innych historiach „dobrych” magią nie zajmują się istoty ludzkie. Są za to Wróżki, wampiry, czarownice (?!)…

Przede wszystkim, od kiedy to czarownice nie są ludźmi? A spójrzmy jeszcze na czarodziejów, takich, jak Gandalf od dziadka Tolkiena. Nie wspominając już o tak ukochanym przez Kościół przykładzie nacechowanej wiarą fantastyki – Narnii, gdzie (w tamtym świecie) magię tworzy nawet sam Aslan (przypomnijmy – Chrystus we własnej osobie).
Przykłady można mnożyć. Każdy, kto czytuje fantastykę znajdzie ich od cholery i trochę. Trochę przykra wpadka, udowadniająca totalne nieobeznanie z tematem… na samym początku.

Następnie szanowna pani wspomina też, że coś, co nie dotyka nas bezpośrednio, czyni lekturę bezpiecznym. Mnie nigdy jakoś Harry Potter bezpośrednio nie dotknął. Już bardziej wspomniana Narnia (Ileż to ja razy wchodziłem do szafy, szukając przejścia…).

Dalej – Pottera szkoli się w technikach okultystycznych. Okultyzm bazuje na magii, zaś sama Sztuka jest i w bajkach. Czasami pokazana bardzo, bardzo krwawo (Nieocenzurowane baśnie Grimmów [uwielbiam]). Mówczyni dodaje jeszcze smaczek – Alchemia nie jest prababką chemii.
Tego już nie skomentuje.

No, to jedziemy dalej – Magia w Potterze jako przepustka do świata celebrytów, piękna, atrakcyjności, wiecznej młodości…
Poszukiwanie tak materialnych – w gruncie rzeczy – mocy jak wieczna młodość jest po stronie czarnej magii, zaś (o ile sobie przypominam) Voldemort nie był zbyt przystojny po tym, jak się -ekhm – zagalopował. Czy życie z magią jest łatwiejsze? Nie bardziej, niż normalne. Zmiana narzędzi – jak się przekonujemy – nie prowadzi do likwidacji problemów. A tych faktycznych nawet magia nie rozwiąże. No, chyba, że ta największa – Miłość, jak zauważa Dumbledore pod koniec bodajże piątego tomu.

W drugim pytaniu nasza znająca się na literaturze rozmówczyni stwierdza, że Lewis, Tolkien a Rowling wspólnego mają tylko tyle, że piszą po angielsku.
Pozwólcie, że chwilę odetchnę… już. Otóż nie, droga pani. Wymieniona trójka jest pisarzami oraz zajmuje się fantastyką. Poza tym cała trójka czerpie pełnymi garściami z legend i podań, wiecie, pogańskich.

Tymczasem blond włosa mówczyni skupia całe swoje tłumaczenie na tym, że Lewis i Tolkien to byli chrześcijanie wielkiej wiary. Rowling, jak wiadomo – nie. Coś mi tu zaśmierdziało religijnym rasizmem.

O, dowiedziałem się, jak pani ma na imię – Małgorzata Nawrocka. Ładnie. Więc, zdaniem Małgorzaty, w Harrym Potterze – przeciwnie niż u Lewisa, czy Tolkiena – widzimy różne odcienie szarości. Wszędzie indziej jest podział czerń/biel.
Nie mogę się nie zgodzić. Chciałbym tylko przypomnieć, że zarówno Tolkien, jak i Lewis pisali w czasach, kiedy taki podział był właściwy, na topie i potrzebny. Dziś idziemy w coraz większy realizm, nawet w fantastyce. Dzięki temu fabuła jest prawdziwsza, odpowiada rzeczywistości… jeśli ma odpowiadać. Bo pani Nawrocka zapomniała o fakcie, że tak Tolkien, jak i Lewis umieszczali akcje w zupełnie innych światach, a rzeczywistość Potterowska jest z naszą – mimo wszystko – zespolona.
Dodać można jeszcze, że walka dobra ze złem w Potterze istnieje – w co pani Małgorzata wątpi. Voldemort (czy też, jak uważa Nawrocka – Valdemort) „czarny pan” i Potter, którego jego przeciwnik nie może znieść ani opętać, bo chroni go – uwaga – miłość.

Co do sił dobra – prócz Harrego (a i to wątpliwe) nie ma nikogo, kto by był kandydatem do postaci dobrej. Nie jest to na pewno ani Ron, ani Hermiona – prawdziwi przyjaciele głównego bohatera. Ani też Hagrid, rubaszny pół olbrzym, oddany przyjaciołom. Ani też Jednorożec, istota najszlachetniejsza i najbardziej niewinna. I w żadnym wypadku Snape, który potrafi oddać życie i honor w imię miłości.

Pani Nawrocka uważa też, że Harry, stając się dojrzały, zaczyna gardzić wszystkim, co nie jest magiczne. W szczególności – Mugolami. Nie wiem, czy pani Nawrocka przeczytała książkę, a jeśli tak, to jak uważnie, gdyż to właśnie postacie utożsamiane z negatywami  dbają o tak zwaną „czystość krwi” i uważają Mugoli za rasę podrzędną, z czym Harry walczy (choć specjalistką tu jest Hermiona).

 

Część pierwsza filmu skończyła się mniej więcej w tym miejscu. Odetchnę chwilę… być może opiszę wrażenia po następnych, a może ta jedna to już zbyt wiele?

Gdzie są wydawcy?

 

Takie pytanie słyszałem bardzo często w ramach ostatniej akcji. I oto odpowiedź, na stronie głównej Wyborczej:

 

Na półkach Empiku coraz trudniej znaleźć powieść fantasy „Taniec ze smokami” George’a R.R. Martina, być może zniknie bestsellerowa biografia Danuty Wałęsy. Wydawcy wstrzymują dostawy, bo sieć zalega im z zapłatami

Wydawnictwa podkreślają, że największa na rynku sieć księgarń ma preferencyjne warunki płacenia za towar. – Od momentu wystawienia przez nas faktury Empik ma aż 120 dni, żeby uregulować należności. Nieraz zdarzało się, że przekraczał ten termin o kilka miesięcy – mówi Marek Dobrowolski, dyrektor handlowy wydawnictwa Nasza Księgarnia. W tym roku Empik zwlekał z zapłatami wyjątkowo długo, wydawcy dostawali nawet tylko 10 proc. przeterminowanych wartości dostaw. Kiedy w październiku kilku wydawców zagroziło, że wstrzymają dostawy, Empik w różnej skali zapłacił. Jednak już po kilku tygodniach poinformował, że to ostatnie pieniądze, jakie otrzymali do końca roku.Efekt domina

– Początek roku był trudny, m.in. ze względu na VAT na książki, który wydawcy wzięli na siebie, bilansując Empikowi koszty jego wprowadzenia. Mieliśmy też do czynienia z dużymi zwrotami z sieci. W wakacje czytelnicy kupują mniej książek, ale od sierpnia obserwujemy już spore ożywienie. Koniec roku był zawsze momentem, kiedy wyrównywało się płatności. Również wtedy wszyscy wypuszczają najlepsze tytuły – czas przedświąteczny to żniwa dla wydawców – mówi Maciej Makowski, prezes zarządu wydawnictwa Prószyński Media. – Nikt nie wychodzi z Empiku, nie zapłaciwszy wcześniej za jakąś książkę. Jak twierdzą nasi rozmówcy, Empik jest winny wydawnictwom i dystrybutorom po kilkaset tysięcy złotych. Są jednak przypadki, że kwoty te sięgają, jak w przypadku dystrybutorów szeroko współpracujących z Empikiem, nawet kilku milionów. Jaka jest całkowita wysokość długu? – Samych karnych odsetek Nasza Księgarnia wystawiła Empikowi na łączną kwotę ponad 60 tys. zł, tylko za okres dwóch ostatnich lat. To daje pojęcie, z jakimi kwotami głównymi mamy do czynienia – mówi Marek Dobrowolski z NK. Kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach przez tak dużą sieć powodują zachwianie całego rynku księgarskiego. – Kiedy nie dostajemy pieniędzy, zagrożona jest nie tylko płynność finansowa naszej firmy, ale także wszystkich, którzy z nami współpracują. To efekt domina, bo nie możemy zapłacić drukarniom, tantiem autorskich itd. Nie jesteśmy w stanie także zaplanować przyszłego roku: podpisać umów na nowe tytuły z licencjodawcami. To bardzo destabilizuje rynek – dodaje Dobrowolski. Problemy mają także dystrybutorzy tacy jak J&K Olesiejuk czy Platon, którzy reprezentują mniejsze wydawnictwa. – W imieniu Czarnego po pieniądze dobija się do Empiku Platon. Platon nam płaci, choć terminy płatności ciągle się wydłużają, i tylko oni sami wiedzą, ile ich to kosztuje – mówi Monika Sznajderman, szefowa wydawnictwa Czarne.

TUTAJ ciąg dalszy :)


Wojna z gigantem

 

Losem dobrze się prowadzących film jest to, że wzrastają. Prawda oczywista, co je – rośnie. Czasem zdarza się jednak, że zwykłe odżywianie zmienia się w prawdziwą manię jedzenia. Firma, zupełnie jak żywy organizm, tuczy się, zapomina o rozsądku, chcąc więcej i więcej. Wkrótce zmienia się w lewiatana, machinę do robienia pieniędzy.
Taki los stał się udziałem Empiku. Zasług tej firmy nikt nie może umniejszyć. Ostatnio jednak nie dzieje się zbyt dobrze. Książki stały się – mój osobisty zarzut – towarem. Mój Boże – są nim, oczywiście. Ale sprowadzać je do poziomu kostki sera, tudzież słoika dżemu… ? Przesada.

Mógłbym rozpisać więcej… ale wiecie co? Przejdźmy się. Zapraszam na przechadzkę po dziele książkowym w Empiku. Z perspektywy zwykłego czytelnika… głębszymi rzeczami zajmiemy się później.

***

Szklane drzwi rozsuwają się przed nami. Uderza nas fala gorąca. Przechodzimy przez bramki strzeżone przez dwóch ochroniarzy.
Dział książkowy mieści się na trzecim piętrze. Winda? Wolne żarty, nie dość, ze wolna, to jeszcze wiecznie zatłoczona, nawet, gdyby jakimś cudem była akurat na parterze, zostalibyśmy zmiażdżeni w jej wnętrzu. Nie, schody będą lepsze.

Po dotarciu na trzecie piętro ma się dziwne wrażenie, że winda jechałaby dłużej. Ale dość o tym. Wchodzimy. Ściana naprzeciwko wytapetowana jest „Zmierzchem” i innymi „Top książkami”.  Na środku bestsellery po niebotycznych cenach. Jeśli wejdziemy dalej w działy, zobaczy,my te same zabiegi. Wysokie ceny, książki ustawione, jak tapety – okładkami do przodu. Często pomieszane. Horror w dziale Sf, Fantasy w dziale Horroru. Tylko parę nazwisk. Nie uświadczymy tutaj niektórych nowości, bo te są dla Empiku zbyt małe, nic nie znaczące.  Może będziemy mieli szczęście i znajdziemy jakąś pozycję z tych „mniejszych” wydawnictw wciśniętą na dolną półkę. Jeden egzemplarz.
Obsługa? Ci ludzie z reguły nie mają pojęcia, o czym do nich mówisz. Dla nich wszystkie książki są takie same. Jak nie ma, to nie ma. Znaczy, że Empik nie uznał danej książki (z reguły nowej, nie wspieranej przez jedno z największych wydawnictw które płacą wręcz, by ich książki były sprzedawane w molochu) za towar dobrze się sprzedający. I tyle.

Pozwolicie, że na chwilę odetchnę i oddam głos Pawłowi Bernackiemu, którego tekst znalazłem w sieci ostatnio:

W PRLu przeżyłem co prawda ledwo trzy lata, ale pewna drobna historia, która przydarzyła mi się ostatnio, przypomniała mi opowieści ojca i dziadków o socjalistycznej przeszłości naszego kraju. Oto rzecz niby zwyczajna – chciałem kupić w prezencie urodzinowym dla nastoletniego kuzyna książkę. Konkretnie najnowszy tom z serii Eragon, którym się zaczytuje. Prosty wydawałoby się wypad do księgarni okazał się jednak poważną eskapadą, podczas której zbiegałem pokaźną część Wrocławia.
Otóż wchodzę do pierwszego salonu z książkami, zerkam na półkę z fantastyką, wynajduję trzy wcześniejsze części serii, ale tej, która mnie interesuje, nie ma. Niezrażony wzruszam ramionami, myśląc, że popularne to, to i dobrze schodzi, po czym ruszam do kolejnej księgarenki. Tam jednak zachodzi analogiczna sytuacja. Wszystkie pozostałe powieści z cyklu są, a tego jednego, najnowszego, nie. Coraz bardziej zafrasowany ruszam do trzeciej handlującej książkami placówki, która do tej pory jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. I co? I tam też pustka. Nie wierząc przerzucam kolejne książki: Eragon jeden, Eragon drugi, Eragon trzeci… a gdzie Eragon czwarty? No gdzie? Z takim właśnie pytaniem podchodzę do sympatycznej pani pilnującej asortymentu, a ta ze smutną miną oznajmia mi, że nie ma. „Jak to nie ma?” pytam „Wyprzedany?”, na co słyszę odpowiedź „Nie, nie – Empik ma to na wyłączność w pierwszych tygodniach sprzedaży”. Mocno już poirytowany pędzę więc do rynku, wchodzę do salonu na dział z książkami i od razu rzuca mi się w oczy wielki stół z wiszącym nad nim napisem „TYLKO W EMPIKU”, a tam nie tylko mój Eragon, ale cały tabun książek, o których głośno było w mediach. No jak w sklepie GeSowskim…
Przecież kiedyś towar też niby był, ale tylko dla wybranych. Wystarczyło mieć chody, układy, sporo dolarów i kupiło się wszystko. Dziś może nie jest aż tak źle, ale sytuację mamy bądź co bądź niepokojącą. Abstrahując już od znacznie zawyżonej ceny za niespełna czterystustronicową książkę, wpadałoby zastanowić nad wolnym rynkiem. No bo gdzie on tutaj? Gdzie swoboda wyboru, skoro interesujący mnie towar mogę kupić tylko w jednej sieci, bo ta wymusiła (tak wymusiła!) to na wydawcy? A jeśli nie chcę kupować w Empku? Bo, dajmy na to, nie lubię albo nie chcę nabijać im kiesy albo najzwyczajniej w świecie wolę zaopatrzyć w osiedlowej księgarni, choćby z tak prozaicznej przyczyny, że lubię jej właściciela. Tymczasem nie mogę, bo jedna duża sieć z drugą zachciały sobie zmonopolizować rynek przez narzucanie kosmicznych marży i nakładanie na wydawców coraz drastyczniejszych obostrzeń. Ceny książek przez to rosną, a dostępność paradoksalnie spada. Do tego tracą wszyscy: czytelnicy, wydawcy, księgarze… Szczęśliwy jest tylko Empik i jemu podobne molochy, które bezczelnie wymuszają na klientach przychodzenie doń. Niby mam wolny wybór, ale jak chcę kupić, to co mnie interesuje muszę iść do Empiku. To jeszcze nie niewolnictwo, ale coraz mniej brakuje.
I cóż – kupiłem tę książkę, bo niestety do urodzin kuzyna, któremu ją obiecałem, jeszcze nie wyjdzie ona na wolność z empikowego więzienia. Nie ukrywam jednak, że zrobiłem to z niemałą irytacją oraz złością, tyleż na samego siebie, co sieć, która takich ruch na mnie wymusiła. Następnym razem zaś uniosę się dumną obojętnością i spokojnie poczekam, aż dana publikacja trafi do normalnych sklepów. Nie będzie mnie Empik na smyczy prowadzał…

Paweł Bernacki

 

Empik przedawkował pieniądze – taka moja diagnoza. Widać to chociażby po ostatnich poczynaniach Sieci, która zaczęła wykupywać mniejsze wydawnictwa (między innymi W.A.B czy Wilga). Już samo to nie nastraja pozytywnie do sieci sklepów, jest to jednak tylko wierzchołek góry lodowej.

Grzegorz Lindenberg w swoim artykule przedstawia całą sytuację:

Empik teoretycznie kupuje od wydawców książki, które od nich bierze. Teoretycznie, bo większość książek kiedyś odda. To niby-kupno oznacza, że wydawcy muszą od tej sprzedaży w ciągu miesiąca odprowadzić podatki – dochodowy, a od maja również VAT. Tymczasem Empik już w umowach daje sobie cztery i pół miesiąca na zapłacenie pieniędzy, na ogół nie płaci przez kolejne dwa-trzy miesiące, a potem część książek zwraca.

Realnie wydawcy dostają od Empiku pieniądze w niewielkiej części tego, co teoretycznie Empik kupił, i to pół roku po tym, jak od całości zakupów zapłacili podatki. Oczywiście, mogą wystąpić do urzędu skarbowego o zwrot VAT i pewnie po kilku miesiącach ten zwrot uzyskają – ale do braku pieniędzy od Empiku w wydatkach wydawnictwa dochodzi 5 procent VAT i kilkanaście procent podatku dochodowego.

W tym czasie Empik, który teoretycznie książki kupił, nie płaci VAT w ogóle, bo zakupy od wydawców zawsze są u niego większe niż sprzedaż książek w salonach. Przetrzymując pieniądze ze sprzedaży książek przez pół roku, otrzymuje od wydawców nieoprocentowany kredyt w wysokości ponad 200 milionów złotych – 10 razy większej niż jego inwestycje, którymi się chwali.

 

Czy można winić Empik za to, jak się zachowuje… pytanie najbardziej trafne, gdyż sieć wykorzystuje tylko sytuację… wydawnictwa na naszym rynku są co najmniej osłabione. Niewielu już ludzi kupuje książki u nich. Bo jak po książki – to do empiku. Szczerze, przypomina to swoistą pętle. Empik przyczynił się do osłabienia wydawnictw, na których teraz żeruje.

– Wydawcy mają coraz większy problem z odzyskaniem pieniędzy za swoje książki z dużych sieci księgarskich – podkreśla Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka bestsellerowej serii „Cukiernia pod Amorem”. – Przez to maleje liczba tytułów pojawiających się w księgarniach, przez to maleją nakłady na marketing, przez to coraz większe problemy mają redakcje pism i serwisów literackich, przez to z kolei cierpią czytelnicy, poszukujący interesującej i naprawdę dobrej lektury. I właśnie czytelnicy są największą nadzieją na ozdrowienie sytuacji. Świadomy klient, niczym świadomy obywatel, ma siłę, jakiej doświadczyli ostatnio najwięksi tyrani świata. Ponieważ wydałam w ciągu ostatniego roku ponad dwa tysiące złotych na książki w salonach sieci, niniejszym oznajmiam, że przestaję robić tam zakupy! W Waszych-naszych rękach, czytelnicy, los autorów, wydawców i książek. Kupujcie świadomie! Kupujcie w niewielkich księgarniach lub – najlepiej – przez Internet, bezpośrednio u wydawcy – nawołuje autorka.

Granice.pl

 

Jako czytelnik, nie chcę monopolizacji rynku, w której jakaś sieć będzie decydować o tym, co się sprzedaje, a co nie. Chcę sam mieć wybór, co kupuję i znaleźć takie książki, jakie lubię. Tymczasem z Empikiem za sterami muszę mieć nadzieję, że dana książka będzie gdzieś, na tej półce, upchana, być może pogięta, w jednym, jedynym egzemplarzu. Być może.
Jako autor, chciałbym, by dano mi szansę na sprzedaż. Tymczasem, jako, że nie mam nazwiska, Empik uzna mnie za niewartego ryzyka.

Nikt nie będzie mi dyktował, w żaden sposób, czego czytać.

Dlatego nie kupuję w Empiku. I dlatego popieram TĘ akcję.Dlatego kupuję w księgarniach i u ulicznych sprzedawców.

 

***

– Mam na imię Michał
– Cześć Michał…!
– Nie kupuję w Empiku już pięć miesięcy. Przerzuciłem się na mniejsze księgarnie, gdzie mam dostęp do interesujących mnie, dobrych książek.
<oklaski>

Widzisz utkwione w sobie spojrzenia. Prowadzący uśmiecha się lekko.
– A Ty? Opowiesz nam…?

Prywatnie tak [8] – BOM

 

Obiecałem kiedyś, chyba rok temu, ten wpis. Przypomniałem to sobie niedawno, kiedy w ramach jednej z akcji nagrywałem film… przedstawiający mój salon.
Nudziło mi się.
Chory niestety jestem.

W każdym razie – kogo interesuje, w jakim miejscu tworzę ja i taki jeden pad grafik (wybitnie twórcze musi to być miejsce) – zapraszam.

 

Może zaczniemy od kuchni – czyli od biurka. Za wiele tu do opisywania nie ma. Ot, laptop (dzięki pewnemu panu żyjący w tej chwili na skrawku dysku), kubek z pisadłami, głośniki.

 

Z kolei to jest chyba najważniejsze miejsce. Serce naszego domu – Boma, fotel służący tylko jednemu – dawno już chyba zapomnianej rozrywce społecznej, jaką jest czytanie. Za fotelem – plecaki, śpiwory, rzeczy do podróżowania na zimę zamknięte w oczekiwaniu na sezon.
Obok – zakładki, pisadło, karteczki do pisania. No i książki, do których łatwy dostęp.
Z kolei ciekawym artefaktem jest telewizor – nieużywany, niepodłączony do żadnej telewizji, nawet publicznej. Wkrótce zniknie, a my zyskamy dodatkowe miejsce na książki.

 

  Zaraz obok biurka – kolejne półki. A, nie powiedziałem o podziale. Widzicie, starość nie radość, albo też gorączka.
W każdym razie – Na poprzednim zdjęciu ta półka najbardziej po lewej, to książki do oddania, pożyczone. Za nimi – Trochę Pilipiuka i Mileny Wójtowicz, czekające na zwolnienie się miejsca (przecz z telewizorem!). Potem literatura popularno-naukowa (na najwyższej z półek pierwszego od lewej regału), a dalej fantastyka polska (prócz półki ostatniej, przeznaczonej na gwiezdne wojny, Serie niefortunnych zdarzeń, Lewisa…). Po prawej stronie – fantastyka zagraniczna.

Przechodząc, do zdjęcia właściwego (tego tu, po lewej) – pierwsze dwie półki to stara Sf, potem trochę horroru polskiego, fantasy, głównie zaś kryminały.

 

Jeśli jeszcze nie macie dosyć tego wylewu prywaty, zapraszam do oglądania krótkiego filmiku, jak to wygląda w wersji żywej.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xBJkXeqjUEM[/youtube]

Leniwy dzień

 

Nie. Dziś nie robię nic. Chociaż ponad trzydzieści tekstów do przeczytania, chociaż trza by poprawić jedną recenzję… nie, dziś nie. Raz, że po Falkonie zmęczonym, dwa, że psychicznie jestem jałowy. Są też i takie dni, kiedy trzeba wziąć dobrą książkę i zaszyć się w łóżku. To ten dzień.

Przez dobrą książkę rozumiem na przykład „Ślepowidzenie” Petera Wattsa, zwłaszcza, jeśli egzemplarz podpisany przez autora. Zwłaszcza, jeśli napisał tak:

 

Trudno się z nim nie zgodzić, prawda? Ale jestem dumny, bo teraz wie, jak pisać „Ł”.
A tak w ogóle – świetny gość. Pisarze anglojęzyczni ogólnie mają dosyć… specyficzny humor.

 
Jeśli nie macie jeszcze „Ślepowidzenia”, polecam (przynajmniej po lekturze połowy), tak samo jak trzy pozycje, po których przeczytaniu napisałem recenzje.

Teksty dostępne po kliknięciu w okładkę:

        

 

A ja wracam do czytania.

To ja byłem i Duet dręczyłem.

 

Bo wiecie, czym byłaby groza bez odrobiny udręki? Tę zafundowałem polskiemu Duetowi Grozy – Dawidowi Kainowi i Kazimierzowi Kyrczowi Jr. Ostatnimi czasy dosłownie zadręczałem ich pytaniami o to co, jak i dlaczego… a że panowie znali odpowiedzi na te egzystencjalne pytania, ucięliśmy sobie małą pogawędkę, w efekcie której powstał ten właśnie wywiad.

Zapraszam do zapoznania się z jego kawałkiem, jeśli się Wam spodoba – zalajkujcie i idźcie dalej, po sznurku, do pełnej wersji.

 

M.S.: W pierwszym pytaniu zacząłem od strachu, teraz także chciałbym do tego tematu powrócić. Zastanowiliśmy się nad tym, czego się boją ludzie, odbiorcy. Ja się zapytam teraz trochę przewrotnie ‒ a czego się boją autorzy grozy? Są takie rzeczy, czy też piszecie właśnie o tym, co i w Was wywołuje lęk?

D.K.: Był kiedyś taki serial „Czy boisz się ciemności?”. No więc gdyby chciał przestraszyć mnie, musiałby się nazywać „Czy boisz się światła?” :-D Dla mnie przerażające są te rzeczy, które stanowią rewers powszechnych lęków. Bardzo lubię ciemność, światło nieszczególnie. Myślę, że żywi ludzie są bardziej przerażający niż duchy, demony czy żywe trupy. Absolutnie przerażająca wydaje mi się idea życia wiecznego, a prawie wszyscy wokół o tym marzą i chcą w to wierzyć. Trochę straszne wydaje mi się to, ilu jest na świecie sadystycznych idiotów, no i to, że zazwyczaj oni właśnie sprawują władzę i są na stanowiskach rządowych/sejmowych/kierowniczych. Kojące są natomiast myśli o końcu świata, rozmiarach Wszechświata i o tym, że planeta Ziemia nie jest w ostatecznym rozrachunku specjalnie istotna ;-)
K.K.J.: Niezły zbieg okoliczności z tym lękiem, bo akurat ukazuje się zbiór opowiadań, które napisałem z Łukaszem Radeckim, zatytułowany… „Lek na lęk”. Wracając jednak do Twojego pytania, muszę przyznać, że katalog moich strachów ewoluuje wraz z tym, jak przybywa mi lat. Obecnie chyba najbardziej boję się bezsilności, która potrafi nadejść niepostrzeżenie, kiedy straci się czujność. Boję się braku sensu, utraty wiary we własne siły… Człowiek potrafi być swoim największym wrogiem, więc niewiara w siebie zazwyczaj kończy się tragicznie. Zresztą podobnie jak jej nadmiar.

M.S.: Skoro jesteśmy już przy lęku, zostańmy jeszcze trochę i zastanówmy się nad kondycją polskiej grozy. Zewsząd słyszę głosy, że nie jest zbyt dobrze. To prawda ‒ przybywa autorów, ale czy czytelników? Nie widać tego w księgarniach, ani na spotkaniach autorskich… A jak to wygląda z Waszej perspektywy?

 

K.K.J.: Rynek księgarski jest u nas totalnie niestabilny. Z jednej strony nakłady większości książek są niewielkie, sprzedaż kuleje, z drugiej zaś stare mainstreamowe wydawnictwa coraz chętniej sięgają po fantastykę czy grozę, pojawiają się też nowe oficyny wydawnicze, dla których horror nie jest wcale czymś co należy omijać szerokim łukiem. No i media, o których dotąd nie rozmawialiśmy, przejawiają dużo większe zainteresowanie tego typu literaturą niż miało to miejsce pięć czy dziesięć lat temu. To pozwala mieć nadzieję, że z czasem i nasza rodzima groza wypłynie na szerokie wody. O ile oczywiście nie utonie w zdradzieckich wirach gospodarki rynkowej.
D.K.: Chociaż sytuacja polskiej grozy jest z roku na rok coraz lepsza, to nie można jeszcze powiedzieć, że ten gatunek się u nas przyjął. Wciąż jest mniej widoczny niż kryminał, thriller, fantasy czy science-fiction. Co ciekawe, choć polskich autorów science-fiction jest w tym momencie mniej niż autorów grozy, to każdy czytelnik wie, że polskie science-fiction istnieje, a o polskiej grozie wielu nie ma pojęcia. Jak nieliczni są odbiorcy tego gatunku, mogliśmy się przekonać, gdy upadały takie pisma jak „Lśnienie” czy „Czachopismo”. Więc póki co jest to nisza, do której mało kto zagląda, choć od czasu do czasu trafia się pozycja, która nieźle się sprzedaje. Jest dużo lepiej niż było np. pięć, sześć lat temu, więc możliwe, że za kolejnych pięć lat będzie już naprawdę świetnie.

M.S.: Nasz rynek w ogóle ostatnio nie ma się zbyt dobrze. Wystarczy popatrzeć na niedawne rozporządzenia, takie jak wprowadzenie pięcioprocentowego VAT-u na książki. To może mocno osłabić już i tak niezbyt szybki pęd do czytania. Czy i Wy odczuliście skutki wprowadzenia nowych przepisów? Jak duże piętno mogą odcisnąć na rynku i czytelnikach?

K.K.J.: Myślę, że te pięć procent nie stanowi jakiegoś szczególnego problemu; jeśli ktoś kupuje książki, nie przestanie tego robić dlatego, że będzie musiał zapłacić złotówkę czy dwie więcej. Gorzej, że z tą podwyżką wiąże się sporo zamieszania, przefakturowywanie starszych tytułów, przerzucania się książkami przez hurtownie, co generalnie uderza w wydawnictwa, szczególnie te mniejsze. Tym co mnie szczególnie w całej sytuacji wkurza, to krokodyle łzy wylewane przez polityków, którzy od wielu lat konsekwentnie doprowadzają do upadku czytelnictwa w Polsce. No, ale wiadomo, że głupim narodem łatwiej rządzić.
D.K.: Pięć procent nie ma wielkiego znaczenia, ale z zupełnie innych powodów sprzedaż książek bardzo spadła ‒ według niektórych aż o dwadzieścia, trzydzieści procent w porównaniu z poprzednimi latami. Kiedy wszystko drożeje, kupowanie książek schodzi na dalszy plan. Podobno już teraz połowa Polaków nie czyta niczego, nie tylko książek, ale nawet artykułów w gazetach czy w internecie, bo są za długie. Więc całkiem możliwe, że za kilka lat będzie jeszcze gorzej i procent idiotów w społeczeństwie jeszcze bardziej wzrośnie. Wtedy zdjęcie człowieka z książką będzie takim rarytasem jak zdjęcie Yeti albo Potwora z Loch Ness :-D

 

CAŁOŚĆ

Konkurs Lata 80 – Przedłużam

 

Nie mam za wiele czasu. Dzieje się. Dobrze i źle – jak to w życiu. Tymczasem zostałem dosłownie zasypany przez Was wiadomościami e-mail, z pytaniem, czy nie dałoby się przedłużyć konkursu. Przyznam, że sam nad tym myślałem. I… tak, da się. Przyszło już parę prac (które w pocie czoła oceniam), jednak myślę, że dałem zbyt wiele do zrobienia w tak małym kawałku czasu.

Ogłaszam zatem, że konkurs zostaje przedłużony. Termin (już ostateczny) nadesłania prac to 10.09.2011. Oczywiście, dalej czekam pod adresem mstonawski@gmail.com.

Pióra w dłoń i mózgi w ruch!

(a osoby, które już nadesłały prace – drżyjcie ^^)

Konkurs ,,Lata 80″ – Ogłaszam

 

Już od dawna trąbie tu i ówdzie, że zbliża się coś wielkiego, tu, na moim blogu. No i stało się – wybywam na tydzień. Nie, nie. Nie o to chodzi. Jest to tylko przyczyną, z powodu której postanowiłem, że musicie mieć jakieś zajęcie.
Bardzo mi miło otworzyć mój własny, blogowy konkurs ,,Lata 80″.
Konkurs otwieram w ramach akcji ,,Zapach starej książki”, której założyłem już na Facebooku specjalny profil. Konkurs ma za zadanie promować starą literaturę Sf z lat 80 XXw i wcześniejszych.
A co do wygrania? Ano, te trzy piękne książki:

1 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1987
2 miejsce – Don Wollheim Proponuje 1988
3 miejsce – Spotkanie w przestworzach 5

Chyba oszalałem, takie (TAKIE) książki rozdawać… no, ale dobrze. Słowo się rzekło. To teraz zasady, co?

 

Konkurs podzieliłem na parę etapów:

 

ETAP I (20pkt)

Do wyboru:

  • Recenzja któregoś z moich dostępnych opowiadań (spis w dziale ,,Teksty”)
  • Opowiadanie SF w klimatach (tak, jak pisano, nie czas akcji) 60/70/80 lat XX wieku. (max. 15 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie grozy nawiązujące czasem akcji do lat 60/70/80 XX wieku (Max. 10 tyś znaków)
  • Krótkie opowiadanie – kryminał – nawiązujący czasem akcji do wspomnianych wyżej lat. (Max 10 tyś znaków)

ETAP II (10pkt)


Krótka wypowiedź na temat prozy Sf dawnych lat – Dlaczego warto czytać (lub też, czemu nie), polecenie dobrych książek i wspomnienia, od czego zaczęła się Wasza z gatunkiem przygoda.


ETAP III(
5pkt)

Odpowiedz na pytanie: Kto, w jakim utworze i dlaczego wypowiedział poniższe zdanie?

„To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i … O mój Boże, tam jest pełno gwiazd!”

 

UWAGA BONUS (10pkt)

Jeśli jeszcze nie jesteście zmęczeni, możecie zdobyć dodatkowe 10 pkt! Wystarczy tylko przygotować dowolną pracę graficzną tematycznie nawiązującą do prozy Sf lat 80.  Każdy, kto wykona to zadanie dostanie dodatkowe punkty!

A zatem – do dzieła! Konkurs trwa od 22.08.2011 do 01.09.2011 godz 23.59. Przedłużono do 10.09.2011 godz 23.59

Prace proszę wysyłać na adres mailowy: mstonawski@gmail.com

Powodzenia :)

Zachęcam też do kliknięcia w obrazki i polubienie obu stron:

Aha, no i mam jeszcze jedną prośbę – dajcie znać swoim znajomym o tym wydarzeniu. Obojętnie, czy mailowo, umieszczając post na swojej facebookowej tablicy, czy w inny sposób (informując np. na forach).

I niech Wam szczęście sprzyja :)

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén