Tag: Polska (Page 1 of 2)

Co nam mówi wczorajszy dzień?

pytania topka

Jesteśmy tak skonstruowani – by ciągle szukać odpowiedzi. Te zwykle kryją się gdzieś za horyzontem. I dobrze! Bez tego nie byłoby ani Homo Sapiens, ani cywilizacji. Dosyć ironiczne, że to szukanie celu jest w istocie celem życia. Dosyć ironiczne, że czasami najlepszymi odpowiedziami okazują się być pytania. 

25 maja 2014 roku jest chyba jednym z bardziej zauważalnych dni. Na pewno bardzo emocjonującym, dla Polaków i mieszkańców Europy ogólnie. Dla nas z dwóch powodów – po pierwsze, umarł ostatni komunistyczny dyktator naszego kraju. Po drugie, nic tak nie emocjonuje ludzi, jak polityka. Poniekąd słusznie – przynajmniej do pewnego stopnia.

Ale do rzeczy – nie mam zamiaru się rozpisywać. W końcu mam postawić pytania:

Pytanie pierwsze:

O czym nam mówi fakt, że czwartą siłą polityczną w Polsce okazał się Kongres Nowej Prawicy? 

Przypomnijmy – zwalczany, wyśmiewany, ignorowany, w końcu – bombardowany ze wszystkich stron i wszelkimi znanymi sposobami. Już nawet nie patrząc, czy jest to sprzeczne z etyką dziennikarską, lub jakąkolwiek. Obrażany, dyskredytowany, bity, wyśmiewany, zakrzyczany i poddawany manipulacjom na szeroką skalę. Otwarcie niszczony przez media, histerycznie tłuczony przez wszystkie inne siły polityczne kraju KNP dostaje ponad 7 % poparcia i wchodzi do Parlamentu Europejskiego. O czym to świadczy?

Pytanie drugie:

O czym nam mówi fakt, że KNP nie będzie w PE sam? 

Szersze spojrzenie. Eurosceptycy okazują się być trzecią siłą polityczną w całej Europie. Póki co KNP i parę podobnych partii nie jest liczonych w poczet tego zgromadzenia – z racji bycia nowymi i niezrzeszonymi. Partie, które są liczone – to właśnie trzecia siła polityczna, czekająca na zasilenie „nową krwią”. W socjalistycznej Francji eurosceptycy i wielbiciele wolnego rynku wygrali w wyborach, całkowicie deklasując przeciwników. W Wielkiej Brytanii Nigel Farage umocnił swoją pozycję. W Danii – znów wygrana. We Włoszech eurosceptycy są drugą siłą, w Niemczech weszli do PE, w Rumunii liberałowie okazali się drugą siłą. Ba, nawet w Szwecji dostali mandaty. Wobec powyższego, w Parlamencie Europejskim zaroiło się nagle od… przeciwników Unii i zwolenników wolności. O czym to świadczy?

Pytanie trzecie:

O czym nam mówi fakt, że umarł Wojciech Jaruzelski? 

A w zasadzie – co nam mówią reakcje? Czy odbędzie się cichy pogrzeb i będzie mały grób, oraz wzmianka w mediach, czy – tak, jak chce Leszek Miler – żałoba narodowa, a w konsekwencji zapewne materiały medialne pełne smutku, żalu i współczucia, a potem pogrzeb z honorami? Co nam powie (i o kim) wczorajszy dzień w konsekwencji tego wydarzenia?

Pytanie czwarte i ostatnie:

O czym nam mówi fakt, że frekwencja wyborów w Polsce wyniosła 22,7 %? 

Dodajmy, że w całej Unii Europejskiej nie przeskoczyła progu 50%. Ilu zagłosowało i kto później podniesie największy krzyk, jeśli coś nie będzie tak, jak „być powinno”? I nade wszystko (i tym też pytaniem zakończę) – czy to jest właśnie ta demokracja?

„Pierdol się, Polsko”

zdjęcie bezczeszczenia

Mieszkam w złym kraju, gdzie żyją źli ludzie – nie Źli. Po prostu źli ludzie w złym czasie i miejscu. Mieszkam w szarej Polsce i często myślę o emigracji. Mieszkam w Polsce podzielonej na grupki, Polsce słabej i skłóconej. Polsce pobitej i nie mającej już sił, by lizać rany. Polsce ogarniętej autoagresją. Czasem zastanawiam się, ile w tym mojej winy. 

Tytuł wpisu nie nawiązuje do wypowiedzi Szczepana Twardocha – przynajmniej nie dosłownie, sama wypowiedź zresztą stała się już poniekąd hasłem. Twardoch na swoim prywatnym profilu na Facebooku napisał „pierdol się, Polsko” w kontekście emancypacji Śląska. Ktoś z jego znajomych wyniósł to dalej i lud chce krwi – bo Twardoch obraził kraj. A Facebook jest przecież przestrzenią publiczną. Sprawa Twardocha trafiła do prokuratury. Ludzie czekają na krew. Parę miesięcy wcześniej pewien człowiek zamieścił na swoim facebooku zdjęcie przedstawiające polską flagę w kiblu – zawtórował mu inny, umieszczając na YT film, jak polską flagę pali i spuszcza w toalecie. Facebook nie widział jednak nic złego w fladze w kiblu. Prokuratura też nie widziała.

To Polska. Kraj, gdzie nie ma nic dla nikogo, chyba, że po znajomości, chyba, że oszustwem. Polska jest też mała. Polska jest biedna. Polacy to pijacy i złodzieje i tak też sami o sobie mówią, otwarcie śmiejąc się z „polaczków” w Internecie i zagranicą. Polaczek to ten, który jeszcze nie wyjechał gdzieś, gdzie jest lepiej i gdzie mu płacą za pracę, gdzie nie musi się szarpać ze wszystkimi, od wypłaty do wypłaty.

Polska to kraj, gdzie urzędy udają, że działają, a politycy są źli. Źli są też ludzie, którzy ich wybrali, ale nikt nie wie, kim są, bo zaraz po wyborach zmieniają front. Zresztą, fronty są w Polsce dwa – bo inne się nie liczą. Polacy wiedzą, że nikt trzeci nie ma szans, więc na niego nie głosują.

Polska jest krajem sprzeczności. Bo Polacy chcą, by o nich wiedział świat, ale kiedy już się dowie, to zwykle jest Polakom wstyd.

Polski wstyd to też ciekawy temat. Bo polakom jest wstyd wszędzie i za wszystko. Kiedy jakiś człowiek, czy instytucja popełni błąd i pojawi się on na arenie międzynarodowej, to każdy Polak musi bić czołem i powtarzać, jak mu wstyd, a następnie rozszarpać winowajce – za to, że przyniósł wstyd całemu krajowi. Zwłaszcza, jeśli nie przyniósł.

Polacy są wstydliwi i jednocześnie dumni, bo chcą i mówią o tym, jaka ojczyzna była wielka. Nikt obcy nie może powiedzieć o Polsce źle. Ale sami Polacy mówią o Polsce jeszcze gorzej.

Polska armia jest mała i słaba.

Polski sport jest śmiechu warty.

Polska kultura nie ma nic do zaoferowania i jest droga.

Polskie oznacza gorsze.

Polskie jedzenie jest paskudne.

Polskie dziewczyny są piękne, ale dziwki.

Jak w Polsce ktoś coś odkryje, to i tak przecież zostanie to zablokowane i sprzedane.

Polskie miasta są brzydkie.

Polacy są głupi, ale Polak jest mądry.

Polskie góry są małe i nic nie znaczące.

Każdy by Polskę w starciu rozłożył na łopatki.

Polscy rządzący są nieudolni.

…A ich wyborcy zawsze wygrywają, więc nie ma sensu głosować.

Polacy są biedni i muszą oszukiwać.

Polacy muszą wyjeżdżać i być sługami.

Polacy nienawidzą się za to, że się nienawidzą, więc nienawidzą się jeszcze bardziej.

Polskie inicjatywy to klęski już na wstępie. Nie udało się Euro, nie uda olimpiada, nie wyjdzie nagroda.

Bo w Polsce panują układy i kolesiostwo. Każdy to wie.

Tak jest – taka jest polska rzeczywistość, szara i okrutna. Każdy to wie, więc jeśli ktoś próbuje to zmienić, to trzeba go sprowadzić na ziemię. Wtedy on także to dostrzega. W końcu Polacy są realistami. Więc cokolwiek spróbujesz zrobić, nie dasz rady, bo w Polsce są układy i kolesiostwo – no chyba, że sam wejdziesz w układ. A jeśli to zrobisz, to potwierdzisz tylko tę tezę.

Ta notka nie ma zakończenia, ani też jakiegoś szczególnego początku. Jest w niej za to pytanie. Oto ono:

Czy to ludzie tworzą rzeczywistość, czy rzeczywistość ludzi?

Jak się pisze #6

topk

Tym razem niech fakty mówią same za siebie. 

 

Ukazał się wywiad ze mną w projekcie Papierowa Orchidea: 

Co interesującego postanowiłeś nam przedstawić Michale?
Długo zastanawiałem się, jaką to książkę mógłbym przytoczyć, jako „Tą jedyną”, która wywarła na mnie największy wpływ. Za każdym razem, kiedy o tym pomyślę, jako pierwsza pojawia się jedna konkretna powieść. Oczywiście, potem uwagi żądają dziesiątki innych, jak choćby „Hobbit” Tolkiena, „Trylogia Marsjańska” K. S. Robinsona, czy wreszcie trylogia „Złoto gór czarnych” Szklarskich. Widzę książki Verne, Lema, Mastertona, Sapkowskiego, czy Żwikiewicza. Widzę znakomite zbiory Dona Wollheima, wspaniałe książki Żelaznego, Clarke’a, braci Strugackich – moje czytelnicze dzieciństwo. Pierwszeństwa domagają się książki młode, jak „Ślepowidzenie” Wattsa i stare, jak „David Copperfield” Dickensa. Atencji pragną najpierw pojedyncze tytuły, potem ich dziesiątki, następnie setki, by wreszcie przeobrazić się w morze skandujących okładek.
Więcej -> TU
Już w Halloween ukaże się 31:10 – Księga Cieni, a w niej moje opowiadanie „Cienie” (odkrywcze, prawda?). 
 [youtube]http://www.youtube.com/watch?v=aXRySf77o84[/youtube]
A później? 
Później… 
wampiry
I jeszcze bonus – KFASON. Tak było.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BmdWOYTi6sU[/youtube]

The Poland Dead #2 – Zombieland

Jeśli chcesz przeżyć, musisz uciekać. Miasta, dające iluzję bezpieczeństwa i zarobku w czasach pokoju, w czasie wojen i klęsk są miejscami, gdzie najłatwiej zginąć. W Polsce, w trakcie Zombie Apokalipsy, najwięcej ludzi zginie w miastach, w ciasnych uliczkach i zaułkach.

Zombie w końcu wyjdą ze szpitali, mieszkań i domów. Jak każde stworzenia stadne, wydzielą terytoria z łatwym dostępem do zwierzyny łownej – w brew temu, co pokazuje Ameryka, nie tylko ludzi. Trupy są wiecznie głodne, nienasycone. Kieruje nimi wirus, każąc zarażać ciągle nowych, ci odporni na zwykłe jego działania, poddają się ugryzieniom.

I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy, o której nikt chyba nie pomyślał. Twórcy TWD zbyli to stwierdzeniem „Wszyscy to mamy”. Może i tak… a co, jeśli nie? Skoro zadrapania i ugryzienia spowodują, iż staniemy się Zombie (chyba, że odetniemy sobie nogę/rękę z zarażoną raną) sugerują, iż wirus, który dostanie się bezpośrednio do krwiobiegu jest statystycznie za silny dla sił obronnych organizmu – następuje zainfekowanie, utrata świadomości, wzrost agresji… przemiana w bestię, którą znamy jako Zombie. Najlepiej pokazał to film „I am Legend”.

Zombie bywają więc tu podobni do węży – a skoro tak, ich „Jad” można także wyssać, ratując nogę czy rękę. Ponadto, przy radosnym grzebaniu w ich flakach, należy uważać, by krew nie zetknęła się z ranami – nie wiemy, jak długo wirus po „śmierci” trupa jest jeszcze aktywny.

Drugą rzeczą, na którą zwykle nie zwraca się uwagi jest pytanie – czy wirus groźny jest tylko dla ludzi, czy też zwierząt też? W tym drugim przypadku mamy Zombie-psy, Zombie-koty, Zombie-kanarki czy nawet Zombie-Chomiki, co kto woli. Oczywiście, są też i zdrowe osobniki, lecz w czasach głodu, jakie nastaną, szybko zostają zjedzone.

Te elementy to szczegóły i szybko mogłoby się okazać, że w Krakowie na rynku szaleją eskadry Zombie-Gołębi. Ale może właśnie o to chodzi? Zmienia się cały świat, od ogółu, do szczegółu.

 NIE TAKI DZIKI ZACHÓD 

Jak w tych pierwszych latach wyglądałoby życie ludzi? O Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć. Podobnie jak o radosnym uganianiu się z bronią.

W Polsce mało kto ma dostęp do broni palnej, szybko więc stanie się ona towarem tyleż pożądanym, co niedostępnym. A jeśli już – zapłacimy za niego krocie. Czym? O pieniądzach możemy zapomnieć. W społeczeństwie post-apokalipsy wracamy do handlu barterowego: coś za coś. Dam ci mojego gnata, jeśli ty dasz mi swoje fajki. Oddam ci AK47, ale oddasz mi swoją kobietę. Chcesz kobietę, musisz dać mi parę beczek paliwa.

To, że towarem staną się nawet ludzie, jest całkiem pewne. Szybko wytworzą się profesję takie jak najemny zbir (i ich bandy) do łapania niewolników, czy wędrowny kupiec, zwykle bardzo dobrze uzbrojony, silny i nie wahający się zabić, czy to zombiech, czy ciebie.

Kupcy będą mieli wszystko to, czym warto handlować: Papier, jedzenie, leki, broń, tytoń, paliwo. Prościej jednak będzie pozyskiwać część tych rzeczy samemu, choćby z upraw. Do tego jednak  potrzeba bezpiecznego miejsca do życia. Względnie.

Miasta są zajęte przez Zombie, które obficie tam żerują. Jak każde społeczności mają grupy wypadowe, zagłębiające się w teren, by zdobywać pożywienie i nowych członków. Zapomnieć jednak możemy o ujęciach w stylu TWD gdzie zawsze na drugim planie chodzą trupy. To, że ciało nie ma już świadomości, nie oznacza, że zabrakło też instynktu. Pewne zachowania się nie zmieniają, zaś na wierzch wychodzi po prostu dzikie, pozbawione skrupułów zwierzę. Stadne zwierzę. Widzimy to choćby w przypadkach, kiedy odnajdujemy dzieci wychowane przez zwierzęta – dalej mają pewne odruchy, choćby nigdy już nie mogły być… ludźmi.

W świadomości amerykanów żyją małe miasteczka – to oczywiste, są ich macierzystymi domami z czasów Dzikiego Zachodu. Jednak w Europie, a co najważniejsze w Polsce bezpieczne miejsce wyglądało zupełnie inaczej.

Niewielu z nas wie gdzie dokładnie znajdują się schrony i które z nich są poza miastem. Niewielu zna miejsca takie, jak elektrownie wodne, czy choćby nawet progi na Wiśle, idealnie nadające się nawet na schron przeciwatomowy. Ja mam tą „przewagę” iż należę do rodziny inżynierów (humanista w rodzinie inżynierów. Wyobraźcie sobie moje życie :)), bywałem w tych miejscach. Widziałem obiekty, które wyglądały jak NORAD. Jednak jest ich za mało i na dłuższa metę, nie dają nic poza schronieniem – a nam chodzi o przestrzeń do życia i siania.

Amerykanie są biedni. Nie mają zamków. Fortec, z wysokimi murami, kratami, bramami, zwodzonymi mostami. Amerykanie mają małe miasteczka, które obstawiają blachami.

Amerykanom życzę powodzenia.

Miejscami, gdzie gromadziliby się ludzie byłyby zamki, przynajmniej te, które jeszcze się ostały. Zbudowane w miejscach najlepiej nadających się na obronę i obserwację pobliskich terenów. Idealne schronienia. Nigdy nie słyszałem, by Zombie używały drabin i machin oblężniczych.

Szybko pojawiliby się władcy. Każdy zamek byłby odrębnym państwem, z władcą albo absolutnym, albo radą – przy czym w tej drugiej opcji „demokratycznej” szybko skończyłoby się na wymordowaniu rady przez niezadowolonych z kłótni ludzi i obsadzeniu na „tronie” kogoś, kto mógłby rządzić. Niestety, w trakcie klęsk miejsca na demokrację nie ma, gdyż jest po prostu nieefektywna.

Tak byłoby na południu kraju. Na północy, prócz zamków, ludzie znaleźliby schronienie na statkach. Bardzo możliwe, że część wojska szybko by się zreorganizowała i mielibyśmy do czynienia z w miarę stabilnym państwem na morzu – na statkach, oczywiście – demokracji mówimy nie. I ci „morzanie” mieliby atut, o którym „Południacy” mogliby zapomnieć – łatwy dostęp do broni i jedzenia.

Środek kraju szybko stałby się pustynią opanowaną przez chordy Zombie. Tam zapuszczaliby się tylko najodważniejsi kupcy, po wyposażenie, a także, by się przebić i zanieść wiadomości od jednej, dla drugiej strony.  W wielu przypadkach kończyłoby się to śmiercią, jednak taka profesja musiałaby budzić respekt, a także i zyski. Kupiec/Kurier byłby ważniejszy, niż władca.

Kolejną rzeczą, którą chciałbym poruszyć jest omijana zwykle szerokim łukiem przez USAnów religia. W kraju takim, jak Polska ludzie podzieliliby się albo na grupy obwiniające Boga za to, co się stało, albo też garnące się do kościołów… czy też po prostu osób duchownych, czy proroków, pojawiających się jak grzyby po deszczu w każdym możliwym miejscu.

WOJNA!

Wyobraź sobie Polskę po apokalipsie Zombie. Największym zagrożeniem w jej trakcie wcale nie są grupy Zombie, które – choć zbierają krwawe żniwo – robią to w sposób zwierzęcy, instynktowny, ale bezmyślny.

Największym zagrożeniem jest to, co ma mózg.

Pomiędzy Zamkami-państwami, czy też po prostu grodami szybko zawiązywałyby się sojusze, ale równie szybko mogłyby upadać, kiedy jedni mieliby jedzenie, a drudzy nie. Należy się też liczyć z wędrownymi grupami-armiami z daleka, zdesperowanymi, poszukującymi miejsca do życia (oczywiście kosztem innych) i – jakże by inaczej – jedzenia.

Ostatnią z grup, którą należy się obawiać na każdym kontynencie są dzieci.  A dokładnie – ich bandy. W okresie głodu najniebezpieczniejsze są właśnie dzieci, jakby jakaś siła mówiła im „Żyj! Żyj za wszelką cenę, żyj!” – i dzieci to robią. Najlepiej było to widać w Afryce, kiedy pozbawione opieki dzieci łączyły się w bandy. To zdumiewające, co potrafiły zrobić ludziom, które stały im na drodze…

ZOMBIELANDIA

Życie nie byłoby łatwe, ale tak naprawdę nie z powodu Zombie – one były tylko dźwignią, która uruchomiła maszynę chaosu. W tym świecie wróciliśmy do średniowiecza, nie ma prądu, trzeba uprawiać ziemię i polować. O Facebooku nikt już nie pamięta. Jeśli ktoś jest hejterem – to zwyczajnie się go zabija, albo idzie w niewolę. Tusk? Kaczyński? Polityka? Panie, kiedy to było!

Ciągle korzystamy z „zabawek”. Niektórzy mogą mieć, lub zbudować generatory prądu. Samochody napędzane są znaleźnym paliwem. Ocaleli żyją dalej, próbując się odnaleźć w nowym świecie.

Czy im się to uda? I jak będzie wyglądało nowe życie, kiedy sytuacja się unormuje?

To, o czym nie mówimy, to to, że post-apokalipsa nie trwa wiecznie. Cywilizacja się odbudowuje,. Jak szybko? To zależy od rodzaju kataklizmu, jaki ja spotkał. Choć może „Odbudowuje” to źle dobrane słowo, bowiem zaczyna się po prostu od nowa, na starych śmieciach. Tak było w Rzymem, tak będzie także i z nami. Pytanie tylko – kiedy i jak?

W przypadku Zombie możemy powędrować tam, gdzie jeszcze mało kto wędrował, do dalekiej wizji świata za 10, 20 lat… aż wreszcie pół tysiąclecia, kiedy drugie średniowiecze się wreszcie skończy. Gdzie w tedy będziemy i jak Zombie zmienią nasz świat?

Dowiemy się w trzeciej części.

The Poland Dead #1 – Pierwsze dni

 

Kiedyś podobno istniał Wielki Świat. Ojciec opowiadał mi o Sieci oplatającej całą planetę. Mówił, że mógł rozmawiać przez gadającą skrzynkę z ciocią mieszkającą na Nowym Kontynencie, wiele, wiele tysięcy kilometrów dalej. Mówił też, że kiedyś ludzie latali jak ptaki w metalowych pojazdach, a nawet, że ktoś o nazwisku brzmiącym trochę jak „Pstrąg” zostawił ślady swoich butów na księżycu.
Potem przyszli Martwi Ludzie i nam to zabrali. Nikt już nigdzie nie latał i nie rozmawiał z nikim za oceanem.
Tata musiał opowiadać bajki. Pokazywał mi co prawda obrazki w książkach na których widziałem ludzi w kombinezonach kosmicznych, ale wcześniej pokazywał mi też obrazki na których były smoki i Hobbity. Mówił, że to nie prawdziwe.
Chciałem się go zapytać, czy tamte obrazki też nie były prawdą, ale przyszli Martwi Ludzie i jego też zabrali, tak jak wcześniej sieciowe rozmowy i metalowe skrzydła. 
Co do jednej prawdy mam pewność – Martwi Ludzie zabierają wszystko.

Zombie opanowały świat. Zrobiły to na swój własny, oryginalny sposób – z trupią, powolną dokładnością. Nie wzięły go szturmem, jak Pokemony, nie owładnęły urokiem jak Wampiry (bo i jaki urok mogą mieć truposze?), nie zadziwiły niezłomnością małego ducha – jak Hobbity (bo też trudno powiedzieć, by trup miał ducha), nie przygniotły epickością, jak rycerze Jedi.
Krok za krokiem, wlokąc się bardziej, niż idąc, od kiedy kult Voodoo powołał je do życia u początku XX wieku, jak kropla skałę, tak one męczyły świadomość ludzką, aż wreszcie postawiły na swoim – Żywe Trupy świętują tryumf w kulturze masowej. Z niecierpliwością czekam na „World War Z” i jeśli film okaże się tak dobry, jak się zapowiada, przeboleję nawet Brada Pitta w roli głównej. „The Walking Dead” już od trzech sezonów szturmują torrenty i telewizję (w tej kolejności) z powodzeniem zaskarbiając sobie sympatię widza. Do kin wchodzi nawet romans Zombie… choć nasuwające się skojarzenie z nekrofilią pozostawię bez komentarza.

Gdzie jednak nie spojrzę, tam Zombie są rodowitymi (jeśli można ich tak nazwać) amerykanami. Aż dziw, że takie wychudłe. Kiedy zaczynają swój marsz przez USA, giną miliony. Tu też się dziwę, bowiem chodzące trupy są tak wolne, że ich sukces może świadczyć tylko o bardzo złej kondycji fizycznej żywych mieszkańców ameryki. Północnej, dodajmy. Bo kiedy chodzi o Zombie, reszta świata nie istnieje – zostaje tylko najbardziej wojowniczy na naszej planecie kraj, wygrywający każdą wojnę, nawet z obcymi (ten incydent w Wietnamie się nie liczy), za to kruszący się jak domek z kart w obliczu inwazji ślimaczących się trupów.

W obliczu apokalipsy, USA ucieka tak daleko w przeszłość, jak tylko umieją, czyli gdzieś około 300-400 lat – do czasów romantycznego wyżynania Indian ze spluwą w jednej ręce i siodłem w drugiej, czyli do Dzikiego Zachodu. Oczywiście w tym zestawieniu rolę Indian grają trupy.

Bardzo lubię Zombie i oglądając „The Walking Dead” cieszę się nimi, starając się pomijać rażącą głupotę amerykanów czy drewniany styl „władania” kataną wiecznie obrażonej na cały świat Michonne. Niemniej, co jakiś czas pod czaszką tłucze mi się pytanie „a co się dzieje z resztą świata? Gdzie Europa? I co z Polską?” – rzecz jasna żaden z twórców TWD nie odpowie mi na to pytanie, gdyż zwyczajnie nie wie nawet, że coś takiego jak Polska, czy Europa istnieje. Szczerze mówiąc, próbując włączyć którekolwiek z sieciowych materiałów dodatkowych serialu (i za każdym razem stwierdzając, iż w Polsce i jakiś 30 innych krajach są zablokowane), można wysnuć teorię, iż twórcy TWD albo nie wiedzą, że coś takiego jak „Świat Poza Ameryką” istnieje, albo też mają to głęboko w rzyci pomocnika drugiego pucybuta trzeciego pomocnika charakteryzatora.

Pytanie zostaje jednak bez odpowiedzi.

CO Z TĄ POLSKĄ?

Zagadnieniami związanymi z post apokalipsą zajmuję się (hobbistycznie) już ładne parę lat. Od kiedy żyję, nie ma roku w którym nie uświadczyłbym choćby 300 snów o tej tematyce. Bardzo je lubię, zawsze dają mi powód do rozmyślań, czy to nad stanem mojej psychiki, czy końcem cywilizacji.

To nie jest tak, że tylko Zombie chodzą po Ameryce. Zniszczenie tego pięknego kraju za cel wzięli  sobie też wszelkiej maści terroryści, obcy, mutanty, super-źli antybohaterzy czy nawet wielgachne mrówki. Apokalipsa w innych krajach, nawet, jeśli ma miejsce, odsunięta jest na dalszy plan, a o Polsce to już nikt nie mówi (pomijając wyjątki takie jak Autobahn Nach Poznań Andrzeja Ziemiańskiego choćby).

Zacząłem się więc zastanawiać, jak wyglądałaby apokalipsa Zombie w naszym kraju? Bo jedno jest pewne – o Dzikim Zachodzie możemy zapomnieć.

ŚMIERĆ JEST TYLKO POCZĄTKIEM

Jak by się to zaczęło? Czy Zombie wstawaliby z grobów, czy też żywi ludzie, umierając zamienialiby się w dzikie bestie? A może i to, i to?

Jakkolwiek nie zaczęłaby się Apokalipsa Zombie, najważniejszym pytaniem w związku z przebiegiem pierwszych, decydujących dni byłoby pytanie o szybkość rozprzestrzeniania się tej… epidemii. Bo byłaby to epidemia, obojętnie, czy winę ponosiłby wirus, promieniowanie kosmiczne, czy ewolucja.

Kto siedzi w temacie, ten szybko zorientuje się, że apokalipsa Żywych Trupów ma wszelkie znamiona ogólnoświatowej pandemii, co już nakreśla rodzaj końca z jakim się zetkniemy.

Mamy dwa scenariusze: W pierwszym Zombie atakują zupełnie nieprzygotowanych ludzi znienacka. Są morderczo szybkie i okrutne. Mózg, wyzbyty świadomości może użyć całej siły mięśni, dodatkowo ciało cały czas napędzane jest wielkimi dawkami adrenaliny. Zombie nie mają oporów, by wykonać tak mocny cios, by drzwi, które próbują wyważyć się rozpadły. W tej samej chwili zrywają się też ścięgna w ręce trupa, kość idzie w drzazgi, mięso w strzępy. Zombie jednak się tym nie przejmuje, nie wiemy, czy czuje ból, czy nie – jest tak otumanione furią, iż idzie dalej, ciągle próbując używać niedziałającej już ręki.

Bardzo prawdopodobne, że w tym scenariuszu ludzie będą zamieniać się w Zombi nie tylko umierając, napad furii i zanik świadomości mogą być symptomami choroby którą dziś prezentują „Trupy”. Ludzie, którzy będą w tym odsetku populacji „Odpornej” i którym uda się przeżyć nie będą mieli żadnego wyboru poza instynktownym – ucieczka, albo walka i zapewne śmierć.

W drugim scenariuszu pandemia jest bardziej podobna do siebie – przyrasta szybko, niemniej ludzkość ma czas na reakcje. Zanim więc dojdziemy do panicznej ucieczki, następuje szereg wydarzeń, którymi się w tej chwili zajmiemy, a które noszą nazwę

PIERWSZE DNI

Wszystko zaczyna się od informacji. Któregoś dnia na portalach informacyjnych i chwilę później w telewizji znajdujemy gorącego newsa o paru przypadkach, kiedy „Umarli wstali z grobu”. Póki co, nie dajemy temu większej wiary. Na Kwejku szybko trafiają na główną memy w rodzaju „Zabili go i uciekł” czy kadry z popularnego serialu o Zombiakach z podpisem „Zaczyna się”. Ludzie kpią, hejterzy hejtują, gdzieniegdzie pojawia się nawiedzony komentarz w rodzaju „JEZUS CIE URATUJE, ZBLIŻA SIĘ KONIEC NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWANGELIĘ!!!!!!”. To dziwne, ale pierwsze godziny, a może nawet parę dni Apokalipsy Zombie to normalne życie w którym ludzie więcej czytają o nowych aferach politycznych Tuska, zaś na informacje o umarlakach zbywają machnięciem ręki. Bo i kto by się przejmował wątpliwej jakości newsami zamieszczanymi głównie na stronach „Paranormalne”.

Świat ma Apokalipsę Zombie głęboko w dupie, oglądając z napięciem „The Walking Dead”.

Z wolna informacji zaczyna być więcej, napływają z całego świata. Jakiś użytkownik przebija się na główną stronę Wykopu, gdzie oczywiście na news czeka lawina komentarzy z cyklu „Kto kogo przegada i dostanie najwięcej plusów”. Jednak co poniektórzy (z reguły fantaści) podnoszą już głowy, rozglądając się podejrzliwie.

Tak mija parę dni, telewizja donosi o alarmach epidemiologicznych w paru krajach i niektórych miastach w Polsce. Za oknami jakby więcej patrolów policji. Działa poczta pantoflowa, sąsiadka z góry opowiada, że jej koleżanka ma sąsiada, który nagle zabił żonę i dziecko gołymi rękami, przyszli po niego panowie w gumowych kostiumach i wywieźli. Tamta sąsiadka się boi. My też czujemy niepokój, ale blokujemy go myślą, że to nic takiego.

Ten niepokój to instynkt, który każe nam już teraz uciekać. Podświadomość zbiera dane i wie, że coś się kroi. Niemniej, nie należymy do ludzi pochopnych, na paru forach zabłyśliśmy wyszukanym cynizmem, zebraliśmy paręset plusów. Nie damy się tak łatwo.

Podświadomość zaczyna bić na alarm, kiedy z telewizji znikają wiadomości o coraz liczniejszych alarmach epidemiologicznych (póki co jeszcze oddzielnych) głównie w USA i Azji oraz przepełnionych szpitalach. Zamiast tego Tusk szykuje niebotyczną podwyżkę podatków a matka Madzi w lateksie jeździ na słoniu.

I ten dzwonek ignorujemy.

W sieci wrzawa. Na niektórych portalach pojawiają się informacje, na innych są kasowane. Na Wykopie cisza i spokój, administracja czuwa, na Onecie słychać o coraz poważniejszych alarmach, na portalach o zjawiskach paranormalnych aż huczy, posty lecą tak szybko, że nikt nawet nie zadaje sobie trudu, by ten spam czytać. Jeśli mowa o spamie, na skrzynki przychodzą informacje o rychłym zbawieniu, przewyższając nawet oferty odnośnie powiększenia penisa, których teraz jakby mniej.  Odpalając Tora dowiadujemy się, że z głębokiej sieci (nareszcie) zniknęły setki pedofilskich zdjęć, za to wszyscy chcą sprzedawać i kupować broń. Na forach całkiem poważnie piszą „Uciekajcie, ratujcie się!”, hakerzy przypuszczają ataki na komputery rządu, wygrzebując zatrważające informacje.

Nadchodzi dzień, kiedy idziemy do apteki po lekarstwa, z niedowierzaniem zauważając rankiem na ulicach wozy wojska i policji. Telewizja podaje, iż miasto zostało objęte kwarantanną. Większość szpitali jest zamknięta, NFZ nie refunduje leków na nową chorobę. Szczerze mówiąc, media zdziwione zauważają, że w rządzie mało kto został. Posłowie już się nie kłócą. Posłów już nie ma.
Tusk nie przyszedł dziś do pracy, wziął chorobowe.

Sytuacja z wolna wymyka się spod kontroli. Dwa piętra wyżej ktoś krzyczy, do kamienicy wbiega oddział uzbrojonej w tarcze policji. Dziwnie przypominają ZOMO. Słychać strzały – i tym razem nikt już z tego hasła nie żartuje.

Dzwonimy do rodziny, niektórzy nie odpowiadają. W telewizji orędzie prezydenta – wprowadzony zostaje stan wojenny, nie będzie już teleranka. Miasta objęto kwarantanną. Zaleca się zebranie zapasów i pozostanie w domach. Sklepy i apteki pustoszeją, dochodzi do pierwszych rabunków. Niektóre rodziny gromadzą się razem, inne są rozdzielane, kiedy wojsko dzieli miasto na segmenty i ustawia worki z piaskiem i druty kolczaste.

Telewizja wysiadła, na kanałach publicznych miga tylko komunikat „Zostańcie w domu, czekajcie na pomoc” – pomoc nie nadchodzi, chyba, że mówimy o Post-Zomowcach, czy Wojsku z karabinami. Strzały słychać już paręnaście razy dziennie w okolicy. Czasem całe serie.

Chcemy wyjść, kiedy jednak wyglądamy przez okno i widzimy, jak paru Post-Zomowców nagle rzuca się na współtowarzyszy i zostaje rozstrzelanych, cofamy się do mieszkania i dla pewności zamknięte drzwi przystawiamy szafą.

Teraz podświadomość już nie mówi o ucieczce – na to za późno. Czekamy w bezpiecznym schronieniu.

Za ścianą wyje facet, jego żona – miła sąsiadka, warczy. Facet po parunastu minutach przestaje wyć i wzywać pomocy. Jego żona ciągle warczy. Coś nam mówi, że tym razem nie jest to okres.

Sytuacja nabiera tempa. Większość stron w internecie nie działa, lub nie jest aktualizowanych. Facebook wyłączony, nikt już nie lajkuje Zombiaków. Próbujemy dzwonić, lecz wystarczył dzień, by najpierw w działaniu siedzi nastąpiły długie przerwy spowodowane przeciążeniem, potem wreszcie została wyłączona. Parę godzin później pada internet. Dla zabicia czasu (i by ignorować strzały) sięgamy wreszcie po książki. Działa radio. Wciąż parę kanałów, na niektórych słyszymy nieznajomych prezenterów – jeden z nich mówi, że jest sprzątaczem. Pan Zdzisiu od mopa, samotny, zabarykadował się w radiu i nie ma co robić – to gada. Ze zdziwieniem zauważamy, że pan Zdzisiu ma talent do gawędy większy, niż wszyscy prezenterzy radiowi razem wzięci.

Na dwóch z trzech działających kanałów odprawiane są msze. Z nagrań, czasem trafiamy na urywek świąt Bożego Narodzenia, innym razem na Wielkanoc. Na jednym kanale leci to w kółko, a Radiu Maryja włącza się często kobiecy odpowiednik pana Zdzisia, pani Marysia, najwyraźniej strzygąca uchem do radiowego głosu kolegi po fachu. Czasem robią sobie taki „Radiowy dialog” i gadają. Głównie o czasach młodości, ponoć mają wspólnych znajomych. Pani Marysia odprawia różaniec dla wierzących i modli się za Dyrektora, który też wziął chorobowe.

To nie serial, akcja rozgrywa się powoli. Przez ten tydzień w domu zaczynamy powoli jeść kocie żarcie (Kot nie jest zadowolony, ale potulnie je swoją działkę, choć wcześniej grymasił). Nie jest takie złe, już wcześniej smacznie pachniało. Można się przyzwyczaić do strzałów, których po kilku na prawdę ostrych strzelaninach i wybuchach gdzieś na głównych ulicach jest jakby mniej.

Po tygodniu nie ma już prądu (wcześniej była przynajmniej parę godzin dziennie). W lodówce to, co się mogło popsuć, to się popsuło. W kranach nie ma wody. W kiblach też. Nagle ich pojemność zaczyna być bardzo ograniczona, nie mówiąc o zapachu. Komputery bez prądu są bezużyteczne, laptopy pociągną parę godzin, ale – o zgrozo – i tak nie ma po co ich używać. Internet to już przeszłość.

Brak wody i pożywienia powoduje, że odsuwamy szafę i wyglądamy na klatkę schodową. Cisza. Dopiero teraz, dziewiątego dnia, uświadamiamy sobie, że od jakiś dwóch dni nikt już nie strzela. Jest cicho.

Stajemy przed trudnym wyborem – zostać, albo uciekać. Jeśli wybierzemy pierwszą możliwość, prawdopodobnie umrzemy. Jeśli wybierzemy drugą, mamy o parę procent większe szanse na przeżycie, dalej jednak wynoszą one jakieś 20-30%.

I nie chodzi tu o Zombie – w całej Apokalipsie Zombie Zombie są tylko tłem, głównymi zabójcami ludzi są:
– Inni ludzie
– Głód i pragnienie
– Więcej innych ludzi

W Polsce jest to co prawna mniejsze zjawisko, niż w Ameryce. Tam ludzie w razie niebezpieczeństwa troszczą się o siebie i swoje rodziny, Polacy dowiedli niejednokrotnie, że w razie katastrofy są najsilniejszą nacją.

Niemniej, kiedy wyjdziemy, widząc pewnych siebie ludzi z karabinami musimy uciekać (Zwłaszcza, jeśli są łysi – to się nie zmienia). Ci, którzy będą mogli pomóc, na pewno nie będą pewni siebie… i nie będą mieli dużo broni palnej, jeśli w ogóle. Druga różnica między Polską a USA polega na tym, że tam prawie każdy ma broń, a tu zaledwie garstka. Co w przyszłości zwiększy oczywiście jej wartość.

Wychodzimy po namyśle. Im dłuższy namysł, tym pewniejsza śmierć, więc nasze myśli kierujemy ku temu, co zabrać ze sobą. Jeśli wcześniej wędrowaliśmy i wiemy co nieco o sztuce przetrwania – znów nasze szanse są zwiększone, jeśli nie, na pewno przyda się dobry koc, plecak, KAŻDE MOŻLIWE JEDZENIE I WODA, nóż. Kota też możemy wziąć, jeśli mamy. Psa tym bardziej – jeśli duży, to dobrze.

Duże psy mają dużo mięsa.

Był taki post na R.I.P Facebooku, w którym to, co było najbliżej ciebie po prawej stronie zamieniało się w broń podczas Zombieapokalipsy. Nie wierzcie w to. U mnie byłby to gumowy kurczak, nie sądzę, by się przydał.

Za to można wziąć czysty papier, zeszyty, bloki, tytoń i papierosy. To wszystko w przyszłości zamieni się w dobro luksusowe przez które albo możemy umrzeć, albo się urządzić.

Póki co, pakujemy się do jakiegoś ładnego samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła i dużego. O Zapchanych ulicach głównych rodem z USA możemy zapomnieć. Pamiętacie wojsko? Oni już sobie wszystko posprzątali. W przypadku pierwszego scenariusza drogi też są puste, bo nie było nikogo, kto by je mógł zatkać.

Ucieczka z miasta nie jest trudna. Jedynym, co ją może utrudniać są nieliczne Zombie. Nieliczne? Ano, jeszcze tak. Póki co jak każde stadne zwierzęta (nasza „stadność” nie jest tylko zasługą osobowości) są w fazie reorganizacji. Muszą wydostać się z domów i mieszkań, w których wcześniej sami się zabarykadowali, z zamkniętych szpitali (a póki co mają pożywienie w postaci personelu), supermarketów i galerii handlowych. Dlatego po zapasy udajemy się (po cichu, dmuchamy na zimne) do małych sklepików. Najlepiej tych jeszcze zamkniętych, w tych z rozbitymi wystawami wiele nie znajdziemy, mieszkań (otwartych, w zamkniętych są Zombie). Warto zadbać o jakąkolwiek broń. Posterunki policji i koszary odradzam, prawdopodobnie są już zajęte. Jednak wiemy, że są warsztaty samochodowe a w nich klucze, łomy, palniki… w Krakowie na ul. Szpitalnej jest sklep co się zwie „Galeria rycerska” a w niej miecze, zbroje i łuki wszelkiej maści. W dobrym stanie, to nie są ciupagi dla Anglików, tylko sprzęt bractw. Nie ma co się zrażać, że nie umie się władać mieczem – na pewno będziemy to robić lepiej, niż Michonne.
Przydadzą się też sklepy ze sprzętem turystycznym i mapy.

To wszystko spakowaliśmy do samochodu. Klucze znaleźliśmy przy trupie właściciela, lub uruchomiliśmy przez krótkie spięcie, co wcale trudne nie jest. Alarmem ani brakiem prawa jazdy się nie martwimy, bo i tak policja już nie istnieje. Najlepiej znaleźć samochód, pod którego maską znajdziemy klakson i go najpierw po prostu wyrwać. Cichy alarm? A co to?

Z miasta wyjeżdżamy albo żywi i spakowani, albo wychodzimy parę tygodni później jako Zombie. Druga opcja kończy nasze przygody, więc nie będziemy się nad nią rozwodzić.

Po drodze możemy spotkać żołnierzy, którzy będą nas chcieli zatrzymać. W tym przypadku dodajemy gazu, bo nie są to żołnierze, tylko parę wyrostków, którzy czekają na dostawę sprzętu pomocnego do życia jak na chłopaka od pizzy.

Być może nawet nie będą strzelać – żal nabojów. Chociaż na tym etapie mogą ich sobie nie żałować.

Jako, że jesteśmy w Polsce, najlepszym pomysłem jest kierować się albo na południe, jeśli w tych regionach kraju mieszkamy, lub w stronę morza, jeśli nasz dom był na północ od stolicy. W żadnym wypadku nie zmierzamy do niej, myśląc o ratunku.
Tam go na pewno nie uświadczymy –  pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

CDN

Tu kończymy. W przypadku pierwszych dni, pomiędzy USA a Polską występuje – przyznam – dużo podobieństw, są to jednak podobieństwa globalne, zaś diabeł, czy też Zombie tkwi w szczegółach.

Pierwsze dni trwają tak naprawdę (w zależności od przypadku) od 2 godzin, do tygodnia, dziesięciu dni. Jeśli nie staniesz się Zombie, możesz umrzeć na dziesiątki innych sposobów i prawdopodobnie wielu z nas tak by właśnie umarło, nie doczekując widoku chodzącego umarlaka z bliska.

Największe różnice pomiędzy romantyczną wizją USA a twardą rzeczywistością Polską występują w OKRESIE PRZEJŚCIOWYM, który trwać może nawet parę pierwszych lat.

Ale o tym już w odcinku drugim. Krótszym, obiecuję.

Czapki z głów, panowie!

 

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest, że USA, mając tak skąpą – w stosunku do naszej – historię, umie jednocześnie sprzedać ją w tak niesamowity sposób… a my z kolei zupełnie gubimy się w tej naszej Polsce, mało wiemy (dzięki naszemu szkolnictwu), mało wiedzieć chcemy a o patriotyzmie uczą nas zagraniczne zespoły metalowe jak „Sabaton”.

Być może także dlatego polak wstydzi się swojego kraju, kiedy powinien dumnie wypiąć pierś. Być może dlatego także stąd uciekamy, bo nie widząc dobrych fundamentów trudno cokolwiek zbudować, zwłaszcza, kiedy rządzący usilnie starają się zasłaniać nam oczy.

Upada kultura, patriotyzm, polak wie, że to co Polskie jest złe, a to, co zagraniczne – dobre. Od małego nauczony jest, by kpić z innych polaków, którzy próbują coś osiągnąć i utwierdzać się  w beznadziei, w końcu wreszcie się ucząc, że „tego kraju już nic nie uratuje”.

A mamy z czego być dumni. Tyle, że podczas coraz bardziej ograniczonych lekcji historii mówi się o Pearl Harbor a o Wiznie nikt nie pamięta. Rozpamiętuje się Normandię i wspaniałość innych, zapominając, że Polska była kiedyś potęgą. I że może być nadal, jeśli tylko w nią uwierzymy.

Chociaż jak wierzyć, kiedy nie wie się w co?

Amerykanie wierzą. Ich kultura, ich filmy historyczne wychwalają Amerykę pod niebiosa. Często już do znudzenia eksponując flagę i hymn. Patos wylewa się z ekranu, i choć mamy tego dosyć, to wrażenie pozostaje – ta wielka Ameryka.

Szczególne w pamięci utknął mi początek filmu „Legenda 1990”, kiedy chyba 10 pierwszych minut zajmuje opis podróży do Ameryki i jej widok. Imigranci z Europy padają na kolana, krzyczą, rzucają kapeluszami, płaczą ze szczęścia. Bo to „Ta Ameryka!”.

Tymczasem nasze rodzime kino serwuje nam wątpliwej jakości romanse i filmy komediowe, polegające głównie na podkreślaniu absurdu naszego kraju i jego beznadziei. A jeśli już robi się film, który mógłby być naprawdę dobry, to wychodzi „Bitwa pod Wiedniem”.

Gorzkie to słowa, ale konkluzja jest optymistyczna, zapewniam.

Bo oto okazuje się, że jest jeszcze nadzieja – i tak – brzmi to patetycznie. I dobrze, tak ma brzmieć.  Bo jeśli w Polsce żyją ludzie, którzy potrafią zrobić taki film, jak „Gniew Husarii”, film z rodzimymi aktorami, takąż muzyką (Nasz kompozytor!), trwający co prawda ledwo ponad 4 minuty, jednak mocny, wręcz niesamowity.

Jeśli żyją ludzie, którzy umieją tak pokazać Polskę, to jest nadzieja. Wielu dzisiejszych rodzimych mistrzów kina może tym ludziom czyścić buty co najwyżej. Jeśli to jest film amatorski, to pomyśleć, co by było, gdyby Crusader Films i Studio Kobart, oraz Piotr Musiał, zrobili produkcję pełnometrażową!

Kiedy widzę takie filmy, wierzę, że jest nadzieja.
Brawo, najwyższe dowody uznania dla twórców.

Nawet szarża Rohanu wymięka.

Polecam oglądać w HD i na pełnym ekranie. 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=AyJdeSslnys[/youtube]

I bonus, 40:1 zespołu Sabaton.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xcFzsvnMmXY[/youtube]

Polacy nie gęsi, własne książki mają.

 

Wpis na potrzeby wykopu napisany, oraz pewnej akcji, o której więcej pod spodem.

Usłyszałem gdzieś,  że w naszym kraju literatura grozy nie jest popularna. Potem jednak okazało się, że jest – bardzo. Wiele osób kocha Kinga, Mastertona, Campbella, Lee, czy Ketchuma. Przekonuję się o tym na wielu forach, podczas rozmów z fanami literatury, w bibliotekach.

Miałem ostatnio spotkanie autorskie, pogadankę o horrorze w zasadzie. Spytałem się;
„A znacie, lubicie horrory?”
– Oczywiście! – Odparli słuchacze.
Zapytałem o autorów. Ketchum! King! Masterton! Lovecraft!
A polscy?
Cisza.

Przyczyna?

Czy nie mamy w kraju autorów grozy? Owszem, mamy i to nie jednego. Czy piszą źle? Oczywiście, że nie! Nasza literatura jest bardzo rozwinięta, ukierunkowana na „coś więcej”. W zasadzie każdy z naszych autorów pisze inaczej, o czym innym. I ciekawie.

Nie będę się tu wywnętrzać. O rynku książki pisałem szczegółowiej tu i tu. Uogólniając, przyczyna tkwi w niedoinformowaniu.

Kiedy – czy to na forach, czy spotkaniach – wymieniam polskich autorów grozy, ludzie zwykle robią wielkie oczy. To ich jest tylu? To oni istnieją? To piszą o tym w ten a nie inny sposób? Czemu nie słyszeliśmy? Mów dalej!

Polska książka jest na naszym rynku niejako wypierana przez książkę anglojęzyczną. Czemu? Łatwiej wydawcy zarobić na „sprawdzonym” autorze. To raz. Dwa, że panuje obecnie trend, iż co zachodnie, to lepsze. Coś tak „niszowego” jak polska groza nie doczeka się większej promocji, póki czytelnicy nie będą się jej domagać. A nie będą się domagać, jeśli nie będą o niej wiedzieć. Zamknięte koło.

Dlatego książki polskich autorów grozy często są w takim (na przykład) empiku ustawiane po dwa, trzy egzemplarze, na dolnych półkach. Musisz się bardzo schylić, by zobaczyć. A skoro nie znasz, to i tak pewnie wybierzesz Kinga. Tu przynajmniej masz pewność co do jakości.

Dochodzi do sytuacji, w której rynki zagraniczne są dla nas zamknięte „bo oni mają własnych autorów” a nasz własny, otwarty na zagranicznych (czego nie ganię, osobiście kocham Kinga, Ketchuma i spółkę), zamyka się na naszych autorów.
Widzisz absurd?

A gdzie ci autorzy?

Już, za chwilę podam szczegóły akcji. Póki co, chciałbym wymienić (z pamięci) paru autorów. Dla informacji właśnie. Popatrz, ilu ich jest. A to nie wszyscy przecież!

(mały edit. Jeden z użytkowników wykopu dał mi znać, iż powinienem napisać parę słów o każdym z autorów. Postaram się, choć najlepiej i tak samemu poszukać informacji :))

  • Łukasz OrbitowskiChyba najbardziej znany z pisarzy grozy. Warto zwrócić uwagę na takie książki jak „Tracę ciepło” czy „Święty Wrocław”. Pisze bardzo realistycznie. To on „wprowadził grozę na blokowiska”
    Kazimierz Kyrcz Jr.
    – Głównie pisze z młodszymi twórcami, głównie działa w duetach. Specjalizuje się we wprowadzaniu do polski nowego gatunku literackiego, pochodnej horroru – Bizarro, czyli im dziwniej, tym lepiej. Jeśli chodzi o samą grozę – jest to groza miejska. Warto przeczytać „Siedlisko”.
    Dawid Kain – O Dawidzie Kainie można by w sumie napisać książkę. Jeśli niepokoi cię rzeczywistość, jego książki będą dla ciebie manną z nieba. Groteska to jego drugie imię. Polecam na ten przykład „Punkt wyjścia” i darmowy e-book „Prawy, lewy, złamany”
    Stefan Darda – Wielokrotnie nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Skupia się na promocji Lubelszczyzny, grozie wiejskiej. Strzygi, upiory i znakomici bohaterowie.
    Warto zwrócić uwagę na „Dom na wyrębach” – na początek.
    Krzysztof T. Dąbrowski – Gdyby trzeba było zrobić komedię na motywach grozy, o scenariusz poproszono by tego pana. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest śmiesznie.
    Ostatnio ukazała się jego książka „Grobbing”.
    Łukasz Śmigiel – Mordercy. Psychopaci. Oszuści. Gwałty, rozboje i krew, to żywioł Łukasza Śmigla. Chcesz czegoś „prawdziwego”? To masz. Tylko potem nie krzycz.
    Polecam książkę „Mordercy”.
    Jarosław Urbaniuk – Specjalista głównie od spraw żywieniowych. Pisał w duecie z Łukaszem Orbitowskim. Przyjrzysz się mu w „Pies i klecha”.
    Magdalena Kałużyńska – Tak, to kobieta. Nie, nie pisze przez to łagodniej. A nawet… a, zresztą. Wątek kryminalny, a dalej już… „Ymar” :)
    Adam Zalewski – Oprócz Horrorów, Thrillery. Akcja powieści dzieje się w Ameryce. Czy jeśli powiem Ci, że nigdy jeszcze nie widziałem tak dobrze skonstruowanych psychologicznie bohaterów, uwierzysz? „Rowerzysta” – najbardziej polecę. I jeszcze „Biała Wiedźma”. I wszystko. Wszystko.
    Tomasz Konatkowski – A tu Ci wiele nie pomogę. Mam świadomość autora, ale póki co nie udało mi się go… poczuć. Jeszcze. Sprawdź sam :)
    Paweł Paliński – Mocna strona? Niesamowity klimat. Interesuje się inteligentnym horrorem, tzn. lekceważy przerażaczy zza ocenu, a kocha reżyserów w rodzaju Lucia Fulci i Daria Argento. Uwielbia „Suspirię” i „Profondo rosso”.
    Polecam zbiór opowiadań „4 pory mroku”.
    Paweł Siedlar – Podobnie jak u Tomka
    Izabela Szolc – Jak wyżej. Jak widzisz, ja też nie jestem alfą i omegą ^^
    Krzysztof Maciejewski – Opowiadania, jak na razie. Z reguły są „inne”. Głębokie. Dużo filozofii, dużo przemyśleń.
    Zygmunt Miłoszewski – Co można powiedzieć o autorze sławnego „Domofonu”? Że znakomicie odnajduje się w polskich realiach? Że prowadzi mistrzowsko swoje intrygi? Tylko czytać!
    Robert Cichowlas – To, że jest fanem Grahama Mastertona widać od razu. Jego proza jest bardziej krwawa, jest więcej seksu, więcej potworów. Ostatnio wydał książkę „Szósta era”, polecam też „Efemerydę” pisaną w duecie z Kazkiem Kyrczem.
    Michał Gacek – Właśnie wyszła jego książka „Endemia”. Dziwne zjawiska i krwawe mordy nie są mu obce.
  • (Edit2: Tu zaczynają się ci, o których zapomniałem. Proszę o wybaczenie :))
  • Łukasz Radecki – Głównie pisze opowiadania. Od siebie polecić mogę „Lek na Lęk”, zbiór opowiadań napisany z Kazimierzem Kyrczem. Za co go cenię? Za niesamowite pomysły i podejście do tematu.
  • Jakub Małecki – Nominowany do Zajdla, twórca opowiadań i powieści. Malecki patrzy na świat pod innym kątem, dzięki temu jego proza jest nietuzinkowa i „nowa”, a jednoczenie nie udziwniona. Polecam książkę „Przemytnik cudu”.
  • Rafał Kuleta – specjalizuje się w bardzo krótkich formach – drabblach. Reprezentuje nowy gatunek Bizarro Fiction. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest…intensywnie krwawo.
    Ale i tak najlepiej się go ogląda na żywo, czytającego swoją prozę. Wydał książkę „Krótkie dni i noce”.
  • Emil Strzeszewski – opowiadania, steampunk, horrory. Właśnie ukończył książkę :)
  • Anna Klejzerowicz – Kojarzona z kryminałem, ale zaczynała od grozy. Polecam książkę „Złodziej dusz”

i wielu, naprawdę wielu innych!

A co z tymi początkującymi, dopiero wchodzącymi na rynek? Też przecież  muszą być, by literatura żyła.

Mamy znakomitego tłumacza i też twórce, Bartka Czartoryskiego, mamy Aleksandrę Zielińską, Piotra Roemera, Roberta Ziębińskiego, Mateusza Zielińskiego, Katarzynę Szewczyk – znaną też ze świetnych kryminałów,Sylwię Błach, Mateusza Spychałę czy, jeśli pojawienie się nie będzie zbytnim natręctwem i niżej podpisanego – Michała Stonawskiego i także, wielu, wielu (naprawdę wielu) innych.

Warto też wspomnieć o pisarzach może i nie związanych ściśle z horrorem, ale także co jakiś czas w nim będących. Kto nie zna Mariusza Zielke, Jarosława Grzędowicza, Jakuba Ćwieka czy Romualda Pawlaka…?

Polski horror żyje!

No właśnie. Żyje, oddycha i nie umiera. Organizowane są różne akcje, wydawane książki. Kto słyszał o pospolitym ruszeniu autorów, jakim rok temu był e-book „31.10„?
– Cholera! – powiedział mój ojciec, fan fantastyki wszelakiej od lat przynajmniej 30. – Gdyby to było w stanach, cała akcja byłaby nagłośniona od razu przez media! A tu? Musicie walczyć o każde zwrócenie czyjejś uwagi!

Ciągle mało. Coś, gdzieś. Ale gdzie? I kto?
Tymczasem największe polskie wydawnictwa piszą mi w mailach wprost – nie wydajemy horrorów. Czasami polaków. Niekiedy, rzadko. A jak już, to kryminały i romanse.
I to jest właśnie horror.

Ale co ja mogę…?

Przechodzimy do części właściwej. Dlatego na wykopie oznaczyłem link „wykop effect”, i dlatego zaspamowałem Facebooka.

Każdy może zrobić dużo… a jednocześnie się nie zmęczyć. Sprawa jest prosta – skoro to dezinformacja, czy może bardziej niedoinformowanie jest problemem – należy informować.

Co więc możesz zrobić?
To proste – podaj dalej. Ten wpis, czy książkę, która Ci się spodobała, albo po prostu informacje o autorach. Następnym razem w księgarni (niekoniecznie empiku) kup książkę któregoś z powyższych autorów. A może Ci przypasują?
A może znasz innych polskich pisarzy grozy? Poinformuj o tym.

Jeśli jesteś zainteresowany, pomyśl co jeszcze możesz zrobić?

Banalne? Głupie? Zbyt proste? Oczywiście, bardzo prawdopodobne. Ale mur składa się z małych cegiełek, to wiemy wszyscy. Chcemy polską książkę grozy? To pokażmy, że chcemy!

No chyba, że w naszym kraju mają być czytane tylko książki angielskich autorów.
Cóż, byłaby naprawdę wielka szkoda.

 

Wieczny idealista,
Michał Stonawski

Polska koko, już nie spoko

Ależ się posypały gromy! Wybór „Koko euro spoko” na hymn naszej reprezentacji (przypominam, że hymnem całego Euro 2012 jest wciśnięty nie wiadomo skąd i dlaczego Endless Summer) podziałał wręcz elektryzująco na większość Polaków.
Na mnie też.

Kibicem nie jestem, a z piłką mam tyle do czynienia, co w szkole kopałem na WF-ie. Krótko – nie mój cyrk i nie moje małpy. Zawsze jednak podziwiałem w tym wszystkim atmosferę. Coś sprawia, że w tych naszych polskich kibicach pojawia się jedność, czy to w obrębie klubu, czy też całego kraju. Miło się patrzy na zdjęcia z biało-czerwonymi trybunami. Bo to oznacza, że wciąż jesteśmy jednym narodem.
Już samo to świadczy o poczuciu polskości, patriotyzmie i wspólnej sile. I wtedy z głośników, na cały świat wybucha „koko euro spoko”…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=MIsX5Rh1ktE[/youtube]

Jest to swoista wizytówka (jedna z paru) Polski na Euro 2012. Nie mam nic do folkloru, wsi i wiejskich potańcówek, ale tą piosenką dajemy światu znać, że tak ma właśnie nas postrzegać.
I – co uważam za najbardziej oburzające w tym wszystkim – robimy to sami, bez przymusu i z uśmiechem na ustach.
Pomijając oczywiste skojarzenia z wiejską potańcówką, tekst „koko euro spoko” jest nie tyle mało skomplikowany, co po prostu głupi. Zresztą, sam tytuł mnie przeraża. Sens ma tylko słowo „euro”. Reszta do pomieszanie mowy pseudo młodzieżowej i… imitacji dźwięków wydawanych przez kurę? Bo nie mam pojęcia, co to by jeszcze mogło być.
Całość wygląda jak połączenie łomotu techno, muzyki zespołu ludowego i tekstu ułożonego przez jakiegoś dziesięciolatka w piaskownicy.
Na obronę można tylko powiedzieć, że muzyka jest skoczna a wykonawczynie bardzo pozytywne (serio. Te starsze panie zasługują na szacunek). Gdyby zaśpiewały na festynie, przyklasnąłbym i majdał nogami do taktu.
Ale „koko euro spoko”jako utwór polskiej reprezentacji z okazji Euro 2012 nie pasuje ani trochę.

Rodzi się pytanie, dlaczego „koko euro spoko” wygrało w konkursie sms-owym? Jednym z wytłumaczeń jest, że w czasie głosowania prawie nikt nie siedział w domu przed telewizorem. Możliwe, sam w tym czasie prawdopodobnie zdzierałem sobie kostur o jeden z traktów…
Drugie z rozwiązań jest jednak o wiele bardziej prawdopodobne; na tle wystawionych propozycji babcie z Jarzębiny wypadły żywo, sympatycznie i oryginalnie.

Problem pozostał. Mamy w naszym kraju tylu wspaniałych twórców, a na euro został wybrany kawałek mówiący obcokrajowcom, że jesteśmy rolnikami i znamy się nie na kopaniu piłki a ziemniaków?
Trochę kłóci mi się to z dumą narodową.

Utwór na Euro 2012 powinien być pieśnią zagrzewającą do boju, wzmacniającą poczucie braterstwa i polskości. Coś, przy czym chce się śpiewać pełnym gardłem, z dumą mówiąc o sobie „jestem Polakiem”.

Postanowiłem znaleźć taki utwór. Nieskomplikowany, a oddziaływający na emocje, odwołujący się do symboli narodowych i… dumny. Tak, jak orzeł, którego mamy w godle.
Trwało to może dwadzieścia sekund.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kqwg9cV9wOs&feature=colike[/youtube]

Dalej więc pytam sam siebie – w czym problem?

I dostaję odpowiedź – ponieważ zapomnieliśmy, że naszym godłem nie jest kura, a dumny orzeł.
Zapomnieliśmy, co to znaczy.

Jak naprawić Polskę?

 

Rzadko poruszam tematy polityczne. Nigdy się też do tego nie garnąłem, polityka jest dla mnie szambem, z którego – kiedy już się wejdzie – nie da się uwolnić.
W jednym z sezonów „Z archiwum X” ktoś powiedział, że polityka jest wszystkim i jest wszędzie. Miał rację, można się bronić, nałożyć na siebie coś w rodzaju skafandra, odciąć się od niektórych sposobów manipulacji poprzez dobór odpowiednich informacji, jak telewizja. Ale od polityki uwolnić się nie można,  bo to jest tego rodzaju gówno, którym oddycha się na co dzień, biorąc prysznic, czytając, czy wynosząc śmieci.

Myślałem ostatnio dosyć dużo o sprawach typowo politycznych. Dzisiaj rano moją uwagę zwrócił TEN news na stronie tygodnika „Wprost”. Zacząłem siebie pytać – czemu my, mieszkańcy kraju podobno demokratycznego tak bardzo narzekamy, a kiedy przychodzi co do czego – nic się nie zmienia?
Przeżyłem już w swoim życiu parę tur wyborów. Za każdym razem wybór był jak w PRL-owskim spożywczaku – nic, albo nic. I za każdym razem wybieraliśmy bardzo zachowawczo – „jest do dupy, ale niech będzie już jak jest, bo nowe może być gorsze”. Ewentualnie:  „głosuję na to, czego nie chcę, bo innej możliwości nie ma, jest gorsza, a jak jest lepsza, to i tak się nie uda”. I nie jest to żadne odkrycie – toż wszyscy o tym wiedzą! Demotywatory, kwejk i inne tego typu strony roją się od obrazków przedstawiających całą sytuację.
Nic się nie zmienia.
Jedną z odpowiedzi byłoby uznanie, że demokracji nie ma, jesteśmy okłamywani, albo ten ustrój się po prostu u nas nie sprawdza… ale jest najlepszy z możliwych. W obu stwierdzeniach jest trochę prawdy. Jednak według mnie brzmi ona inaczej, a mianowicie:
Demokracja ma się naprawdę dobrze. Działa, buczy, świeci i gra zabawne melodyjki.
To my jesteśmy popieprzeni.

Po ’89 zachłysnęliśmy się wolnością, nie wiedząc nawet, że w ten sposób wpadamy w spore kaka, pułapkę z pozoru bez wyjścia. Demokracja została poniekąd zbudowana na walącym się systemie, podobnie jak niektóre domy – byle jak, machnąć zaprawą, skleić taśmą i do dzieła. To nie mogło się udać.
Nawet zasady fizyki mówią, że bez dobrych fundamentów niczego się nie zbuduje. Tymczasem nasze fundamenty są nie tylko przegniłe, ale i cuchną niemożebnie. W efekcie tego, większość nowych przepisów, ustaw i rozporządzeń to nieporadne próby przykrycia pod farbą pęknięć w ścianie. Przez lata budowaliśmy domek z kart na zwykłym gównie.
Zadziałał też tutaj efekt domina – jedna niewłaściwa ustawa pociąga za sobą inne. System się psuje, kołacze, rozpada. A wszystko ma swój początek w fundamentach.
Nie wiem, czy będę dobrze zrozumiany, więc chcę podkreślić, że w tej chwili nikt nie ponosi za to odpowiedzialności. Ani Tusk, ani Kaczyński, ani Komorowski. Ani jedna, druga czy trzecia partia. Wszyscy chcą dobrze, ale są poniekąd ofiarami systemu – mogą tylko łatać coraz większe dziury, w efekcie gubią się, z bezsilności czynią jeszcze większe szkody. A to w wielu (nie we wszystkich) przypadkach jednak mądrzy ludzie, którzy w innych okolicznościach mogliby zrobić coś pożytecznego.
Czy zatem nie mogą brać odpowiedzialności za swoje czyny? Owszem, mogą, a nawet muszą. Myślę, że oni widzą co się dzieje, ale każdy z osobna nie potrafi nic zrobić.

Polityka dzisiaj, cały nasz kraj i system wygląda jak jedno wielkie trzęsawisko. Szarpiemy się coraz mocniej – w efekcie tonąc jeszcze bardziej. To ta pułapka, o której przed chwilą mówiłem. I chyba każdy wie, jak można się z trzęsawiska wydostać – wesprzeć na czymś i jednym ruchem wydostać, spokojnie, bez szarpaniny.
Tego nie umiemy.

Pozwólcie, że przerwę na moment.
Jak wielu ludzi w tym kraju – jestem kompletnym politycznym laikiem. W dodatku żyję poniekąd oddalony od rzeczywistości (a może właśnie to pozwala spojrzeć na nią z dystansem?).
Ale jestem też fantastą. A fantaści, to taki ludek, który umie przewidywać całkiem trafnie przyszłość i teraźniejszość, oraz klimaty społeczne.
Niech więc będzie, że sobie pofantazjuję na temat instrukcji, jak naprawić ten nasz kraj.
Bez faktów i zagłębiania się w ekonomię, prawo, bo to nie moja brożka. Zostaje sama teoria i idea, dobrze?

Odpowiedź na pytanie: „Jak naprawić Polskę? ” jest moim zdaniem jedna:
Nie da się.
Naprawiać próbujemy już od blisko dwudziestu lat. No cóż, jak na razie to nie skutkuje. Wątpię, by kiedykolwiek mogło.
Jak już wcześniej powiedziałem, z pułapki można uwolnić się tylko zdecydowanym, radykalnym ruchem. Nie mogąc naprawić Polski, trzeba ją zburzyć.
Trochę wyjaśnień – w burzeniu fajne jest to, że jego następstwa zależne są od osób burzących. Kiedy robi to agresor, działa w ten sposób zapewne po to, by zniszczyć. Jeśli robimy to sami, własnymi rękami, to mamy na celu jakąś przebudowę, gruntowne (dobre słowo) zmiany.
Znów odwołam się do budowlanych skojarzeń – na miejscu walącej się chatki może powstać luksusowy apartament. Ale nie zrobi się apartamentu z chatki, trzeba ją najpierw wyburzyć.

Fantazjuję sobie więc o kraju, w którym odwołano rząd, powołano nowy, złożony głównie, a może nawet z samych tylko „nowych” ludzi z nowym spojrzeniem. Fantazjuję o takim państwie, w którym wszystko wybudowano od nowa, spisano nową konstytucję, nowe prawo, nowe ustawy o chociażby szkolnictwie, czy NFZ. Oczyma wyobraźni widzę, jak na znak tych nowych czasów burzą sejm i budują nowy, nowoczesny, przystosowany do XXI wieku. I nie, nie na Wiejskiej, bo w tych nowych czasach rozumiemy czym jest duma narodowa i (bez obrazy dla wsi) nie kojarzymy ze sobą gnojówki i głów rządzących.

Ktoś może powiedzieć, że ludzie się nie zmienią. Ja patrzę w historię i widzę momenty przełomowe, w których zmiana ustroju, czy też otoczenia wpływała diametralnie na ludzi. Moim zdaniem Polska potrzebuje właśnie takiego momentu przełomowego.
Nawet za cenę odgryzienia sobie łapy.

Musimy tylko zdać sobie sprawę, że to możliwe. A jesteśmy w dobrej sytuacji, będąc polakami. Zjednoczenie w sprawach narodowościowych zawsze szło nam łatwo.

Na koniec coś do odsłuchania… myślę, że bardzo z dzisiejszym tematem zbieżne.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=BzxXfsogf0w[/youtube]

Słuchajcie głosu Trójłapego, choć z daleka:
Krew szybko wsiąka w ziemię, strach zabija czas!
Słuchajcie bracia! Wyje do was wilk – kaleka,
Trzeba odrzucić to co w nas zniewala nas!
I po dziś dzień naganiacz, strzelec, czy kłusownik,
Przyzwyczajony do czytania tropów map,
Przez zęby mówi – Oto jest wilk wolny!
– Kiedy na śniegu ujrzy ślady trojga łap!

Zew dziczy

 

Podróżowałem od czasu, kiedy nauczyłem się chodzić. W wieku lat sześciu razem z dziadkiem odbywaliśmy  wielogodzinne wycieczki po górskich lasach na Orawie. Ale tak naprawdę podróżować zacząłem dopiero niedawno – gdyż odbywać się to zaczęło na innych zasadach; umiłowaniu wolności, częściowym wyrzeczeniu rzeczywistości i chęci zagubienia.

Udało mi się. Gubiłem się wielokrotnie w ostępach polski. Oglądamy programy Cejrowskiego z zapartym tchem, ale nawet nie przypuszczamy, że parę kilometrów od naszego miejsca zamieszkania są rzeczy o wiele ciekawsze. Inni ludzie, inna społeczność, inny świat.

Byłem już w Rohanie, Mordorze, Shire. Widziałem Minas Thirith. Podziwiałem Mroczną puszczę. Kosztowałem wody z elfickiego strumienia. I nie potrzebowałem do tego Nowej Zelandii, a jedynie pięciu dni wędrówki. Pieszej. Z plecakiem na grzbiecie i przyjaciółmi u boku.

Zawsze odbywa się to podobnie; choć każda wyprawa wyzwala doświadczenia których przekreślić nie mogę, nie jestem, ani nigdy nie będę „starym wyjadaczem”.
Wyruszamy z rana. Plecaki, kostury, namiot i prowiant. Przełom następuję przed pierwszym krokiem. Kierujemy się albo w lewo, albo w prawo, prosto, czy też w tył.

I tyle. To proste. A już pierwszy krok budzi trzepotanie serca.
I gubię się w tej polskiej dziczy. Na parę dni przestaję istnieć dla świata… nie, inaczej. Na parę dni zaczynam naprawdę istnieć. Doświadczam wolności, której zawsze pragnąłem. Odrzucając technologię, hipokryzję świata i te „społeczne normy”, będące jedynie pianką na mocno nagazowanym piwie rzeczywistości.

Idea jest piękna. Ale ktoś może zapytać, czemu – skoro taki jestem mądry – nie zrobię jak Chris McCandless?
A ja na to – może kiedyś. Supertramp aby odrzucić świat, musiał go całkiem znienawidzić. Ja nie potrafię.

Powrót do domu po dobrej włóczędze jest jedną z jej piękniejszych części. A przecież wiadomo, że to nie na długo. Znów wezwie mnie dzicz, bym się zgubił – bym się odnalazł. Odpoczął.

Tego odpoczynku, podróży bez mapy, pieniędzy i rozsądku, nie zastąpi mi nic i nikt.

 

Zimową porą tęsknię za tym, co jakiś czas chwytając w ręce swój kostur, czując pod palcami wygładzoną powierzchnię drewnianego uchwytu.
Znów chcę powrócić na krawędź – załamanie światów pomiędzy cywilizacją a rzeczywistością.

Myślę też o przyszłości (odległej), kiedy doświadczenie pozwoli mi przenieść wrażenia na papier, by powstało „Na krawędzi„.
Teraz czas wracać do pisania. Jedyny, chyba, ratunek.

 

Tymczasem, ku pamięci bohatera i wielkiego podróżnika:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=3tdQx4Y3I2c[/youtube]

NIE dla ACTA!

 

Prawdopodobnie to mój ostatni wpis na tym blogu. Prawdopodobnie można go będzie oglądać jeszcze tylko przez parę dni.
Prawdopodobnie.

 

 

Jeśli pewna ustawa – ACTA – wejdzie w życie, mój blog, tak jak i wiele innych miejsc w sieci zostanie całkowicie wymazanych z Internetu. Nie jestem poprawny politycznie. Dzięki ACTA wystarczy byle pretekst i… PUFF! – znikam.
Ale to nie o to tu chodzi. Już nie. Teraz chodzi o wolność Internetu, ludzi, wolność wyrażania własnego zdania. To, co się dzieje w Chinach, czy Korei Północnej może być niedługo udziałem i naszym. Jeśli do 26 stycznia 2012 roku obywatele całej polski nie powiedzą na tyle stanowczego NIE, by rząd się przeląkł.
A ma czego. Historia pokazuje, że kto jak kto, ale Polacy potrafią się zbuntować.

Można bagatelizować sprawę, że Internet to nie rzeczywistość, że to nie ma wpływu. Nie? Internet stał się rzeczywistością o wiele bardziej, niż ktokolwiek przypuszcza. Jeśli zamach na wolność słowa, jaki chce przeprowadzić nasz własny rząd wespół z UE się powiedzie, oznaczać to będzie koniec nawet tej żałosnej iluzji demokracji, którą mamy obecnie. Komunizm? Nie… ale… no właśnie, jak to nazwać? Nie, nie nazywamy. Mamy jeszcze czas.

ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) – Międzynarodowe porozumienie, które już niebawem może zmienić także Twoje życie. ACTA w założeniach ma walczyć z podrabianiem towarów i piractwem. W rzeczywistości sprowadza się do tego, że każdy Twój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę Twojego internetu oraz rząd, a ewentualne naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu, oraz karą.

Ponadto Twój dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube. To nie przypadek, że do tej pory nie słyszałeś o ACTA. Jej tworzenie jak i podpisanie odbywa się za plecami społeczeństwa.

Już w czwartek – 26 stycznia rząd Polski podpisze porozumienie ACTA.

niedlaacta.pl

 

Zaczęło się od zamknięcia Megaupload i Megavideo, a także fizycznego zamknięcia szefów tych dwóch portali przez agentów FBI. Ucierpieli – jak zwykle – niewinni. Miliony osób na całym świecie utraciło swoje konta premium, za które zapłaciło, by dzielić się plikami, nawet w legalny sposób. Oczywiście, wraz z tym zniknęła możliwość przeglądania seriali w internecie na stronach takich jak II.TV. Odpowiedź (jeszcze) wolnego Internetu była natychmiastowa.
Protesty, eventy, manifestacje. Na ten sygnał do swojej pracy przystąpili Anonimowi. W przeciągu paru godzin przeprowadzono ponad 220 zorganizowanych ataków, przez pewien czas nie działały strony m.in Departamentu Sprawiedliwości USA, czy wytwórni filmowej Universal Pictures, silnie ucierpiały też strony FBI, MPAA, RIAA…

Działania agresywne, acz pokazujące determinację, z jaką walczymy o wolność. Dodatkowym faktem jest (wracając do Polski i okolic), że Unia Europejska przyjęła dokument o ACTA za naszymi plecami, zaś wzmianki o nim można znaleźć dopiero na 43 stronie dokumentu z zebrania Rady ds. Rybactwa i Rybołówstwa.

Ciężko mi przechodzi przez gardło słowo „Spisek”, ale – do diabła! – tak to wygląda. Po cichu, za plecami, a wszelkie decyzje już zapadły, o czym większość społeczeństwa i – jak pokazują fakty z odzewu polityków – niektórzy posłowie nie mieli pojęcia.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kZOK-O15li8[/youtube]

Ktoś „na górze” zapomniał, CZYM jest Internet, że nie należy do żadnego kraju, że w nim także i przede wszystkim obowiązuje wolność słowa, że… ale to tylko teoria. Idea, nieprawdaż? Aby doświadczyć prawdziwie wolnego internetu trzeba skorzystać z przeglądarki TOR (polecam) i wskoczyć w DeepWeb. Niemniej, sama Sieć powinna dalej funkcjonować jako miejsce, gdzie nie ma cenzury narzuconej przez państwo, nikt nie monitoruje naszych działań i nie ogranicza ich.
Tymczasem do tego dąży nasz rząd. Przykro nazwać ich zdrajcami wolności słowa, swoich własnych ideałów i narodu. Nie chcę ich tak nazywać…

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=QKAH3Xj1bQc[/youtube]

Nie zgadzam się, aby ktokolwiek mnie monitorował, abym był poddany cenzurze, a moja wolność słowa była ograniczana. Uznaję ACTA za zamach na wolność. Zamach przeprowadzany po cichu przez UE i polski rząd. Przyłączam się do akcji „Nie dla ACTA” .
Mam cichą nadzieję, że podpisanie dokumentu 26 stycznia br. zostanie odwołane. Inaczej ten dzień przejdzie do historii, jako ostatni dzień wolnego Internetu i początek Wszech cenzury.

Nie chcę, by Koalang stał się faktem. Bym musiał – nie dla ciekawości, ale potrzeby wolności – używać DeepWeb. I nade wszystko, chcę śpiewać  „Mury” Jacka Kaczmarskiego jako przypomnienie o dawnych, złych, czasach – a nie pieśń otuchy w kolejnych.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=-YGS9vhmFS0[/youtube]

 

http://niedlaacta.pl/
http://www.anonyops.ssl2.pl/
http://kwejk.pl/obrazek/854923
http://www.facebook.com/nieACTA

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=h1fJYlQ9iJY[/youtube]

31.10: Premiera!

 

Pod tym tajemniczym tytułem kryje się równie tajemnicza bomba. Mianowicie – książka. „Halloween po polsku” kryje w sobie ponad 20 opowiadań polskich autorów (w tym i mej skromnej osoby) .
Jest to projekt o tyle niesamowity, że uknuty w tajemnicy przez nas samych.  Książkę – e-booka – pobrać można zupełnie za darmo.

Załączam klip promocyjny:

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=fFPjou3JudY[/youtube]

 

Zapraszam serdecznie do przeglądania strony WWW jak i zabawy halloweenowej na Fanpage. Mam nadzieję, że lektura mojego, oraz innych opowiadań okaże się dla Was tak straszna, jak i czasem zabawna… a przede wszystkim – satysfakcjonująca.

Zapraszam też do kliknięcia w okładkę, po szczegóły :)

 

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén