Kategoria: Książki (Page 2 of 7)

Polacy nie gęsi, własne książki mają.

 

Wpis na potrzeby wykopu napisany, oraz pewnej akcji, o której więcej pod spodem.

Usłyszałem gdzieś,  że w naszym kraju literatura grozy nie jest popularna. Potem jednak okazało się, że jest – bardzo. Wiele osób kocha Kinga, Mastertona, Campbella, Lee, czy Ketchuma. Przekonuję się o tym na wielu forach, podczas rozmów z fanami literatury, w bibliotekach.

Miałem ostatnio spotkanie autorskie, pogadankę o horrorze w zasadzie. Spytałem się;
„A znacie, lubicie horrory?”
– Oczywiście! – Odparli słuchacze.
Zapytałem o autorów. Ketchum! King! Masterton! Lovecraft!
A polscy?
Cisza.

Przyczyna?

Czy nie mamy w kraju autorów grozy? Owszem, mamy i to nie jednego. Czy piszą źle? Oczywiście, że nie! Nasza literatura jest bardzo rozwinięta, ukierunkowana na „coś więcej”. W zasadzie każdy z naszych autorów pisze inaczej, o czym innym. I ciekawie.

Nie będę się tu wywnętrzać. O rynku książki pisałem szczegółowiej tu i tu. Uogólniając, przyczyna tkwi w niedoinformowaniu.

Kiedy – czy to na forach, czy spotkaniach – wymieniam polskich autorów grozy, ludzie zwykle robią wielkie oczy. To ich jest tylu? To oni istnieją? To piszą o tym w ten a nie inny sposób? Czemu nie słyszeliśmy? Mów dalej!

Polska książka jest na naszym rynku niejako wypierana przez książkę anglojęzyczną. Czemu? Łatwiej wydawcy zarobić na „sprawdzonym” autorze. To raz. Dwa, że panuje obecnie trend, iż co zachodnie, to lepsze. Coś tak „niszowego” jak polska groza nie doczeka się większej promocji, póki czytelnicy nie będą się jej domagać. A nie będą się domagać, jeśli nie będą o niej wiedzieć. Zamknięte koło.

Dlatego książki polskich autorów grozy często są w takim (na przykład) empiku ustawiane po dwa, trzy egzemplarze, na dolnych półkach. Musisz się bardzo schylić, by zobaczyć. A skoro nie znasz, to i tak pewnie wybierzesz Kinga. Tu przynajmniej masz pewność co do jakości.

Dochodzi do sytuacji, w której rynki zagraniczne są dla nas zamknięte „bo oni mają własnych autorów” a nasz własny, otwarty na zagranicznych (czego nie ganię, osobiście kocham Kinga, Ketchuma i spółkę), zamyka się na naszych autorów.
Widzisz absurd?

A gdzie ci autorzy?

Już, za chwilę podam szczegóły akcji. Póki co, chciałbym wymienić (z pamięci) paru autorów. Dla informacji właśnie. Popatrz, ilu ich jest. A to nie wszyscy przecież!

(mały edit. Jeden z użytkowników wykopu dał mi znać, iż powinienem napisać parę słów o każdym z autorów. Postaram się, choć najlepiej i tak samemu poszukać informacji :))

  • Łukasz OrbitowskiChyba najbardziej znany z pisarzy grozy. Warto zwrócić uwagę na takie książki jak „Tracę ciepło” czy „Święty Wrocław”. Pisze bardzo realistycznie. To on „wprowadził grozę na blokowiska”
    Kazimierz Kyrcz Jr.
    – Głównie pisze z młodszymi twórcami, głównie działa w duetach. Specjalizuje się we wprowadzaniu do polski nowego gatunku literackiego, pochodnej horroru – Bizarro, czyli im dziwniej, tym lepiej. Jeśli chodzi o samą grozę – jest to groza miejska. Warto przeczytać „Siedlisko”.
    Dawid Kain – O Dawidzie Kainie można by w sumie napisać książkę. Jeśli niepokoi cię rzeczywistość, jego książki będą dla ciebie manną z nieba. Groteska to jego drugie imię. Polecam na ten przykład „Punkt wyjścia” i darmowy e-book „Prawy, lewy, złamany”
    Stefan Darda – Wielokrotnie nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Skupia się na promocji Lubelszczyzny, grozie wiejskiej. Strzygi, upiory i znakomici bohaterowie.
    Warto zwrócić uwagę na „Dom na wyrębach” – na początek.
    Krzysztof T. Dąbrowski – Gdyby trzeba było zrobić komedię na motywach grozy, o scenariusz poproszono by tego pana. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest śmiesznie.
    Ostatnio ukazała się jego książka „Grobbing”.
    Łukasz Śmigiel – Mordercy. Psychopaci. Oszuści. Gwałty, rozboje i krew, to żywioł Łukasza Śmigla. Chcesz czegoś „prawdziwego”? To masz. Tylko potem nie krzycz.
    Polecam książkę „Mordercy”.
    Jarosław Urbaniuk – Specjalista głównie od spraw żywieniowych. Pisał w duecie z Łukaszem Orbitowskim. Przyjrzysz się mu w „Pies i klecha”.
    Magdalena Kałużyńska – Tak, to kobieta. Nie, nie pisze przez to łagodniej. A nawet… a, zresztą. Wątek kryminalny, a dalej już… „Ymar” :)
    Adam Zalewski – Oprócz Horrorów, Thrillery. Akcja powieści dzieje się w Ameryce. Czy jeśli powiem Ci, że nigdy jeszcze nie widziałem tak dobrze skonstruowanych psychologicznie bohaterów, uwierzysz? „Rowerzysta” – najbardziej polecę. I jeszcze „Biała Wiedźma”. I wszystko. Wszystko.
    Tomasz Konatkowski – A tu Ci wiele nie pomogę. Mam świadomość autora, ale póki co nie udało mi się go… poczuć. Jeszcze. Sprawdź sam :)
    Paweł Paliński – Mocna strona? Niesamowity klimat. Interesuje się inteligentnym horrorem, tzn. lekceważy przerażaczy zza ocenu, a kocha reżyserów w rodzaju Lucia Fulci i Daria Argento. Uwielbia „Suspirię” i „Profondo rosso”.
    Polecam zbiór opowiadań „4 pory mroku”.
    Paweł Siedlar – Podobnie jak u Tomka
    Izabela Szolc – Jak wyżej. Jak widzisz, ja też nie jestem alfą i omegą ^^
    Krzysztof Maciejewski – Opowiadania, jak na razie. Z reguły są „inne”. Głębokie. Dużo filozofii, dużo przemyśleń.
    Zygmunt Miłoszewski – Co można powiedzieć o autorze sławnego „Domofonu”? Że znakomicie odnajduje się w polskich realiach? Że prowadzi mistrzowsko swoje intrygi? Tylko czytać!
    Robert Cichowlas – To, że jest fanem Grahama Mastertona widać od razu. Jego proza jest bardziej krwawa, jest więcej seksu, więcej potworów. Ostatnio wydał książkę „Szósta era”, polecam też „Efemerydę” pisaną w duecie z Kazkiem Kyrczem.
    Michał Gacek – Właśnie wyszła jego książka „Endemia”. Dziwne zjawiska i krwawe mordy nie są mu obce.
  • (Edit2: Tu zaczynają się ci, o których zapomniałem. Proszę o wybaczenie :))
  • Łukasz Radecki – Głównie pisze opowiadania. Od siebie polecić mogę „Lek na Lęk”, zbiór opowiadań napisany z Kazimierzem Kyrczem. Za co go cenię? Za niesamowite pomysły i podejście do tematu.
  • Jakub Małecki – Nominowany do Zajdla, twórca opowiadań i powieści. Malecki patrzy na świat pod innym kątem, dzięki temu jego proza jest nietuzinkowa i „nowa”, a jednoczenie nie udziwniona. Polecam książkę „Przemytnik cudu”.
  • Rafał Kuleta – specjalizuje się w bardzo krótkich formach – drabblach. Reprezentuje nowy gatunek Bizarro Fiction. Jest dziwnie, jest ciekawie, jest…intensywnie krwawo.
    Ale i tak najlepiej się go ogląda na żywo, czytającego swoją prozę. Wydał książkę „Krótkie dni i noce”.
  • Emil Strzeszewski – opowiadania, steampunk, horrory. Właśnie ukończył książkę :)
  • Anna Klejzerowicz – Kojarzona z kryminałem, ale zaczynała od grozy. Polecam książkę „Złodziej dusz”

i wielu, naprawdę wielu innych!

A co z tymi początkującymi, dopiero wchodzącymi na rynek? Też przecież  muszą być, by literatura żyła.

Mamy znakomitego tłumacza i też twórce, Bartka Czartoryskiego, mamy Aleksandrę Zielińską, Piotra Roemera, Roberta Ziębińskiego, Mateusza Zielińskiego, Katarzynę Szewczyk – znaną też ze świetnych kryminałów,Sylwię Błach, Mateusza Spychałę czy, jeśli pojawienie się nie będzie zbytnim natręctwem i niżej podpisanego – Michała Stonawskiego i także, wielu, wielu (naprawdę wielu) innych.

Warto też wspomnieć o pisarzach może i nie związanych ściśle z horrorem, ale także co jakiś czas w nim będących. Kto nie zna Mariusza Zielke, Jarosława Grzędowicza, Jakuba Ćwieka czy Romualda Pawlaka…?

Polski horror żyje!

No właśnie. Żyje, oddycha i nie umiera. Organizowane są różne akcje, wydawane książki. Kto słyszał o pospolitym ruszeniu autorów, jakim rok temu był e-book „31.10„?
– Cholera! – powiedział mój ojciec, fan fantastyki wszelakiej od lat przynajmniej 30. – Gdyby to było w stanach, cała akcja byłaby nagłośniona od razu przez media! A tu? Musicie walczyć o każde zwrócenie czyjejś uwagi!

Ciągle mało. Coś, gdzieś. Ale gdzie? I kto?
Tymczasem największe polskie wydawnictwa piszą mi w mailach wprost – nie wydajemy horrorów. Czasami polaków. Niekiedy, rzadko. A jak już, to kryminały i romanse.
I to jest właśnie horror.

Ale co ja mogę…?

Przechodzimy do części właściwej. Dlatego na wykopie oznaczyłem link „wykop effect”, i dlatego zaspamowałem Facebooka.

Każdy może zrobić dużo… a jednocześnie się nie zmęczyć. Sprawa jest prosta – skoro to dezinformacja, czy może bardziej niedoinformowanie jest problemem – należy informować.

Co więc możesz zrobić?
To proste – podaj dalej. Ten wpis, czy książkę, która Ci się spodobała, albo po prostu informacje o autorach. Następnym razem w księgarni (niekoniecznie empiku) kup książkę któregoś z powyższych autorów. A może Ci przypasują?
A może znasz innych polskich pisarzy grozy? Poinformuj o tym.

Jeśli jesteś zainteresowany, pomyśl co jeszcze możesz zrobić?

Banalne? Głupie? Zbyt proste? Oczywiście, bardzo prawdopodobne. Ale mur składa się z małych cegiełek, to wiemy wszyscy. Chcemy polską książkę grozy? To pokażmy, że chcemy!

No chyba, że w naszym kraju mają być czytane tylko książki angielskich autorów.
Cóż, byłaby naprawdę wielka szkoda.

 

Wieczny idealista,
Michał Stonawski

Komercja czy Artyzm cz.2 – właściwa

 

Wczoraj pisałem o komercyjnym rynku. Wpis ten nie był bez znaczenia dla dzisiejszego felietonu, czy też – powiem lepiej – komentarza, gdyż niektórzy mogliby mnie oskarżyć, że niektóre przytoczone tu tezy wychodzą z moich ust, co prawdą nie jest.

W dobie komercyjnego rynku marketing jest niesamowitym narzędziem, dzięki któremu można się przebić praktycznie wszędzie. A skoro – jak pisałem wczoraj – pisarz, szczególnie młody, szczególnie polski i z niewyrobionym nazwiskiem o wydawniczej akcji marketingowej  może zapomnieć –  jeśli chce odnieść sukces – musi ten ciężar przyjąć na własne barki.  A kluczowym w marketingu jest znalezienie łączności z targetem, wytworzenie więzi z klientem. Pisze o tym Konrad Lewandowski, roboczo (pozwolicie?) nazwę to „Trzecią siłą Lewandowskiego”:

Kluczowe jest porozumienieautorai czytelników, nadawanienajednejfali„. Jeżeli to jest, bez talentu i rzemiosła można się doskonale obyć.

Czego chcesz, pisarzu?

No dobrze, ale co to jest ten sukces? Czego dzisiaj oczekuje pisarz? To oczywiste, że za pracę każdy pragnie wynagrodzenia. W naszej dyskusji pojawiła się strona – którą reprezentował także Przewodas – że właśnie na rynku i w pisaniu książek za dużo jest komercji, zbyt wiele pieniądza. Cóż jednak zrobić, kiedy o każdą złotówkę trzeba się niemal bić a pisanie wymaga dosyć dużo czasu?

Oczywiście, możemy powiedzieć, że sukces to uznanie czytelników. Może nim być też wywołanie odpowiednich emocji, jeśli to, co napisaliśmy jest „tą ambitną literaturą z przekazem” (do której jeszcze wrócę). Ale nie ma się co oszukiwać, że nie chodzi o rzeczy tak przyziemne, jak pieniądze i jakiś godny byt. Nie kryje się z tym Andrzej Pilipiuk, otwarcie mówiąc na spotkaniach autorskich i konwentach, że musi zapłacić raty za mieszkanie.

Mistrz marketingu

Niemniej, jakikolwiek sukces opiera się – dla każdego twórcy – na ilości wiernych odbiorców. Stąd też tak wielki nacisk na ich przyciąganie do siebie (poza tym to jest miłe). Dobrym przykładem jest tutaj Kuba Ćwiek. Według Konrada Lewandowskiego jest człowiekiem nie mającym w sobie artyzmu i miernym rzemieślnikiem, za to ze sporą ilością odbiorców (do których także i ja się zaliczam, tak samo, jak do odbiorców Przewodasa).  Kuba potrafi się wypromować, jest sympatyczny i szczery. Marketing ma w małym palcu, podobnie, jak przykład już ze strony horroru – Łukasz Śmigiel.

I tu padają oskarżenia, że taki stan rzeczy spowodował, że lieratura stała się tylko rozrywkowa, śmieszna i, jak wypomina Lewandowski, pozbawiona większej wartości, polotu, idei.

(…)waszeniskie gusty sprowadzają fantastykę do poziomujarmarcznejrozrywki. Oryginalność dzieła trzeba umieć dostrzec i docenić. Wam wystarczają odgrzewane kotlety, a na koniec dajecie Zajdle byle komu za byle co.

 

Półki literackie

Czy więc polska fantastyka ma być dziełem czysto komercyjnym, dostosowanym do jak największego spectrum gustu czytelników oscylującym koło poziomu „Zmierzchu”, czy też ambitniejsza, a może już zupełnie elitarna, tylko na poziomie Dukaja?

Odpowiedzią na to mogą być „półki literackie” czy też „poziomy”. Osobiście swoją przygodę z fantastyką zacząłem od Strugackich, Lema, Żwikiewicza, Zajdla i reszty, ale większość (jak się dowiedziałem) była jako dzieci wręcz katowana Lemem, którego nie rozumieli, który był jeszcze zbyt ambitny. I nie ma w tym nic złego, bo do każdej literatury trzeba doróść. Ja na ten przykład czekam, aż uda mi się dorosnąć do Dukaja.

Ale do rzeczy – w fantastykę czytelnik może „wchodzić” stopniowo, zaczynając od bardzo przystępnych rzeczy jak „Pan Lodowego Ogrodu” Jarka Grzędowicza (polecam!), później sięgając już po teksty Wolskiego, wreszcie Żwikiewicza, Zimniaka czy Lema.  Zaczynając od tej literatury, którą Przewodas nazywa tą złą „rozrywkową” i przechodząc ambitniejszej, bardziej ideowej.

Druga strona medalu

Nie  można jednak bronić komercji. Przesada w każdą stronę jest zła i jeśli pozwolimy, by to rynek przejął władzę całkowitą nad tym, co ma być wydawane, a co nie (co się przecież już dzieje), możemy odnaleźć się w sytuacji w której nasza literatura będzie tylko miałka, pisana  dla pieniędzy. W pogoni za popularnością i marketingiem twórcy sami sobie mogą zrobić krzywdę, sprowadzając się do roli żebrzących o uwagę i zainteresowanie fanów, mediów, celebrytów.

A co na to Zajdel?

W końcu powraca już wielokrotnie omawiany temat Nagrody Fandomu Polsckiego im. Janusza A. Zajdla, o której Zuzanna Lenska pisze tak:

(…)tylko wybitne utwory powinny dostawać Zajdle (ponieważ nazwisko Zajdel zobowiązuje i wyznacza pewną jakość).

Z drugiej strony, czy takie stanowisko nie zaprzecza samej idei nagrody? Choć nazwisko Zajdla nobilituje by nagradzać tych pisarzy, którzy faktycznie wznoszą się na szczyty „artyzmu”, to sama nagroda jest przecież – jak nazwa wskazuje – „Nagrodą Fandomu Polskiego”, plebiscytem. Dlatego przyznawana będzie właśnie tym pisarzom, którzy są najpopularniejsi, mają najwięcej oddanych fanów… i to – podpowiada logika – też się skądś musi brać.

Gadanie

Znów kończy się na tym, że najlepszą metodą jest znalezienie złotego środka, kompromisu by jednocześnie móc wydawać (i działać marketingowo) i nie popaść w przesadę, nie dać sobie dyktować co wydawać, ale dyktować co będzie wydawane.

Wypadałoby też zadać sobie pytanie jaki jest obecny cel polskiej fantastyki, czy literatury w ogóle. Dla Zajdla była to walka z Komuną, czy też po prostu ukazywanie prawdy na jej temat. Czasy się zmieniły. Jesteśmy w sytuacji, w której musimy nie tylko uleczyć chory rynek, ale i sami zdecydować czego tak naprawdę chcemy i poszukać kompromisów, by – tak po ludzku – nie zwariować i nie popaść w przesadę, w którąkolwiek ze stron.

Zaś najważniejszą kwestią jest – i to właśnie temat do dyskusji na teraz – co możemy i mamy w tej sytuacji zrobić, by nie skończyło się (jak wiele razy wcześniej) tylko na gadaniu. I na banałach, które tak bardzo Przewodas lubi :)

 

Dziękuję pięknie za przeczytanie obu felietonów, za wszystkie niedociągnięcia przepraszam – nie czuję sę alfą i omegą. Zachęcam do dyskusji i komentowania tu, na blogu.

 

Komercja czy artyzm? cz.1 – Polski rynek

Pisząc mały felieton „Rzemieślnik czy Artysta” nie spodziewałem się, wyjdzie z tego dyskusja na około trzysta komentarzy i 200 „lajków”. Oczywiście, próżno ich szukać pod wpisem, w dobie FB większość spraw załatwia się tam, nad czym ubolewam, bo wnioski z samej dyskusji znikną gdzieś w otchłani „osi czasu”. Cóż, taki chyba los informacji w internecie.

Banalny temat jakim jest spór „Rzemieślnik Vs. Artysta” wyewoluował szybko w poważną (czasami) dyskusję literacką toczącą się na wielu frontach. Było o Zajdlu, o komercji, marketingu, piciu piwa na konwentach… Konrad Lewandowski perorował, jakoby Kuba Ćwiek był słabym rzemieślnikiem i tak dalej. Szybko pojawiła się też sugestia, bym napisał felieton niejako podsumowując całą dyskusję. To piszę.

Zanim jednak przejdę do głównego tematu, muszę zacząć od nakreślenia sytuacji na polskim rynku książki. Sytuacji złej, o czym się mówi… nie sądze też, bym potrafił tutaj cały temat przedstawić dogłębnie, gdyż o tym można by napisać przynajmniej jedną książkę.

Bo ludzie nie czytają!

O przyczynie słabej sprzedaży książek polskich autorów zacząłem myśleć już dawno. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy była banalna – polska książka się nie sprzedaje, bo ludzie nie czytają! Odkryłem Amerykę.
Prawda, jest duża część społeczeństwa, która książek nie lubi. A to dlatego, że nikt im książki nie pokazał, a to przeciwnie – w szkole wręcz im je wciskano do gardeł i teraz żadnej nie przełkną. Albo po prostu czytać nie lubią. I już. Za to kochają posłuchać sobie Mozarta, znajdują pasję gdzie indziej i nikt ich za to potępiać nie może.

Tymczasem wśród tych, którzy książek nie kupują i prawie nie czytają jest też grupa ludzi, którzy po prostu tego robić nie mogą. Sytacja finansowa wielu ludzi (także i w mojej rodzinie) jest taka, że stają przed oczywistym wyborem – dobro wyższe a chleb. I nie sądzę, by było wielu takich ciężkich zapaleńców, którzy przez cały dzień nie będą jesć, bo kupili sobie stare wydanie Davida Copperfield’a Karola Dickens’a. Poza tym – kiedy by mieli czytać? Cały dzień w biurze, odebrać dziecko z przedszkola, zrobić obiad, a wreszcie, kiedy wieczorem zostaje może godzina czasu są już zbyt zmęczeni – kładą się spać. Proza życia, banał, jak pewnie powiedziałby Konrad Lewandowski.

Nas jednak bardzoej interesują przecież ludzie, którzy czytają, lubią to robić i znajdują czas choćby na tą jedną książkę w tygodniu. Tutaj największą zorganizowaną grupą jest chyba polski fandom.

Problem e-booków.

To, czy dla książek e-książka jest problemem jest kwestią zupełnie odrębną, bo czym jest zmiana nośnika, jeśli interesuje nas treść? Osobiście sam wydawałem i będę wydawał także elektronicznie, byłoby to więc niewskazane z mojej strony, bym mówił o e-książce w złym kontekście. Niemniej, bardzo lubię czuć w ręce ciężar powieści i wąchać zapach starego papieru i druku. Nie sądzę, by pomogły mi w tym perfumy imitujące zapach książki, którymi można sobie spryskać swojego Kindla. E-booki są jednak bardzo wygodną rzeczą w podróży, wolę miec przy sobie jedno urządzenie z paroma tysiącami pozycji niż wielgachną torbę z 50 egzemplarzami książek, które łatwo mogą się w drodze zniszczyć i nie wiadomo, czy na urlopie mi ich nie braknie.

Wreszcie naświetlić można sprawę najważniejszą, jeśli chodzi o e-książkę, jaką jest piractwo. O ile bardzo trudno spiracić książkę papierową, o tyle wymiana plików elektronicznych między użytkownikami jest już bardzo łatwa. Jakkolwiek by nie były zabezpieczone. Książka spiracona nie przynosi pieniędzy. Wydawnictwo bez pieniędzy nie istnieje, a autor umiera z głodu albo idzie do pracy i nie ma czasu pisać. I choć to ekstrema, wszyscy wiemy o co chodzi.

Póki co jednak książka wciąż dzielnie się broni i nie wygląda, by miała upaść pod jażmem elektroniki.

Gdzie ci polscy autorzy?

Wreszcie docieram do sprawy która mnie osobiście wydaje się najważniejszą. Myślę, że zacznę od anegdoty:

Prowadziłem całkiem niedawno pogadankę będącą też moim spotkaniem autorskim w bibliotece we wsi koło Żywca (już dawno nie widzialem tak żywej i pełnej osób biblioteki!). Zapytałem się przybyłych osób, jakich kojażą autorów grozy. King! Ktoś wypalił. Niepewnie coś przebąknięto o Mastertonie ityle.  Ani słówka o polskich autorach.

Choć problem nie dotyczy tylko literackiego horroru, jest tutaj najlepiej widoczny. Polskich autorów, szczególnie tych młodszych po prostu nie ma. Nie istnieją. Jeśli już goszczą na półkach księgarń, to gdzieś przy poziomie podłogi, trzeba sie prawie położyć, by na nich trafić. Czasem jest to jeden, czasem pięc egzemplarzy. Oczywiście, można łatwo udowodnić, że polscy pisarze są dostępni w księgarniach. Wystarczy wejść do byle empiku i cyknąć fotkę półce (napisałem tutaj „bułce” – babol tak śmieszny, że go podkreślę ^^) z fantastyką. Jednak są to w zasadzie ciągle te same nazwiska. A nowa krew? Ta, która cały czas powinna napływac, ożywiac rynek i go powiększać? Nowa krew czasem coś usiłuje wydać ale głównie musi zarabiać na utrzymanie, bo do pisania to muszą często jeszcze z własnej kieszeni dokładać.

Czy to znaczy, że polscy autorzy piszą źle? Nie. Obecnemu stanowi rynku winne jest podejście do sprzedaży (które w głównej mierze ukształtował niestety empik), w którym książka stała się zwykłym szarym produktem. I o ile książka produktem istotnie jest, to trudno porównywać ją przecież z gwoździami czy kafelkami, prawda?

W naszej post-komunistycznej rzeczywistości natomiast ugrało się, że to, co zachodnie jest „lepsze”. O ile te piekne, błyszczące rzeczy istotnie były lepsze z PRL-u, tak teraz sami już jesteśmy bardzo „zachodni”, nasz rynek jest bogaty, ale stare trendy pozostały. Dochodzi więc do sytuacji w której książki zagraniczne to to, co polski czytelnik uwielbia. Istotnie, jest przecież za granicą dużo świetnych autorów. Polski czytelnik niestety nie jest jednak świadomy, że i w polsce jest takich autorów całe multum.

Postawmy się w roli wydawnictwa. Jeśli jest książka zagraniczna, którą łatwo wypromować, sprzedać i – co za tym idzie – zarobić, to po co inwestować w książkę polską, skoro istnieje groźba, że nikt jej nie kupi? Takie myślenie skutkuje w następujący sposób:

1. Istnieje tylko parę znanych nazwisk polskich pisarzy, którzy się przebili.
2. O nowych polskich pisarzach nikt nie wie.
3. Wydać książkę u nas jest młodym trudniej, niż gdziekolwiek indziej.
4. Nawet, jeśli zostaniesz wydany, wydawnictwo nie zainwestuje w ciebie zbyt wiele pieniędzy, o książce mało kto usłyszy, o tobie tyle samo osób. Twoja dalsza „kariera” stanie pod znakiem zapytania.
5. W księgarniach pierwsze pozycje zajmują ukochane przez czytelników (którym brak zdecydowanej alternatywy) książki zagraniczne, często typu „Zmierzch” krztałtujące ich gust.

Ponieważ znacznie lepiej jest wydać wypromowaną już na świecie powieść, niż nikomu nieznanego pisarza, a wydawnictwa groszem nie śmierdzą, mamy do czynienia z szerokim otwarciem polskiego rynku książki na pozycje zagraniczne. A to z kolei prowadzi do czystego absurdu:

Polski rynek książki szeroko otwarty jest na książki zagraniczne i zamyka się na książki polskich autorów, zaś zagraniczne rynku promują swoich autorów i zamykają się na naszych twierdząc, że przecież mają już swoich.

Rynek jest więc komercyjny i nastawiony tylko i wyłącznie na zysk. I jest to jak najbardziej w kapitaliźmie prawidłowe, szkoda tylko, że w polsce skutkuje to systematycznym niszczeniem polskiej kultury słowa.

I tu dochodzimy do głównego tematu, czyli wyboru (a może nie?) między komercją a artyzmem.
Już jutro będzie więcej o tym, czemu Kuba Ćwiek jest według Konrada Lewandowskiego nastawionym na zysk słabym rzemieslnikiem, co ma z tym wspólnego Fabryka Słów i Fabryczni autorzy, a także czy nagroda im. Janusza A. Zajdla dalej ma sens. I jeszcze więcej, a wszystko zawierające się w pytaniu „Komercja czy artyzm”, czyli pokłosie dyskusji na FB.
Zapraszam jutro :)

Rzemieślnik czy Artysta?

Spór stary jak świat – jest to jest z tymi twórcami?  Podobno, by osiągnąć pełny sukces potrzeba 5% talentu, a cała reszta to rzemiosło – ciężka praca.

Nie do końca się z tym zgadzam.

Cała sprawa wydaje mi się rozdmuchana. Bo jeśli ktoś nie ma talentu, pomysłów, wyobraźni, to choćby nie wiem jaki dobry miał warsztat – twórcą dobrym nie zostanie.
W zasadzie głupio używam słowa „twórca”, gdyż skupiam sę tu tylko na jednej ich grupie – literatach. Mając dziewczynę malarkę łatwo mi zauważyć, że we współczesnym malarstwie o wiele bardziej liczy się technika, wykonanie, niż sam talent. I tyle w temacie, bo to tylko spostrzeżenie zewnętrzne, a dalej się kompromitować brakiem wiedzy w temacie malarstwa  nie mam zamiaru. Tu może się wypowiedzieć mój imiennik, jeśli wstukacie w google „Michał Stonawski” na pewno jednym z wyników będzie odnośnik do strony tego malarza. Swoją drogą, polecam. Michał jest naprawdę dobry.

Pytanie w sporze „Rzemieślnik-Artysta” jest jedno – czy taki literat powinien być bardziej uduchowionym artystą, czy twardo szlifującym swój warsztat wyrobnikiem?
Moim zdaniem już to pytanie postawione jest źle.  Powinniśmy się raczej zapytać; Co ważniejsze dla twórcy prozy – talent, czy warsztat?

I to jest dobre pytanie. Chociaż nie prowadzi do pełnego wyniku. Proponuje eksperyment; rozgraniczmy sobie (laboratoryjnie) talent i warsztat, wykorzystując do tego pana A i pana B. Uwaga, mogą pojawić się ekstremy.

1. Pan A jest twórcą natchnionym. Czysty intelekt, czysty talent i czysta od czasu do czasu. Na pobudzenie neuronów. Pan A pisze i pisze a jego pomysły przyćmiewają Kinga, Hemingwaya, Le Guin, Sapkowskiego i całą reszte. Ale pan A zupełnie nie przejmuje się swoim warsztatem. Ten wyrabia się sam, więc nie jest zbyt dobry. Skutkiem czego ujęcie tych wspaniałych pomysłów pana A jest zupełnie nieczytelne dla odbiorców. Pan A popada w coraz większy alkoholizm. Być może w przyszłości ktoś go odcyfruje i po śmierci nagrodzi. Może.

2. Pan B nigdy nie miał głowy, by zbyt duzo myśleć. Obsesyjnie za to dba o każdy przecinek, kropkę, o logikę w zdaniach i poprawność. Jego teksty są nieskazitelne. Może i by je ktoś wydał, bo są naprawdę dobre, ale… nic w nich nie ma. Pomysły jakieś i może są, ale wtórne, nieciekawe – słowem – nudne. Pan B jest smutny i wiedzie życie telemarketera. Być może kiedyś załapie się do jakiejś redakcji, jako korektor-frustrat (oby nie).

Specjalnie użyłem ekstremów, chcąc zobrazować oczywisty fakt, że jedno bez drugiego sobie nie poradzi. Ale dalej jesteśmy tutaj przy tych 5% i reszcie, prawda?

A jednak nie. Chciałbym rzucić tutaj tezę, że tak warsztatu jak i talentu umniejszać nie wolno. Że proporcje zbliżone są do 50/50, jeśli z przewagą warsztatu, to dlatego, że osoba chcąca pisać talent już w założeniu ma, a warsztat musi dopiero zdobyć.

Na koniec ciciałbym rzucić jeszcze jedną ideą; dotychczas odnosiłem wrażenie (być może mylne, w końcu nie jestem alfą i omegą), że w teorii talent traktuje się jako rzecz twardą, niezmienną – jak leżąca na łące skała. Być może mieliśmy na ten temat zły pogląd?
Bo co jeśli ta „skała” talentu przykryta jest gruzami śmiecia i ziemią, którą warsztat, w miarę pracy nad nim, potrafi usunąć? Powstaje nam wtedy coś w rodzaju kopalni odkrywkowej, w której warsztat gra rolę narzędzia, a talent – surowca. Innymi słowy, doskonaląc warsztat, odkrywamy nowe pokłady talentu i dzięki właśnie warsztatowi lepiej je wykorzystujemy, tak, że teksty są coraz lepsze i lepsze.

Reasumując, jeśli chcemy pisać a mamy talent, potrzebujemy zdobyć narzędzia, by można go było dalej odkrywać. W kategorii ważności narzędzia, jako to, czego nie mamy, są ważniejsze. Ale czy surowiec to tylko 5% sukcesu kopalni? Nie, surowiec jest tym, co sprzedajemy, obrobionym narzędziami.
W kontekście ważności odrobinę tylko wazniejsze jest to, czego nie mamy.
Wracając do samego sporu, uwzględniając źle postawione pytania,  myślę, że jest on niepotrzebny. Ponieważ do sukcesu potrzebujemy tak jednego jak i drugiego, a tak talent jak i warsztat w dodatku nie są oddzielne a ściśle z sobą powiązane.

Wieści Literackie? Można, a nawet trzeba :)

Czym są „Wieści Literackie”? Poza opisami na blogu niewiele o nich wiedzą ci, którzy jeszcze nie zdecydowali się na bezpłatną „prenumeratę” w postaci subskrybcji.

Tymczasem sprawa jest prosta – po zapisaniu się, wystarczy przeczytać krótki tekst, a następnie czekać, aż automat wyśle na Waszego maila tekst utrzymany w konwencji RPG. Mozna go przeczytać, albo od razu kliknąć link potwierdzający. To bardzo ważne, wiele osób tego nie zrobiło i dlatego WL do nich nie docierają.

No dobrze. Tyle, jeśli chodzi o część teoretyczną. Dziś rano udało mi się wysłać numer 5 tej mojej gazetki, tymczasem zaprezentuję Wam – dla zachęty – jak wyglądał numer pierwszy.
No i, zachęcam do klikania :)

………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Kraków, 8 maja 2012

Drogi Czytelniku!

Minęło już trochę czasu, odkąd zacząłem nosić się z zamiarem stworzenia czegoś takiego, jak „Wieści literackie”. Wreszcie ten pomysł zyskał ciało. Wirtualneale jednak ciało.
Czytając, szybko się zorientujesz, że WL nie są tylko tym, co jest napisane w tytule. Jest to zbiór ciekawych linków, być może także spostrzeżeń, który w moim zamyśle ma dojrzewać i zyskiwać ciągle nową graficzną formę .

Przeglądając sieć znalazłem bardzo ciekawy wywiad z Michałem Witkowskim, zdobywcą trzeciego miejsca w plebiscycie Gazety Wyborczej na najlepszego Polskiego pisarza przed czterdziestką… choć GW w zasadzie pominęła w swoich poszukiwaniach pisarzy fantastycznych wyróżniając z nich tylko Jacka Dukaja (dobre i to), to wywiad jak i sam autor są warci by poświęcić im chociaż chwilę.

Inne zgoła podejście do Fandomu ogólnie ma już Gazeta Polska. Tu przeczytać można nawet artykuł o konwencie Pyrkon w Poznaniu (na którym i ja byłem). Co prawda autor tekstu ma dziwne życzenia, jak na przykład by na konwencie było więcej religii i Jezusa (przypominam, że Fandom dlatego jest równy, że wyznania, religie, poglądy są traktowane jednako – znaczy, w ogóle nie są. Liczy się Fantastyka, a każdy z nas jest wobec niej równy… reszta jest kwestią indywidualną)… ale i tak miło jest przeczytać tego typu tekst.

Tymczasem miło mi zawiadomić, że rusza druga edycja „Halloween”. Pamiętasz tego e-booka? Wiele zdziałał ostatnio w świecie.
Druga edycja jest szczególna, gdyż także i Ty możesz wziąć w niej udział. Będę o tym jeszcze pisał w następnym wpisie… ale jako subskrybent, masz dostęp jako pierwszy do tego typu informacji, więc łap.
Być może zobaczymy się w spisie treści? :)

Pojadę trochę z prywatą. Na blogu literackim „Gryzipiórek” ukazał się ze mną wywiad. Ach, nawet ma już za sobą pewną burzę… haters gonna hate, jak to mówią.

Na koniec zostawiam coś wesołego. Jest to film o przygodach małej sondy Voyager, którą chyba każdy kojarzy… sympatyczna animacja z naprawdę OGROMNĄ ilością nawiązań do filmowej części Sf.

A już na sam koniecodstresowywacz. Mała niespodzianka :)

Mam nadzieję, że zdrowie dopisuje. Widzimy się już niedługo, czy to na blogu, facebooku, WL czy… gdzieś indziej.

Pozdrawiam Cię serdecznie,

Michał Stonawski

To co, widzimy się na Krakonie?

Już jutro startujemy. A w sobotę najbardziej oczekiwany Blok Horroru i Sensacji, a wystąpią u mnie:

  • Krzystof Billiński, który opowie o książce okultystycznej
  • Michał Gacek zaprezentuje swoją powieść „Endemia”
  • Łukasz Śmigiel pokaże jak popełnić zbrodnie niemal doskonałą
  • Robert Cichowlas podpowie, jak zainteresować swoją osobą wydawcę (Tam będę na pewno :))
  • Krzysztof Maciejewski przybliży wszystkim wspaniały podgatunek horroru, jakim jest Bizarro (Jeśli spodobały Ci się „Owoce wiosny”, wiesz, gdzie masz przyjść :))
  • Krzysztof T. Dąbrowski przebiegnie maraton po drabblach 
  • Krzysztof Piskorski i Paweł Paliński poprowadzą w głąb grozy miejskiej
  • Ramsey Campbell… będzie straszył :)
  • Kazimierz Kyrcz i Dawid Kain opowiedzą o horrorze ekstremalnym (będzie ostro!)
  • Wydawnictwo Sine Qua Non ogłosi konkurs (łaaadne książeczki mają)
  • Zaś na koniec ja, Krzysztof Maciejewski, Kazimierz Kyrcz, Robert Cichowlas, Dawid Kain, Krzysztof T. Dąbrowski i Michał Gacek postaramy się wszystkich postraszyć swoimi opowieściami :)

Zaś…. na sam koniec, przez całą Sobotnią noc będziemy pić, jeść i biesiadować z wyżej wspomnianymi autorami, oraz innymi oraz uczestnikami przy wielkich kamiennych grillach na AGH.

Niech poleje się krew :)

a TUTAJ cały program.

 

Stonawski w Nowinkach – podcast już dostępny!

W piątek (30.08) miałeś okazje rano i po południu posłuchać mnie, oraz Adama Ochwata w radiu. Opowiadaliśmy o Krakonie, a ja napomknąłem coś o swojej twórczości.

Trochę terma była (co słychać, czasami mi się zabełkotało), ale i tak wyszedłem stamtąd z przeświadczeniem, że nie poszło aż tak źle :)

Zapraszam do przesłuchania.

 

 

Nawiedzony dom w Wieliczce


Chodzą słuchy, że Stonawski znów coś kombinuje. Słuchy mają rację, bo Stonawski zawsze coś kombinuje. Ostatnio parę cosiów… ale do rzeczy. Choć w zasadzie wiele nie będzie, bo obowiązuje mnie tajemnica, którą sam sobie narzuciłem.
Dość powiedzieć, że jest fajnie, a będzie jeszcze fajniej. A wynikiem ostatniej fajności jest (między innymi) – film nakręcony przez mojego partnera w konspiracji, Krzyśka Bilińskiego.

Myślę, że podobne filmy pojawiać się będą częściej. A o co chodzi? Informacje pojawią się… kiedyś. Póki co, co pewien czas będę Cię maltretował niezapowiedzianymi fragmentami czegoś na temat czegoś o profilu mocno paranormalnym.

A oto i zapowiadany filmik z mojej wizyty w strasznym miejscu :)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=xVzuC10ABEs&feature=plcp[/youtube]

Krakon się zbliża…!

Lato w pełni. Pisanie też. Nie spałem od… wielu godzin. Piszę. To okrutne, co człowiek potrafi robić ze swoim organizmem dla pasji.
Ale do rzeczy. Może najpierw notka zgodna z nazwą bloga?

Na głównej stronie Krakonu 2012 pojawił się news o nowych gościach. I już teraz mogę zacytować, co następuje:

Stonawski Michał – najmłodszy z naszych autorów i jednocześnie współorganizator Festiwalu Krakon, który w swoim dorobku ma publikacje w takich antologiach jak 31.10: Halloween po polsku, City 2, Horyzonty Wyobraźni 2010, czy O, choinka: Czyli jak przetrwać święta. Jest twórcą opowiadań: Wyrok, Zabawa, Lalka, Mężczyzna z teczką, Jego Wola, Magiczne Słówka, Nagroda, Najcenniejszy prezent, a także Epilog.

A jako, że organizuję w sobotę, 11 sierpnia blok horroru i sensacji, można spodziewać się z mojej strony takich gości jak:

(zaczynamy z grubej rury):

  • Ramsey Campbell
  • Dawid Kain
  • Kazimierz Kyrcz Jr.
  • Konrad Staszewski
  • Katarzyna Szewczyk
  • Jacek Skowroński
  • Robert Cichowlas
  • Krzysztof Dąbrowski
  • Michał Gacek
  • Krzysztof Maciejewski

A wieczorem, razem ze wszystkimi autorami Krakonu (podanymi zaraz pod wpisem… chyba wszystkimi? Nie, jeszcze nie :>) wielkie grillowanie. Piwo, piwo, piwo, może jakieś kiełbaski.
No, wakacje, po prostu :)
Ze swojej strony obiecuję naprawdę horrorowy dzień sobotni, kryminalny dzień sobotni i szaloną sobotnio-niedzielą zabawę.

A oto lista autorów już ujawnionych, którzy zjawią się na Krakonie:

Tomasz Bochiński, Paweł Ciećwierz, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr., Robert Cichowlas, Paweł Paliński, Ramsey Campbell, Michał Stonawski, Krzysztof Piskorski, Konrad Staszewski, Katarzyna Szewczyk, Robert Szmidt, Piotr Rogoża, Jarosław Urbaniuk, Marcin Zwierzchowski, Marcin Przybyłek, Krzysztof Dąbrowski, Dariusz Domagalski, Michał Gacek, Krzysztof Maciejewski, Jacek Skowroński, Sebastian Uznański.

Kłaniam się, piórkiem ziemię zamiatam i zapraszam serdecznie, groźnie i morderczo :>

Odrodzenie Ziemi na Efantastyce

 

 

 

Kiedy czwarty tom sagi trafił w moje ręce, nie mogłem powstrzymać uśmiechu satysfakcji. Być może było to po części wynikiem nastrojowej okładki, jednak Orson Scott Card publikuje na tyle długo, by każdy czytelnik już przed otwarciem książki wiedział, na co może liczyć. Nie byłem wyjątkiem, choć – jak zawsze – tliła się we mnie obawa przed spadkiem formy jednego z bardziej znanych współczesnych pisarzy science-fiction. Jedynym sposobem, by ją uspokoić było, rzecz jasna, rozpoczęcie czytania. Tak też zrobiłem.

Zaraz po odkryciu statku, który ma umożliwić mieszkańcom Harmonii powrót na legendarną już Ziemię, rozpoczynają się wielkie przygotowania do startu. Na czas podróży, zarówno dorośli członkowie wyprawy, jak i ich dzieci, mają zapaść w sen pozwalający im przeżyć wieloletnią wędrówkę przez przestrzeń międzygwiezdną. Jedyną osobą, która pozostanie świadoma, jest dzierżący powłokę gwiezdnego sternika Nafai. Cały plan mógłby powieść się bez zbędnych komplikacji, jednak Naddusza, program w pełni skopiowany do centralnego komputera statku, zdaje się mieć inne plany. Jeszcze przed startem załoga „Basiliki” dzieli się na dwa obozy. Obie strony konfliktu o przywództwo planują wybudzić się ze snu w czasie lotu, czyniąc z dzieci pionki w rozgrywce o panowanie nad odzyskaną kolebką ludzkiej cywilizacji.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, kłaniam się i serdecznie zapraszam TUTAJ.

Dzieje się!

Dzieje się, a ja nie piszę? Karygodne.
„Lecznica” rośnie z dnia na dzień. No, może nie dosłownie ( mój leń walczy bardzo niehonorowo), ale mimo wszystko – rośnie. Zaczynam wierzyć, że dam radę skończyć pisanie do września, lub końca tegoż.

Z drugiej strony, nie tylko „Lecznicę” piszę. Dlatego już niedługo mogę obiecać kolejne opowiadanie umieszczone… w pewnym miejscu. Opowiadanie tak chore, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad moją kondycją psychiczną. I jak zrobić, by była jeszcze bardziej popieprzona.
Póki co, o samym tekście wiele mówił nie będę,  dam tylko jedną podpowiedź co do jego tematyki:

Proszę bardzo :)

Ponad to wplątałem się w dwa projekty, które szalenie mnie ciągną. O jednym nie powiem nic (ale trzymajcie kciuki),  drugiemu parę zdań poświęcić mogę.

Krakon powstał i już drugi raz po przerwie gościć będzie fantastów (Tu macie stronę).  Jako jeden z organizatorów konwentu już teraz mogę obiecać Wam masę atrakcji i dużo ciekawych gości, którzy z pewnością się Wam spodobają.
Zdradzać (znowu) wiele nie mogę. Póki co podanych do informacji zostało tylko paru z naprawdę olbrzymiej liczby gości, a są to:

Cichowlas Robert – współautor: ‘W otchłani mroku’, ‘Siedliska’, ‘Sępów’, ‘Twarzy szatana’, ‘Koszmaru na  miarę’, ‘Efemerydy’, a także autor ‘Szóstej ery’,

Dąbrowski Krzysztof  – twórca takich tytułów jak: ‘Naśmierciny’, ‘Kraina bez powrotu: Opowieści niesamowite’, ‘Grobbing’, ‘Anima Vilis’, ‘Antologai Grabarza Polskiego’, a także ‘Losy Dopełnienia’,

Domagalski Dariusz – z pod Jego pióra wyszedł czterotomowy ‘Cykl Krzyżacki’, ‘Ognie na wzgórzach’, ‘‘Cherem’, ‘Vlad Dracula’, a wkrótce także wyjdą dwie nowe książki: ‘Silentium Universi’ i ‘Paradoks Elektry’,

Gacek Michał – zadebiutował ‘Kroniką koszmarów’, by później przedstawić nam ‘Endemię’,

Maciejewski Krzysztof – Jego twórczość możemy znależć m.in. w ‘City 1: Antologii polskich opowiadań grozy’, ‘City 2. Antologii polskich opowiadań grozy’, ’2011. Antologii współczesnych polskich opowiadań’, ‘Bizarro dla początkujących’, ‘Śmierć w okopach’, ’31.10. Halloween po polsku’. Wydał także swój własny zbiór opowiadań ‘Osiem‘,

Skowroński Jacek – autor powieści ‘Był sobie złodziej’ oraz ‘Mucha’, współautor opowiadania ‘Prawo ostatniej nocy’, autor ‘Kosztownego błędu’, ‘Samarytańskiego uczynku’, a także laureat konkursu na opowiadane w zbiorze opowiadań kryminalnych ‘Kot polski’. Jego inne opowiadania ukazały się na łamach Kwartalnika literacko-artystycznego ‘sZAFa’, a także Kwartalnika fantastyczno-kryminalnego ‘Qfant’,

Uznański Sebastian – twórca powieści ‘Żałując za jutro’, ‘Księgi, która wyjada oczy’, ‘Herrenvolk’, a także licznych opowiadań, m.in. ‘Nie kupujcie lalek Barbie’, ‘Życzenie śmierci’, Cerebro i elfka’, ‘Mesjanka’, ‘Pani Igieł’, ‘Lodowe łzy’, ‘Więzień upadłego ducha’, ‘Zabójcze mózgi atakują!’, a także ‘Dotyk’.

A to dopiero początek. Przy czym większość z podanych wyżej osób należy do prowadzonego przeze mnie bloku horroru i sensacji.
Oj, będzie się działo. Zapraszam na cały konwent, w szczególności na Sobotę Grozy, od rana do wieczora, późnej nocy a nawet rana.

No i jak na razie tyle. Ale zostańmy w kontakcie!

Najcenniejszy prezent w sieci!

Trochę mnie nie było, prawda? Internet siadł. Dalej siedzi i wstać nie chce, ale ma się tych sąsiadów z WiFi bez hasła, prawda?

Pamiętacie może antologię świąteczną „O, choinka”? Ukazało się w niej moje opowiadanie „Najcenniejszy prezent”. I nagle okazało się, że wśród czytelników zdobyło tak wiele pozytywnych głosów, opinii i recenzji, że można je śmiało wprowadzić w sieć, dla większej liczby odbiorców. Sam nie wiem, czy jest to gradacja, czy degradacja, w dzisiejszym świecie różnica pomiędzy papierem, e-papierem, publikacją rozmywa się.
Tymczasem, choć wiosna i (za) gorące słońce na niebie, zapraszam serdecznie do lektury:

Monety zabrzęczały, wpadając do kapelusza starszego człowieka, żebrzącego na rogu Floriańskiej i Tomasza. Tabliczka na szyi, informująca o chorobie syna, zakołysała się, gdy mamląc coś pokłonił się nisko. Przystanąłem. Po chwili namysłu, wyciągnąłem jeszcze dziesięć złotych i wrzuciłem w ślad za resztą pieniędzy. Było zimno, a poza tym zbliżała się Wigilia. W takich chwilach człowiekowi mięknie serce. Nawet jeśli staruszek kupi sobie za to flaszkę wódki, nie będę miał wyrzutów sumienia. A poza tym zobowiązywała mnie profesja. W dzisiejszy wieczór jestem Mikołajem.
Nie pamiętam, co mnie pchnęło, wtedy – cztery lata temu, by zapisać się do agencji. Chyba chciałem zrobić niespodziankę dziewczynie. No i byłem pijany. Fakt faktem, że robota była opłacalna i od tego czasu co rok, w Wigilijny wieczór odwiedzam parę domostw z wielkim workiem zabawek, przebrany za grubasa z białą brodą.
Wyciągam od trzech, do czterech stów za wizytę. Jest to wystarczająca suma, bym błaźnił się przez te parę godzin. Stać mnie później na odrobinę luksusu, o której nie mógłbym nawet marzyć z mojej zwykłej pensji agenta ubezpieczeniowego. No i miło czasem zobaczyć uśmiech wdzięczności, zamiast grymasu na twarzy klienta, od którego wyciągam pieniądze.

 

***

W tym roku wigilijna pogoda była dosłownie jak z bajki. Jakby na złość telewizyjnym prognozom zapowiadającym halny, słońce i plus pięć stopni, oraz zielonym ludzikom z Greenpeace, nawet w święta dręczącym ludzi globalnym ociepleniem, z samego rana zaczął padać śnieg, a temperatura spadła do minus dziesięciu stopni. Do wieczora biały puch pokrył wszystko, a Krakowskie śródmieście rozświetliło się kolorowymi lampkami. Pojawił się tradycyjny, pachnący ziołami, grzaniec a pod pomnikiem Mickiewicza zebrał się tłumek, słuchając kolęd śpiewanych przez jakiegoś mężczyznę o operowym głosie.
Podpierając się pastorałem, obdarzany co jakiś czas uśmiechami ludzi, przeszedłem przez Floriańską na planty. Tam obskoczyła mnie gromadka dzieci. Po krótkiej szamotaninie (w której prawie straciłem brodę) udało mi się przedrzeć do czekającej na mnie na Alejach taksówki. Wrzuciłem do bagażnika pusty wór i usiadłem obok kierowcy.
Artur, opłacony przez agencję kierowca pod sześćdziesiątkę, uśmiechnął się szeroko, obnażając popsute zęby. Ruszyliśmy, włączając się w uliczny korek.
– I jak poszło?
Westchnąłem.
– Daj pan spokój. Dzieciaki prawie mnie zjadły. W dodatku rodzice bogaci. Gówniarze grymasiły, awanturowały się, że nie takie zabawki, jak chciały… rodzice rzecz jasna zakłopotani. Kiedy ojciec podawał mi prezenty przed kamienicą, mówił, że będą się im na pewno podobać. Zrobiłem swoje i ewakuowałem się czym prędzej.
– No to chujowo, panie – spuentował. Korzystając z tego, że bardziej staliśmy, niż jechaliśmy, sięgnął do schowka, wyciągając paczkę czerwonych Marlboro. – Papieroska?
Wyciągnąłem jednego, drugą ręką zdejmując sztuczną brodę. Taksiarz podał mi zapalniczkę.
– Ratuje mi pan życie – mruknąłem, podpalając szluga. Zaciągnąłem się, czując, jak wraca dobre samopoczucie.
– To gdzie jedziemy teraz?

Dalszy ciąg znajdziesz TUTAJ

Page 2 of 7

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén